Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poradniki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poradniki. Pokaż wszystkie posty

31 stycznia 2018

Zero waste bez fanatyzmu - moje podejście i wprowadzone zmiany

Odkąd dzięki książce Kasi Wągrowskiej wpadłam jak śliwka w kompost w zero waste (czy raczej, w moim przypadku po prostu less waste), za każdym razem, kiedy opowiadam o moich bezśmieciowych sukcesach i porażkach, dostaję mnóstwo komentarzy i wiadomości. Wiadomości te dzielą się na dwie grupy: jedni się cieszą, że o tym mówię i piszę, przybijają piątkę i donoszą, że dzięki mnie sami zaczęli stosować niektóre zerowaste'owe myki (co mnie zawsze zaskakuje i sprawia, że robi mi się cieplej na sercu), drudzy natomiast strofują, wytykają niekonsekwencję ("Pff! Taka niby ekolożka, a buty ze skóry nosi!") albo z troską (nie wiem, czy prawdziwą, czy udawaną) zwracają uwagę: "Ojej, Sztywniaro, ale przecież żelki / zakupy przez internet / cheeseburgery w Maku nie są zero waste!" Każdorazowe tłumaczenie wytykaczom i pouczaczom, że nie jestem bezśmieciową ekstremistką i że naprawdę nie oczekuję medalu za zasługi dla środowiska, trochę mnie już męczy, dlatego postanowiłam napisać post, do którego będę mogła ich wszystkich odsyłać. Tak więc dzisiaj będzie o moim podejściu do tematu zero waste oraz o bezśmieciowych rozwiązaniach, które udało mi się do tej pory wprowadzić. Zapnijcie pasy z organicznej bawełny, czuję, że to będzie długi wpis!

Zero waste essentials


MAŁYMI KROCZKAMI W DOBRĄ STRONĘ

Nie wiem jak u Was, ale u mnie wszelkie próby narzucenia sobie jakichś sztywnych zasad i ograniczeń zawsze kończyły się frustracją i zniechęceniem (bo nigdy nie udało mi się ich przestrzegać w 100%). Dlatego po prostu przestałam sobie cokolwiek narzucać. Również jeśli chodzi o zero waste. Robię tyle, ile mogę i ile chcę. Nie ścigam się z Beą Johnson, która produkuje słoik śmieci rocznie. Ścigam się sama ze sobą. Zamiast oglądać się na innych, staram się po prostu robić więcej, niż robiłam kiedyś. Do niektórych rzeczy nie jestem w stanie się przekonać (kubeczek menstruacyjny), z innych nie potrafię zrezygnować (słodycze w foliowych opakowaniach - sorry, ale suszone owoce to nie jest żadna alternatywa!). Wychodzę z założenia, że dbanie o środowisko nie może być dla mnie karą, poświęceniem i rezygnacją z wszelkich przyjemności. Nie chodzi o to, żeby od razu robić wszystko. Chodzi o to, żeby robić COŚ. I stopniowo robić CORAZ WIĘCEJ. Każdy z nas żyje inaczej, ma inne priorytety, przyzwyczajenia i w innym tempie dojrzewa do pewnych rzeczy. Po prostu daję sobie czas i...


NIE PRZEJMUJĘ SIĘ PORAŻKAMI

Nie biczuję się z powodu każdej przyniesionej do domu foliówki czy serka, który zapleśniał w lodówce. Nie kupuję wyłącznie produktów ekologicznych, wegańskich, bio, fair trade, bez GMO, bez polepszaczy, bez konserwantów, produkowanych lokalnie i niepakowanych w plastik, bo musiałabym spędzać godziny na analizowaniu etykiet, jeździć po całym Krakowie w poszukiwaniu produktów spełniających wszystkie eko-wyśrubowane wymagania, a i tak pewnie z większości zakupów wracałabym z pustym koszykiem. Wyrobienie nowych nawyków zajmuje trochę czasu. Cały czas się uczę. Ale "wtopy" i tak zawsze będą mi się przytrafiać i nie będę nikogo przepraszać, że zjadłam frytki w KFC albo że nie podcieram się liściem. Nie startuję w żadnym konkursie.


NIE MUSZĘ WSZYSTKIEGO ROBIĆ WŁASNORĘCZNIE

Jeśli zapytać typowego zerowastera, gdzie kupić jakiś produkt, najpewniej odpowie, że po co kupować, skoro można zrobić samemu. Pewnie, że można, ale absolutnie nie trzeba. Podziwiam osoby, które kręcą kremy, szyją torby z podkoszulków i robią własne środki czystości. Ja jestem leniwa i zazwyczaj wolę zapłacić komuś za produkt, nawet jeśli własnoręcznie mogłabym go wyprodukować taniej. Oszczędzam swój czas, a często przy okazji wspieram czyjś mały, rodzinny biznes. Kto bogatemu (i leniwemu) zabroni?


ZDROWIE ZAWSZE PRZED ZERO WASTE

Nie powinnam musieć tego pisać, ale na wszelki wypadek: zdrowie (również psychiczne) jest najważniejsze. Jeśli jest upał, a ja zapomniałam wielorazowej butelki z wodą, kupuję napój w plastiku. Jeśli marznę na dworze, a nie mam ze sobą termosu, kupuję herbatę w papierowym kubku. Bez dyskusji i bez wyrzutów sumienia.



CO UDAŁO MI SIĘ WPROWADZIĆ?

Wiele z poniższych rozwiązań stosowałam jeszcze zanim w ogóle dowiedziałam się o istnieniu "zero waste". Założę się, że Wy też. Nasi rodzice czy dziadkowie w PRL-u żyli bardzo w duchu zero waste, chociaż nie robili tego z powodów ekologicznych, tylko z musu (bo w sklepach prawie nic nie było, a jak było, to zdecydowanie nie w kolorowych folijkach). Niektórzy przestawili się na "nowe", a niektórzy, jak moi rodzice, cały czas żyją oszczędnie, przerabiają, naprawiają i nie wyrzucają.


1. NA ZAKUPY CHODZĘ Z WŁASNĄ TORBĄ
Oczywista oczywistość.


2. PAKUJĘ PRODUKTY DO WŁASNYCH WORKÓW I PUDEŁEK
Żeby unikać foliówek, w torbie na zakupy zawsze mam zestaw materiałowych woreczków (bawełniane z Naturofaktury i szyte ze starych firanek od Maruny), do których pakuję warzywa i owoce. Na pieczywo - ze względów higienicznych - mam woreczki specjalnie oznaczone, do których nie pakuję niczego innego. Wiele produktów, np. 2 cytryny czy pojedynczą paprykę ważę "na golasa", bez żadnego opakowania. Jak do tej pory przy kasie jeszcze nikt nigdy krzywo się na mnie nie patrzył, nie komentował i nie robił problemów. Oczywiście zamiast hipsterskich woreczków można równie dobrze używać woreczków strunowych albo zachomikowanych foliówek, które są chyba w każdej polskiej kuchni.

Oprócz woreczków staram się używać również innych własnych opakowań. Mąkę kupuję do puszki, mrożone warzywa na wagę - do torebki strunowej, a kapustę kiszoną, ser czy humus - do plastikowego pojemnika. W niektórych sklepach i knajpach za własne opakowanie można dostać rabat, np. 1 zł w Hummus Amamamusi. Trzeba sobie tylko wyrobić nawyk planowania zakupów, żeby nie zapomnieć o zabraniu odpowiednich pudełek, wychodząc z domu.

Bulk shopping


3. NOSZĘ W PLECAKU ZAKUPOWY ZESTAW AWARYJNY
Na wypadek niespodziewanych zakupów, zawsze noszę w plecaku awaryjną torbę na zakupy oraz kilka woreczków. Jeśli jesteście zmotoryzowani, taki zestaw warto wozić w samochodzie. Nie dajmy się zaskoczyć foliówkom!


4. UNIKAM PRODUKTÓW PAKOWANYCH W PLASTIK
O ile to możliwe, staram się wybierać produkty na wagę (do własnych woreczków i opakowań) bądź pakowane w szkło, papier lub metal.


5. PIJĘ WODĘ Z KRANU
Niektórym nadal trudno przyjąć to do wiadomości, ale w większości dużych i średnich miast Polski woda z kranu nadaje się do picia. Więcej fachowych informacji na ten temat znajdziecie tutaj. My od jakichś 6 lat nie kupujemy wody butelkowanej. Używamy dzbanka filtrującego, bo dzięki temu kamień w czajniku wolniej się osadza, no i Dzióbek twierdzi, że przefiltrowana woda bardziej mu smakuje (ja tam nie czuję różnicy i piję prosto z kranu). Latem zawsze nosimy ze sobą bidony.


6. ZIMĄ CHODZĘ Z KUBKIEM TERMICZNYM
Dzięki temu nie muszę kupować herbaty w jednorazowych kubkach. W niektórych kawiarniach (np. w Starbucksie) chętnie sprzedają napoje do własnych kubków i jeszcze dają 1 zł rabatu.


7. NIE UŻYWAM JEDNORAZOWYCH SŁOMEK
Ponieważ jednak wygodniej mi się pije przez słomkę (szczególnie jeśli górną połowę szklanki wypełniają kostki lodu), kupiłam na Allegro słomki stalowe (polecam te proste, nie wygięte, dla mnie są wygodniejsze). Jedną na wszelki wypadek noszę ze sobą w plecaku.

Zero waste bottles and tumblers


8. OGRANICZAM MIĘSO
Nie zostałam co prawda weganką, ale w 2017 roku zjadłam chyba najmniej mięsa w życiu. Okazało się, że kuchnia weg(etari)ańska potrafi być naprawdę smaczna, a do tego tania. Szykuję osobny wpis, w którym opowiem więcej na ten temat.


9. STARAM SIĘ NIE MARNOWAĆ JEDZENIA
Zawsze robię listę zakupów, żeby nie dublować produktów. Kontroluję zawartość lodówki i staram się zużywać wszystko na bieżąco, żeby nic się nie zepsuło. Z brązowych bananów, których już nikt nie zje, robię dziecinnie prosty chleb bananowy (polecam dodać kilka pokruszonych kostek czekolady deserowej - pychota!). Obierki warzyw (dokładnie wcześniej umytych), łupiny czosnku i cebuli, omdlałe marchewki czy zmaltretowane pomidory mrożę, a kiedy uzbiera mi się pełny worek, robię z nich bulion (tutaj przepis). Jeśli wiem, że czegoś nie zjem, zanoszę to do jadłodzielni.

Wegan cookbook


10. WALCZĘ Z ULOTKAMI W SKRZYNCE POCZTOWEJ
Na naszej skrzynce pocztowej umieściłam karteczkę: Prosimy nie wrzucać ulotek. Staramy się żyć ekologicznie. Dziękujemy :) Uznałam, że grzeczna prośba ma większe szanse do kogoś przemówić niż "UWAGA! ZAKAZ!!! NIE WRZUCAĆ!", ale i tak nie miałam wielkich nadziei. Zabieg okazał się jednak zadziwiająco skuteczny. Od czasu do czasu trafi się jakaś ulotka, ale jest ich zdecydowanie mniej niż wcześniej.


11. NIE DRUKUJĘ BILETÓW ITP.
Gdzie się da, wybieram bilety elektroniczne (kino, PKP, warsztaty itd.), a przy zakupach zawsze odmawiam drukowania potwierdzenia.


12. ZBIERAM OPAKOWANIA PREZENTOWE, WSTĄŻKI, KOPERTY ITP.
Opakowania, torebki po prezentach i niezapisane koperty po kartkach z życzeniami odkładam do ponownego wykorzystania. Mam taki zapas, że w ostatnie święta nie musiałam kupić nawet kawałka papieru do pakowania :)


13. ZBIERAM FOLIOWE WORKI, TOREBKI PAPIEROWE ITD.
Jeśli przyplącze mi się jakaś foliówka, nie drę włosów z głowy. Odkładam ją i potem wykorzystuję do mrożenia pieczywa czy jako worek na śmieci. Zbieram też papierowe torebki (np. po ciastkach na wagę), worki kurierskie, worki po ubraniach czy sprzętach AGD. Nie zajmują wiele miejsca, a zawsze do czegoś się przydają.


14. UŻYWAM JEDNOSTRONNYCH WYDRUKÓW DO ROBIENIA NOTATEK
Kiedy ma się w domu grafika, drukowania nie da się całkiem uniknąć, ale wszystkie próbne jednostronne wydruki odkładam i potem zadrukowuję je na drugiej stronie albo tnę na mniejsze karteczki i wykorzystuję do bazgrania. Podobnie robię ze wszystkimi innymi niepotrzebnymi papierami (np. listami przewozowymi). Oficjalne dokumenty typu umowy zawsze drukuję dwustronnie.


15. PRZERZUCIŁAM SIĘ NA MYDŁO I SZAMPON W KOSTCE
Naturalne i bez plastikowych opakowań. Mydła w kostce (do ciała) były kiedyś na porządku dziennym, ale do niedawna nie miałam pojęcia, że istnieje coś takiego jak szampon w kostce. Przy okazji dowiedziałam się, że są też mydła w kostce do włosów, ale to zupełnie co innego niż szampony w kostce i po umyciu włosów takim mydłem trzeba ponoć stosować jakieś płukanki zakwaszające (dla mnie nawet odżywka to za dużo roboty, więc zupełnie sobie tego nie wyobrażam). Moich kostkowych szamponów z Kremolandu jeszcze nie używałam (na zdjęciu to te okrągłe), bo chcę najpierw wykończyć płynny, który mam, ale czytałam o nich tyle pozytywnych opinii, że jestem dobrej myśli. Aktualizacja (14.03.2018): Myję włosy szamponem w kostce od miesiąca - jest super! Nie widzę żadnej różnicy między nim, a takim w płynie. Żegnajcie, szampony w plastikowych butelkach!

Zero waste bathroom


16. NIE UŻYWAM PŁATKÓW KOSMETYCZNYCH DO TONIKU
Ten myk podpatrzyłam na Fejsie Kiehl's Polska. Konsultantka polecała psikanie toniku prosto na dłonie i delikatne wklepywanie w twarz. Nie marnujemy produktu (bo nie wsiąka w płatek), nie marnujemy płatków (ja oszczędzam w ten sposób 60 płatków miesięcznie) - same korzyści.


17. WYBIERAM BEZŚMIECIOWE ŚRODKI CZYSTOŚCI
W krakowskiej drogerii Jeju znalazłam Simple as that - naturalne środki czystości pakowane w słoiki, które można po wykorzystaniu odnosić do sklepu w zamian za rabat 10%. Może kiedyś pokuszę się o zrobienie własnych, ale na razie nie spinam się w tej kwestii.

Zero waste cleanng


18. KUPUJĘ PAPIER TOALETOWY Z MAKULATURY
Wybieram papier toaletowy z recyklingu, sprzedawany na sztuki, bez folii (co prawda w sklepie on i tak stoi w wielkich foliowych workach, ale lepsze takie 20- czy 40-sztukowe wory niż foliowe opakowania po 4 czy 8 sztuk). Polecam te z Biedronki i Lidla - są mięciutkie. Ten z Carrefoura jest gruby i sztywny, przez co mniej wygodny w obsłudze (niektóre arystokratyczne tyłki w naszym gospodarstwie były niepocieszone).


19. ODKOPAŁAM MATERIAŁOWE CHUSTKI DO NOSA
Zanim powiecie "bleeee", dajcie mi szansę :) Też z początku wydawało mi się to niehigieniczne, ale przemyślałam sprawę i doszłam do wniosku, że: Po pierwsze, bez przesady, dawniej przecież takie chustki były czymś normalnym. Po drugie, teraz też noszę w kieszeniach płaszcza czy spodni chusteczki higieniczne, których nie wyrzucam po każdym wytarciu nosa, więc co za różnica, jeśli będą materiałowe? Po trzecie, OK, jeśli zachoruję i będę tonąć w smarkach, to nie będę używać chustek materiałowych, bo nie nadążyłabym z praniem i suszeniem, ale do takiego codziennego użycia, kiedy trzeba otrzeć łzy w kinie albo wytrzeć wilgotny nos po wejściu z mrozu do ciepłego pomieszczenia, nadają się idealnie.


20. ROBIĘ PRZEMYŚLANE ZAKUPY, CZĘSTO Z DRUGIEJ RĘKI
Zanim sprowadzę jakąś nową rzecz do mieszkania, 10 razy się zastanawiam. Pisałam o tym w tym poście. Staram się kupować używane meble i dodatki do domu, chociaż przyznaję, że robię to nie z powodów ekologicznych, tylko po prostu dlatego, że moim zdaniem są o wiele fajniejsze niż takie "sterylne" nowe :) Jeśli chodzi o ubrania, to ostatnio niestety nie mam szczęścia do lumpeksów, ale nie poddaję się!


21. ZNAJDUJĘ NIEPOTRZEBNYM RZECZOM NOWY DOM
Biorę udział w charytatywnych zbiórkach ubrań i innych przedmiotów, oddaję niepotrzebne rzeczy znajomym albo wystawiam na OLX czy fejsbukowych grupach. Robię, co mogę, żeby tylko nie wyrzucać ich na śmietnik. Szerzej pisałam o tym tutaj (punkt 4).



GDZIE ROBIĆ ZAKUPY ZERO WASTE?

W większych miastach zaczynają się pojawiać sklepy bez opakowań albo z produktami eko, w których jest możliwość kupienia wielu produktów na wagę. Najbardziej znane to Kooperatywa Dobrze w Warszawie, BIOrę w Poznaniu (mają też sklep internetowy) i Bez pudła we Wrocławiu. W Krakowie na razie nie ma typowego sklepu zero waste, ale spory wybór bezśmieciowych produktów ma sklep Dubai Food na Rynku Kleparskim 4 (mnóstwo przypraw, herbat i bakalii) oraz delikatesy azjatyckie AsiaDeli (m.in. tofu, makarony chińskie, a nawet płatki drożdżowe).

Oczywiście bezśmieciowe zakupy spożywcze zrobicie też na lokalnych targach, w osiedlowych sklepach i zwykłych supermarketach (Piotr i Paweł na swojej stronie zachęcał niedawno do używania własnych pojemników). Najłatwiej pójdzie na stoiskach z owocami i warzywami, mrożonkami, pieczywem, bakaliami czy słodyczami na wagę. Z nabiałem czy wędlinami bywają problemy, ale coraz więcej supermarketów (m.in. Carrefour, Auchan, Kaufland) wprowadza oficjalną możliwość pakowania ich do opakowań klientów (przy okazji polecam wywiad z rzecznikiem prasowym Sanepidu na ten temat).

Jeśli chodzi o sprawy drogeryjne, to sprawdźcie BetterLand.pl - znajdziecie tam półprodukty do przygotowania domowych środków czystości, wielorazowe pieluchy, podpaski, płatki kosmetyczne, bambusowe szczoteczki do zębów itd. Sklep wysyła zamówienia wyłącznie w pudełkach z drugiej ręki (sama dzisiaj wysłałam do nich 6 kg opakowań) i umożliwia wybór opcji opakowania zero waste.


***

Dotrwaliście do końca? No to teraz Wasza kolej! Macie jakieś bezśmieciowe zwyczaje i patenty? Znacie przyjazne zerowasterom marki kosmetyczne albo fajne sklepy w Waszych miastach? Podzielcie się!


1 maja 2017

Optymalizacja według Sztywniary: Wyrzucanie

Dorastałam w domu, który można nazwać koszmarem każdego minimalisty (i w ogóle każdego człowieka, który lubi porządek i nie lubi nadmiaru). U nas niczego się nie wyrzucało! I o ile reperowanie popsutych rzeczy zamiast wywalać je od razu na śmietnik jest oczywiście godne pochwały i bardzo eko, to nigdy nie widziałam sensu przechowywania każdej pierdoły, bo "może kiedyś się przyda". U Rodziców do tej pory jest cała szafka wypchana włóczkami Mamy (ostatni raz miała w rękach druty chyba w latach 90.), w piwnicy kurzy się kilka nieużywanych serwisów do kawy, nowiutkich żelazek z lat 80. (Babcia prowadziła sklep w PRL-u), jakieś stare zabawki, stosy magazynów motoryzacyjnych Taty i całe pudła rupieci, które przez ponad 20 lat jakimś cudem do niczego się jednak nie przydały. 

Strasznie mnie to zawsze wkurzało i jako nastolatka wielokrotnie oferowałam wzięcie na siebie odgracenia którejś szafy czy pomieszczenia. Mama jednak nie chciała o tym słyszeć, bo przecież na pewno wyrzuciłabym coś bardzo potrzebnego, a nigdy nie miała czasu, żeby zająć się tym razem ze mną. Prawda jest taka, że jej to po prostu nie przeszkadzało. Za to ja nie mogłam się doczekać, aż będę dorosła, wyprowadzę się do własnego mieszkania i wszystko będę robić inaczej. I wiecie co? Robię!

Just dump it collage
kolaż - Dzióbek


Zanim  podzielę się z Wami moimi doświadczeniami w temacie pozbywania się nadmiaru, chciałbym coś wyjaśnić: absolutnie nie namawiam do tego KAŻDEGO. Jeśli dobrze czujecie się z liczbą otaczających Was rzeczy, lubicie chomikować, a Wasze zbiory w żaden sposób nie utrudniają Wam życia (vide moja Rodzicielka), spokojnie możecie teraz przestać czytać tego posta. Jeśli natomiast, tak jak mnie, do szału doprowadzają Was nieużywane przedmioty, to... też możecie przestać czytać, bo pewnie już znaleźliście sposób, żeby się ich pozbyć. Do kogo więc ja to wszystko piszę? Do wszystkich tych, którzy są gdzieś pomiędzy - chcieliby odgracić swoją przestrzeń, ale nie bardzo wiedzą, od czego zacząć, albo po prostu potrzebują motywacyjnego kopa. I nie bójcie się, fanatyzm w każdej postaci jest mi obcy, więc nie będę Was namawiać do liczenia majtek ani pozbywania się ulubionej kolekcji magnesów z podróży. Tu nie chodzi o minimalizowanie, tylko o optymalizowanie.

W sumie wszystko sprowadza się do prostej zasady: NIE UŻYWASZ? POZBĄDŹ SIĘ! I tak, wiem, że los bywa złośliwy i czasem wystarczy wyrzucić jakąś głupią deskę, która leżała pod biurkiem przez 4 lata, żeby za kilka dni kawałek drewna o dokładnie takich wymiarach był nam do czegoś potrzebny (historia z mojego życia), ale coś Wam powiem [uwaga, włączam ton life coacha]: DACIE SOBIE RADĘ. Serio. Nie warto przez lata trzymać czegoś, co BYĆ MOŻE KIEDYŚ się przyda. Będziecie się martwić, kiedy nadejdzie to "kiedyś". Jak Scarlett O'Hara. I na bank jakoś dacie sobie radę.
Jak to wygląda  u mnie?


1. JESTEM ZE SOBĄ SZCZERA

Nieważne, jak rozsądni jesteśmy i jak staramy się nie kupować niepotrzebnych rzeczy (o zakupach z mózgiem pisałam tutaj), prędzej czy później zgromadzimy mniejszy lub większy stos zbędnych przedmiotów. Wiem, że czasem trudno jest się przyznać przed sobą, że czegoś nie potrzebujemy. Łudzimy się, że jeszcze to założymy, że schudniemy, że na pewno w końcu pojawi się odpowiednia okazja, mamy wyrzuty sumienia z powodu wydanej kasy i nie chcemy dopuścić do siebie myśli, że jakiś zakup był po prostu złą decyzją. No i przecież fajnie mieć szafę jak Carrie Bradshaw!

W procesie eliminacji kluczowa jest szczerość wobec siebie i świadomość własnych potrzeb. Niedawno na Fejsie pochwaliłam się, że udało mi się ograniczyć moją kolekcję butów do 10 par. Niektórzy byli w szoku: jakim cudem?! A mnie cały ten proces zajął w sumie kilka lat. Obstawiam, że w szczytowym momencie mogłam mieć ok. 40 par. Stopniowo pozbywałam się tych, w których nie chodziłam, które przestały mi się podobać lub były po prostu niewygodne. Z niektórymi tak trudno było mi się rozstać, że przymykałam na nie oko podczas kolejnych przeglądów szafy i musiało minąć naprawdę duuuużo czasu, zanim zdecydowałam się wystawić je na Allegro. Uświadomiłam sobie jednak kilka rzeczy: że tak naprawdę używam na zmianę tylko kilku par; że jeśli mam kolorowe buty, to praktycznie nigdy ich nie noszę; że nie podobają mi się delikatne, kobiece fasony; i że nie chcę się zmuszać do chodzenia na obcasach. Teraz mam 10 par i myślę, że jest szansa na pozbycie się jeszcze ze 3 z nich. Czy uważam, że wszyscy powinni mieć tyle co ja? W żadnym razie. Po prostu ta liczba jest w tym momencie DLA MNIE optymalna.


2. DZIAŁAM STOPNIOWO I POWTARZALNIE

Marie Kondo, autorka Magii sprzątania, radzi, żeby za eliminację zabrać się z grubej rury i przeprowadzić ją raz, a dobrze. To ma być totalna rewolucja i gruntowne oczyszczenie. Być może u niektórych takie podejście się sprawdzi, ale mój wewnętrzny leń na samą myśl o tak gigantycznym zadaniu ma ochotę zaszyć się pod kocem, a mój wewnętrzny pragmatyk przytomnie podpowiada, że w prawdziwym świecie mało kto ma możliwość poświęcenia kilku dni na przeglądanie po kolei całego swojego dobytku, dziękowanie każdemu przedmiotowi za jego dotychczasową służbę i zastanawianie się, czy aby na pewno jego posiadanie go uszczęśliwia.

Poza tym nie da się dokonać eliminacji niepotrzebnych rzeczy raz na zawsze. To ciągły proces. Dlatego ja stosuję metodę małych kroków. Rozprawiam się z nadmiarem stopniowo, partiami (np. dzisiaj magazyny, jutro buty, za tydzień kosmetyki), regularnie wracając do już "podbitych" terytoriów, bo po pierwsze, do niektórych decyzji trzeba dojrzeć (spoko, to nie wyścigi), a po drugie, rzeczy się niszczą, przybywają nowe, zmieniam się też ja sama, dlatego co jakiś czas sprawdzam, czy dany zbiór nadal pasuje do aktualnej mnie.


3. OD CZEGO ZACZĄĆ?

Moim zdaniem odgruzowywanie mieszkania najlepiej zacząć od czegoś łatwego, niewzbudzającego emocji i stopniowo przechodzić do rzeczy bardziej kłopotliwych (ubrania, pamiątki, książki). Kolejność może być na przykład taka:
  • Produkty przeterminowane/zepsute (jedzenie w lodówce i szafkach, kosmetyki, leki) - Tutaj nie ma co dumać, po prostu TRZEBA je wyrzucić. Zdziwisz się, ile takich rzeczy masz w domu.
  • Stare podręczniki szkolne, kserówki, notatki ze studiów - Nie, już Ci się nie przydadzą.
  • Magazyny, katalogi - Kiedy ostatnio do nich zajrzałaś? Stosy Vogue'ów wyglądają fajnie na zdjęciach z Instagrama, ale tak naprawdę tylko zawalają miejsce.
  • Pudełka po sprzętach elektronicznych - My je często zachowujemy, na wypadek gdyby ze sprzętem coś się działo i trzeba było go odesłać. NIGDY nic się nie dzieje.
  • Stare gwarancje, instrukcje obsługi - Założę się, że części tych sprzętów nawet już nie masz.
  • Duplikaty - Po co Ci dwie trzepaczki do jajek albo 5 kompletów pościeli, jeśli masz tylko jedno łóżko?
  • Durnostojki - Lubię ładne ozdoby, ale przed zbieractwem skutecznie chroni mnie moje własne lenistwo. Odkurzanie maleńkich figurek, szkatułek i wazoników to moja wizja piekła. Nie lepiej zostawić tylko kilka naprawdę ulubionych? Pomyśl, ile czasu dzięki temu zaoszczędzisz.
  • Pamiątki - Jestem dość sentymentalna i gdybym żyła w XIX wieku, to pewnie miałabym gdzieś zachomikowany pukiel włosów Dzióbka. A nie, zaraz, w sumie to mam (nie żartuję). Dlatego nie namawiam nikogo do pozbywania się albumów ze zdjęciami czy listów miłosnych. Ale kartki z wakacji od znajomych (tu zgadzam się z Marie Kondo: spełniły swoje zadanie, czyli ucieszyły Cię w dniu, kiedy przyszły, jednak na tym ich rola się skończyła) czy jakieś foldery z muzeów odwiedzonych w podróży nie są Ci do niczego potrzebne.
  • Książki - Ulubione książki, które "zmieniły Twoje życie", i/lub do których regularnie wracasz, słowniki czy inne przydatne pozycje oczywiście powinny zostać. Ale warto się zastanowić, czy część Twojej kolekcji to nie zwykłe wypełniacze półek i zbieracze kurzu. Ja pozbywam się tych książek, które: przeczytałam i mi się nie podobały, ale komuś mogą; przeczytałam i mi się podobały, ale wiem, że nie będę do nich wracać; nie przeczytałam i nie mam zamiaru czytać.
  • Ubrania, buty, dodatki - Kategorie z gatunku trudnych. Są różne szkoły. Niektórzy radzą pozbywać się wszystkiego, czego nie używało się od 6 miesięcy, roku czy 2 lat. Ja doradzam przede wszystkim szczerość wobec siebie (patrz punkt 1) i pozbywanie się: rzeczy zniszczonych, dziurawych i poplamionych (niby oczywista oczywistość, a zawsze coś takiego się w szafie ukryje), nielubianych rzeczy, których i tak nie nosisz (w sumie co one jeszcze robią w Twojej szafie?), nielubianych rzeczy, które nosisz (bo są wygodne albo po prostu się do nich przyzwyczaiłaś; wyrzuć je, inaczej nie przestaniesz w nich chodzić - coś o tym wiem), lubianych rzeczy, których nie nosisz (leżą w szafie, lubisz na nie popatrzeć, ale wiesz, że ten związek nie ma przyszłości - zwolnij miejsce na coś fajnego, czego naprawdę będziesz używać!).

4. ZNAJDUJĘ RZECZOM NOWY DOM

Co robić z niepotrzebnymi rzeczami? W mojej karierze eliminatora bardzo rzadko zdarza się, żebym coś po prostu wyrzuciła na śmietnik (musi być naprawdę zniszczone albo zepsute). Zamiast tego polecam:
  • Allegro.pl - Używam raczej do sprzedawania rzeczy cenniejszych, sprzedaż drobiazgów to gra niewarta świeczki (zamieszanie z wysyłką, do tego jeszcze opłaty za wystawienie i sprzedaż).
  • OLX.pl - Sprawdza się do sprzedaży rzeczy trudnych do wysyłki (meble, lampy stojące itd.), bo kupujący sam podjeżdża po towar. Jestem wielką fanką kategorii "Oddam za darmo" - zwykle w ciągu kilku minut po umieszczeniu ogłoszenia mam już kilkunastu chętnych (chociaż słyszałam, że ludzie czasem się rozmyślają, nie przychodzą w umówione miejsce itd., więc ponoć lepiej wystawiać choćby za symboliczną kwotę, żeby odsiać niepoważnych). Plusem jest brak jakichkolwiek opłat za wystawienie.
  • Vinted.pl - Bardzo prężnie działający serwis, na którym można sprzedawać ubrania i inne przedmioty. 
  • Znajomi, rodzina - Marie Kondo uważa, że nie powinno się przerzucać swojego balastu na innych, i zamiast pytać "Czy chcesz tę rzecz?", należy pytać "Czy jest coś, czego potrzebujesz?" Jeśli nasz znajomy wymieni przedmiot, który akurat mamy na zbyciu, wtedy możemy mu go ofiarować, ale sami nie powinniśmy podsuwać mu pomysłów. Ja się z tym nie zgadzam, bo często sama nie pamiętam, że czegoś potrzebuję, albo zdaję sobie z tego sprawę dopiero wtedy, kiedy to widzę. Tak więc regularnie proponuję Siostrze moje ciuchy albo domowe gadżety (ma swój rozum i potrafi odmówić).
  • Organizacje i zbiórki charytatywne - Niektóre fundacje, domy dziecka czy domy samotnej matki prowadzą stałe lub okresowe (zwykle przed świętami) zbiórki odzieży, zabawek czy innych przedmiotów. Warto sprawdzić, czy nie ma takiego miejsca w naszej okolicy. Polecam np. zbiórki książek dla szpitali i bibliotek w całej Polsce organizowane przez Zaczytani.org  i Poczytajmi.pl albo zbiórkę ubrań Ubrania do oddania.
  • Kontenery na odzież używaną - Dobry sposób na pozbycie się starych i/lub zniszczonych ubrań (które mogą zostać sprzedane do lumpeksów lub przerobione na czyściwo przemysłowe), a czasem przy okazji również pomoc organizacjom charytatywnym, np. Fundacji Mam Marzenie. Tutaj ciekawy wpis o faktach i mitach związanych z tematem kontenerów na odzież.
  • Instagram / Facebook i inne social media - Ja często po prostu wrzucam na soje instastories informację, że mam coś do sprzedania / oddania i zwykle bez problemu znajduję chętnych.
  • Lokalne wydarzenia, sąsiedzkie wyprzedaże lub kiermasze - Tutaj również nieoceniony jest Facebook, który często podsuwa informacje o imprezach, podczas których można oddać lub sprzedać za symboliczną kwotę niepotrzebne rzeczy.
  • Sklepy i rękodzielnicy - Niektórzy sprzedawcy wykorzystują opakowania z drugiej ręki do wysyłania zamówień, np. drogeria ekologiczna Betterland, która chętnie przyjmuje pudełka, folie bąbelkowe, papier do pakowania i słoiki 0,9 - 1 l. Warto poszukać takich miejsc w swojej okolicy - choćby na wyżej wymienionych grupach.
  • A może da się to wykorzystać? - Niektóre rzeczy mogą nie nadawać się ani do sprzedania, ani do sprezentowania, ale zamiast je wyrzucać, można spróbować zrobić z nich użytek. Ja na przykład kremy do twarzy, z którymi się nie polubiłam, stosuję jako balsamy do ciała, jakiś czas temu zaczęłam używać na co dzień miniaturek past do zębów, których uzbierało mi się chyba ze 30 (nie było szans, żeby udało mi się wszystkie wykorzystać w podróży), a kilka sprzętów domowych (pojemniki, koszyki itp.) znalazło nowe zastosowanie w piwnicy.
  • Śmietnik - No dobra, nie wszystko da się wykorzystać albo puścić dalej w obieg, czasem nie ma rady i trzeba coś po prostu wyrzucić. Oczywiście zachęcam do sortowania odpadów i wrzucania ich do odpowiednich kontenerów. W większości supermarketów, w Żabce czy na poczcie często stoją pojemniki na baterie, a w Biedronce czy Ikei - również na żarówki i świetlówki. Polecam też różne eko-imprezy i osiedlowe "wystawki", podczas których zbierane są duże gabaryty lub elektrośmieci. W Krakowie "dziwne" odpady, takie jak płyty CD, drobna elektronika czy leki i strzykawki (te ostatnie tylko w określonych terminach) można też wrzucać do Krakowskich Eko-Pudełek.

Jeśli znacie inne kanały odprowadzające nadmiar albo sprawdzone organizacje, które przyjmują ubrania czy inne przedmioty, to koniecznie dajcie znać w komentarzach. No i oczywiście czekam na Wasze historie i sposoby na walkę ze zbędnymi rzeczami!

22 lipca 2016

Optymalizacja według Sztywniary: Zakupy

Minimalizm, slow life i rozsądne zakupy to od pewnego czasu bardzo modne tematy. Przyznam, że początkowo trochę mnie ta moda irytowała. Nagle babki na całym świecie się obudziły i zaczęły pisać o tym, jak ważne jest zwracanie uwagi na jakość, pozbywanie się niepotrzebnych przedmiotów i ogólnie używanie mózgu podczas zakupów. Serio?! Przewracałam oczami za każdym razem, kiedy czytałam wyznania kolejnej blogerki o tym, jak to minimalizm odmienił jej życie. Minimalizm - srinimalizm. To zwykły ZDROWY ROZSĄDEK i ja go używałam, jeszcze zanim to było modne!

Kiedy przeszedł mi ten pierwszy foch, przyjrzałam się sprawie nieco bliżej, przeczytałam kilka książek i w końcu doszłam do wniosku, że może ta moda na "slow" to nie jest taka zła rzecz. Choć większość założeń minimalizmu nie była dla mnie żadnym objawieniem, to dobrze jest czasem przeczytać napisane wielkimi literami to, co się podskórnie czuło, przybić telepatyczną piątkę z kimś o podobnych poglądach albo podejrzeć jakieś sprytne rozwiązania. No i skoro wielu osobom pomogło to zmienić życie na lepsze, to nie ma co prychać, tylko trzeba się z takiej pożytecznej mody cieszyć.

Mnie upraszczanie, usprawnianie i eliminowanie "szumu" przychodzi dość naturalnie, bo jestem osobą, która najbardziej na świecie lubi święty spokój. Nie mam za grosz podzielności uwagi i jeśli za dużo się wokół mnie dzieje, dopada mnie okropna mieszanka zmęczenia, paniki i złości (nazywam to "syndromem pralki", bo serio czuję się, jakby ktoś wrzucił mnie do bębna i nastawił na wirowanie). Nie ma dla mnie absolutnie nic gorszego niż napięty grafik. Jeśli w jakiś dzień mam sporo zajęć, spraw do załatwienia czy spotkań towarzyskich, to kolejny (albo cztery) muszę spędzić sama ze sobą, żeby się zresetować. I tak samo działają na mnie przedmioty. Jeśli otacza mnie wizualny chaos i nadmiar, jestem rozdrażniona i nie potrafię się na niczym skupić. Tylko spokój może mnie uratować.

Jak można się domyślić po tym nieco przydługim wstępie, mam w tym temacie trochę głębokich przemyśleń i czy tego chcecie, czy nie, postanowiłam się nimi z Wami podzielić. Gotowi? Dzisiaj część pierwsza: ZAKUPY.

Slow shopping collage
kolaż autorstwa Dzióbka (wg mojego pomysłu)


ZANIM KUPISZ, POMYŚL - to banalna, ale chyba niedoceniana zasada. Ogólnie cały minimalizm, slow life i pochodne można podsumować jednym hasłem: MYŚL! To naprawdę bardzo pomaga. Czego by tam aktualnie nie pisały magazyny, ja uważam, że to właśnie myślenie jest nową czernią.

Kiedy ktoś opowiada o znalezionych przypadkiem w szafie ubraniach z metkami, o których całkiem zapomniał, zawsze otwieram szeroko oczy ze zdziwienia. Mnie nigdy nic takiego się nie przydarzyło. Może dlatego, że nigdy nie miałam w szafie aż tylu rzeczy, żeby cokolwiek mogło się wśród nich zapodziać. A nie miałam, bo... nad każdym zakupem naprawdę sporo myślę. Jasne, że ile by człowiek nie myślał, nietrafionych zakupów całkiem nie uniknie (coś o tym wiem). Ale myślenie pomaga ich liczbę znacząco ograniczyć. Oto, jak to wygląda u mnie:


1. SZUKAM DZIURY W CAŁYM

Jestem mistrzynią w wynajdywaniu powodów, dla których miałabym danej rzeczy NIE kupić. Czytam metki ze składem (bluzka 100% poliester? dziękuję, do widzenia); macam na wszystkie strony; miętolę materiał w dłoniach, żeby sprawdzić, czy się gniecie; dzianinę pocieram np. o czarny płaszcz, żeby sprawdzić, czy nie zostawia kłaków;  badam szwy; lustruję detale; szukam skaz; w przymierzalni wykonuję skłony i przysiady, żeby sprawdzić, czy ubranie jest wygodne; słowem, zachowuję się jak lekko opętana. Ale to naprawdę działa. Zawsze mnie dziwi to, że ludzie kupują jakąś szmatę, a potem narzekają, że to szmata (rozciągnęła się! szwy się skręciły!). Jestem pewna, że w zdecydowanej większości takich przypadków zwiastuny szmatowatości były widoczne już w sklepie, wystarczyło je tylko dojrzeć. Ja nie mam litości. Nie idę na żadne kompromisy. Nie ma że spodnie "trochę odstają", a koszulka "trochę dziwnie się układa". Jeśli nie jestem w 100% przekonana, po prostu nie kupuję. Znajomy mojej koleżanki jest zdania, że nie należy kupować nowego ciucha, jeśli nie uważamy, że będzie to najfajniejsza rzecz w naszej szafie. Może aż tak daleko bym nie szła, ale zdecydowanie podoba mi się wizja szafy jako ekskluzywnego klubu, do którego obowiązuje ścisła selekcja.


2. CZY NAPRAWDĘ TEGO POTRZEBUJĘ? 

OK, powiedzmy, że ciuchowi (czy innej rzeczy) nie można nic zarzucić. Ale czy naprawdę go potrzebuję? Mam go z czym nosić / do czego wykorzystać? Jest w moim stylu? Będę go regularnie używać? Czy po prostu doceniam jego walory estetyczne i/lub wykonanie, ale tak naprawdę wiem, że będzie leżał i zbierał kurz (ja tak mam z pięknymi notesami: chciałabym wszystkie, ale wiem, że potrzebuję tylko jednego). A może akurat jest wyprzedaż i wydaje mi się, że to niepowtarzalna okazja? Czasem bardzo trudno jest odróżnić swoje prawdziwe potrzeby od tych wytworzonych przez promocje, blogi czy znajomych. Dlatego ja w przypadku jakichkolwiek wątpliwości po prostu odkładam zakup na później (czyli zazwyczaj na nigdy). I nie pamiętam, żebym żałowała, że czegoś NIE kupiłam. Za to nieraz zdarzyło mi się żałować, że coś kupiłam.


3. NIE KUPUJĘ NA ZAPAS

Tego nauczyłam się dopiero niedawno. Wcześniej lubiłam mieć zapasy kosmetyków czy jedzenia. Wydawało mi się, że to takie sprytne i przezorne. Aż przeczytałam gdzieś jakże odkrywczą myśl: NIE MIESZKASZ NA PUSTYNI. Eureka! Jaki jest sens gromadzenia zapasów, zajmowania cennego miejsca w mieszkaniu (zwłaszcza małym) i ryzykowania, że część kosmetyków czy produktów spożywczych przeterminuje się, zanim przyjdzie ich kolej, kiedy do sklepu mam dwa kroki? Teraz nie kupuję nowych kosmetyków, dopóki aktualne nie są na wykończeniu, a lodówka może nie wygląda "bogato", za to o wiele rzadziej coś mi się zepsuje.


4. LISTA ZAKUPÓW 

Jak przystało na córkę, której Sheldon Cooper i Monica Geller nigdy nie mieli, kocham robić listy (tematów na posty, rzeczy do sprzedania, nawet przesyłek, na które czekam). Ale nawet jeśli robienie list nie jest Waszym ulubionym sposobem spędzania wieczoru (moim bywa), lista zakupów to rzecz, którą warto sobie ogarnąć. Ja używam do tego aplikacji w telefonie. Megawygodna sprawa. Można stworzyć kilka różnych list (np. ze składnikami obiadu, kosmetykami, chemią domową itd.) i współdzielić wybrane z nich z innymi domownikami. Kiedy widzę, że coś w domu się kończy, od razu dodaję to do listy. Dzięki temu zawsze wiem dokładnie, co mam kupić, nie biegam po sklepie, zastanawiając się, o czym zapomniałam albo co mogłoby mi się przydać, i nie kupuję przez pomyłkę tego, co już jest w lodówce. Takie proste, a takie skuteczne.


5. PINTEREST

Ostatnim sposobem, który pomaga mi w walce ze zbędnymi zakupami, jest Pinterest. Oprócz tego, że używam go do zbierania wnętrzarskich inspiracji, pełni jeszcze jedną ważną funkcję: jest poczekalnią dla moich zakupowych zachcianek. Kiedy na widok jakiegoś super ciucha czy dekoracji do mieszkania dostaję migotania przedsionków, zamiast "kup", klikam "przypnij" i dodaję daną rzecz do mojej listy życzeń (w tym celu stworzyłam dwa albumy: z zachciewajkami modowymi i wnętrzarskimi). Co jakiś czas robię przegląd materiału, żeby zweryfikować swoje wybory. W 99% przypadków okazuje się, że po kilku dniach obiekt zachwytu wcale nie wzbudza już takiego zachwytu.


***

A Wy macie jakieś własne triki, które pomagają Wam w rozsądnych zakupach? Jeśli tak, to koniecznie podrzućcie w komentarzach (w końcu żaden system nie jest tak zoptymalizowany, żeby nie można go było jeszcze bardziej zoptymalizować!). A w nagrodę za to, że przebrnęliście przez tego długaśnego posta, mam dla Was konkurs z fajnymi nagrodami od marki tołpa - partnera dzisiejszego wpisu.


KONKURS #TOŁPAOFF

Pamiętam, że kiedy kilka lat temu natknęłam się na kampanię tołpy pod hasłem "kupuj mniej", pomyślałam: ta marka ma jaja. Wyskakiwać z takim sloganem, kiedy wszyscy wkoło zabijają się, żeby ludzie kupowali jak najwięcej? Szacuneczek. Od tamtego czasu obserwuję, jak tołpa konsekwentnie promuje mądre, świadome wybory (np. testowanie próbek przed zakupem pełnowymiarowego kosmetyku). Niedawno marka odpaliła stronę tołpa:off, na której zachęca do wyłączenia się - z życia w pośpiechu, oczekiwań innych czy nieprzemyślanych codziennych decyzji. I właśnie z trybem OFF związane jest dzisiejsze zadanie konkursowe.

Na pewno kojarzycie zawieszki z napisem NIE PRZESZKADZAĆ / DO NOT DISTURB, które można znaleźć na klamkach w pokojach hotelowych. Ciekawa jestem, jaki napis, odzwierciedlający Wasz sposób na relaks, znalazłby się na Waszej osobistej zawieszce? (na mojej pewnie byłoby to coś w stylu: "Nie wchodzić, udaję, że czytam, a tak naprawdę podglądam sąsiadów" i wisiałoby na drzwiach balkonowych).

Odpowiedzi zostawiajcie pod tym postem na Fejsbuku do 29.07.2016.
Na autorów najciekawszych komentarzy czeka aż 60 zestawów miniproduktów tołpa (w sam raz do przetestowania albo na wakacyjny wyjazd).
Pełny regulamin konkursu znajdziecie tutaj.
Powodzenia!
mini tołpa

27 listopada 2013

Niezbędnik zmarźlucha

To nie będzie wpis typu "zimowe nowości, którymi chcę się pochwalić" ani "zimowe śliczności, które chciałabym mieć". To będzie wpis o może niezbyt efektownych (w porywach do brzydkich), za to absolutnie ulubionych, sprawdzonych, od dawna używanych i intensywnie eksploatowanych przedmiotach, które dla mnie - człowieka, któremu o tej porze roku jest CIĄGLE ZIMNO, który codziennie spędza 2 godziny na dojazdach, i któremu nieobce jest czekanie przy -10 stopniach na spóźniający się autobus, okazały się rewolucją i rewelacją. A, i wszystkich podejrzliwych uspokajam: NIE jest to wpis sponsorowany.

O sprawach typu czapka, szalik, rękawiczki, ciepła kurtka czy legginsy pod spodniami nie będę pisać, bo to najoczywistsze oczywistości i mam nadzieję, że wśród Was nie ma ani jednaj osoby, która "nie nosi czapki, żeby nie popsuć sobie fryzury". A jak jest, to błagam, niech się lepiej nie ujawnia i mnie nie załamuje.

A więc do rzeczy! Moja zimowa Wielka Piątka przedstawia się następująco:




1. EMU

Tak, wiem, "fuj", "bleee", "paskudy", "zdejm to!" i tak dalej. Nie mam zamiaru nikogo przekonywać, że te buty są piękne. Mnie się podobają, bo są pocieszne i człowiek wygląda w nich trochę jak pluszowa maskotka, jednak nie ich wygląd jest tu najważniejszy. One są po prostu niewiarygodnie CIEPŁE i wygodne (mam teorię, że kto je raz założy, już ich nie zdejmie).

Moje pochodzą z tańszej linii Emu Wool, która jakiś czas temu zmieniła nazwę na Ukala. Różnica między nimi a butami marki-matki, czyli Emu Australia, polega na tym, że buty Ukala mają cieńszą podeszwę, cholewkę ze skóry bydlęcej (a nie owczej), a w środku są wyściełane warstwą wełny (Emu Australia są natomiast krojone "z kożucha", czyli skóry owczej RAZEM z wełną, która jest grubsza niż ta wełniana wyściółka Ukali). No i zamiast 8 stów kosztują 4 (a nawet 3, jeśli traficie na rabat).

Wiem, o czym myśli wiele osób, łypiąc na emu: "Zamsz na POLSKĄ zimę?!" Też mnie to dawniej nie przekonywało. A teraz rozpoczynam z nimi już trzeci sezon i bardzo chętnie rozwieję wszystkie wątpliwości.

Czy emu się brudzą? Tak, brudzą się. Ale o wiele mniej, niż się spodziewałam. Tak jak na każdych butach, pojawiają się na nich ślady z soli, ale wystarczy wtedy przetrzeć je wilgotną gąbką. W przypadku zabrudzeń większego kalibru wrzucam je po prostu do pralki, wybierając program do prania wełny. Producent tego co prawda nie poleca (rekomenduje czyszczenie specjalnym preparatem, który jednak u mnie zupełnie się nie sprawdził), ale moim butom pranie w pralce jakoś nie zaszkodziło. Zaraz po wyschnięciu zamsz jest bardziej szorstki i sztywny, ale potem wraca do normy. Pamiętajcie, żeby po wyjęciu z pralki wypchać je gazetami, żeby nie straciły kształtu. I nie suszyć przy samym kaloryferze, bo to nie służy żadnym skórzanym butom.

Czy emu przemakają? Ustalmy coś: emu to nie kalosze. Jak będziecie w nich chodzić po wodzie, to oczywiście, że przemokną. Za to można w nich śmiało śmigać po śniegu, zaspach, mokrych chodnikach, podczas niezbyt dużego deszczu, a nawet kiedy na dworze błoto-ciapa. Moje przemokły mi tylko kilka razy, podczas naprawdę solidnej ulewy, kiedy woda po chodnikach płynęła strumieniami. Na każde inne warunki są OK. Ważne: przed pierwszym założeniem i po każdym praniu spryskajcie je dobrze impregnatem.

Czy pięty się wykoślawiają? Opowieści o wykrzywionych, zwisających piętach pojawiają się zawsze, kiedy pada hasło "emu". Myślę, że to wina tanich, bazarowo-sieciówkocych wersji tych butów, które są szyte z cienkich, kapciowych tkanin, a co za tym idzie, są bardziej wiotkie i skłonne do wypychania się. Oryginalne emu i uggi są zrobione z naturalnej, sztywnej skóry (Emu Australia mają dodatkowo wzmocnione zapiętki), dzięki czemu pięta nie wędruje na boki. U mnie po 2 sezonach używania non-stop pojawiło się z tyłu minimalne zagięcie, ale o żadnym efekcie zwisającej pięty nie ma mowy. Gdybym miała kupować nową parę, wybrałabym jednak rozmiar mniejsze niż normalnie noszę, bo z czasem wełna w środku się ubija i robi się w bucie luz (chociaż podobno dzieje się tak tylko w przypadku Ukali, a nie Emu Australia). Na szczęście można to zniwelować, wkładając do środka filcowe wkładki.


2. KUBEK TERMICZNY

Kiedy na śniegu i wietrze trzymam w rękach kubek z gorącą, parującą herbatą, naprawdę czuję, jakbym wygrała los na loterii. Od 2 lat używam kubka Tchibo i jestem z niego bardzo zadowolona. Przede wszystkim dlatego, że NIE PRZECIEKA i mogę go spokojnie wrzucić do torby (a nawet postawić do góry dnem). Z moich obserwacji wynika, że kluczowy jest tu mechanizm zamykania. Kubki, które mają taki przesuwany albo podnoszony "zypcyk", są nieszczelne i sprawdzają się tylko w pomieszczeniu albo wsadzone do uchwytu w samochodzie. W teren nadają się tylko te z zamykaniem przyciskowym. Jeśli chodzi o trzymanie ciepła, to nigdy nie mierzyłam tego z zegarkiem w ręku i pewnie zależy to też od temperatury na zewnątrz, ale obstawiam jakieś 2-3 godziny. Najlepiej oczywiście wlewać do środka wrzątek i robić tu tuż przed samym wyjściem z domu.

W Tchibo co sezon pojawiają się nowe wersje mojego superkubka i zwykle kosztują ok. 40 zł. Gdybyście szukali tańszej opcji, to moja koleżanka niedawno znalazła taki w... Biedronce! Ma metalowe wnętrze (mój ma plastikowe), ponoć też jest w 100% szczelny i - uwaga - kosztuje 17 zł.

Aktualizacja: W grudniu 2016 (po tym jak mechanizm w naszych kubkach z Tchibo zaczął się zatykać) odkryliśmy kubki Duki z serii Vacuum, które okazały się jeszcze lepsze. Nie przeciekają, są metalowe w środku i trzymają ciepło ok. 7 godzin!  Cena ok. 60 zł (na promocjach ok. 40 zł).


3. CARMEX 

Odkąd go wypróbowałam (pod wpływem Nissiax83), inne pomadki ochronne przestały dla mnie istnieć. OK, Nivea i Bebe pięknie pachną (właśnie ze względu na obłędny zapach używałam ich przez lata), ale jeśli chodzi o działanie, nie ma absolutnie żadnego porównania. Tamte pomadki nie do końca chroniły, a w dodatku po paru minutach kleiły się i rolowały, tworząc takie okropne białe paprochy.

Carmex może nie wygląda za pięknie (ma kolor takiego żółtawego, półprzezroczystego wosku), może nie pachnie za specjalnie (mięta + kamfora), a uczucie "chłodu", które wywołuje, jest z początku trochę dziwne. ALE on naprawdę działa cuda. Długo trzyma się na ustach, świetnie je nawilża, a na spierzchnięte wargi działa jak opatrunek i ekspresowo przywraca je do normy. Usta po nim mam tak gładziutkie, że normalnie sama mam ochotę siebie pocałować! Po wyjściu z domu automatycznie sięgam po niego do kieszeni i jeśli jakimś cudem go tam nie ma, potrafię się po niego wrócić, nawet kosztem spóźnienia.


4. PIÓRKO DO EKRANÓW DOTYKOWYCH

Odbieranie telefonu nosem opanowałam do perfekcji, ale poczty ani Fejsbunia już sobie nosem nie sprawdzę. W gołe ręce zimno, z kolei czarodziejskie rękawiczki, w których można obsługiwać ekrany dotykowe, są dla mnie za cienkie. A przecież nie mogę po prostu NIE używać internetu na mrozie! Dla takich właśnie uzależnionych od sieci zmarźlaków jak ja ktoś wymyślił piórka do tabletów i smartfonów. Ja używam Bamboo Stylusa firmy Wacom, ale pełno takich ustrojstw, droższych i tańszych (od ok. 20 zł), w sklepach AGD. Rewelacyjna sprawa! Mogę przeglądać net w najgrubszych rękawiczkach, w dodatku z precyzją nieosiągalną dla ludzkich paluchów. Już 2 lata żyję z moim piórkiem w szczęśliwym związku, chociaż ciągle się boję, że gdzieś je zgubię (przydałby się jakiś zaczep do telefonu).


5. ŚPIOCHY 

O mojej miłości do śpiochów pisałam już rok temu, więc nie chcę się za bardzo powtarzać. Powiem tylko, że po spędzeniu w nich całej ubiegłej zimy kocham je jeszcze bardziej. Mam to nieszczęście, że mieszkam w grobowcu - mieszkaniu, w którym jest nie tylko ciemno przez cały rok (depresja murowana), ale w dodatku starsznie ZIMNO. Naprawdę nie wiem, jak wcześniej dawałam sobie w tych warunkach radę bez śpiochów.

Kwestii "wyglądania brzydko", tudzież "aseksualnie", która przy okazji dyskusji o śpiochach często się pojawia, nie mam zamiaru poruszać, no bo o czym tu dyskutować? Jak ktoś chce być seksbombą, to nie zakłada śpiochów - to chyba jasne. A jak zakłada, to znaczy, że na statusie seksbomby zależy mu raczej niespecjalnie.

Jeśli chodzi o cenę - bo ona poprzednim razem również wzbudziła sporo emocji - to teraz na stronie Ziperall można je kupić już za 199 zł, ale moim zdaniem są warte i więcej. Materiał jest naprawdę porządny i mięsisty, z ciepłym "misiem" w środku. To nie jakieś tanie badziewie z sieciówki, tylko kawał porządnego dresu, który grzeje jak żaden i który mimo intensywnego używania, nadal trzyma się  świetnie. Uwaga: rozmiarówka jest dość spora - ja mam XS (przy 173 cm wzrostu) i są dość luźne.

Na koniec tych peanów dodam tylko, że mojego śpiocho-lobbingu nie wytrzymał nawet Dzióbek (taka ze mnie wpływowa blogerka!) i kilka tygodni po mnie kupił sobie własny egzemplarz. I teraz wyobraźcie sobie minę dostawcy pizzy, który dzwoni do naszych drzwi i nagle otwierają mu takie dwa teletubisie. Widok bezcenny - po obu stronach.

***

Kurde, znowu mi coś za długi ten wpis wyszedł. A skracałam, jak mogłam.
Dajcie znać, jakie Wy stosujecie antyzimowe patenty. Chętnie wzbogacę swój arsenał. I trzymajcie się ciepło!

12 stycznia 2009

Będąc młodą szafiarką...

Ponieważ czasem trafiają mi się mejle z pytaniami "Jak zacząć?", postanowiłam zebrać kilka wskazówek dla początkujących/niezdecydowanych szafiarek. Niech mnie jednak drzwi do H&M ścisną, jeśli chcę tu występować w roli mentorki. Po prostu myślę, że takie podsumowanie może się komuś przydać. No i lubię robić listy :)

Poniższe wskazówki to rzecz jasna tylko moje osobiste przemyślenia na temat technicznych stron szafo-blogowania. Nie wnikam w zestawy ciuchów czy zakres tematyczny bloga (wpisy pozaszafiarskie itd.). Kiedyś na forum dyskutowałyśmy o tym, jaka powinna być idealna e-szafa, i niektóre opinie były całkowicie sprzeczne. Wiadomo, każda szafiarka ma trochę inny pomysł i podejście. I całe szczęście, bo inaczej byłoby strasznie nudno :) Ja widzę to tak:


1. DOMENA I NAZWA

Pierwsza decyzja dotyczy serwisu, w jakim chcemy założyć bloga. Wybór jest spory. Ja polecam Blogspot i Wordpress (uwaga: ten ostatni nie pozwala na zamieszczanie reklam). Wiele szafiarek używa Bloksa, ale sama raczej bym go nie wybrała, bo często się zawiesza (potrafi "zjeść" wpis lub komentarz przed jego opublikowaniem). A już pod żadnym pozorem nie zdecydowałabym się na Onet, który jest moim zdaniem wyjątkowo niewygodny i nieczytelny.

Kolejna kwestia to nazwa bloga. Dobrze, jeśli jest w miarę krótka i łatwa do zapamiętania. Blogów są tysiące, a w Polsce samych szafiarskich chyba ok. 200 400 700 (niech mnie ktoś poprawi), więc warto wybrać taką, która nie pozwoli nam zginąć w tłumie. Idealnie, jeśli nick autorki można powiązać z jej blogiem - bardzo ułatwia to identyfikację.

Tak naprawdę wcale nie musimy zakładać bloga. Prostszą - i mniej zobowiązującą - alternatywą może być profil na którymś z serwisów fotograficznych/modowych, np. Stylio, Lookbook czy Flickr (gdzie działa modowa grupa Wardrobe Remix).


2. SZATA GRAFICZNA

Blog powinien być wygodny i przyjazny dla oka odwiedzającego. Przejrzysty i konsekwentny układ, czytelna czcionka, niezbyt jaskrawe kolory. Fajne szablony i dodatki do blogspotowych blogów można ściągnąć np. z Blogger Bustera.


3. ZDJĘCIA

To najważniejszy element blogów szafiarskich. Dobrze, jeśli są jasne, wyraźne, odpowiedniej wielkości (tzn. nie tak małe, że ledwo co widać, ale nie tak duże, że nie mieszczą się na ekranie), a do tego szybko się ładują.

Oczywiście przydaje się porządny aparat, najlepiej lustrzanka, którą można wyczarować takie cuda jak u Kaka Bubu czy Styledigger, ale i bez dobrego sprzętu da się żyć. Ja używam starego kompaktu (Kodak DX 6490) i chyba nie jest najgorzej, a Enso świetnie sobie radzi zwykłym telefonem komórkowym! Dużą pomocą są tu programy do obróbki (np. darmowy Pixlr i Photoscape), w których możemy nasze zdjęcia przyciąć, rozjaśnić, poprawić kolory czy dodać ciekawe efekty. Gorąco polecam przed wklejeniem na bloga załadowanie ich najpierw na Flickr, który wyraźnie (i automatycznie) poprawia jakość.

Zmorą wielu szafiarek jest brak fotografa. Można wykorzystać chłopaka, siostrę lub koleżankę, ale jeśli nie mamy nikogo pod ręką, zawsze zostaje samowyzwalacz. Jak dowodzi blog Magdalene czy niektóre sesje Pyzy, szafiarka może być samowystarczalna :)

Co do samego wykonania zdjęć, to warto zwrócić uwagę na kilka rzeczy. Po pierwsze, aparat powinien znajdować się mniej więcej na wysokości pasa, inaczej proporcje sylwetki zostają zaburzone (zdjęcia robione z góry są wyjątkowo niekorzystne, bo skracają nogi, wydłużając np. nos). Po drugie, najlepiej fotografować się na powietrzu, w świetle dziennym (na blogu Fabriklandia przeczytałam kiedyś, że najlepszym malarzem w fotografii jest słońce - święte słowa!). Po trzecie, dobrze jest wybierać jasne, jednolite tło (zwłaszcza gdy mamy na sobie ciemne ubrania). Oczywiście nie ma jak ciekawy plener, ale pusta ściana pokoju czy balkon też mogą się świetnie sprawdzać. Po czwarte, nie ma się co łudzić, że dobre zdjęcie uda się zrobić od razu - trzeba się trochę napstrykać. Wreszcie jeśli chodzi o pozowanie, to ja lubię, kiedy poza "modelki" jest w miarę statyczna, naturalna i pozwala zobaczyć, jak ciuchy się układają, ale dynamiczne, zakręcone zdjęcia też się fajnie ogląda. Nie zaszkodzi również uśmiech - na przeszkolenie wysyłam do specjalistek: Aife i Morven. A więcej porad dotyczących pozowania można znaleźć u Vintage Girl.


4. TEKSTY

Zdjęcia mówią zwykle same za siebie, ale opis może być ich świetnym uzupełnieniem. Podawanie źródeł ubrań to już szafiarska tradycja. Część dziewczyn dodaje też ceny.

A co powinno być w notkach? Moim zdaniem to, czego nie widać na zdjęciach. Zamiast pisać, że "do czerwonej sukienki założyłam białe rajstopy", lepiej chyba wyjaśnić, skąd pomysł na strój, zalinkować zdjęcie, które było inspiracją, opisać krawieckie przeróbki czy dramatyczne polowanie (po nauki odsyłam do Cioci Fretki i Cioci Harel). Dobrze też, jeśli tekst nie jest zbyt długi (ten przekracza wszelkie normy unijne!) oraz... nie zawiera błędów ortograficznych (Firefox automatycznie je podkreśla i nieraz zaoszczędził mi wstydu).


5. KOMENTARZE

Ostatnio ciągle to powtarzam i powtórzę raz jeszcze: uważam, że dzięki komentarzom blog żyje. To nie tylko sposób na poznanie opinii innych, ale także (a dla mnie przede wszystkim) na lepsze poznanie odwiedzających, rozwinięcie tematu poruszonego w poście, czy po prostu taka "towarzyska herbatka". Nie wszyscy decydują się na włączenie tej opcji, jednak jeśli już to robimy, przyda się sporo dystansu. Każdy lubi komplementy, ale trzeba się też przygotować na słowa krytyki. Nie ma jednak co popadać w depresję z powodu niepochlebnych opinii (ani w samozachwyt z powodu pozytywnych). Wszystkim nigdy się nie dogodzi, a już na pewno nie w sprawach mody. Oczywiście co innego krytyka, a co innego zwyczajne chamstwo. Na pocieszenie dodam, że komentarze poniżej pewnego poziomu zdarzają się niezwykle rzadko. Przed nimi, podobnie jak przed spamem i reklamami, uchroni nas włączenie moderacji.


6. BŁĘDY

Szafowanie to nie matematyka i trudno tu chyba mówić o "błędach", ale jest kilka rzeczy, które mnie - jako odwiedzającą - rażą: ciemne, niewyraźne zdjęcia, byki w notkach, dająca po oczach kolorystyka bloga, zamalowywanie twarzy (lepiej po prostu uciąć zdjęcie na wysokości szyi), fotografowanie się na boso (halo, buty to często podstawa kreacji!). Nie jestem też fanką nagłówków zajmujących cały ekran, konieczności ciągłego "jeżdżenia" suwakiem w dół i w górę (albo nie daj Boże jeszcze na boki), układu typu jeden post na stronie (utrudnia to przeglądanie wcześniejszych wpisów) i zamieszczania zbyt wielu zdjęć (oczywiście nie mówię tu o sesjach, gdzie każde zdjęcie stanowi część pewnej opowieści, tylko o wklejaniu kilku(nastu) niemal identycznych ujęć).


7. POCZĄTKI

Dobra, powiedzmy, że mamy już bloga. Co dalej? Warto poprosić o dodanie go do Listy Polskich Szaf (oczywiście jeśli na blogu jest już kilka postów, a nie tylko jeden pt. "Zakładam szafę"). Komentowanie u innych to dobry sposób na zaznaczenie swojej obecności w sieci i zyskanie odwiedzających, jednak nachalna reklama ("u mnie nowa notka - zajrzyj koniecznie!" itp.) odnosi zazwyczaj wprost przeciwny skutek. Umiar i cierpliwość wysoce wskazane.


8. A PO CO TO WSZYSTKO?

No właśnie, po co w ogóle prowadzić e-szafę? Pewnie każda szafiarka ma własne powody. Ja mogę mówić za siebie: Bo pozwala mi być częścią fantastycznej społeczności ciuchowych wariatek. Bo daje mi możliwość "artystycznego" wyżycia się. Bo to naprawdę świetna zabawa. Bo jestem próżna i lubię się chwalić :)


Uff... Wpis mi się rozwinął jak rolka papieru toaletowego, a i tak pewnie wiele rzeczy pominęłam. Liczę, że inne ciotki szafiarki uzupełnią :)

10 października 2008

Ciocia Sztywniara radzi: Lumpeksy

Ten wpis powstał z czystego lenistwa. Często dostaję mejle z pytaniami o to, w których lumpeksach buszuję i jak udaje mi się znaleźć to czy tamto. Pomyślałam, że jeśli spłodzę na ten temat jakąś notkę, to może będę miała spokój :) Oczywiście to "poradnik" czysto subiektywny. Reklamacje nie będą uwzględniane. Mile widziane jednak inne rady, doświadczenia, osobiste techniki polowań oraz adresy ulubionych lumpeksów (nie tylko z Krakowa i nie tylko z Polski).


1. JAK SIĘ PRZYGOTOWAĆ?

Dobry humor
To kwestia, którą uważam za absolutnie podstawową w lumpeksowych zakupach (i zresztą wszystkich innych). Kiedy poziom wkurzenia mam wyższy niż zwykle, nigdy nie udaje mi się niczego znaleźć. Wszystko jest brzydkie i we wszystkim wyglądam beznadziejnie. W moim przypadku nie ma czegoś takiego jak "zakupy na poprawienie humoru". Udane zakupy muszą wypływać z dobrego humoru.

Czas
Nie umiem kupować w pośpiechu. Muszę się zastanowić, wszystko dokładnie obejrzeć, przymierzyć. Przede wszystkim jednak najpierw znaleźć, a to w przypadku lumpeksów wymaga sporo czasu. Dlatego warto wygospodarować sobie na ten cel wolny dzień albo chociaż popołudnie.

Ekwipunek
- duża torba, którą można przewiesić przez ramię - żeby nie przeszkadzała w grzebaniu i żeby można było do niej wrzucić łupy z innych sklepów. Wolne ręce to podstawa!
- ciuchy, które łatwo można zdjąć i założyć (podczas polowania człowiek przebiera się milion razy). Latem świetnie sprawdza się obcisła koszulka na ramiączkach (ubrania można mierzyć na nią, co bardzo przyspiesza cały proces).

Brak towarzystwa
Jestem zakupowym samotnym wilkiem. No dobra, egoistą. Nienawidzę chodzić po sklepach z kimś - doradzać, czekać, dostosowywać swoje tempo i trasę do współszperacza. Nie lubię też, kiedy ktoś musi czekać na mnie - strasznie się wtedy stresuję. Moim najlepszym kumplem od zakupów jest Święty Spokój.


2. GDZIE SZUKAĆ?

Nie wierzę w stwierdzenia typu: "u mnie nie ma fajnych lumpeksów". Fajne lumpeksy są wszędzie. Albo inaczej: fajne rzeczy są we wszystkich lumpeksach. Wiem, co mówię, bo w swojej karierze polowałam zarówno w małych, jak i większych miejscowościach. Trzeba tylko dobrze poszukać.

Sama w wyborze sklepów stosuję jedną zasadę: odzież musi być na wagę. Nie wiem, na czym to polega, ale te wycenione, "wyselekcjonowane" ciuchy na wieszakach to zazwyczaj "totalna poracha" (no i ceny...). Za to z boksów prawie zawsze można wykopać jakiś skarb.

Warto oczywiście dowiedzieć się, kiedy są nowe dostawy. Sama jednak nigdy nie chodzę na godzinę otwarcia. Pomijając fakt, że tak wcześnie nie wstaję, to tłok, kolejki do przymierzani, babki upychające do koszyków, ile się da (na handel, albo na "potem się zobaczy") to dla mnie sport zbyt ekstremalny. Mam swoją godność, dlatego zwykle przychodzę grzebać w stertach używanych ciuchów w dniach dostaw, ale po godzinach szczytu ;) Zresztą w pozostałe dni też można się nieźle obłowić, często za ułamek ceny pierwotnej.

No dobra, nie wymądrzaj się, ciociu, tylko dawaj konkrety. Proszę bardzo, oto kilka moich ulubionych krakowskich adresów:
- ul. Kalwaryjska - jak długa i szeroka, jest tam chyba ze 20 lumpeksów, szczególnie godne polecenia są Roban (nr 25) i Smok (nr 39).
- Dawo na ul. Limanowskiego 28 i Wawrzyńca - dwa ulubione, ale lubię wszystkie lumpeksy z tej sieci.
- Ciuchy, ul. Długa 72 - ogromny ciucholand w starej fabryce, podzielony na dwie części: z odzieżą wycenioną i na wagę.
- Odzież na wagę, ul. św. Filipa 10
- Hala Targowa - w każdą niedzielę rano pchli targ, na którym co prawda fajnych ciuchów nie widziałam, ale za to można tam kupić skórzany kufer, rower czy stare radio :)
- Plac Nowy - w niedziele tonie pod stertami najróżniejszych ciuchów i dodatków. Potrzeba sporo samozaparcia, żeby z morza diorów made in China wyłowić coś fajnego, ale warto się trochę pomęczyć, bo trafiają się prawdziwe cuda.
W inne rejony się nie zapuszczałam, ale chętnie się dowiem, gdzie warto się wybrać.


3. JAK SZUKAĆ?

Pewnie każdy ma własny sposób. Niektórzy przeglądają wszystko po kolei, inni pogrzebią to tu, to tam, na chybił trafił. Jedno jest pewne: liczy się kreatywne podejście. Wiadomo, lumpeks to nie "normalny" sklep, gdzie każda rzecz dostępna jest w różnych rozmiarach. Dlatego zamiast odrzucać coś, co jest fajne, ale za szerokie albo za długie, warto się zastanowić, czy nie da się tego jakoś podrasować. Ciuch zawsze można przecież skrócić lub zwęzić, spódnicę nosić jako sukienkę, z kawałka materiału coś uszyć, wydłużyć za krótkie rękawy, przeszyć guziki, brakujący pasek zastąpić innym, coś odpruć, coś doszyć... Możliwości jest mnóstwo, a blogi szafiarek są pod tym względem prawdziwą kopalnią pomysłów. Niektórych przeróbek można łatwo dokonać samemu, za inne zapłacimy u krawca 15-30 zł.

Na koniec chyba najważniejsze: kluczem do lumpeksowego sukcesu jest wytrwałość. Grunt to się nie zrażać, kiedy po raz kolejny wracamy z polowania z pustymi rękami. W moim przypadku na 10 wypadów w teren tylko 2-3 okazują się zwycięskie, więc chcąc nie chcąc, musiałam wyrobić w sobie cnotę cierpliwości.


I to z grubsza tyle. Ode mnie. Na gazetowym forum Ciucholandy i komisy można znaleźć adresy lumpeksów z różnych miast, ale forum jest niezbyt aktywne i pewnie wiele z nich będzie już nieaktualnych. Dlatego mam nadzieję, że inne szperaczki dorzucą coś od siebie w komentarzach :)


ul. Miodowa, Kazimierz, Kraków
A to takie zdjęcie bez związku (no, niezupełnie, bo na szyldzie "Salon mód"), zrobione 2 lata temu. Za każdym razem, kiedy tamtędy przechodzę, nie mogę uwierzyć, że teraz wygląda to tak.

3 czerwca 2008

Redakcja odpowiada: Zakupy na e-bayu

Ponieważ dostaję sporo mejli (no masz ci los, nigdy nie przypuszczałam, że kiedykolwiek zacznę tekst od takich słów) z pytaniami o zakupy na e-bayu, w ciucholandach, zakładanie bloga szafowego itd., doszłam do wniosku, że może nie od rzeczy byłoby zamieścić kilka notek techniczno-organizacyjnych. Nie oznacza to bynajmniej, że zamierzam otworzyć kącik porad. O nie. Doradzać nie lubię i nie umiem, tak więc uprzejmie proszę o nieprzysyłanie do mnie pytań z serii: "Gdzie kupić fajną sukienkę na wesele?" Dziękuję.

Na pierwszy ogień idą zakupy na e-bayu.

 1. E-BAY

Najczęściej robię zakupy na e-bayu angielskim, chociaż chyba większy wybór jest na e-bayu amerykańskim. W zasadzie nie ma różnicy, na którym się zarejestrujemy (może na polskim?) - mając jedno konto, zakupy możemy robić wszędzie. Rejestracja jest banalnie prosta i zajmuje kilka sekund.


2. PAYPAL

System PayPal to zdecydowanie najwygodniejszy sposób płatności na e-bayu. Rejestracja i utrzymanie konta jest bardzo proste i co najważniejsze, darmowe. Serwis ma już polską wersję, co dodatkowo ułatwia sprawę. Pod konto na PayPalu podpinamy kartę kredytową albo zwykłą "bankomatową" (ta druga opcja jest podobno możliwa tylko w niektórych bankach, np. BZ WBK) i możemy szaleć.

Update (30.12.2008): Niedawno uruchomiona została opcja doładowania konta PayPal przelewem z konta bankowego. Nie potrzeba do tego karty kredytowej. Szczegóły tutaj.


3. KOSZTY PRZESYŁKI

Zwykle podane są w aukcji. Jeśli sprzedawca nie pisze, czy wysyła za granicę (chyba że wyraźnie zaznacza, że NIE wysyła), warto go o to zapytać. Sama jeszcze nigdy nie spotkałam się z odmową :) Zwykle za przesyłkę cięższą (np. buty) płacę ok. £10, a za rzeczy lżejsze ok. £5.


4. CZAS

Z Anglii paczka idzie przeważnie około tygodnia, czasem 4 dni. Do mnie najdłużej szła 2 tygodnie, ale to było w tzw. gorącym okresie przedświątecznym.


5. RZETELNOŚĆ SPRZEDAWCÓW

Tutaj sprawa wygląda jak na Allegro. Trzeba dokładnie czytać opisy, sprawdzać komentarze, ale i tak możemy mieć po prostu pecha. Ja póki co ani na Allegro (ok. 100 tranakcji), ani na e-bayu (ok. 10) na nieuczciwych sprzedawców nie trafiłam. Kilka razy tylko zdarzyło mi się kupić za duże buty, bo angielska 6 czasem jest naszą 39, a czasem 40. Dlatego radzę pytać o długość wkładki!

Aktualizacja (16.10.2008): Właśnie zdarzyła mi się niezbyt przyjemna sytuacja: torebka, którą zamówiłam na e-bayu, nie dotarła. Okazało się jednak, że jeśli płaciłam za nią przez PayPala, to przysługuje mi całkowity zwrot kosztów (łącznie z opłatą za przesyłkę). Zgłosiłam spór i po ok. tygodniu odzyskałam pieniądze :) Kolejny duży plus dla obu tych serwisów.


Ogólnie nie taki diabeł straszny, jakby się wydawać mogło. Skoro nawet ja załapałam, o co w tym wszystkim chodzi, to nie może to być to zbyt skomplikowane. Jeśli o czymś zapomniałam lub coś przekręciłam, bardzo proszę inne ebayowiczki o poprawienie/uzupełnienie.
Więcej szczegółów w dziale pomocy na stronie e-baya i PayPala.
Udanych zakupów!

National Theater in Prague
A takie zdjęcie, żeby nie było nudno. Teatr Narodowy w Pradze. Po czesku divadlo, więc nie całkiem bez związku ;)