19 września 2017

#RyfkaCzyta: Życie zero waste

Dawno, dawno temu, w szafiarskim paleozoiku, czyli w zamierzchłym 2009 roku, zorganizowałyśmy na blogach oddolną akcję EKOtorba, w ramach której do zdjęć pozowałyśmy z ekologicznymi, materiałowymi torbami na zakupy (mój zestaw możecie zobaczyć tutaj). Cieszyłam się wtedy, że polskie sklepy zaczynają wycofywać foliówki albo każą sobie za nie płacić. Teraz mamy 2017 rok, ale sytuacja niestety nie wygląda jakoś dużo lepiej (o ile w ogóle). Przeciętny Polak nadal zużywa rocznie ok. 400 foliówek (dla porównania: przeciętny Duńczyk - tylko 4), produkuje 300-500 kg śmieci i wyrzuca 1/3 kupionego jedzenia. Czy ze śmieciami w ogóle da się skutecznie walczyć? Tak. Stosując zasadę zero waste.

Cóż to takiego? Dosłownie "zero śmieci" albo "zero marnotrawstwa". To styl życia zapoczątkowany przez Beę Johnson, autorkę bloga ZeroWasteHome.com, która w 2008 roku postanowiła ograniczyć ilość odpadów produkowanych przez jej rodzinę do zera. Dacie wiarę, że dzięki stosowaniu zasady 5R, czyli refuse, reduce, reuse, recycle, rot (odmawiaj, ograniczaj, użyj ponownie, przetwarzaj, kompostuj) jej 4-osobowa rodzina produkuje tylko słoik odpadów ROCZNIE?

W Polsce ruch zero waste też powoli zyskuje na popularności. W niektórych sklepach przy kasach leżą materiałowe „torby bumerangi” (można je wziąć, jeśli się potrzebuje, albo przynieść, jeśli ma się za dużo), w restauracjach coraz częściej można napić się kranówki (za darmo), niektóre kawiarnie dają rabat przy zakupie kawy do własnego kubka, zaczynają pojawiać się sklepy z produktami bez opakowań. A teraz, dzięki Kasi Wągrowskiej (autorce bloga OgraniczamSię.com) i jej książce pt. Życie zero waste bezśmeiciowy lajfstajl ma szansę trafić pod strzechy. 


ŻYCIE ZERO WASTE
Katarzyna Wągrowska
Wydawnictwo Znak Literanova

Życie Zero Waste by Katarzyna Wągrowska
Woreczki bawełniane z Naturofaktura plus mój siateczkowy - niby do prania bielizny, 
ale i tak go  nie używałam (zmiana przeznaczenia zgodnie z zasadą reuse! ;)


Dobra, na początek może rozprawmy się z nazwą, bo wiele osób się jej czepia. Że to przesada, bo przecież nigdy nikomu nie uda się zejść do zera. Przyznam, że początkowo określenie zero waste też wydawało mi się nie do końca trafione. Ale Kasia w swojej książce tłumaczy, że zero należy traktować jako ambitny cel, który ma nas motywować do pracy i zapobiegać osiadaniu na laurach, niczym targety w korpo (które przecież nie zawsze udaje się wyrobić, ale bez nich pracownicy przez 8 godzin oglądaliby śmieszne koty na YouTube). Mnie to przekonuje. No i sami przyznacie, że Less Waste, Minimum Waste czy As Little Waste As Reasonably Possible są jednak zdecydowanie mniej nośne i seksi.

Kasia pisze o korzyściach, jakie daje wdrożenie zasady zero waste w domu (od rzadszego wyrzucania śmieci przez życie w czystszym środowisku po oszczędności finansowe), szczerze opowiada o sukcesach i porażkach z życia polskiej zerowasterki (wygranych i przegranych bitwach sklepowych czy eksperymentach z domową produkcją pasty do zębów) oraz podsuwa mnóstwo ciekawych rozwiązań (w tym gotowych przepisów na domowe kosmetyki czy środki czystości) i informacji ułatwiających wprowadzenie zero waste u siebie (wiedzieliście na przykład, że w Polsce funkcjonują kooperatywy spożywcze, że można mieć w domu nieśmierdzący kompostownik albo że na Fejsie prężnie działa grupa Zero Waste Polska?).

Mnie daleko eko-freaka, ale staram się nie być totalnie bezrefleksyjną śmieciarą. Od co najmniej 10 lat chodzę z materiałową torbą na zakupy; od 6 nie kupuję butelkowanej wody (piję z kranu albo używam dzbanka i butelek filtrujących); zawsze robię listę sprawunków, żeby nie kupować zbędnego jedzenia, które potem trzeba wyrzucić (o rozsądnych zakupach pisałam tutaj); nie mam samochodu (jeżdżę rowerem lub komunikacją miejską); sporo rzeczy w domu mam z drugiej ręki; śmieci segregowałam jeszcze zanim to było powszechne (w naszej kamienicy nie było wtedy odpowiednich pojemników, więc robiliśmy z Dzióbkiem wycieczki do ogólnodostępnych dzwonów); nie kupuję papierowych magazynów; zamiast wyrzucać niepotrzebne przedmioty na śmietnik, staram się dać im drugie życie (pisałam o tym tutaj); a wśród moich noworocznych postanowień znalazły się m.in.: "Mniej kupować" i "Nie marnować jedzenia". Nie jest najgorzej, jednak ta książka otworzyła mi oczy na wiele nowych spraw i dała kopa do wprowadzenia kolejnych zmian.

Jeśli nie przynosisz do domu śmieci, również ich nie wyrzucasz. A gleba, powietrze i woda na tym nie tracą.

No właśnie. W Polsce edukacja ekologiczna ogranicza się zwykle do recyklingu, a on wcale nie załatwia sprawy. To, co robimy z już wytworzonymi śmieciami, jest oczywiście ważne, ale powinniśmy się starać, żeby te śmieci w ogóle nie powstawały.

Mimo że pewnie zużywam mniej foliówek niż statystyczny Polak (bo podczas zakupów zawsze mam ze sobą materiałową torbę, a większość warzyw i owoców w supermarkecie ważę luzem), to i tak trochę ich do domu przynoszę: po pieczywie, brudnych ziemniakach czy drobnych owocach. Nie mówiąc o innych plastikowych opakowaniach, w których sprzedawane są makarony, kasza czy herbata (moja ulubiona jest pakowana w srebrną foliową torebkę, która jest włożona do papierowego kartonika, który dla pewności jest jeszcze owinięty przezroczysta folią!!!). 

Dzięki książce oraz Instagramowi Kasi (polecam zwłaszcza Stories) powoli wkręcam się w bezśmieciowe zakupy (czyli zakupy do własnych opakowań i woreczków). Razem z książką dostałam od Wydawnictwa Znak komplet bawełnianych woreczków, które są idealne na warzywa, owoce, pieczywo oraz inne produkty sprzedawane na wagę. Niestety, słyszałam, że w niektórych sklepach nie chcą nakładać jedzenia (np. wędlin i serów) do pojemników klientów. Jako typowy introwertyk najbardziej na świecie nie lubię robić innym kłopotu, więc na samą myśl o wykłócaniu się z ekspedientką o sposób pakowania cierpnie mi skóra. Mimo wszystko postanowiłam spróbować. Zaczęłam od zabrania moich woreczków na dział warzyw i owoców. Tam człowiek sam wszystko pakuje i waży, plus ja zawsze korzystam z kas samoobsługowych, więc poszło bezproblemowo. Kolejnego dnia w piekarni nieśmiało poprosiłam o zapakowanie chleba do mojego woreczka. Pani chyba lekko się zdziwiła, ale nie dość, że chleb zapakowała, to jeszcze na do widzenia powiedziała, że bardzo jej się ten mój woreczek podoba (ha!). Uskrzydlona tym sukcesem wybrałam się z własnym pojemnikiem na stoisko z "chłopskim jadłem" po kiszoną kapustę. Zero problemu. A dzisiaj w Lidlu furę bułek i drożdżówek zapakowałam od razu do materiałowej torby (którą wcześniej wyprałam i zamierzam jej używać tylko na pieczywo). Kasjer nawet nie mrugnął. W ciągu zaledwie kilku dni zaoszczędziłam kilkanaście jednorazówek! Brawo ja.

Żeby nie było wątpliwości: nie mam ambicji, żeby zostać królową zero waste. Pewnie nigdy nie osiągnę tego poziomu co Bea Johnson, która odmawia poczęstunku w samolocie nawet podczas bardzo długich lotów, zamiast tego przed wylotem je obfity obiad, pakuje kanapki i owoce na drogę (oczywiście do bawełnianego woreczka), a skórkę od banana zakopuje później w doniczce na lotnisku (widziałam na jej Instagram Stories). Raczej nie będę wytapiać własnego mydła, kręcić kremów, nie zrezygnuję całkiem z niektórych produktów w plastikowych opakowaniach i nie skuszę się na wielorazowe podpaski czy kubeczek menstruacyjny (sorry, Planeto, ale tutaj muszę Ci powiedzieć jak Samantha Smithowi: "I love you, but I love me more"). Ale kilka rzeczy (oprócz zabierania na zakupy własnych woreczków i opakowań) mogę zrobić: na przykład zrezygnować z jednorazowych słomek do napojów, zmieszać własny płyn do mycia szyb (przepis w książce wydaje się banalnie prosty), kupować makarony, kasze, płatki czy bakalie na wagę (spory wybór jest w Auchan), a jeśli już muszę kupić coś pakowanego, to zamiast plastikowych opakowań starać się wybierać szklane albo papierowe. Obiema rękami podpisuję się pod tym, co w rozmowie z Kasią powiedziała Agnieszka Sadowska-Konczal (autorka bloga EkoLogika.edu.pl):

Żeby wyjść ze strefy komfortu, trzeba trochę wysiłku, ale nie ma co robić z życia niekończącej się pokuty.

Zero waste, jak każdą filozofię, łatwo doprowadzić do ekstremum. Internet ma to do siebie, że jeśli człowiek publicznie oznajmi, że stara się robić coś pożytecznego, to można być pewnym, że zaraz ktoś mu napisze, że robi to źle. Albo, że OK, może i robi dobrze, ale za to nie robi czegoś innego, więc w  sumie się nie liczy (tutaj świetny filmik na ten temat). W grupie Zero Waste Polska regularnie pojawiają się głosy, że nie można żyć w duchu zero waste, nie będąc weganinem, bo hodowla zwierząt mocno zanieczyszcza środowisko. Z kolei na Instagramie ktoś stwierdził, że hipokryzją jest wydawanie papierowej książki o ograniczaniu śmieci, zwłaszcza że pewnie niektóre księgarnie będą ją wysyłać w kopertach bąbelkowych. Moim zdaniem dla własnego zdrowia psychicznego lepiej pogodzić się z tym, że zero waste to ciągłe kompromisy (związane z dostępem do bezśmieciowych produktów, własną wygodą, zdrowiem czy podejściem innych domowników, którzy przecież nie muszą naszej filozofii podzielać), ustalanie, co w danej sytuacji jest dla nas priorytetem, a często po prostu wybieranie mniejszego zła. Ale chyba wszyscy się zgodzimy, że lepiej robić choćby trochę niż nie robić nic? Trochę może z czasem przerodzić się w więcej (widzę po sobie), a wtedy jako ludzkość będziemy mieć trochę mniej przerąbane.

Jeśli temat Was zainteresował, to książkę Życie zero waste możecie teraz kupić na stronie Znaku z rabatem 30%. E-book też jest, teraz na Woblinku o 40% tańszy (możecie tam również zajrzeć do środka książki).

52 komentarze:

  1. Eeee, czepiać się będę ;)
    książka mogła wyjść jako e-book - drzewa by pozostały, regału nie zastawiały ;)
    a worki do pieczywa czy inne pojemniki jeszcze prać /myć trzeba!

    Pomysł bardzo fajny, choć przyznam, że tak bardzo nie wzbraniam się przed jednorazówkami ze sklepu - za worki do śmieci służą (spółdzielnia mieszkaniowa nie życzy sobie śmieci luzem w kontenerach, zatem worki i tak być muszą).
    :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie o tym napisałam - nie ma co być ortodoksem, warto rozważyć różne aspekty :) Książka wyszła również jako e-book. Myślę, że gdyby wyszła wyłącznie jako e-book, dotarłaby do nieporównanie mniejszej liczby ludzi (w Polsce książki papierowe są jednak nadal popularniejsze), a przecież chodzi o to, żeby tę ideę rozpropagować. Myślę, że koniec końców bilans i tak wyjdzie na korzyść dla środowiska :)

      Usuń
    2. Badania ekologiczności przeważają w stronę papieru (I to bez założenia, że jedna książkę fizyczną, może przeczytać setki osób, jeżeli ją szanuje). Papier jest biodegradowalny, czytnik ma ogromne szanse trafić po zakończeniu swojego zycia na wysypisko

      Usuń
    3. Kiedys sluchalam w bbc radio 4 audycji o tym ile kosztuje (energii glownie) utrzymanie w gotowosci i pracy serwerow, z ktorych ludnosc moze sobie o dowolnej porze i z dowolnych miejsc na swiecie pobierac rozne tresci. Plus oczywiscie energia potrzebna do odtworzenia tych tresci na kindlu/komputerze i kwestia elektroodpadow. I jakos tak to wychodzilo, ze w tym kontekscie papierowe niekoniecznie jest takie zle.

      PS Przepraszam za brak znakow diakrytycznych.

      Usuń
  2. Może jednak dasz się przekonać na kubeczek menstruacyjny? ;) Mi z kolei od początku pomysł wydawał się genialny, od kiedy kupiłam i używam katorgą jest dla mnie podpaska (śmierdzi zepsutą krwią) czy tampon (nieprzyjemnie pęcznieje w ciele, boli mnie brzuch). Widzę po komentarzach w internecie od dziewczyn używających kubeczków, że większość nie wyobraża już sobie bez niech miesiączki - ja mam to samo. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie czytałam wiele entuzjastycznych opinii co do kubeczków, ale dla mnie to chyba rzecz nie do przeskoczenia. Nie chcę się tu wdawać w szczegóły, ale bardzo nie lubię "babraniny" i nie uznaję nawet tamponów bez aplikatora. Trochę mi z tym źle, ale ostatnio na grupie Zero Waste ktoś wrzucał info, że w Rossmannie pojawiły się ekologiczne podpaski i tampony Ginger Organic, z organicznej bawełny, bez chloru, perfum itd. (tampony są dostępne w wersji z kartonowym aplikatorem lub bez). Są oczywiście 2 razy droższe niż te zwykłe, ale jest to na pewno rozwiązanie typu "mniejsze zło" (moje ulubione Tampax Pearl mają aplikatory plastikowe plus kartonik z folią). Zamierzam wypróbować.

      Usuń
    2. Jasne, to indywidualna sprawa i Tobie ma być najwygodniej :)
      Ja też gdy używałam tamponów, to tylko z aplikatorem i to była moja główna obawa - czy uda mi się kubeczek umiejscowić we właściwy sposób, na szczęście sprawa nie jest tak trudna jak sobie wyobrażałam.
      Myślę że podobne kontrowersje budzą wielorazowe pieluchy :D

      Usuń
    3. (to pisze inny anonim) oczywiście, jak ktoś bardzo nie lubi, to po co się zmuszać - ja np nie lubię keczupu ;) - ale potwierdzam, że dla mnie komfort jest większy niż tamponów, bo nie wysusza, a poza tym zaleta Reuse jest w tym wypadku taka, że nigdy nie zastanie Cię puste pudełko w poniedziałkowy poranek ;)

      Usuń
    4. Ja korzystam z kubeczka od około 10 lat (żyję poza Polską, więc info o kubeczku doszło do mnie trochę wcześniej, niż do moich koleżanek na ziemiach ojców).

      10 lat temu nie zawracałam sobie jeszcze głowy ograniczaniem śmieci; w moim przypadku głównym powodem przesiadki z tamponów na kubeczek było zdrowie. Kubeczek nie narusza naturalnej mikroflory pochwy, nie jest wybielany, perfumowany, czy też nafaszerowany toksynami. Kubeczek jest też nieporównywalnie bardziej komfortowy od tamponów (choć wymaga czasu, by nauczyć się aplikacji).

      Rozmawiałam już z wieloma dziewczynami, które kubeczka próbowały i się nie mogły do niego przekonać. Rozumiem, nie wszystko jest dla wszystkich, ale nie przestanę powtarzać, że w tym przypadku naprawdę warto dać kubeczkom szansę i spróbować kilka razy.

      Po kilku miesiączkach, użycie kubeczka staję się czymś zupełnie normalnym. Mi przyzwyczajenie się do nowego wynalazku zajęło około 3 cykli. Obecnie zaś, po 10 latach, kubeczek jest *jedynym* menstruacyjnym produktem higienicznym, którego używam. Nie czuję potrzeby zabezpieczania się dodatkowo wkładkami/wielorazowymi podpaskami, czy też posiadaniem awaryjnych tamponów. Przez 10 lat też nie zaliczyłam żadnej infekcji, a przy użytkowaniu tamponów miałam je stosunkowo często. Także no...polecam :-)

      Usuń
    5. A jak opróżnić/wymyć kubeczek w toaletach, w których zamykane sa tylko kabiny a umywalki sa w ogólnodostępnych pomieszczeniach? Ja mam taka w pracy, takie sa w większości miejsc publicznych. Trzymać go przez 10 godzin bym sie obawiała - nawet jak nieprzecieknie to jest coś takiego jak bakterie beztlenowe...

      Usuń
    6. Nie jestem ekspertką, bo nie używam (i nie zamierzam używać) kubeczka, ale czytałam, że nie trzeba koniecznie go myć po każdym opróżnieniu. Wystarczy przetrzeć papierem toaletowym albo przepłukać wodą z butelki. Polecam filmik Natalii (Pink Candy) na ten temat, bardzo fajnie wszystko tłumaczy - do obejrzenia tutaj.

      Usuń
    7. Ostatnio trafiłam na reklamę majtek Thinx, które podobno są w noszeniu jak zwykłe majtki, ale nie przeciekają. Z jednej strony nie wierzę, no bo jak to możliwe, ale z drugiej - jak nie użyję, to się nie przekonam. Ktoś może kupił już Thinxy i chce podzielić się opinią?

      Usuń
  3. Grunt to nie być oszołomem... według własnych granic, bo dla mnie przekopywanie komuś doniczek na lotnisko to już oszołomstwo, dla kogoś może nie.
    O zero waste słyszałam już wcześniej i niedawno podzieliłam się tym z moim (zbyt) racjonalnym kumplem. Zdziwił się i stwierdził, że jestem naiwna, bo fakt, że ileś tam zafascynowanych babek na świecie przestanie wyrzucać śmieci, nie odbije się nijak w stanie Ziemi, bo najwięcej śmieci produkują koncerny, które mają zero waste głęboko w czterech literach. Więc szczerze mówiąc, angażuję się w ten ruch na tyle, na ile mi jest wygodnie, czyli np. ograniczam populację reklamówek do tylu, ilu potrzebuję do ponownego wykorzystania, bo nienawidzę jak mi się walają po domu, albo robię sobie wszędzie kanapki, bo nie mam hajsu na kupowanie paczkowanego jedzenia. A owoce kupuję na targu i ziomki rolnicy raczej nie mają problemu z wrzucaniem mi tych jabłek do własnej torby.
    Ale przyznam, że w mieście trochę przeraża mnie, ile ludzie bez sensu wyrzucają, i jacy są niedbali. W moim mieszkaniu studenckim nikt nie segreguje. A na kompostowe resztki nawet nie ma pojemnika. Dla mnie to szok, na wsi płaci się więcej za śmieci zmieszane, plus każdy ma własny kompostownik i obowiązkowo co kilka lat go rozwala i nawozi warzywnik. Nie sądziłam, że kiedyś będzie mi brakować skakania w gumofilcach po kompoście, ale brakuje :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jedna osoba nic nie zmieni, zwłaszcza jeśli tak pomyślą wszyscy ;) Koncerny zanieczyszczają środowisko, ale przecież one produkują rzeczy dla nas - konsumentów. Nasze wybory mają znaczenie. Jeśli coraz więcej osób przestanie kupować produkty owinięte w 3 warstwy plastiku albo mocno przetworzone, to w końcu coś będzie musiało się zmienić. Kropla draży skałę ;)

      Usuń
  4. Ja tylko chciałam powiedzieć, że pomysł fajny, ale makarony/kasze/płatki etc. na wagę to siedlisko kurzu i bakterii. Ja tego nie kupię, planeta będzie mi to musiała wybaczyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz co, ja na przykład chyba nie kupiłabym w supermarkecie obranych orzechów z worka, bo ludzie często je stamtąd podjadają, a potem takimi uślinionymi paluchami nakładają albo próbują kolejną rzecz. Ale rzeczy, które i tak się myje czy gotuje, jakoś mnie nie obrzydzają. Plus w niektórych sklepach (np. Auchan) są dozowniki, do których nie można wsadzić łap - to mnie jakoś uspokaja ;)

      Usuń
    2. A ja pozwolę sobie tylko wtrącić, bo od razu o tym pomyślałam czytając Twój tekst, że pomijając już aspekty higiecznosci żarcia luzem, to niestety sporo czytałam o jakości takiego jedzenia - brak etykiet, nieprzestrzeganie standardów, a suszone owoce (sypki produkt wybacza i zniesie więcej) są często przeterminowane albo leżały odłogiem w nieznanych nikomu warunkach. Czytając z kolei o badaniach żelek z marketowych dozowników miałam ciarki z obrzydzenia - bomba epidemiologiczna ... Nigdy nie zajrzalam nawet do modnego w Warszawie punktu organicznej żywności bez opakowań, do której wszystko może wpaść, wszyscy mogą nakichać ... Jak żyć :(

      Usuń
    3. No tak, ale z drugiej strony pieczywo też leży luzem w koszach i ludzie mogą je macać brudnymi rękami. A nawet jeśli kupuje się chleb w piekarni, to też nigdy nie wiesz, czy ekspedientki na niego nie kichnęły ;) Jeśli coś Cię obrzydza, nie ma sensu się zmuszać. Zamiast skupiać się na tym, czego nie jesteśmy w stanie zrobić, lepiej skupić się na tym, co możemy, i po prostu to robić :)

      Usuń
    4. Kupilam kiedys czerwona soczewice w grubym plastikowym szczelenie zamknietym worku. Z mysia kupa w srodku. W sumie wszstko jedno czy kupa dostanie sie do mojej soczewicy w magazynie czy w sklepie. A co do standardow to gdzies czytalam o jakosci wedlin i te "nie na wage" sa podobno generalnie gorszej jakosci. Teraz pytanie. Czy wole kielbaske dotknieta moze troche brudnymi rekami pani ekspedientki czy taka naladowana chemia? Jestem w kropce.

      Zyjemy chyba w takim troche mylnym przeswiadczeniu, ze wszystko ma byc/jest takie sterylne. Tym czasem przyroda to tez brod, kupa, robaki i bakterie. Bron boze nie poddaje tu w watpliwosc zasad higieny, myje rece i nie kupuje w supermarkecie obmacanego pieczywa, ale jak zawsze sprawdza sie rada "Everything in moderation, including moderation".

      Usuń
    5. Co do macanego pieczywa to w lidlu na Teneryfie widziałam świetny system: pieczywo jest w takich koszach jak w naszych lidlach, tylko one z przodu są przeszklone i mają wąską szparę na dole, przez którą przechodzi taka jakby łopatka na długim trzonku (ręka nie przejdzie). Przy jej pomocy podnosi się bułkę/chleb i przerzuca na pochylnię, bułka podjeżdża do otworu i stamtąd można już sobie ręką wyjąć pieczywko <3

      System z rękawiczkami foliowymi jest niestety zawodny, bo na moje oko z połowa osób nie używa rękawiczek (Ostatnio jednej starszej pani macającej chleby po kolei zwróciłam uwagę, że po to są rękawiczki, żeby klienci nie macali pieczywa, a ona mi na to: "no niestety" (!!!)). No i oczywiście to dodatkowe śmieci, ale dla mnie to mniejsze zło.

      Usuń
    6. "Siedlisko kurzu i bakterii" ... od których nic Ci się nie stanie. Ludzie zapominają, że w miejscach publicznych jest często mniej bakterii niż na poduszkach na których śpią ;)

      Usuń
    7. Gośka: Tak! Ten sam system widziałam w Portugalii :) Sprytne to bardzo i chyba nie jakoś bardziej kosztowne w porównaniu do systemów w naszych supermarketach.

      Usuń
    8. Był kiedyś taki kraj, nazywał się PRL i w tym kraju, w latach 80. był kryzys ekonomiczny, i nie było prawie nic w sklepach, a jak było, to leżało luzem, i się potem to pakowało w gazetę, mięso, ryby, itp. Worki foliowe były przedmiotem kultu i kolekcjonowane były jak znaczki. Większość rzeczy lądowało w papierowych torebkach leżących na ladzie. Mleko, śmietana, jogurty były sprzedawane w szklanych butelkach, które potem się zwracało do sklepu, i te butelki były myte, sterylizowane i dalej szły w obieg. Tak, tak, to prawda, to było zaledwie trzydzieści lat temu. A już prawie nie pamiętamy...

      Usuń
    9. Tak! Sama zbierałam papierki po gumach i wafelkach :D A w wielu domach stały całe kolekcje puszek po piwie. Kasia właśnie o tym pisze, że kiedyś zero waste było w Polsce normą i koniecznością. Nic dziwnego, że potem, kiedy w sklepach można było kupić wszystko, w dodatku zapakowane w kolorowe, błyszczące opakowanka, ludzie trochę powariowali. Zero waste to taki trochę powrót do korzeni :)

      Usuń
    10. No, to mnie zachęciło do przeczytania ;) Z drugiej strony, powrót do korzeni, owszem, ale jednak w PRLu świadomość ekologiczna była nikła i zachowania, które dziś nazwalibyśmy proekologicznymi, wynikały właśnie z konieczności. Co nie przeszkadzało wywalać śmieci gdzie popadnie i jak popadnie, to też pamiętam, niestety...

      Usuń
    11. W niemieckich Lidlach tak jest.

      Usuń
    12. Kurcze, to czemu u nas jeszcze tego nie ma! Może jakaś petycja do lidla?

      Usuń
    13. Naprawdę, bardzo nie polecam kupowania produktów na wagę w supermarketach. Kiedyś nabawiłam się w ten sposób całej kolonii moli, tak trudnej do wytępienia, że zajęło mi to dobrych kilka miesięcy. Obrzydlistwo.

      Usuń
    14. A do tego, niestety, te produkty na wagę często leżą nie wiadomo jak długo - zjełczałe orzechy, gorzka, bo stara kasza, to niestety norma.

      Usuń
    15. Co do moli to Was zmartwię: można równie dobrze sobie kupić mole w opakowaniu. Są to owady tak zwinne i sprytne, że w zależności od rodzaju opakowania, potrafią się w nie wpakować bez problemu. Ryż, makaron, a już mąka w papierowej torbie to zupełna łatwizna dla takiego mola...

      Usuń
  5. A ja potrzebuję foliówek żeby pakować do nich kocie kupki z kuwety. Jakiś pomysł czym je zastąpić? Żwirek drewniany odpada bo tak się cholerstwo nosi po domu, że miałam go i w pościeli i nawet w majtkach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam pojęcia, ale dołącz do grupy Zero Waste Polska na Fejsie - z tego, co kojarzę, tam temat żwirku chyba kilka razy się już pojawiał.

      Ja z foliówek chyba w 100% nie zrezygnuję, bo też mi się czasem przydają np. jako worki do koszy na śmieci, do mrożenia owoców albo do pakowania butów do walizki.

      Usuń
    2. do walizek uszyłam sobie worki podróżne, z ortalionu :) pakuję w nie zarówno ciuchy jak i buty. Oczywiście osobno ;-)
      Jeden komplet mam już ok. 10 lat. Podróżuję często :)

      Usuń
    3. Kiedy koty jeszcze korzystały z kuwety (potem całkowicie z niej zrezygnowały na rzecz ogródka) wybierałam kupy plastikową łopatką z dziurami do odsiewania żwirku, i po porządnym odsianiu zwirku wrzucałam je po prostu do kibla, spływały jak każde inne;). I nie robiłam tego z powodów eko tylko z praktycznych, tak było szybko i wygodnie. Kiedy cały żwirek wymagał wymiany to wtedy niestety worek na śmieci. Tak przy okazji tematu-sprzątanie po psach. jasne że wdepnięcie nie jest fajne ale kurczę, kupa wyschnie i po paru dniach nie ma śladu, a te foliówki...Najśmieszniej jest na takiej jednej plaży w Anglii, gdzie foliowe woreczki z zawartością walają się na brzegu, bo do kosza daleko, i zabiera je woda...

      Usuń
    4. Jeśli ktoś idzie z psem do lasu, to nie wymagam, żeby po nim sprzątał, ale mało co podnosi mi ciśnienie tak, jak właściciele niesprzątający po swoich psach w mieście. Zasłanianie się ekologią to żadne wytłumaczenie, bo jeśli aż tak kocha się środowisko, to można przecież użyć tekturki i papierowego worka.

      Usuń
    5. Przerzuć się na żwirek Cat's best- można go usuwać do toalety- nie zapycha,używam go od dobrych kilkunastu lat. Dodatkowo jest bardzo ekonomiczny i pakowany w worek z kartonu

      Usuń
    6. Jest żwirek, który można spłukiwać :) Poza tym można zainwestować w biodegradowalne woreczki i wrzucać to do bioodpadów - kocie odchody w teorii mogą tam lądować. Swoją drogą mnie na studiach uczyli, że papier też, bo jest świetnym źródłem węgla przy kompostowaniu, a w Polsce nie można kompostować papieru :(.

      Usuń
    7. Hej, ja używam Benka kukurydzianego, można spuszczać go w toalecie, nie roznosi się po domu. :)

      Usuń
  6. Dodałam komentarz na insta. Chciałam coś zmienić, więc go skasowałam. Teraz nie mogę dodać kolejnego, bo jest komunikat że się nie da. Pomocy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już Ci odpowiedziałam na FB. Instagram ostatnio wariuje, ale myślę, że wszystko powinno niedługo wrócić do normy :)

      Usuń
    2. Ryfko, ja raczej obrotna jestem w obsłudze kompa, facebooka i insta, ale kurcze za cholerę nie mogę tego komentarza apropo zero waste zamieścić na insta :( Cały czas wyskakuje mi, że się nie da. A chcę tą książkę :P Czy w razie co gdyby do czwartku nie dało się go nadal zamieścić mogę dać go tutaj?

      Usuń
    3. Kasia, Instagram ostatnio dziwnie się zachowuje - niestety, nie mam na to wpływu :( Spróbuj jeszcze raz i daj znać, czy się udało.

      Usuń
  7. Wysłanie promocyjnej kopii książki pt. ZeroWaste zawiniętej w folię przez wydawnictwo (nie mylić z książką kupioną w księgarni internetowej) jest wizerunkową wtopą. Ja to wiem, Ty to wiesz, autorka to wie i średnio inteligentny orangutan też to wie. Wygląda na to, że tylko ja mam na tyle tupetu aby napisać o tym czarno na białym. Autorka mogła wyjść z tego z twarzą, mogła napisać 'Nie wiedziałam, że coś takiego miało miejsce. Sprawdziłam w wydawnictwie, faktycznie zaszła pomyłka. Przykro mi, że tak się stało, nie było to moją intencją. Pakowacze zostali poinstruowani aby nie miało to więcej miejsca'. Koniec tematu. Niestety autorka zamiast tego napisała, że nie widzi w tym nic złego bo kopertę można ponownie wykorzystać. Przepraszam, ale po prostu nie lubię jak mi się wciska kit :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, hej :) Rozmawiałyśmy już o tym na Instagramie. Ja dostałam swój egzemplarz w zwykłej kopercie (słowo harcerki!). Może do Kasi z Simplicite trafił egzemplarz w bąbelkach przez pomyłkę? Albo może faktycznie ktoś o tym nie pomyślał i zapakował książki w to, co akurat miał pod ręką? Zgadzam się, że wizerunkowo to się nie spina, ale cóż, wtopy/pomyłki się zdarzają. Kasia pisze w książce m.in. o tym, że nie ma sensu robić tragedii z powodu każdego plastikowego potknięcia na drodze do zero waste. Zamiast wbijać się w bezproduktywne poczucie winy, lepiej uczyć się na błędach, wyciągać wnioski i po prostu nie przestawać się starać.

      Usuń
    2. No hej :) Mam się w Bloglovin tylko, że ja niemal nigdy nie komentuję. Tylko w wyjątkowo extremalnych sytuacjach.

      Usuń
  8. Bea jest niesamowita, kiedy trafiłam na jej bloga jakiś rok temu nie mogłam się nadziwić, że ta kobieta (i cała jej rodzina!) naprawdę tak żyje. A później trafiłam na bloga Kasi i ucieszyłam się jeszcze bardziej, że rozpropagowuje tę fajną ideę w Polsce:)
    Rzecz w tym, że zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce wytknąć nam wady, żeby usprawiedliwić swoją bierność. Ktoś, kto powie "sam świata nie zbawisz" albo "przecież wszyscy tak robią" albo wytknie palcem, w którym miejscu nie żyjesz absolutnie eko i vege. A przecież nie chodzi o to, żeby próbować być idealnym i wprowadzać wszystkie dobre zmiany natychmiast. Oswajanie się z nowymi nawykami i ulepszanie poszczególnych dziedzin swojego życia po to, żeby odciążyć planetę może zająć nam trochę czasu. Jak dla mnie ważne jest, że się próbuje. A że nie wszystko od razu to chyba normalne?
    Najpierw przestałam kupować w sieciówkach i trzymam się tego postanowienia od dwóch lat. W międzyczasie przeszłam na wegetarianizm i powolutku uczę się gotowania wegańskiego, nawet jeśli to oznacza zrobienie sobie "wegańskiego dnia" tylko raz w tygodniu. Zakupy noszę w własnych materiałowych torbach, a torebki na warzywa i owoce biorę tylko wtedy, gdy są niezbędne. Interesowałam się Zero Waste wcześniej, ale tak jak pisałaś, koszmar introwertyka nie pozwalał mi poprosić o zapakowanie produktów do własnej torby:) Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona Twoimi doświadczeniami i pewnie w końcu sama się odważę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli masz w okolicy Piotra i Pawła, to warto wybrać się tam. Parę dni temu wrzucili na swoją stronę artykuł pt. Dom zero waste, w którym zachęcają do przynoszenia na zakupy własnych opakowań :) Tak więc u nich nie powinnaś napotkać na żadne problemy.

      Usuń
  9. Przeczytałam książkę i tak jak Ty wiele już wcieliłam w życie wcześniej a wciąż znalazłam coś wartościowego dla siebie w książce ;) Swój egzemplarz przekażę dalej,by szerzyć widzę i mam nadzieję, że chociaż więcej osób będzie się starało bardziej być eko. nie świrem, ale po prostu bardziej świadomym.

    OdpowiedzUsuń
  10. Iiiiich, to żeby mieć szansę na wygraną muszę konto na insta założyć? ;) Dzięki za artykuł!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma innego wyjścia. Ale dzięki temu będziesz mogła oglądać moje fascynujące (i w ogóle nie infantylne!) Insta Stories ;)

      Usuń
  11. Bardzo bardzo fajnie że o tym piszesz, oby coraz wiecej się o takich rzeczach pisało/mówiło/myślało. O ile postawa Bei jest hardkorowa i mało komu by się chciało, o tyle nadużywanie plastikowych reklamówek, słomek (rany, jaki straszny film o żółwiu morskim któremu to wyciągali z nosa widziałam na you tube) itp to zwykłe prostactwo (czyli zupełna bezrefleksyjność) i lenistwo umysłowe. Ja z materiałową torbą też kicam od jakichś 10 lat i ZA KAŻDYM razem gdy szłam do pewnego sklepu musiałam walczyć z paniami, które patrzyły na mnie z politowaniem i od czasu do czasu przypominały, że foliówka jest ZA DARMO. Cieszę się ogromnie z wprowadzenia (groszowej, ale zawsze) opłaty za reklamówki, bo widzę jak znacząco zwiększyła się liczba ludzi z wielorazowymi torbami w sklepach (mieszkam w UK), to naprawdę zadziałało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, też mieszkam w UK i w angielskich sklepach nie mam żadnego problemu z własną torbą. W polskich sklepach niestety bywa różnie. Nie raz zdarzyło mi się, że nie zareagowałam wystarczająco szybko i pani spakowała mi szybko i sprawnie połowę zakupów do foliówki, zanim się zorientowałam. Teraz już wyrobiłam sobie refleks, a i ekspedientki mnie pamiętają. W moim ulubionym sklepie od niedawna za foliówki się płaci, w innych nie. Wcześniej też zdarzało mi się, że ludzie brali moją awersję do reklamówek za skąpstwo. Niestety poza reklamówkami nie jest tak łatwo. Może dlatego,że mieszkam w małym mieście, tutaj sprawy zakupów mają się trochę inaczej, niż w większych miastach dookoła. Chociaż staram się bardziej niż kiedyś, to mam wrażenie, że produkuję znacznie więcej śmieci, niż w Polsce :(

      Usuń

Dzięki za komentarz :)
* Uwaga: Na blogu działa SPAMOWSTRZYMYWACZ. Spam = linki do sklepów, Allegro, zaproszenia do odwiedzenia bloga itp. (jeśli podpiszecie się "Krysia" i podlinkujecie swój nick do sklepu z dachówkami / kosmetykami / karmą dla kota, to nadal jest to spam).