15 kwietnia 2014

Dobry skręt, czyli mój sposób na oporne włosy

Tego posta powinnam chyba zacząć od "Cześć, kochane!", bo dzisiaj zamieniam się w blogerkę urodową. A dokładnie włosową. Po wielu latach w końcu udało mi się znaleźć sposób na moje wyjątkowo niechętne do współpracy włosy i teraz wreszcie mogę powiedzieć, że jestem w miarę zadowolona z tego, co się dzieje na mojej głowie. Reszcie świata też się chyba podoba, bo na blogu, Fejsie, a nawet w tak zwanym prawdziwym życiu regularnie dostaję pytania dotyczące koloryzacji oraz układania moich "boskich" (no co, to cytat) fal. Dlatego postanowiłam zebrać do kupy całą moją tajemną wiedzę i podzielić się z Wami kosmetykami, gadżetami oraz trikami, które stosuję codziennie (lub prawie codziennie) i które bardzo ułatwiają mi życie. Wszystko 100% Ryfka Tested & Approved.

Na początek krótka charakterystyka głównego bohatera. Moje włosy w stanie surowym to proste, przyklapnięte, smętne strąki, które są wyjątkowo niepodatne na układanie, a do tego szybko się przetłuszczają. Głównym celem większości moich zabiegów jest uzyskanie efektu zwiększonej objętości, lekkiego potargania i naturalnego pofalowania. Krótko mówiąc, na głowie ma się coś dziać, to coś musi być szybkie do zrobienia, no i musi się trzymać przez cały dzień. Na szczęście da się!
gadzety

1. CIĘCIE + KOLOR
Sprawa podstawowa to dobry fryzjer. Jeśli już takiego znajdziecie, trzymajcie go i nie puszczajcie. Ja odkąd trafiłam do krakowskiego Salonu Roman (o czym pisałam 3 lata temu), nie chodzę nigdzie indziej. Uprzedzając komentarze: owszem, pierwszą wizytę Roman mi zafundował, ale byłam tak zadowolona z efektu, że od tamtej pory odwiedzam go regularnie już jako zwykła klientka (chociaż "zwykła" w przypadku Romana nie jest najwłaściwszym określeniem, bo z moich obserwacji wynika, że tam wszystkie klientki - nie tylko sławne blogerki - są traktowane po królewsku).

U Romana zawsze zamawiam "Ryfkowy pakiet standardowy", czyli cieniowanie plus balejaż kalifornijski. Dzięki cieniowaniu moje włosy są lżejsze, bardziej "trójwymiarowe" i nieporównanie lepiej się układają. Z kolei balejaż kalifornijski to coś w rodzaju ombre, ale nie takie typowe, bo zamiast efektu "zamoczyłam włosy w wybielaczu" mamy efekt "surfowałam całe lato w L.A." Przejście od naturalnego koloru do jaśniejszych końcówek jest bardzo łagodne i w połączeniu z rozjaśnionymi pasmami przy twarzy sprawia, że wszystko wygląda meganaturalnie, a fryzura zyskuje głębię. Genialną sprawą jest to, że przy tej opcji farbowania włosy wyglądają dobrze, nawet kiedy już sporo odrosną. Mnie nawet po 9 miesiącach od ostatniej wizyty zdarzyło się słyszeć (lub czytać) komplementy i pytania, czy byłam niedawno u fryzjera. Jeśli to nie jest najlepsza rekomendacja, to ja nie wiem.

Na zdjęciach poniżej możecie zobaczyć efekty mojej sobotniej (tym razem również gratisowej) wizyty. Cięcie i koloryzacja (metodą "na powietrzu", czyli z wykorzystaniem... waty) - Salon Roman. Stylizacja (metodą "na lenia", opisaną w punktach 4-5-6 poniżej) - Ryfka.

Na koniec dobra wiadomość dla wszystkich, którzy chcieliby się oddać w sprawne ręce ekipy Romana: teraz na hasło Szafa Sztywniary dostaniecie -10% rabatu. I najlepsze: zniżka jest ważna bezterminowo!


2. TURBAN TURBIE TWIST
Turbie Twist to nic innego jak kaptur do zawijania mokrych włosów z doszytą elastyczną pętelką, w którą wsadza się jego skręcony koniec. Jaką ma przewagę nad zwykłym ręcznikiem? Przede wszystkim taką, że dzięki pętelce turban mocno się trzyma i nie rozwala się przy schylaniu, skakaniu czy bieganiu po domu w porannej panice. Poza tym jest o wiele lżejszy niż zwykły ręcznik i lepiej chłonie wodę, co znacznie skraca późniejszą zabawę z suszarką. Używam go codziennie od prawie roku i nie ma opcji, żebym teraz wróciła do zwykłego ręcznika.

Mojego Turbie Twista dostałam w prezencie od koleżanki (w zestawie z czepkiem kąpielowym), ale wiem, że są dostępne np. na Allegro. Ponoć podobne turbany można też kupić w Avonie, Oriflame, a nawet na bazarach, jednak słyszałam, że nie wszystkie są tak chłonne jak pierwowzór. Zainteresowanym polecam recenzję nissiax83.


3. SZCZOTKA TANGLE TEEZER
Tą czarodziejską szczotką (ponoć wzorowaną na szczotkach dla koni) zachwyca się cały kosmetyczny YouTube. I zachwyca się jak najbardziej zasłużenie, bo Tangle Teezer naprawdę szybciej rozczesuje włosy i robi to bez ciągnięcia i szarpania. Nie czeszę włosów codziennie, bo lubię, jak są lekko potargane, ale tak co drugi dzień muszę je przeczesać przynajmniej od spodu, bo nad karkiem robi mi się kołtun gigant. Wcześniej dostawałam przy tym białej gorączki, teraz trwa to jakieś 2 minuty. 

Zastanawiałam się, na czym polega sekret tego wynalazku, no bo, kurde, to w końcu zwykły kawałek plastiku. Na moje oko chodzi o to, że ułożone rzędowo ząbki (1-centymetrowe na przemian z 0,5-centymetrowymi) są krótsze i rozstawione szerzej niż w normalnych szczotkach, dzięki czemu nie wchodzą zbyt głęboko i nie ciągną dużo włosów naraz. Po prostu najpierw rozczesują włosy z wierzchu i przy każdym następnym pociągnięciu zgarniają kolejną warstwę.

Przez ponad rok używałam wersji klasycznej, ale niedawno ukradł mi ją Dzióbek, bo okazało się, że "końska szczotka" idealnie sprawdza się do zaczesywania do góry męskiej grzywy. Teraz mam wersję Salon Elite, która jest smuklejsza i zdecydowanie lepiej leży w dłoni. Tangle Teezer ma swoją polską stronę, ale ja oba egzemplarze kupiłam na Allegro (bo taniej). Polecam recenzję nieesia25, która przekonała mnie do zakupu. 

blog2

4. PROSZEK GOT2B POWDER'FUL
Proszek dodający objętości to najlepsze, co mogło się przytrafić moim przyklapniętym włosom. Spotkałam się kiedyś z określeniem "kokaina do włosów", co w moim przypadku pasuje idealnie, bo całkowicie się od tego białego proszku uzależniłam i bez porannej działki nie jestem w stanie normalnie funkcjonować.

Sposób użycia jest banalny: wystarczy rozetrzeć odrobinę w dłoniach i wetrzeć u nasady włosów po obu stronach przedziałka. Ten filmik pokazuje, jak to zrobić. Ja używam więcej proszku niż pan stylista i wysypuję go na palce, a nie na poduszkę dłoni, bo moim zdaniem to bez sensu, skoro i tak wciera się go palcami, a nie całą dłonią (co za marnotrawstwo kokainy!). Oczywiście im krótsza fryzura, tym większe uniesienie. Przy mojej długości nie ma szans na szopę a la Tina Turner, ale włosy o wiele dłużej pozostają świeże i nie wyglądają - jak to kiedyś obrazowo określiła moja koleżanka - "jakby mnie krowa liznęła".

Schwarzkopf produkuje też proszek Taft, który moim zdaniem jest dokładnie tym samym produktem, tyle że w innym opakowaniu. Kupuję je na zmianę, w zależności od tego, który akurat jest na promocji w Rossmannie albo Super-Pharmie.


5. PASTA MATUJĄCA GOT2B BEACH BOY
To drugi produkt, bez którego nie ruszam się z domu. Matuje jak szatan! Ilość mniej więcej wielkości orzecha laskowego (takiego w skorupce) rozcieram w dłoniach jak krem, a potem wgniatam we włosy, jakbym ugniatała ciasto, zaczynając od dołu i dochodząc mniej więcej do połowy długości. Zajmuje to pół minuty, a robi na włosach pozytywne zamieszanie, czyli zwiększa objętość i tworzy coś na kształt potarganych fal (im bardziej włosy są ścieniowane, tym lepszy efekt). Ogromnym plusem jest to, że po zastosowaniu tego specyfiku włosy się nie elektryzują, co wcześniej było moją największą zmorą, zwłaszcza zimą. Jeśli tak napastowane włosy potraktuję lokówką, fale utrzymują mi się przez cały dzień (!), co jest totalną rewolucją, bo wcześniej nic nie trzymało mi się dłużej niż godzinę. Pasty (i proszku) używam, nawet jeśli związuję włosy w kok, bo dzięki zmatoweniu wszystko o wiele lepiej się trzyma, nie wyślizguje i nie rozpada.


6. LOKÓWKA
Lokówkę mam od dawna, ale dopiero rok temu nauczyłam się, jak robić luźne, naturalnie wyglądające fale. Jak zwykle niezawodny okazał się YouTube, a dokładnie Azjatycki Cukier i jej filmik instruktażowy. W skrócie chodzi o to, żeby lokówkę trzymać uchwytem do góry i nie używać tej klamry zaciskowej (bo wtedy robią się na włosach brzydkie zagięcia). Azjatycki Cukier trzyma tę klamrę cały czas otwartą, ja natomiast po prostu nawijam włosy na zamkniętą lokówkę.

Jako leń patentowany nie używam wcześniej żadnych środków chroniących włosy przed wysoką temperaturą. Wcieram proszek, wgniatam pastę (to kluczowa sprawa - bez niej fale zaraz by mi się rozpadły) i jadę z koksem. Jako leń nie kręcę też wszystkich włosów (musiałabym chyba wstawać o 5.00), tylko po 2-3 pasma po każdej stronie twarzy. Resztę załatwia sama pasta matująca. Pofalowane włosy przeczesuję delikatnie szczotką, żeby je trochę rozluźnić (idealnym, komunijnym lokom mówimy NIE) i gotowe. Zajmuje to góra 5 minut, a fale trzymają mi się nie tylko przez cały dzień, ale do następnego rana. Jeśli mam imprezę i wiem, że będę dużo podskakiwać, na koniec dodatkowo utrwalam wszystko lakierem, ale to zdarza mi się naprawdę tylko od wielkiego dzwonu.

Jeśli chodzi o samą lokówkę, to używam starego modelu Vidal Sassoon. Ogólnie jestem z niej zadowolona, bo błyskawicznie się nagrzewa, ale teraz wybrałabym chyba coś z grubszym walcem (mój ma średnicę 19 mm).

***

I to by było na tyle. Mam nadzieję, że ten wpis przynajmniej dla kilku z Was okaże się pomocny. Oczywiście nieustająco jestem zainteresowana wszystkim, co zwiększa objętość, unosi i faluje włosy, więc jeśli macie swoje sprawdzone sposoby albo znacie jakieś fajne wynalazki, które robią robotę (suszarka z dyfuzorem? termoloki?), koniecznie dajcie znać.

blog3

31 marca 2014

Oh, man!

Znowu szelki i znowu biała koszula? Ano znowu. Fakt, jestem trochę monotematyczna, ale to chyba dlatego, że - jak to się szumnie mówi - "odnalazłam swój styl". W męskiej szafie był.

Pamiętam, jak kilkanaście lat temu Tata zupełnie niespodziewanie (bo z niego raczej mało rozmowny typ jest) zapytał mnie, czy "nie mogłabym ubierać się jakoś tak bardziej jak dziewczyna". Obruszyłam się strasznie. Uznałam to za atak na moją nastoletnią wolność osobistą oraz niezbity dowód na to, że Ojciec nadal żyje w średniowieczu. No i, jak można się spodziewać, oczywiście nie zrezygnowałam z moich wielkich swetrów i koszulek do kolan.

Parę lat później wpadłam w blogowanie, przekonałam się do sukienek i zdarzyło mi się nawet paradować w szpilkach. Potem trochę mi przeszło i choć teraz lubię od czasu do czasu wyskoczyć w sukience (i jaram się wtedy niczym Anna Bałon w Top Model), to jednak najbardziej komfortowo czuję się w wersji dżender, czyli w spodniach, jakiejś luźnej górze i ciężkich buciorach. Mam sporo rzeczy uniseksowych, inspirowanych modą męską albo wprost kupionych w sklepach i działach dla mężczyzn (kapelusze, koszule, bluzy, swetry, T-shirty - te ostatnie nie tylko dlatego, że po prostu bardziej mi się podobają, ale też dlatego, że zazwyczaj mają lepszą jakość). I coś mi się zdaje, że w najbliższym czasie w tę stronę będzie mnie dalej znosić. W porównaniu do tego, jak ubierałam się kilkanaście lat temu, jest to oczywiście wydanie drugie, poprawione, ale ogólnie moje stanowisko pozostaje bez zmian: "sorry, Tato, nie mogłabym" :)

1 4 2 5 6
koszula - ciucholand
torba - Bags by MAY
spodnie na szelkach (model Logger) - Lee / Allegro
buty - Russell & Bromley (tęskniliście?)
skarpetki w kuropatwy -  John Partridge / TK Maxx (dział męski)

23 marca 2014

The Pirate Bay

Nie kupuję zbyt często nowych rzeczy, ale, rzecz jasna, jak tylko postanowiłam jeszcze bardziej ograniczyć wydatki (mając w perspektywie totalną rujnację, jaka mnie czeka za kilka miesięcy w związku z urządzaniem mieszkania), jak na złość, nagle z każdej strony zaczęły mnie atakować fajne ciuchy. Jak ta koszula. Próbowałam się opierać, ale - nie czarujmy się - wobec skojarzenia pt. "Piraci z Karaibów" nie miałam większych szans. Przez ten lejący się materiał, koronkowy żabot i szerokie, marszczone rękawy z falbankami (czy to normalne, że nie mogę przestać myśleć o tym, jak pięknie układałyby się podczas pojedynku na szpady?) czuję się trochę jak (KAPITAN!) Jack Sparrow. Chociaż on preferował zdecydowanie mocniejszy makijaż. I mocniejsze drinki.

No dobra, to wiecie już, skąd w mojej szafie ta koszula, ale, do stu tysięcy beczek rumu, o co chodzi z MAŁĄ torebką? Jeśli nie jesteście tu pierwszy raz, to pewnie zauważyliście, że lubię duże torby - im większe, tym lepiej. Do tej pory miałam w szafie tylko jedną małą kopertówkę, której używałam średnio raz na rok. I wcale nie myślałam o powiększeniu kolekcji, dopóki nie napisała do mnie Mariola z misDesign. Co mnie przekonało? Dwa moje absolutnie ulubione materiały to skóra i dżins. A zgadnijcie, co misDesign ma w swojej ofercie. Otóż torebki ze skóry wyglądającej jak dżins. Tak więc moja odpowiedź mogła być tylko jedna: Arrr!!!

koszula - H&M
spodnie - Zara
torebka ze skóry o fakturze dżinsu - misDesign (prezent) 
botki - Vagabond (model Grace) / paradopary.pl