14 września 2014

What's happening?

Trochę mnie tu nie było. Co się przez ten czas wydarzyło? A na przykład zdążyłam zostać fanką One Direction, na co prawdopodobnie jestem za stara, ale też zdecydowane jestem za stara, żeby się tym przejmować. Oprócz tego moja szafa przyjęła z nieukrywaną ulgą nadejście jesieni, czego dowodem jest dzisiejszy zestaw. Dawno w niczym aż tak dobrze się nie czułam i (dopuśćmy do głosu mojego wewnętrznego narcyza) aż tak się sobie nie podobałam. To chyba moja ulubiona stylówka w całej (już ponad 7-letniej) historii bloga.

Większość elementów zestawu widzieliście już tutaj wiele razy. Nowością są dżinsy w azteckie wzory, do których zapałałam miłością w chwili, kiedy pierwszy raz zobaczyłam je na Facebooku Lee. To już moje drugie dżinsy Scarlett (poprzednie kupiłam półtora roku temu) i teraz jestem przekonana, że ten model powinien się nazywać Ryfka. Leżą na mnie idealnie, są miękkie, wygodne i - co ważne - nie wypychają się. Szczerze polecam, szczególnie wszystkim chudakom o figurze typu "kołek".

Kolejna nowość to... pierścionek. Jak widać po zdjęciach na blogu, nie przepadam za biżuterią, a jeśli już jakąś noszę, to raczej drobną. Dlatego nie przestaje mnie zadziwiać liczba propozycji współpracy, jakie dostaję właśnie od marek biżuteryjnych. Większość z nich jest niestety zupełnie nie w moim stylu, ale od czasu do czasu trafi się jakaś perełka. I taką niewątpliwie jest biżuteria Magdaleny Paszkiewicz. Pierścionek z kółkiem, stworzony - jak wszystkie kolekcje projektantki - według zasady "maximum in minimum", kupił mnie od razu. I nie mogę przestać myśleć o tym, jaki - ze względu na brak kamienia - byłby z niego cudownie wywrotowy pierścionek zaręczynowy. Niestety, Dzióbek na to nie wpadł i tym samym stracił swoją jedyną szansę.

a
b
c
d
kapelusz - Bytom
koszula - ciucholand (+ aksamitka z pasmanterii)
płaszcz - Charlotte Halton / ciucholand
dżinsy - Lee (prezent od marki)
torba - Bags by MAY
buty - Bronx
pierścionek - Magdalena Paszkiewicz Jewellery (prezent od projektantki)

25 sierpnia 2014

M jak mieszkanie. D jak dom wariatów.

Jeszcze parę lat temu temat remontowania i urządzania mieszkania był dla mnie równie ekscytujący, co skoki narciarskie albo nowa stylówka Rihanny. Czyli wcale. A teraz? Nie dość, że znajomi muszą wysłuchiwać moich monologów o blatach kuchennych, kafelkach i malowaniu ścian (biedni, nie wiedzą, co ich czeka, kiedy kurtuazyjnie zagadują: "Jak tam mieszkanie?"), to nie oszczędzam też blogu ducha winnego Ludu Internetu (który nie pyta, ale i tak jest przeze mnie nieustannie informowany).

Od kilku miesięcy moje życie kręci się niemal wyłącznie wokół mieszkania. Nie rozstaję się z notesikiem z listą zakupów, pomiarami i kontaktami do fachowców, a wyciąganie centymetra w knajpie i mierzenie blatu (ku zdziwieniu obsługi) to teraz dla mnie najnormalniejsza rzecz pod słońcem. Poza tym przeżywam nieustanne huśtawki nastrojów, od bezgranicznej radości (Ależ super! Nareszcie własne mieszkanie! Kocham urządzanie!) po chwile totalnego przygnębienia i przytłoczenia (Czemu z tym jest tyle roboty?! Czemu to wszystko tyle kosztuje?! Ja nie chcę być dorosłaaa!).

W sobotę szczęśliwie udało nam się zamknąć kolejny duży (może nawet najważniejszy) etap zabawy w dom, czyli montaż mebli kuchennych. Ponieważ nasz Pan Kuchnia jest wyjątkowo oblegany, zmuszeni byliśmy przez ostatnie 2 miesiące mieszkać bez kuchni. Nie jest to najwygodniejsze, ale ma ten niewątpliwy plus, że nie trzeba gotować, tylko można bez wyrzutów sumienia stołować się w KFC. No dobra, droczę się. Tak naprawdę to nigdy nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia.

W końcu jednak kuchnia się zmaterializowała (alleluja!) i wszystko wygląda tak, jak miało wyglądać. Co więcej, ku naszemu zaskoczeniu, pomieszczenie po zamontowaniu mebli wydaje się większe niż przed (nie wiem, jak to możliwe, ale nie wnikam), a wyspa okazała się super rozwiązaniem (kamień z serca, bo bałam się, że zrobi się przez nią trochę klaustrofobicznie).

Sam montaż przeszedł gładko, ale oczywiście wcześniej nie obyło się bez problemów. Najpierw zaliczyłam wtopę z malowaniem. Albowiem umyślałam sobie w kuchni hipsterską ścianę pokrytą farbą magnetyczną i tablicową. Gdyby przyszło Wam to kiedyś do głowy, pamiętajcie: ścianę trzeba najpierw zagruntować! Jeśli Wasz chłopak Wam to radzi, to w tym przypadku warto go posłuchać, inaczej przy nakładaniu kolejnej warstwy farba zacznie odchodzić, trzeba będzie wszystko skrobać i malować od nowa. Szkoda nerwów, czasu, pieniędzy i wysłuchiwania później "A nie mówiłem?". Ja po tych wszystkich przeprawach postanowiłam zadowolić się samą tablicówką. Póki co trzyma się i spisuje jak należy.

Kolejna moja porażka nosi tytuł "Zlew". Otóż wybrałam sobie piękny, ceramiczny zlew w Ikei. Stwierdziłam jednak, że nie ma sensu go kupować na kilka tygodni przed montażem, bo mieszkanie i tak zawalone pudłami, więc tylko byśmy się o niego potykali. No czysty pragmatyzm. I teraz kto zgadnie, co się okazało, kiedy w końcu wybraliśmy się go kupić? Tak jest: że go nie ma, będzie w październiku (!), a najbliższy sklep, gdzie ten model można dostać, jest w Katowicach. Meble oczywiście już docięte pod wymiar zlewu, Pan Kuchnia przyjeżdża za 2 dni, a my z ręką w nocniku. To znaczy w zlewie. Na szczęście pomogło tutaj to, co robię najlepiej, czyli trąbienie wszem i wobec o własnych porażkach. Kiedy pożaliłam się na moje nieogarnięcie w pracy, okazało się, że jedna koleżanka jest z Katowic i akurat tego dnia będzie w okolicach Ikei (!). Operacja Zlew zakończyła się  sukcesem i podobno ma się znaleźć w następnym wydaniu Słownika frazeologicznego pod hasłem "głupi to ma szczęście".

Zdecydowanie lepiej niż ogarnianie grubych tematów (kuchnia, szafy, regał na książki itd.) idzie mi kupowanie drobnych i nie do końca niezbędnych do życia pierdółek. Mało stresu, dużo radości - taką zabawę to ja rozumiem. Od maja nie kupiłam żadnego ciucha z wyjątkiem męskiej kamizelki, za to stałam się maniaczką wszystkich wnętrzarskich sklepów i klubów zakupowych. Poniżej kilka wybranych okołomieszkaniowych migawek i zakupów. Jakby co, odsyłam też na mojego Pinteresta. I ostrzegam, ciąg dalszy nastąpi...

2
1- Dżinsowy puf. / HK Living - Westwing.pl 
2 - Tak wygląda moja tymczasowa szafa. To znaczy tak wyglądała na początku, teraz już o wiele gorzej. / wieszak - Ikea (zwana także Naszym Drugim Domem)
3 - Ściana tablicowa (vel płaczu) w kuchni. A na niej Dzióbkowy autoportret z listą zakupów.
4 - Miska podprowadzona Mamie. / Ćmielów (chyba już vintage)
 11 - Malowanie farbą magnetyczną. Szczerzę się jak nienormalna, bo jeszcze nie wiem, że zakończy się totalną klapą.
2 - Pamiątkowa fota chwilę po zmontowaniu mebli kuchennych.
3 - Krzesła balkonowe z Ikei z każdym metrem dzielącym przystanek od domu stawały się coraz cięższe, ale daliśmy radę. Było warto, w zestawie z poduchami są przewygodne.
4 - Oto, co teraz rozumiem przez "udane zakupy".
 3 
1 - Wycieraczka w sam raz dla debila topograficznego takiego jak ja. / wycie-raczka.pl
2. Torba śniadaniowa z papieropodobnego, wodoodpornego (!) tworzywa z termoizolacją w środku i magnetycznym zapinaniem. / Luckies - Bonami.pl
3 - Skrzynka po winie z Lidla.
4 - Znaleźliśmy idealną alternatywę dla Paryża, Londynu czy Nowego Jorku. Autorem plakatu jest Ryszard Kaja. Są też inne polskie miasta i regiony! / PolishPoster.com


28 lipca 2014

Murem za street artem

Ludzie mówią, że graffiti jest brzydkie, nieodpowiedzialne i dziecinne. Owszem, ale tylko wtedy, kiedy jest zrobione dobrze.Banksy
 
Uwielbiam sztukę uliczną we wszystkich przejawach, od wielkich, imponujących murali po hasła nieporadnie nabazgrane na murach. Uwielbiam ją za to, że atakuje z zaskoczenia, wybija z rytmu, wywołuje uśmiech albo uruchamia tęgą rozkminę (ewentualnie gorączkowe guglowanie). Moim zdaniem jest coś niesamowicie romantycznego w tym, że są ludzie, którzy z własnej inicjatywy, często zupełnie za darmo (pomijam teraz projekty wykonywane na zamówienie) i dla samej "zajawki" używają swoich zdolności, aby zostawić ślad we wspólnej przestrzeni i uciekawić egzystencję innym. I równie piękne jest to, że to jest taka "sztuka uwolniona": po ukończeniu graffiti autor nie ma żadnego wpływu na jego dalsze losy. Projekt może zostać zamalowany przez właściciela budynku albo przykryty przez konkurencję (ponoć w branży obowiązuje zasada niewchodzenia sobie w paradę, ale jak dowodzi wojna Banksy kontra Robbo, różnie z tym bywa), a nawet jeśli nikt nie będzie w niego ingerował, to prędzej czy później i tak wyblaknie, zabrudzi się albo odpadnie z tynkiem. To właśnie jeden z powodów, dla których od pewnego czasu wszelkie przejawy ulicznej twórczości namiętnie fotografuję i archiwizuję.
 
Już z rok temu wpadłam na pomysł, żeby stworzyć wpis o krakowskiej sztuce ulicznej, ale jak to u mnie, od koncepcji do realizacji droga daleka. Aż tu nagle dostałam potężnego kopa w postaci informacji o cyklu darmowych wycieczek szlakiem krakowskiego street artu organizowanych przez Galerię Krakowską. Zapisałam się od razu i tydzień temu spędziłam prawie 3 godziny, jeżdżąc meleksem po Starym Mieście, Podgórzu oraz Kazimierzu i słuchając ciekawostek serwowanych przez naszego przewodnika Michała Pałasza (a także Rafała Stanowskiego, którego przypadkiem spotkaliśmy po drodze). Trasa została pobłogosławiona przez Głównego Plastyka Miasta Krakowa, dr Agnieszkę Łakomą i obejmuje 19 murali plus kilka mniejszych prac zlokalizowanych po sąsiedzku. Mimo że sporą część z nich już znałam, to zazwyczaj nie miałam pojęcia, kto jest ich autorem, nie mówiąc już o procesie ich tworzenia czy inspiracjach. Dzięki tej wycieczce dowiedziałam się naprawdę wielu ciekawych rzeczy i chyba jeszcze bardziej wkręciłam się w temat. Trochę szkoda, że niektóre murale oglądaliśmy tylko przejazdem i nie przy każdym można było wysiąść, żeby się mu dokładnie przyjrzeć (z uwagi na ruch uliczny), ale rozumiem, że gdyby przy każdym zatrzymywać się na sesję foto, to wycieczka musiałaby trwać z pół dnia. Tak czy inaczej, wszystkim fanom street artu zdecydowanie polecam ten sposób spędzenia soboty (na wycieczki można się zapisywać tutaj). I uroczyście obiecuję, że za jakiś czas na pewno pojawi się tu kolejna porcja sztuki z krakowskich ulic. A tymczasem zapraszam na odcinek pierwszy:


Jeden ze świeżo (z)malowanych krakowskich murali przy ul. Lwowskiej, nawiązujący do historii Podgórza. Autorami są Mikołaj Rejs i Marcin Wierzchowski.

Dawno, dawno temu w tym miejscu (czyli na rogu Piłsudskiego i Straszewskiego) mieścił się kultowy bar mleczny Barcelona - "twierdza myśli intelektualnej" i miejsce spotkań krakowskich artystów. Mural powstał po rozbiórce kamienicy w 2012 roku. Autorem projektu jest Bartolomeo Koczenasz, a tekst to wiersz Adama Ziemianina - jednego z bywalców Barcelony. c
Tego niebieskiego stworka mijałam codziennie w drodze do pracy (wcześniej w Warszawie spotkałam jego fioletowego kuzyna). Ucieszyłam się, kiedy pewnego dnia zobaczyłam, że ma towarzystwo w postaci dwóch sympatycznych babuleniek. Swoją drogą, Niebieski dobrze prawi: "Look around!"d
Jeden z moich ulubionych murali: "Ding Dong Dumb" stworzony przez włoskiego artystę BLU (Podgórze, ul. Józefińska).
e
Jakiś czas po ukończeniu muralu ktoś dopisał na nim sprejem "Never Follow". BLU zamiast się oburzyć, ponoć stwierdził, że hasło pasuje idealnie i kazał je zostawić.
fBetonowa instalacja w pobliżu MOCAKU-u autorstwa Mirosława Bałki. Inspiracją była oferta biura podróży, które proponowało turystom wycieczkę typu 2 w 1: zwiedzanie obozu w Oświęcimiu i kopalni w Wieliczce. Słońce padające przez otwory w suficie wyświetla napis AUSCHWITZWIELICZKA na ścianie lub podłodze betonowego wagonu (w zależności od pory dnia).
g
Biblioteczka na ścianie bloku przy ul. Traugutta, czyli Typomural promujący czytelnictwo, to wspólne dzieło grupy krakowskich artystów i studentów ASP.
g1
Chyba każdy, kto mieszka w Krakowie, spotkał co najmniej jednego takiego królika. Jest ich w mieście całe mnóstwo.
g1a
Mural projektu Justyny Posiecz - Polkowskiej (
inspirowany płaskorzeźbami Jana Szczepkowskiego), który zwyciężył w konkursie organizowanym przez Galerię Krakowską i znajduje się na ścianie od strony Dworca. Nie byłam jego fanką, choć trzeba przyznać, że na żywo wygląda znacznie lepiej niż w projekcie.
gg
Dziewczyny, uwaga na podglądacza w krakowskiej Fabryce!g2
Mural "Yehuda" autorstwa izraelskiego artysty Pila Peleda. Przedstawia Lwa Judy, który znajduje się w herbie Jerozolimy. Znajdziecie go na rogu ul. Wąskiej i Wawrzyńca na Kazimierzu (gdzie przy okazji możecie zjeść najlepsze frytki belgijskie w Krakowie).

j"Babilon Fabric" - efekt współpracy dwóch polskich artystów: Nawera i Sepe (z Etam Cru) przy wejściu do klubu Fabryka. jab
Panowie malujący niebo na dachu budynku na Zabłociu (naprzeciwko Sweet Surrender) to kolejny z moich ulubieńców. Autorem rzeźby jest Jerzy Dobrzański. jj
  Na tej ścianie miał się znaleźć inny mural gdańskiego artysty Pikaso, jednak nie został zrealizowany, ponieważ projekt wywoływał zbyt duże kontrowersje (oskarżenia o antyklerykalizm). W efekcie powstał mural widoczny powyżej, noszący znamienny tytuł: "For god's sake, censorship is everywhere!" jjja
Teren klubu Fabryka to punkt obowiązkowy dla wszystkich amatorów street artu. Tyle fantastycznych prac w jednym miejscu!
k
Wygląda na to, że po Krakowie grasuje jakiś vintage bojownik. Zdjęcie po lewej zrobiłam w lutym 2013 (dziś napis jest już ledwie widoczny), a to po prawej - tydzień temu.
l
  Mural stworzony przez Mikołaja Rejsa na murze dawnej fabryki Wawel (ul. Kącik). Początkowo zdobiły go jeszcze kolorowe latawce przyczepione do ściany obok. wa
Praca artysty o pseudonimie CodeFC przy ul. Karmelickiej. ww
Mayamural powstał z okazji przepowiedzianego (rzekomo) przez Majów końca świata, który miał nastąpić 21.12.2012. Przedstawia hieroglify Majów zaaranżowane w formie gry Tetris. Autorką projektu jest Aleksandra Toborowicz.
z
Tablice ustawione przed Małopolskim Ogrodem Sztuki na Rajskiej w ramach międzynarodowego projektu Before I Die. Jeśli jesteście ciekawi, co ludzie tam wypisywali, tutaj znajdziecie zdjęcie w powiększeniu.