sobota, 20 maja 2017

Dziewczę z sadu

Poznajcie najpiękniejszą bluzkę, jaką kiedykolwiek miałam - z cieniutkiego jak mgiełka batystu, o rękawach bufiastych tak, że usatysfakcjonowałyby nawet Anię z Zielonego Wzgórza, a w dodatku unikalną, bo uszytą specjalnie dla mnie na podstawie wzoru sukienki z jesienno-zimowej kampanii marki A2 (która ostatecznie nie weszła do kolekcji). Miesiąc temu planowałam w niej wystąpić na pewnej uroczystości, nie powiem jakiej, żeby znowu nie wzbudzać sensacji, ale wszyscy dobrze wiemy, że chodzi o wesele. Niestety, na miejscu okazało się, że o ile w domowym lustrze wszystko wyglądało OK, to w pokoju hotelowym, przy dziennym świetle i dość niskiej temperaturze, przypominam bardziej radio Stolica z pokrętłami gotowymi do wyszukiwania stacji, ewentualnie żywą reklamę akcji #FreeTheNipple. Bluzka cienka, stanik cienki... obyczajowe Fuckupulco wisiało w powietrzu (a naprawdę aż tak mi nie zależało, żeby zostać atrakcją wieczoru). Całe szczęście, że zauważyłam to przed imprezą, miałam drugi strój na zmianę i mogłam się przebrać. Bluzkę natomiast założyłam na after następnego dnia, skrywając radyjko pod żakietem (na tej imprezie byliśmy tylko przez 3 godziny, więc dałam radę). Galaktyka została uratowana!

Po tej przygodzie stało się jasne, że na gwałt potrzebny mi nowy, porządny stanik. Staników programowo unikam, noszę tylko wtedy, kiedy głupio czułabym się bez (tzn. kiedy mam na sobie cienką, gładką i/lub prześwitującą górę) i nienawidzę ich kupować, bo to zwykle żmudny proces wymagający miliona przymiarek. Tak więc bardzo się zdziwiłam, kiedy weszłam do Triumpha, podałam ekspedientce moje wymiary oraz wymagania (gładki, bez ozdób i fiszbin) i pierwszy zaproponowany przez nią biustonosz pasował idealnie! Okazało się, że to model WOW Comfort marki Sloggi, ten z tej reklamy, w której pani biega po mieście i każe wszystkim (łącznie ze swoim chłopakiem) przymierzać swój superwygodny stanik. Powiem Wam, że ta reklama nie jest ani trochę przesadzona. Możliwe, że ominął mnie jakiś skok rozwojowy w branży bieliźnianej, bo od moich ostatnich stanikowych zakupów minęło kilka lat, ale byłam w szoku, że biustonosz może być tak wygodny i dobrze dopasowany. Przylega idealnie (obstawiam, że m.in. dzięki szerokiemu mostkowi); nie ma fiszbin, ale jednocześnie nie jest flakiem, bo w środku ma elastyczną siateczkę, która trzyma kształt; nie ma poduch; jest idealnie gładki i nie odznacza się pod ubraniem; a do tego bonusowo po wewnętrznej stronie ma tłoczone kwiaty, o których wiem tylko ja (no i teraz pół internetu). Jeśli ten pean wydaje Wam się trochę podejrzany, to od razu zaznaczam, że Sloggi nie zapłaciło mi za reklamę (chociaż wiem, że jakiś czas temu promowali się na blogach). To ja im zapłaciłam, co więcej, mam zamiar jeszcze dopłacić - za drugi egzemplarz w kolorze czarnym.

Przy tych niesamowitych opowieściach historia mojej nowej torby wypada megablado, bo po prostu zobaczyłam ją na Instagramie Panny Lemoniady i po krótkiej dyskusji z samą sobą ("Jest taaaaka pięęękna!" "Ale przecież miałaś pozbywać się toreb, a nie kupować nowe!") po prostu pojechałam ją kupić. Nie mogę się nadziwić, że ta zewnętrzna część jest wykonana z jednego, odpowiednio poprzecinanego kawałka skóry, bez żadnego szycia (nie licząc wzmocnienia rączek i dna).

A w klapkach pomykam już trzecie lato, ale na blogu jakimś cudem pojawiają się dziś po raz pierwszy. Myślę, że stanowią godne zastępstwo dla moich poprzednich ortopedyków, które nosiłam przez 9 lat, aż w końcu je rozwaliłam, spadając w nich z krawężnika podczas przeprowadzki (adekwatna kara za nieprzestrzeganie przepisów BHP). Gdybyście rozważali zakup takich seksownych laczków, to zwróćcie uwagę na materiał, bo byłam pewna, że wszystkie birkenstocki są w całości skórzane, a tymczasem okazało się, że górna część większości modeli jest zrobiona z tworzywa. Ale skórzane też mają (ja właśnie takie kupiłam), tylko trzeba poszukać.








kapelusz - Bytom
bluzka z falbanami - A2 (#darylosu), jeśli Wam się podoba, to w aktualnej wiosenno-letniej kolekcji pojawił się bardzo podobny model (po zapisaniu się do newslettera rabat -15%)
dżinsy - Lee
biustonosz - Sloggi, model WOW Comfort (nie widać go na zdjęciach, ale jego rola jest tu kluczowa)
torba - Zara

czwartek, 11 maja 2017

#RyfkaCzyta: Mężczyźni z różowym trójkątem i Czyje jest nasze życie?

Trzeci post w miesiącu? Nie wiem, co tu się odryfkawia, ale nie wnikam, tylko działam, zgodnie z zasadą Króla Juliana: "prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu!" Albo raczej: prędko, póki są tematy i wena nie odpuszcza!

Po Micie urody miałam ochotę na jakąś bardziej rozrywkową i odmóżdżającą lekturę, ale... trochę nie wyszło. Nie żałuję jednak, bo wpadły w moje ręce dwie naprawdę świetne książki, może nie najlżejszego kalibru (zwłaszcza pierwsza), za to zdecydowanie warte polecenia.

Mężczyźni z różowym trójkątem, Czyje jest nasze życie?


MĘŻCZYŹNI Z RÓŻOWYM TRÓJKĄTEM
Heinz Heger
Ośrodek Karta

To relacja Austriaka Josefa Kohouta, który w 1939 roku został aresztowany za homoseksualizm (po tym, jak Gestapo przechwyciło kartkę świąteczną wysłaną przez niego do ukochanego) i następne 6 lat spędził w obozach koncentracyjnych. To pierwsza opublikowana historia osoby homoseksualnej prześladowanej w okresie nazistowskim. Książka powstała na podstawie rozmów między Josefem Kohoutem a jego przyjacielem Johannem Neumannem w latach 1967-68. Ponieważ homoseksualizm w Austrii i Niemczech był karany aż do przełomu lat 60. i 70., a później stanowił powód społecznego wykluczenia, aby chronić tożsamość obu panów (Neumann również był gejem), książka została wydana w 1972 roku pod pseudonimem Heinz Heger, a niektóre fakty (takie jak wiek bohatera czy szczegóły aresztowania) delikatnie zmienione.

Mężczyźni z różowym trójkątem to zapis wydarzeń od aresztowania, przez pobyt w kolejnych obozach, relacje z współwięźniami i esesmanami, awans na pierwszego w historii obozu kapo z różowym trójkątem aż po wyzwolenie w 1945 roku. Tak Josef/Heinz opisuje pozycję gejów w obozowej hierarchii:

Różowe trójkąty były większe od pozostałych o dwa do trzech centymetrów - chodziło o to, by można było rozpoznać nas z daleka jako pedałów.

Żydzi, homoseksualiści, Cyganie, czyli noszący żółte, różowe i brązowe symbole, byli więźniami najbardziej udręczonymi przez esesmanów i kapo. Określano ich jako ludzkie śmiecie, które nie miały w ogóle prawa do życia na niemieckiej ziemi i miały zostać zniszczone. Takie były często i z upodobaniem powtarzane słowa komendanta obozu i jego dowodzących esesmanów. Najgorszym odpadem z tych "śmieci" byliśmy my, mężczyźni z różowym trójkątem.

Upadek III Rzeszy wcale nie oznaczał dla różowych trójkątów końca prześladowań. Homoseksualizm w Niemczech i Austrii był przestępstwem jeszcze przez ćwierć wieku. Homoseksualni więźniowie nie tylko nie mogli więc liczyć na żadne odszkodowania ani rehabilitację, ale musieli ukrywać swoje preferencje, by z obozu nie trafić prosto do więzienia. Nawet później muzea, miejsca pamięci czy badania historyczne pomijały tę grupę, odmawiając jej przynależności do "dobrego towarzystwa ofiar". Ta książka po raz pierwszy pozwoliła różowym trójkątom opowiedzieć o swoich doświadczeniach i sprawiła, że inne ofiary zdobyły się na odwagę, by również zabrać głos. Bo, jak we wstępie wydawcy pisze Anna Richter, "nie chodzi tu o licytowanie się lub porównywanie wymiaru cierpienia, lecz o pozwolenie wszystkim ofiarom na wypowiedzenie doznanej krzywdy i pamięć o niej".

Cóż ja takiego zrobiłem, bym miał tak ciężko za to pokutować? Czy byłem zboczeńcem albo zagrożeniem dla narodu? Pokochałem przyjaciela, mężczyznę - i nie był to młodociany, tylko 24-tetni, dorosły człowiek! Nie widziałem w tym niczego strasznego czy niemoralnego.

Co to za świat i co to za ludzie, którzy decydują za dorosłego człowieka, kogo i jak wolno mu kochać? Czy to nie zahamowani seksualnie i obarczeni kompleksem niższości ustawodawcy zawsze najgłośniej krzyczą o "zdrowych odruchach narodu"?

Historia różowych trójkątów pokazuje, do czego prowadzi nienawiść i, co dość przerażające, wydaje się dziś wyjątkowo aktualna. To, że osoby niehetero w Polsce nadal nie mogą trzymać się na ulicy za ręce bez obawy, że ktoś je pobije albo przynajmniej zwyzywa, a na zeszłorocznym Marszu Równości w Krakowie grupka łysych panów wysyłała mnie i innych uczestników "do gazu", to nic w porównaniu z tym, że dosłownie kilka dni po tym, jak odłożyłam tę książkę na półkę, myśląc: "Uff, jak dobrze, że mamy 2017 rok", w mediach gruchnęła wiadomość o powstaniu w Czeczenii obozów koncentracyjnych dla gejów (!) oraz masowych aresztowaniach, torturach, a nawet morderstwach. Na początku nie chciałam w to wierzyć i miałam nadzieję, że to kolejny fejk nius w stylu Niebieskiego Wieloryba. Niestety, to się dzieje naprawdę. Jeśli chcielibyście pomóc, to na stronie Kampanii Przeciw Homofobii trwa zbiórka pieniędzy na ewakuację osób zagrożonych, a tutaj możecie podpisać petycję Amnesty International.




CZYJE JEST NASZE ŻYCIE?
Olga Drenda i Bartłomiej Dobroczyński
Miesięcznik Znak 

Zwykle kiedy jakieś wydawnictwo pisze mi, że właśnie wydało nowość, która "z pewnością mnie zainteresuje", to ma na myśli kolejny modowy poradnik, ewentualnie tzw. literaturę kobiecą, czyli coś, co interesuje mnie niezbyt, w porywach do wcale. Jak mantrę powtarzam w mejlach, że moje czytelnicze klimaty to bardziej reportaże, język, reklama, feminizm, dizajn i przestrzeń miejska, ale wygląda na to, że jeśli ma się słowo "szafa" w nazwie bloga, to jest się skazanym na propozycje spod znaku "jak być fit i/lub glamour". Tę serię szczęśliwie przerwał Miesięcznik Znak.

Czyje jest nasze życie? to rozmowa Olgi Drendy - etnolożki, antropolożki kultury i autorki książki Duchologia polska (którą właśnie czyta Dzióbek i bardzo chwali) z dr hab. Bartłomiejem Dobroczyńskim - psychologiem, historykiem psychoanalizy i kierownikiem Zakładu Psychologii Ogólnej na UJ. Autorzy sami siebie nazywają "mącicielami o dwóch głowach", bo zadają trudne pytania, zachęcają do zastanowienia się nad sobą, nad tym, jak działamy i co nami kieruje, do spojrzenia na znane kwestie z nowej perspektywy, słowem: wyciągają ludziom wtyczki bezpieczeństwa.

O czym rozmawiają? O wszystkim! Książka podzielona jest na kilka części: Ciało, My i inni, Rzeczywistość, Transcendencja, Wartości. Jest tu o kulcie wyglądu, o polskiej mentalności, internetowych ekspertach od wszystkiego, Platonie, Freudzie, eutanazji, figurze Chrystusa w Świebodzinie, a nawet o... Maffashion (tak, tak). Czasem mówi się, że coś (książka, film, sztuka) "ryje mózg". No to ja bym powiedziała, że ta książka nie tyle ryje, co spulchnia mózg. Czytając ją, na zmianę z satysfakcją pokrzykiwałam: "Ha! No przecież zawsze to powtarzam!"; ze wstydem biłam się w pierś, odnajdując w niektórych przykładach własne niechlubne postawy; mruczałam w takt kręcących mi się pod czaszką trybików; i sprawdzałam w Guglu trudne wyrazy.

W książce jest tyle ciekawych myśli i trafnych podsumowań, że po mojej lekturze strony są teraz pomarańczowe od  zakreślacza. Poniżej mała próbka na zachętę:

O tym, w co grają Polacy (to zdecydowanie mój ulubiony fragment):

Eric Berne jest autorem interesującej koncepcji przedstawionej w książce W co grają ludzie. Psychologia stosunków międzyludzkich. Używając języka jego teorii, powiedziałbym, że w Polsce ulubioną grą jest gra w "przyłapałem cię, ty sukinsynu" oraz postawa "ja jestem OK, a wy nie jesteście OK" albo "ja nie jestem OK, ale wy też nie jesteście OK".
I dalej:
Mało jest u nas sytuacji, w których ludzie coś podziwiają, afirmują, doceniają czyjeś osiągnięcia albo szanują czas i wysiłek innych. Sukces innej osoby działa na innych przygnębiająco, starają się więc go zamaskować, zaś samo osiągnięcie - zdemaskować, uznać za rzekome i pozorne. Bo każda dobrze napisana powieść koleżanki ujawnia to, że ja takiej nie napisałem. Mogę więc spróbować sam ją napisać albo ocenić tę powieść nisko i powiedzieć wszem i wobec, co należałoby zrobić, żeby napisać lepszą. Osiągam więc sukces.

O kulcie wyglądu:
To nie jest tak, że wstyd w odniesieniu do ciała przestał istnieć, raczej przesunął się na inną pozycję: powodem wstydu jest bardziej to, że nie ma się czym pochwalić.
Zaryzykuję i zabrzmię pewnie jak Ania z Zielonego Wzgórza, ale poprzestanie na tym, co mamy, to w pewnym sensie najbardziej anarchiczna, buntownicza postawa w dzisiejszych czasach.

O Polsce:
Polska jest krajem stanowczo nadmiernie zideologizowanym. Za dużo światopoglądów, przekonań, uczuć religijnych, za mało zdrowego rozsądku, empatii i intelektu. No i niemal zupełny brak dystansu i ironii.

O (jakże popularnej w internecie) postawie pt. "jak dla mnie to głupie, no ale ja się nie znam":
Kartezjusz kiedyś dość przewrotnie zauważył, że nic nie zostało równie sprawiedliwie rozdzielone pomiędzy ludźmi jak rozum, bowiem każdy z nas uważa, że ma go wystarczająco dużo. Zatem mając do wyboru przyznanie, że nie jest się w stanie pojąć jakiejś idei artystycznej czy naukowej, albo stwierdzenie, że w takim razie ta idea jest "głupia" - raczej wybiera się to drugie. To bezpieczniejsze z psychologicznego punktu widzenia: ochrania moje dobre mniemanie o sobie, a równocześnie potwierdza, że żyję w przyjaznym i zrozumiałym wszechświecie. W przeciwnym razie musiałbym przyznać, że rzeczywiście czegoś nie pojmuję i coś mnie przerasta, co w rezultacie wywołałoby we mnie niską samoocenę i poczucie alienacji.

Jeśli podejrzewacie, że to może być książka w Waszym typie, to dobrze się składa, bo teraz na hasło RYFKA możecie ją kupić na stronie Znaku z rabatem -35% i darmową dostawą do kiosków Ruchu (rabat jest liczony od ceny okładkowej i jest ważny do 30 czerwca 2017). Szczegóły tutaj.