Macie już trochę dosyć relacji z feszyn łiku? Ja mam. Zdjęcia, recenzje, ba, nawet recenzje recenzji atakują ostatnio ze wszystkich stron. No ale skoro i ja tam byłam (pierwszy raz, choć wybieram się co edycję) i zdjęć (całkiem) fajnych narobiłam, to nie mogę się przecież nie podzielić. A więc uwaga, uwaga, relacja z Fashion Week Poland numer tysiącpińcetstodziewińcet!
POKAZY
Najsilniejsze wrażenie, jakie wywiozłam z Łodzi to to, że - parafrazując hasło przewodnie wielu blogów modowych -
fashion is not my life. Nie żebym wcześniej sądziła inaczej (zawsze mówię, że nie prowadzę bloga o modzie, tylko o ciuchach), ale po tych paru dniach jakoś bardziej mnie to uderzyło. To trochę tak jak z chodzeniem do kina. Uwielbiam raz na kilka dni wybrać się na jakiś film (nie musi być nawet wyjątkowo pasjonujący, wystarczy taki zwykły odmóżdżacz), ale na maratonie filmowym po prostu nie wysiedzę. Co za dużo, to niezdrowo. Dlatego po dwóch dniach oglądania pokazów, czekania na pokazy oraz przepychania się, żeby wejść na pokazy, czułam tylko przesyt i zmęczenie.
Ze wszystkich kolekcji, które widziałam, najbardziej podobały mi się te, których nie widziałam (przyjechałam późnym wieczorem w piątek).
Berenika Czarnota chyba jeszcze nigdy nie stworzyła czegoś, czego natychmiast nie chciałabym mieć w swojej szafie. Widzę się dosłownie w każdym wzorzystym, mięsistym swetrze, który zaprezentowała w Łodzi.
Całkowicie urzekła mnie też kolekcja
Dominiki Cybulskiej. Klimaty a la "Domek na prerii" i amerykańscy pionierzy to coś, co zawsze na mnie działa, a już szczególnie w takim malarskim, lekko nostalgicznym ujęciu. Od jakiegoś czasu chodzą za mną ogrodniczki i po tym pokazie już wiem, że muszą być
kremowe. Odpowiedni kapelusz na szczęście już mam.
Kolejnym odkryciem jest dla mnie
Katarzyna Górecka i jej kolekcja "Girls Rule, Boys Drool". Z jednej strony taka dziewczęca, cukierkowa stylistyka to nie do końca moja bajka (bo ja skręcam chyba bardziej w stronę uniseksu), ale z drugiej - wiadomo, że mam słabość do wszystkiego, co "niepoważne" i "dziecinne". Dlatego puchate sweterki przypominające maskotki w pokoju dwunastolatki i wzory z Fifi Lapin (
ten płaszcz to mistrzostwo świata) kupiły mnie w całości. A po tym, jak odkryłam, że dziewczyna
w fantastycznym swetrze z królikiem, którą przyuważyłam wśród feszynłikowego tłumu (ale nie miałam odwagi, żeby zaczepić), to nie kto inny, jak sama Kasia w projekcie ze swojej poprzedniej kolekcji, zapisuję się do jej fanklubu i czekam, aż te cuda pojawią się w sprzedaży.
Lustrując publikę w oczekiwaniu na któryś z pokazów, zwróciłam uwagę na siedzącą w pierwszym rzędzie blondynkę
w długiej, postrzępionej dżinsowej kamizelce (albo raczej płaszczu bez rękawów?). Ponieważ moja znajomość celebrytów jest taka sobie, nie bardzo wiedziałam, kto to, ale od wdzianka nie mogłam oderwać oczu. Okazało się, że to
Ewa Szabatin w modelu z własnej kolekcji, na której - jak odkryłam później - krytycy nie pozostawili suchej nitki. Nie widziałam pokazu na żywo i nie wypowiadam się na temat jakości, ale, kurde, jak patrzę na
zdjęcia, to kilka rzeczy (na przykład ten
kamizelko-frak) naprawdę mi się podoba i co tu dużo mówić, nosiłabym.
W kategorii niekoniecznie do noszenia (przynajmniej przeze mnie), ale do podziwiania z rozdziawioną paszczą jak najbardziej, na pewno wydarzeniem był gościnny pokaz
Slavy Zaitseva. Baśniowa, orientalno-barokowa kolekcja, którą zaserwował Rosjanin, była jakby zupełnie z innego świata niż cała reszta imprezy. Miałam wrażenie, że tym pokazem doświadczony artysta daje delikatnego prztyczka w nos młodym, rozkochanym w szaroburym minimalizmie projektantom: "Tak to się robi, dzieciaki!"
SHOWROOM
Jak pisałam, pokazy trochę mnie wymęczyły, za to buszowanie po showroomie to była już czysta przyjemność. Tyle niesamowitych, zakręconych ubrań i dodatków! Zdjęcia rzeczy, które szczególnie wpadły mi w oko, znajdziecie poniżej. Największym objawieniem jak dla mnie jest na pewno marka
dVorus. Łaziłam obok ich stoiska i wgapiałam się w ubrania na manekinach jak jakiś modowy zboczeniec. Uwielbiam dżins, a jeśli przybiera formę taką jak
ten szeroki kombinezon czy
ten militarny płaszcz, to pozostaje mi tylko zaniemówić z zachwytu i zacząć odkładać kasę.
Nigdy bym się nie spodziewała, że może mi się spodobać coś tak romantycznego jak
opaski z kwiatami, a jednak. Zaczęło się od tego, że wśród gości zauważyłam kilka dziewczyn w kwiatowych koronach i wszystkie wyglądały obłędnie. Okazało się, że wianki pochodzą ze stoiska
Hat Company. Wiem, że to nie mój styl (przymiarka to zresztą potwierdziła), wiem, że nie miałabym gdzie tego nosić, ale mimo to nie mogę przestać o tych opaskach myśleć.
W ogóle po wizycie w Łodzi stało się ze mną coś dziwnego: czuję modowy głód lukru i dziewczęcości (!). To w dużej mierze wina wspomnianej już
Katarzyny Góreckiej. Na jej stoisku zawahałam się przy
spódnicy w króliki (no bo czy w moim wieku to jednak nie przesada?), a kiedy wróciłam na drugi dzień, już jej nie było. Tak czy inaczej, od tamtego czasu chodzą za mną cukierkowe kolory, kwiatki, babeczki, słitaśne zwierzaczki i cały ten dżez. Wiosna chyba.
LUDZIE
"- To Ryfka? - Tak, Ryfka. - Ale super! Wreszcie jakieś celebrytki!" - świadkiem takiego dialogu była moja znajoma i kiedy mi go zrelacjonowała, nie wiedziałam, czy umrzeć ze śmiechu, czy lecieć pozować na ściankę, gdzie - najwidoczniej - jest moje miejsce. Ogólnie celebrytów (oprócz mnie) rzeczywiście było sporo, niektórych nawet rozpoznałam (nie czytam "Pudelka", ale kilka edycji "Tańca z gwiazdami" się oglądało). Dopisały też oczywiście "pokemony mody" (jak ich określił kiedyś
Michał Zaczyński). Sama nie jestem zdolna do znoszenia niewygody w imię stylówy i patrząc skomplikowane konstrukcje na głowach, megawysokie buty czy ograniczające ruchy kostiumy niektórych gości, myślałam: "O Boże, ma dziewczyna/chłopak zdrowie!" No ale co kto lubi. W końcu czy może być lepsza okazja do takich wariactw niż właśnie święto mody?