Od dawna chodził za mną wielki, przytulny i zupełnie niepoważny sweter. Nieustannie wzdycham do ideału
z samochodem, który wypatrzyłam kiedyś na Face Hunterze (a który - jak niedawno odkryłam - jest dziełem naszej rodzimej projektantki
Bereniki Czarnoty). Niejedno oddałabym też za
tygrysa prezentowanego kiedyś przez Czerwoną Łasicę,
kolorowy pasiak Cudaka,
świąteczne misie Łucji czy którąś z niezapomnianych
kreacji Marka Darcy'ego. Do tej pory jednak moje poszukiwania "obciachowego" swetra nie przynosiły rezultatów. Aż tu pewnego wieczoru dostaję mejla od czytelniczki Szafy - Kasi z linkiem do czegoś, co "jakoś dziwnie skojarzyło jej się ze mną". Klikam raczej bez przekonania, a tam...
swetrowy święty graal! Który cztery nanosekundy później był już mój :)
Sweter jest ręcznie robiony, ciepły (moher plus wełna), ma kieszenie, podszewkę, no i najpiękniejsze na świecie aplikacje (z przodu i z tyłu), ozdobione dodatkowo koralikami. Mimo to - z nieznanych mi powodów - jakoś nie wzbudza powszechnego zachwytu. Już myślałam, że wszyscy oślepli albo powariowali, ale wczoraj los się odmienił: sweter zrobił prawdziwą furorę wśród kucharzy i kucharek w barze mlecznym, w którym kupowałam obiad. Specjalnie przylecieli do okienka, żeby obejrzeć i pochwalić. Czyli jednak polski naród potrafi docenić prawdziwą modę! :)
Przy okazji chciałabym uprzedzić, że nie jest to moje ostatnie słowo w temacie obciachowych swetrów (które są ponoć teraz
bardzo trendi - no wiecie co?). Mam jeszcze w zanadrzu cudną sowę, ale o tym w następnych odcinkach.
norweski swetro-płaszcz (przy szerokości ok. 140 cm pod pachami oznaczony jako rozmiar M) - Decobazaar
szalik - ciucholand
dżinsy - Arizona Jeans
buty - A&E Vintage Store
torba - no Ochnik...