środa, 25 maja 2016

Sprzątam dom całe boże dnie

Temat zamieniania brzydkiego na ładne mnie nie opuszcza (poprzedni odcinek tutaj). Mój najnowszy bzik to... uwaga, uwaga... akcesoria do sprzątania. Oho, już widzę, jak część z Was przewraca oczami. Jeśli jesteście normalni, to lepiej zamknijcie tę stronę teraz i nikomu nie stanie się krzywda. Jeśli jednak i w Was drzemie perfekcyjnie sfiksowana pani domu, to pozostaje mi powiedzieć tylko jedno (głosem Effie Trinket z "Igrzysk śmierci"): Welcome, welcome!

O co chodzi? Ano o to, że większość przyborów do sprzątania jest po prostu paskudna. Plastik, jaskrawe kolory, tandetne wzorki... Moje uczucia w tym temacie najlepiej oddaje komentarz, jaki przeczytałam dawno temu na jakimś forum (komentarz był a propos zupełnie czego innego, ale pasuje jak ulał): "kicz i rzygi". Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież ścierka ma ścierać, mop ma mopować i tyle. Kto by się przejmował tym, jak wyglądają? Ano ja. I tak, zdaję sobie sprawę, że większość tych rzeczy i tak jest zwykle schowana. Ale ja wiem, że one tam są. I wolę, jak są ładne.

Znalezienie niewypalających oczu sprzętów do oporządzania domu bywa naprawdę niełatwym zadaniem, ale ja jestem uparta i powoli realizuję swój diabelski plan. Aby uniknąć efektu kolorystycznej sraczki, kupuję gadżety drewniane (jasnobrązowe) oraz w kolorze białym, czarnym i szarym. Tą samą zasadą kieruję się też przy wyborze środków czyszczących (tych chowanych do szafki, których nie przelewam, bo nie jestem aż takim świrem). Teraz każdy produkt jest dostępny w kilku wariantach, więc to naprawdę nie jest problem, żeby zamiast wściekle zielonej butelki domestosa wziąć czarną, a zamiast niebieskiego płynu do mycia szyb - przezroczysty. A oto jak wyglądają dotychczasowe objawy mojej choroby:


SZCZOTKI, SZUFELKI I SPÓŁKA
Po tym, jak wszystkie plastikowe szczotki (również te do ciała, ale o tym innym razem) zamieniłam na drewniane, odzyskałam wewnętrzny spokój. Szczotki, szufelki oraz małe drewniane szczoteczki znajdziecie w supermarketach (Carrfour, Auchan, Aldi itd.), no i oczywiście w TK Maxx - tam jest po prostu raj dla wielbicieli ładnych gadżetów do sprzątania. Niestety, nadal nie udało mi się znaleźć niepstrokatego mopa (mój jest niestety turkusowy). No ale przecież się nie poddaję.

szczotka i szufelka - Aldi
szczotka do czyszczenia klawiatury - Iris Hantverk / Bonami.pl
szczotka do szorowania - Starmann.pl


DESKA DO PRASOWANIA I WIESZAKI
Wzorzyste pokrowce większości desek do prasowania to jakiś koszmar. Na szczęście udało mi się upolować białą, a w dodatku z drewnianym stelażem. A skoro już jesteśmy przy prasowaniu i ubraniach, to naprawdę polecam zainwestowanie w jednakowe wieszaki. W Ikei komplet 8 drewnianych wieszaków kosztuje 15 zł, w Pepco czy zwykłych supermarketach pewnie też coś koło tego, więc to nie jest duży wydatek, a szafa od razu wygląda porządniej.

deska do prasowania - Valdomo / Bonami.pl
 drewniane wieszaki - IKEA
 

MATKA, PRAĆ!
O tym, że środki do prania trzymam w ładnych pojemnikach (stoją na widoku, bo w szafce nie ma na nie miejsca), pisałam już kilkukrotnie. Dzisiaj chciałam Wam pokazać resztę mojego "kącika praczki". Z dopasowaniem pralki na szczęście nie ma problemu, bo 99% modeli dostępnych na rynku jest biała. Nasza jest stara, ale jara. Znaczy, pierze (swoją drogą, jako emeryt jestem wielką fanką ładowania od góry). Natomiast rattanowy kosz na pranie był jednym z pierwszych zakupów po wprowadzce, bo nasz poprzedni, plastikowy (ble) w ogóle nie pasował do naszej (i chyba w ogóle do niczyjej) łazienki.

Czy tego chcemy, czy nie, suszarka stanowi stałą "dekorację" naszego balkonu. Mamy ją jeszcze z poprzedniego mieszkania, ale fajnie się złożyło, bo jest szara, dzięki czemu wtapia się w ścianę i mnie nie denerwuje. No i ma się rozumieć, że do przypinania drobnych rzeczy musiałam kupić drewniane spinacze (jakby co, widziałam je też w TK Maxx).

A skoro już jesteśmy przy balkonie, to tylko napomknę, że w moim rodzinnym domu rzecz taka jak konewka była zawsze uważana za fanaberię. Bo przecież butelka po mineralnej sprawdza się tak samo dobrze. Stanowczo odradzam takie podejście. Polecam i konewkę, i jakiś ładny pojemnik (np. bańkę na mleko) do ukrywania niewyględnych balkonowych drobiazgów typu nawóz do kwiatków czy nafta do lampionu.

puszka (na kapsułki do prania) - Bonami.pl
butelka apteczna (na Calgon) - prezent od koleżanki 
butelka  (na płyn do płukania tkanin) - IKEA
spinacze do bielizny - Bonami.pl
kosz na pranie - IKEA
spinacze / klamerki w słoiku - Bonami.pl
suszarka na pranie - IKEA
konewka - IKEA
bańka na mleko - targ staroci


NA ZMYWAKU
Wiecie, że płyn do naczyń przelewam do ładnej butelki, a gąbkę trzymam w metalowym pojemniku. Ostatnio poszłam o krok dalej. Przerzuciłam się na szare gąbki (to nic, że i tak są ukryte) i kupiłam za grosze kilka szczotek do naczyń, które tak idealnie dopasowały się do wystroju, że stoją sobie na widoku (ich zielone i niebieskie poprzedniczki trzymałam  w szufladzie).

butelka na płyn do mycia naczyń (po mydle w płynie) - TK Maxx
metalowa osłonka na doniczkę - H&M Home
gąbka biało-szara - IKEA
gąbka czarno-szara - Auchan (ma rozmiar XXL, więc przecinam ją na pół)
szczotka do naczyń i szczotki do butelek - Starmann.pl


TORBA Z NARZĘDZIAMI
Damskie torebki od dłuższego czasu w ogóle mnie nie ruszają i zamiast powiększać moją kolekcję, stopniowo ją redukuję. Kiedy jednak przed świętami (Bożego Narodzenia) napisał do mnie producent skórzanych toreb na narzędzia, zrozumiałam, co muszą czuć inne blogerki na widok nowej prady czy michaela korsa. Dawniej narzędzia trzymałam w plastikowym pojemniku z Ikei, wiertarkę w pudełku, a część śrubokrętów i kluczy walała się luzem. To cudo z pięknej, grubej, rudej skóry pomieściło wszystkie moje (no dobra, NASZE) narzędzia, a w dodatku wygląda tak, że zbrodnią byłoby je trzymać w piwnicy.


skórzana torba na narzędzia Tulboks - Leszner.com (prezent od producenta; dla pierwszych 5 osób, zniżka -15%, kod: Ryfka15%)

piątek, 20 maja 2016

#RyfkaCzyta: Żeby było ładnie, Hawaikum, Jak przestałem kochać design

Zapraszam na kolejny odcinek z serii #RyfkaCzyta. Co mam dla Was dzisiaj? Trzy świetne pozycje o moim ostatnio ulubionym temacie: pięknie i brzydocie w polskim designie i przestrzeni publicznej.



ŻEBY BYŁO ŁADNIE. ROZMOWY O BOOMIE I KRYZYSIE STREET ARTU W POLSCE
Sebastian Frąckiewicz
Galeria Miejska Arsenał

Wiecie, że jestem wielką fanką sztuki ulicznej i ten temat pojawiał się już kilka razy na blogu. Przyznaję jednak, że do tej pory podchodziłam do sprawy dość powierzchownie, na zasadzie "podoba mi się - nie podoba mi się". Ta książka pokazuje, że kwestia jest o wiele bardziej złożona i o wiele bardziej fascynująca. Mamy tu 14 rozmów z twórcami polskiego street artu, m.in. Mariuszem Libelem (dawniej grupa Twożywo), Sepe, Sainerem z Etam Cru, Pikasem, Zbiokiem i M-city. Autor rozmawia z nimi o ich podejściu do tworzenia w publicznej przestrzeni (artyści różnią się między sobą pod tym względem czasem diametralnie), o polskiej muralozie, festiwalach street artu, o związanej z nimi komercjalizacji i "ugrzecznieniu", o zatargach z policją, relacjach z władzami i reakcjach zwykłych mieszkańców. Mimo że to kawał książki, a ja jestem najwolniejszym czytaczem świata, wciągnęłam ją całą w 3 dni. Dwa cytaty na zachętę:

[Mariusz Libel] Moim zdaniem każdy, kto chce robić prace w przestrzeni publicznej, powinien zadać sobie kilka podstawowych pytań: Co to jest miasto? Czym dla ciebie jest przestrzeń, jak ją definiujesz, do czego ona służy? I kolejne: Czy masz coś do powiedzenia? I na koniec: Czy chcesz się użerać? Bo jak nie chcesz, to robisz ładne, duże, kolorowe rzeczy, coś pomiędzy graffiti i ilustracją, wtedy wszystkim to się podoba: tobie, organizatorom, urzędnikom i pani z pieskiem też. A spróbuj zrobić coś czupurnego, to od razy napotkasz opór. 
[Sepe] Pamiętam dobrze, jak nasz projekt na Oboźnej musieliśmy skonsultować z urzędnikiem z wydziału estetyki miasta. Poszliśmy tam z profesjonalną prezentacją: wizualizacja na zdjęciu, do tego projekt na papierze w skali 1:50, nasze biografie, dossier, portfolio. Naprawdę włożyliśmy w to mnóstwo energii. Facet popatrzył, zamknął prezentację, zamyślił się i mówi do nas: "Panowie, patrząc na tę prezentację, nasuwa mi się pytanie natury filozoficznej: Czy ta ściana, taka szara, pozostawiona sama sobie... czy to nie jest dla niej lepiej? Przecież wiadomo z badań, że wszędzie tam, gdzie pojawia się graffiti, za chwilę wkracza patologia, narkomania, alkoholizm. Mówi to teoria pękniętej szyby". Zatkało nas, mamy 2009 rok, rozmawiamy z naczelnym estetą Warszawy, a czuliśmy się, jakby ktoś nagle przeniósł nas do 1991 i położył na stole słynną książkę: "Graffiti: sztuka czy wandalizm".



HAWAIKUM. W POSZUKIWANIU ISTOTY PIĘKNA
pod redakcją Moniki Kozień, Marty Miskowiec, Agaty Pankiewicz
esej fotograficzny: Agata Pankiewicz, Marcin Przybyłko
Wydawnictwo Czarne

Jeśli zdarzyło Wam się zastanawiać, dlaczego, ach, dlaczego, ktoś zapodaje sobie przed wejściem do domu dwa gipsowe lwy, albo co kieruje parą, u której na weselu o północy wjeżdża na salę pieczone prosię przy muzyce z "Gwiezdnych Wojen" (autentyk!), to to jest książka dla Was. "Hawaikum" próbuje zrozumieć polskie zamiłowanie do egzotyki i wszelkiej zagraniczności, które objawia się wyzierającym zewsząd kiczem i wiochą. Książka składa się z dwóch części: arcyciekawych tekstów o polskiej estetyce oraz kilkudziesięciu zdjęć budynków, wnętrz, rzeźb, atrakcji turystycznych i innych szkaradzieństw, przy których krasnale ogrodowe sąsiada wydadzą Wam się szczytem wysublimowania. Moja rada: nie zrażajcie się pierwszym tekstem Józefa Tischnera. Ja byłam załamana, bo nic z niego nic nie zrozumiałam, mimo że zawsze mi się wydawało, że z czym jak z czym, ale akurat z czytaniem ze zrozumieniem jest u mnie całkiem nieźle. Na szczęście dalej jest już o wiele przystępniej, przyjemniej i zabawniej (chociaż momentami jest to śmiech przez łzy).

[Ziemowit Szczerek] Gdzie Polska, gdzie tropiki. Jesteśmy tak nietropikalni, jak tylko można być, dlatego tak nas tropiki wabią. Nasza rzeczywistość i codzienność jest błotnista, żytnio-polna, dąbrowiana, kniejowa, rozjeżdżona, ciemna, śniegochlupna. Krowa na łące, świnia w korycie ryje, a nie lew na sawannie ryczy, a nie koliber nektar kolorowy zbiera z kwiatów wonnych.

[Monika Kozień] Polski krajobraz kulinarny jest taki jak cała Polska. Przede wszystkim dominuje w nim sztuczność i udawanie lepszego, niż się jest - zabawniejszego, bogatszego. Trzeba olśnić, zrobić wrażenie, wywołać zazdrość, stłumić poczucie niższości, odreagować dawny niedostatek. Znamieniem sukcesu jest bogactwo. Bogactwo w typowo nuworyszowskim stylu z jego ostentacją, łapczywością i nadmiarem.



JAK PRZESTAŁEM KOCHAĆ DESIGN
Marcin Wicha
Karakter

Jako czytelnik jestem niecierpliwa i zblazowana niczym juror "Idola". Otwieram książkę z nastawieniem: "No, zaskocz mnie" i jeśli od pierwszej strony nie robi się ciekawie, zwykle nie daję jej szansy. Tutaj otwarcie jest doskonałe, bo na dzień dobry mamy opowieść autora (grafika) o żmudnych poszukiwaniach odpowiedniej (tzn. co najmniej niepaskudnej, a najlepiej po prostu dobrze zaprojektowanej) urny na prochy jego ojca (architekta). Poszukiwaniach zakończonych sukcesem:

I tak pochowałem prochy ojca w czarnym sześcianie z granitu. Na jednym z boków wyryto imię i nazwisko. Krój pisma - Futura. Wersaliki. Dwa razy po pięć liter, elegancko wyjustowane, tak jak lubił. Rozpierała mnie duma. Urna była piękna. Problem polegał na tym, że jedyna osoba, która mogła to docenić, jedyna osoba, na której opinii mi zależało, już nie żyła.

Cała książka to wciągający zbiór wspomnień autora, ukształtowanego estetycznie przez ojca, który "nie wpuszczał brzydoty za próg", zaciekle walcząc w czasach PRL-u z meblościankami, szklankami na spodkach czy kapciami (uznawał tylko szwedzkie drewniaki). Jeśli interesują Was historie przedmiotów codziennego użytku, mebli, zabawek, kultowych plakatów oraz dole i niedole (głównie niedole) pracy grafika, które z powodzeniem mogłyby się znaleźć na popularnym fanpejdżu, nie będziecie zawiedzeni.

Jednak to są Himalaje projektowania. Tymczasem żyjemy na nizinach. Siedzimy w tramwajach. Szarpiemy się z drzwiami na strzeżone podwórko, nadajemy paczki i listy. O jakości życia nie decydują najwybitniejsze osiągnięcia designu. Szczerze mówiąc, one są najmniej ważne. O polskim projektowaniu świadczą:
- kwitek na list polecony, który łatwo wypełnić, pod warunkiem że nosimy nazwisko Jan Byk i mamy wzrok jak pilot F-16 z bazy w Krzesinach;
- formularz PIT z szaro-szarymi polami i mętnym opisem, którego przekaz brzmi: znajdź księgowego, który to wypełni, a potem módl się i krzyżuj palce;
- elementarz szkolny - kolorowy do mdłości, chaotyczny i okraszony portretami uśmiechniętych ofiar eksperymentów genetycznych;
- oznaczenia autostrad, a szczególnie zjazdu na Grodzisk Mazowiecki (naprawdę nie chciałem jechać do Poznania).

***

Mam nadzieję, że przynajmniej kilkoro z Was udało mi się zachęcić. Teraz Wasza kolej! Czytaliście ostatnio coś fajnego? Polećcie w komentarzu poniżej (UWAGA: koniecznie podając mail lub link do Waszego bloga bądź profilu na FB, żebym mogła się z Wami skontaktować). Od razu mówię, że Filipa Springera możecie sobie darować, bo wszystko, co napisał, mam - część już przeczytałam, a reszta czeka w kolejce. Autorowi najbardziej przekonującej rekomendacji sprezentuję jedną z trzech opisanych dzisiaj książek. Macie czas do publikacji kolejnego posta.

sobota, 30 kwietnia 2016

Moje klasyki, czyli Ryfka w pigułce

Jako wielbicielka robienia list, od dawna spisuję sobie w notesie pomysły na posty. Do tej pory ich realizacja postępowała w zawrotnym tempie kolejki na poczcie, ale teraz, w moim nowym, poetatowym życiu nastąpiła wyraźna poprawa (chciałabym zauważyć, że to już czwarty post w tym miesiącu!). Wpis o moim ubraniowym niezbędniku miałam na liście co najmniej od roku. Ostatecznie zmobilizowało mnie Zalando (które jest partnerem tego wpisu) oraz ich nowy Kurs z klasyków mody, czyli strona, na której możecie obejrzeć naprawdę fajnie zrealizowane filmiki z 4 podstawowymi elementami garderoby (białą koszulą, ramoneską, małą czarną oraz sztybletami) wystylizowanymi na 3 różne sposoby.

A jakie są moje klasyki? Co noszę najczęściej i bez czego nie wyobrażam sobie swojej szafy? Wynotowałam 8 takich elementów, które złożyły się na zestaw typu #klasycznaRyfka, w którym - z niewielkimi modyfikacjami - można mnie zobaczyć w zasadzie przez cały rok (poza sezonem upałów i mrozów). Gdybyście akurat szukali czegoś w tym stylu, to pod każdym z punktów znajdziecie link do wybranych przeze mnie podobnych propozycji z Zalando. No to jedziemy!


1. BIAŁA KOSZULA
Uwielbiam koszule. Najbardziej białe, męskie i dużo za duże. Są luźne, przewiewne (bo oczywiście wybieram tylko naturalne materiały) i po podwinięciu rękawów idealnie sprawdzają się latem. Egzemplarze bardziej dopasowane zwykle noszę zapięte na ostatni guzik i zawiązuję pod szyją czarną aksamitkę. Ten pensjonarsko-kowbojski efekt chyba nigdy mi się nie znudzi.


2. BAWEŁNIANA BLUZA
Kiedyś w mojej szafie królowały swetry, ale kiedy zaczęłam dojeżdżać do pracy na rowerze, przeszłam na zbluzowaną stronę mocy. Bawełniana bluza to najwygodniejsza rzecz na świecie. Fakt, nie wygląda się w niej specjalnie elegancko, ale na szczęście akurat na tym nigdy mi nie zależało. Zresztą, jeśli jest jednokolorowa, to wystarczy, że założę pod spód koszulę z aksamitką i od razu robi się trochę "dostojniej".


3. DŻINSOWE RURKI
Miękkie, dopasowane rurki z dodatkiem elastanu - czy muszę dodawać coś więcej? Mam kilka par, ale najbardziej lubię ciemnoszare, które pasują mi naprawdę do wszystkiego (chociaż najczęściej i tak noszę je z koszulą albo bluzą). Co jeszcze? No dobra, napiszę to: uważam, że w tym fasonie moje nogi wyglądają naprawdę nieźle.


4. SZTYBLETY
Wiecie, że uwielbiam botki w męskim stylu. W sumie 90% moich butów wygląda, jakby należała do jakiegoś faceta z małą stópką (małą jak na faceta, oczywiście). Sztyblety to od paru miesięcy najczęściej noszone przeze mnie buciory. Wyglądają trochę "rockowo", są miękkie, lekkie, megawygodne, a dzięki gumie po bokach błyskawicznie się je zakłada i zdejmuje (duży plus dla człowieka wychodzącego z domu zawsze na ostatnią chwilę).


5. LUŹNY PŁASZCZ
Mam ściśle sprecyzowane wymagania w stosunku do płaszczy. Muszą być miękkie, oczywiście dłuższe (bo nawet kiedy byłam nastolatką, nie lubiłam, żeby mi wicher hulał po nerach), luźne i co najważniejsze, z szerszymi rękawami (wąskie rękawy cisnące pod pachami to jakaś plaga - co niby wkładać pod taki płaszcz? koszulki na ramiączkach?). A najlepiej, jak jeszcze mają duże kieszenie i są w moim ulubionym granatowym kolorze.


6. DUŻA CHUSTA
Jestem strasznym zmarźluchem i przez większą część roku chodzę opatulona. Duża chusta (wiadomo, że najlepiej w azteckie wzory) bywa więc moim szalikiem lub peleryną, a podczas podróży pociągiem czy samolotem doskonale sprawdza się jako kocyk (hasztag: #emerytka).

7. DUŻA MATERIAŁOWA TORBA
Dawniej nosiłam tylko skórzane torebki, ale parę lat temu przesiadłam się na wielką dżinsową torbę ze skórzanymi uchami i od tego czasu rzadko można mnie zobaczyć z inną. Jest pojemna, jest lekka, jest zamykana na suwak, można do niej wrzucić zakupy ze spożywczaka, no i kluczowa sprawa: bez problemu mieści się do rowerowego koszyka.


8. KAPELUSZ
Do kapeluszy przekonałam się jakieś 6 lat temu i od tamtego czasu można chyba powiedzieć, że brązowa fedora to mój znak rozpoznawczy. Niestety, w kapeluszu nie bardzo da się jeździć na rowerze, więc od kiedy wciągnęłam się w codzienne pedałowanie, noszę go rzadziej, ale nadal nie wyobrażam sobie bez niego mojej szafy. W moim przypadku ma naprawdę magiczną moc. Nic tak nie dodaje mi pewności siebie.
[zobacz podobne]


Tak to wygląda u mnie. Uniseksowo i wygodnie (szok). A jak jest u Was? Gdybyście mieli stworzyć zestaw własnych klasyków, to z czego by się składał?