Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

11 lipca 2018

Moja roślinna biblioteczka

Odkąd zaczęłam na Facebooku i Instagramie (a zwłaszcza na Stories) relacjonować moje roślinne przygody, nie ma dnia, żeby ktoś nie zapytał mnie, jak pielęgnować paprotkę czy fikusa albo nie przysłał mi zdjęcia swojej schorowanej roślinki z pytaniem "Co jej dolega?" Zawsze odpisuję, że nie jestem żadną ekspertką i jako tako znam się tylko na tych roślinach, które mam od dawna, a i tak nie na wszystkich. Nie czuję się kompetentna, żeby bawić się w roślinną Dr. Quinn (mam na sumieniu kilka własnych zielonych trupów, nie chcę być odpowiedzialna również za Wasze!), ale chętnie powiem Wam, gdzie sama szukam informacji.

Dawniej nie wiedziałam nawet, jak nazywają się rośliny, które mam w mieszkaniu. Teraz nie tylko znam ich nazwy (polskie, łacińskie i angielskie!), wiem, co lubią, a czego nie, ale w dodatku potrafię rozpoznać wiele innych gatunków oraz popularnych szkodników. Jak to się stało? W komedii "Agent i pół", jest taka scena, kiedy Kevin Hart spotyka po latach Dwayne'a Johnsona, który w szkole był grubaskiem, z którego wszyscy się śmiali, a teraz wygląda jak... no, Dwayne Johnson. Więc pyta go, zaintrygowany: "Stary, jak to zrobiłeś?", na co ten odpowiada: "Ćwiczyłem przez 6 godzin dziennie, codziennie, przez ostatnie 20 lat". Tak samo jest z roślinami. Domowa dżungla nie zrobi się "sama". I nie, nie ma tu nic do rzeczy tzw. "ręka do roślin" (ten mit obalają zresztą autorki książki Projekt Rośliny, której co prawda nie ma w poniższym zestawieniu, bo dla mnie była trochę zbyt podstawowa, ale zupełnie zielonym mogę ją polecić). Do roślin trzeba mieć serce. Trzeba się nimi interesować, dużo o nich czytać, obserwować je, dbać o nie i po prostu je kochać :) 

Ale do sedna. Oto źródła mojej roślinnej wiedzy.

Indoor planting books


O ROŚLINACH
Radosław Berent, Łukasz Marcinkowski
Wydawnictwo Full Meal

Od tej książki wszystko się zaczęło. Możliwe, że gdyby nie te wspaniałe zdjęcia, moja roślinna zajawka nie rozrosłaby się aż do takich rozmiarów. Ta książka jest po prostu botaniczne Bizancjum! Autorami są właściciele poznańskiej kwiaciarni Kwiaty & Miut. Ich kwiatowe wyczyny można śledzić na Instagramie @kwiatyimiut, ale ja szczególnie polecam Wam ich drugie konto, na którym dzielą się zdjęciami swojego zazielenionego mieszkania: @miut_casa. Niech się schowają wszystkie wnętrzarskie magazyny, blogi i pinteresty!

Jeśli chodzi o zawartość, to oprócz najpiękniejszych zdjęć, jakie widziałam w jakiejkolwiek książce o roślinach, oraz mnóstwa wnętrzarskich inspiracji, znajdziecie tu opisy ok. 50 gatunków, wskazówki dotyczące pielęgnacji, mapę polskich oranżerii i palmiarni, kilka poradników "zrób to sam" (kokedama, roślinne akwarium itp.), a także artykuły gościnnych autorów.

O roślinach
O roślinach
O roślinach
O roślinach
O roślinach


PIELĘGNOWANIE ROŚLIN POKOJOWYCH
David Longman (część I)
Jarosław Rak (część II)
MULTICO Oficyna Wydawnicza 

Na pierwszą część trafiłam zupełnie przypadkiem na krakowskim targu staroci. Od razu mi się spodobała, bo oprócz opisów roślin i ich preferencji (stanowisko, podlewanie itd.) miała coś, czego nie ma żadna z moich pozostałych książek: szczegółowe instrukcje obrazkowe, pokazujące w idiotoodporny sposób, krok po kroku, jak rośliny przesadzać, rozmnażać, przycinać itd. Kiedy pochwaliłam się moją zdobyczą (za jedyne 7 zł!) na Insta Stories, okazało się, że to roślinny klasyk, obecny niemal w każdym polskim domu. Dowiedziałam się też, że kilka lat później wyszła druga część, którą oczywiście od razu dokupiłam sobie do kompletu.

W każdej części opisanych jest ok. 100 gatunków roślin. Niby w pierwszej miały być rośliny najbardziej popularne, a w drugiej nieco mniej znane, ale obie książki zostały wydane w latach 90., więc ten podział jest dziś zupełnie nieaktualny. Moim zdaniem warto mieć obie - dla mnie to taka roślinna encyklopedia. Można na nie trafić w antykwariatach albo na Allegro.

Pielęgnowanie roślin pokojowych
Pielęgnowanie roślin pokojowych
Pielęgnowanie roślin pokojowych


JAK PIELĘGNOWAĆ ROŚLINY DONICZKOWE. CHOROBY I SZKODNIKI
Gabriel Łabanowski
Leszek Orlikowski
Adam Wojdyła
MULTICO Oficyna Wydawnicza 

Tę pozycję kupiłam po tym, jak na którejś z roślinnych grup pod postem z cyklu "Co dolega mojej roślinie?" w komentarzach ktoś wkleił screeny z tej książki z dokładnymi opisami i zdjęciami szkodników i chorób. Od razu stwierdziłam, że muszę ją mieć, choć miałam nadzieję, że nigdy mi się nie przyda. Niestety, już się przydała (cholerne przędziorki!). 

Autory wzięli na tapet ok. 60 gatunków roślin i przy każdym z nich wypunktowali możliwe choroby i szkodniki, ilustrując je zdjęciami robali oraz schorowanych liści i pędów. To naprawdę niesamowita pomoc w diagnozowaniu problemów! Niestety, podane przez nich środki chemiczne do zwalczania chorób i szkodników są już nieaktualne, bo od czasu wydania książki zmieniły się przepisy i wiele z nich zniknęło z obrotu. Ale to nie problem. Kiedy już się wie, co dolega roślinie, w dziale ogrodniczym większości marketów budowlanych można znaleźć odpowiedni preparat.

Jak pielęgnować rośliny doniczkowe. Choroby i szkodniki
Jak pielęgnować rośliny doniczkowe. Choroby i szkodniki


JAK NIE ZABIĆ SWOICH ROŚLIN
Nik Southern
Wydawnictwo Otwarte

Jeśli uważacie, że książki o roślinach są nudne, no bo co ciekawego można napisać o podlewaniu i przesadzaniu, Nik Southern udowodni Wam, jak bardzo się mylicie. Tę książkę czyta się jak najlepszego bloga, z pełnokrwistą autorką, która przeklina, popija wino, szczerze opowiada o tym, jak po trzydziestce rzuciła pracę w rekrutacji, przez pół roku była bezrobotna, całymi dniami paliła skręty i oglądała Plotkarę, po czym... została florystką. Obecnie jest właścicielką dwóch kwiaciarni w Londynie, prowadzi warsztaty i zapewnia florystyczną oprawę pokazów mody.

Bezpretensjonalność i poczucie humoru autorki, żywy, potoczny język (brawa dla tłumaczki Anny Gralak, choć oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie znalazła paru drobiazgów do poprawienia), praktyczne, "życiowe" porady, różnorodne zdjęcia roślin (od perfekcyjnie wystylizowanych wnętrz po pralnie publiczne i wystawy małych sklepików) oraz zabawne ilustracje tworzą taki pakiet, że od tej książki naprawdę trudno się oderwać.

Mimo że wcześniej sporo już o roślinach wiedziałam, Nik bardzo poukładała mi w głowie, a jej zasada "powrotu do korzeni", czyli odtwarzania roślinom warunków, w których rosną w swoim środowisku naturalnym, sprawiła, że wszystko wydało mi się takie logiczne! Kaktusy i sukulenty rosną na pustyniach, więc muszą mieć podłoże z piaskiem, dużo słońca i mało wody. Paprocie rosną w poszyciu lasów tropikalnych, więc nie potrzebują dużo słońca, ale za to lubią wilgoć. No przecież!

Jak nie zabić swoich roślin
Jak nie zabić swoich roślin
Jak nie zabić swoich roślin
Jak nie zabić swoich roślin


INNE ŹRÓDŁA

Oczywiście, żeby przejść na wyższy poziom ogrodniczych umiejętności, wcale nie trzeba od razu robić napadu na księgarnię. W internecie jest mnóstwo stron, blogów i grup, w których znajdziecie WSZYSTKO.
  • wujek Google - Niby oczywistość, ale niestety, wielu osobom po prostu nie chce się samodzielnie poszukać rozwiązania, tylko od razu wysyłają wiadomości do blogerów albo wołają o pomoc na grupie, oczekując rozwiązania na tacy. Szanujmy czas innych! Ja ZAWSZE najpierw szukam rozwiązania na własną rękę, a dopiero kiedy to zawodzi, proszę o pomoc innych chwastofilów. I naprawdę w ten sposób bardzo dużo się nauczyłam!
  • roślinne grupy na FB: Zielone Pojęcie i Polish Jungle - Bardzo przyjazne, aktywne i prężnie działające grupy, na których można pooglądać domowe dżungle innych użytkowników, dowiedzieć się, że w Biedronce właśnie rzucili monstery albo fikusy lirolitsne bambino po 12 zł, a także uzyskać pomoc w diagnozowaniu roślinnych dolegliwości.
  • roślinne blogi, Facebooki i Instagramy - W sieci jest ich zatrzęsienie, moje ulubione to wspomniane już wyżej @miut_casa (nie widziałam piękniejszego mieszkania), @muggleplants (kopalnia wiedzy; to z bloga Izy dowiedziałam się, że mam monsterę Adansona / adansonii, a nie żadną monsterę ukośną / obliqua), @nicoplants (cudne zdjęcia i dużo praktycznych wskazówek), Roślinny Patrol (historie zaniedbanych / schorowanych roślin doprowadzonych do porządku; uwaga: w sierpniu Ewa wydaje własną roślinną książkę!), @lolaflora_roslinna (moja krakowska roślinna dilerka - to od niej mam najbardziej efektowne okazy) oraz @boyswithplants (zdjęcia pięknych panów w towarzystwie równie pięknych roślin, zawsze z podanymi nazwami gatunkowymi (edukacja!)).

Ode mnie to tyle. Jeśli znacie jakieś inne fajne książki, strony lub profile, czekam na Wasze rekomendacje!

13 stycznia 2018

#SztywniaraCzyta: Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek i Mężczyźni objaśniają mi świat

Też macie noworoczne postanowienie, że będziecie czytać więcej książek? Ja, rozliczając moje zeszłoroczne osiągnięcia w tym temacie, po raz pierwszy od ładnych paru lat nie miałam ochoty się pochlastać. Było nieźle, a mam nadzieję, że w tym roku będzie jeszcze lepiej. Tego również i Wam życzę i na dobry start polecam dwie książki, którymi pożegnałam 2017 rok.

Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek, Mężczyźni objaśniają mi świat


OPOWIEŚCI NA DOBRANOC DLA MŁODYCH BUNTOWNICZEK
Elena Favilli i Francesca Cavallo
Wydawnictwo Debit 


Zdarzyło Wam się w dzieciństwie kłócić z bratem / kuzynem / kolegą z klasy, który twierdził, że dziewczyny nie nadają się do tego czy tamtego i że faceci są w każdej dziedzinie lepsi? Mnie się zdarzyło. I choć całą sobą czułam, że nie mają racji, to wobec argumentu pt. "Jak jesteś taka mądra, to to wymień babkę, która coś wynalazła!" byłam bezsilna. Sama Maria Skłodowska-Curie nie załatwiała sprawy i była raczej wyjątkiem potwierdzającym regułę. Ach, gdybym wtedy miała tę książkę!

Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek to historie 100 wyjątkowych kobiet ze świata nauki, sztuki, polityki, sportu i innych dziedzin. Oprócz znanych postaci takich jak Amelia Earhart, Coco Chanel, Malala Yousafzai czy siostry Williams, mamy też kobiety mniej znane, ale nie mniej niezwykłe: niewidomą baletnicę Alicię Alonso, programistkę NASA Margaret Hamilton czy boliwijskie alpinistki Cholitas zdobywające górskie szczyty w swoich tradycyjnych kieckach. Mimo że nie wszystkie z opisanych kobiet stanowią idealny wzór do naśladowania dla dzieci, bo jednak piratka rabująca statki czy władczyni podbijająca inne kraje to kariera co najmniej dyskusyjna, historia każdej z nich pokazuje, że dziewczynki i kobiety nadają się absolutnie do wszystkiego, że mają prawo być uparte, ambitne, zbuntowane, i że stereotypy dotyczące płci najwyższy czas włożyć między bajki.

Choć jest to zadanie niełatwe, bo stereotypy i uprzedzenia czasem siedzą w nas naprawdę głęboko. Jeden z moich ulubionych cytatów z książki to wypowiedź Ruth Bader Ginsburg - Sędzi Sądu Najwyższego w USA:

Gdy pytają mnie, kiedy liczba kobiet w Sądzie Najwyższym będzie wystarczająca, odpowiadam: gdy będzie ich dziewięć. To budzi oburzenie, ale od zawsze zasiadało w nim dziewięciu mężczyzn i to jakoś nikogo nie dziwiło.

No właśnie. Kobiety zajmujące wysokie stanowiska czy pełniące stereotypowo "męskie" funkcje są spoko, o ile stanowią jakiś tam niewielki procent. Ale jeśli jest ich więcej, tzn. tyle samo, ile zwykle na tych samych stanowiskach bywa mężczyzn, to już wydaje się dziwne, a dla niektórych trudne do przyjęcia. Sama się ostatnio złapałam na takim myśleniu. Oglądając najnowszą część Gwiezdnych wojen, zdziwiłam się, że następczynią generał Lei Organy została też kobieta, wiceadmirał Holdo. Podobnie oglądając serial The End of the F***ing World, byłam zaskoczona, że nad sprawą kryminalną pracuje duet policjantek. Boję się, że gdybym na przykład pewnego dnia zobaczyła 7 kobiet w takiej Kawie na ławę, mogłabym dostać zawału. A przecież to powinno być zupełnie normalne.

Inny cytat, który szczególnie zapadł mi w pamięć, to słowa Manal Asz-Szarif z Arabii Saudyjskiej, która zaczęła jeździć samochodem, mimo że w jej kraju prawo tego kobietom zabrania:

Nie pytajcie, kiedy uchylą zakaz. Za kółko i przed siebie!

Wolności, równości czy szacunku nikt nam łaskawie nie podaruje. Trzeba je wywalczyć. Wydrzeć. Wyszarpać. 

Oprócz wysokiego stężenia girl power ogromną zaletą książki są absolutnie przepiękne ilustracje stworzone przez 60 artystek z całego świata, w tym dwie Polki: Zosię Dzierżawską i Barbarę Dziadosz. Każdy portret jest w zupełnie innym stylu i od każdego z nich trudno oderwać wzrok. Tutaj możecie zobaczyć kilka przykładowych stron.

Kiedy pokazywałam Opowieści na Insta Stories, dostałam sporo pytań o to, dla jakiego wieku książka będzie odpowiednia. Wydaje mi się, że w zasadzie dla każdego. My ją kupiliśmy jako prezent gwiazdkowy dla 11-letniej siostrzenicy Dzióbka, ale i ja, buntowniczka przecież już sporo starsza, przeczytałam ją z wielką przyjemnością, a chwilami i ściśniętym gardłem. Język jest dość prosty, chociaż kilkulatkom na pewno trzeba będzie wyjaśniać niektóre słowa (astrofizyczka, empatia, konflikt zbrojny, rasizm, maharadża itd.). Jeśli uczycie się z dziećmi angielskiego, fajnym pomysłem może być również zakup książki w oryginale. 

Na koniec  dobra wiadomość: niedawno powstała druga część Opowieści! Póki co nie ma jeszcze polskiego wydania, ale biorąc pod uwagę ogromny sukces, jaki na całym świecie odniosła pierwsza część, na pewno niedługo się u nas pojawi.




MĘŻCZYŹNI OBJAŚNIAJĄ MI ŚWIAT
Rebecca Solnit
Wydawnictwo Karakter


Pomysł na tytułowy esej tego zbioru zrodził się, kiedy Rebecca Solnit spotkała mężczyznę, który próbował jej objaśnić... jej własną książkę. Wszystko zaczęło się więc od w sumie zabawnej towarzyskiej anegdotki, jednak autorka z czasem doszła do wniosku, że takie pozornie nieszkodliwe zachowania ze strony niektórych mężczyzn mają bardzo (żeby nie powiedzieć: śmiertelnie) poważne konsekwencje.

Powstał zbiór esejów o różnych formach agresji wobec kobiet, od pozornie błahych, takich jak właśnie pouczanie, lekceważenie czy onieśmielanie, po naprawdę ciężki kaliber, czyli przemoc fizyczną, molestowanie, gwałty i w końcu morderstwa.

Badania przeprowadzone przez służby medyczne Stanów Zjednoczonych wykazały, że przemoc domowa stanowi najczęstszą przyczynę urazów i zranień kobiet między piętnastym a czterdziestym czwartym rokiem życia, bardziej powszechną niż wypadki samochodowe, napady rabunkowe i śmiertelne przypadki raka razem wzięte.

Oczywiście od dobrotliwego tłumaczenia, dlaczego seksistowski żart wcale nie jest seksistowski, a gwizdy na ulicy to tak naprawdę komplement, do pobicia czy gwałtu droga daleka, jednak nie można udawać, że te sprawy nie mają ze sobą żadnego związku.

[...] źródła przemocy tkwią w autorytaryzmie. Przemoc zaczyna się od przyjęcia założenia, które brzmi: mam prawo cię kontrolować.

Jak nietrudno się domyślić, nie jest to książka, która podniesie Was na duchu. Raczej się zdołujecie i nawkurzacie, czytając np. o kampusach, na których uczy się studentki, jak się mają zachowywać, żeby nie paść ofiarą gwałtu, zamiast uczyć studentów, żeby nie gwałcili; albo o tym, że z punktu widzenia prawa w USA do 1964 roku nie było możliwe, żeby mężczyzna zgwałcił własną żonę.

Autorka przywołuje też hasztag #YesAllWomen, który parę lat temu zrobił spore zamieszanie w sieci, podobnie jak niedawno #MeToo. Cytowane przez nią wypowiedzi z Twittera są wciąż tak aktualne, że ma się ochotę kliknąć "Podaj dalej":

Jasne, #NotAllMen - nie każdy jest mizoginem czy gwałcicielem. Nie o to chodzi. Chodzi o to, że #YesAllWomen - wszystkie boimy się tych, którzy nimi są.

#YesAllWomen, bo nie mogę tweetować o feminizmie bez otrzymywania gróźb i zboczonych odpowiedzi. Nie powinnam się bać zabierać głosu.

#YesAllWomen, bo widzę więcej mężczyzn, których wkurza ten hasztag, niż takich, których wkurza to, co się robi kobietom.

#YesAllWomen, bo jeśli jesteś zbyt miła, "prowokujesz", a jeśli jesteś niegrzeczna, narażasz się na przemoc. Tak czy owak jesteś suką.

A skoro już jesteśmy przy mediach społecznościowych, to na moich Stories trochę czepiałam się polskiego przekładu  książki, bo panjaśnianie jako mansplaining jakoś mnie nie przekonuje, podobnie jak dosłowne tłumaczenie angielskich idiomów, które co prawda "robią sens", ale nie brzmią zbyt naturalnie (i czytając polską wersję, od razu wiem, co było w oryginale). Jednak ostatecznie przyznaję, że chyba za bardzo histeryzowałam (pewnie miałam okres, wiadomo). Tak więc książkę polecam, chociaż sama w tym roku postaram się wrócić do mojej starej zasady czytania książek angielskojęzycznych autorów wyłącznie w oryginale (w końcu po coś się tego języka uczyłam).


19 września 2017

#SztywniaraCzyta: Życie zero waste

Dawno, dawno temu, w szafiarskim paleozoiku, czyli w zamierzchłym 2009 roku, zorganizowałyśmy na blogach oddolną akcję EKOtorba, w ramach której do zdjęć pozowałyśmy z ekologicznymi, materiałowymi torbami na zakupy (mój zestaw możecie zobaczyć tutaj). Cieszyłam się wtedy, że polskie sklepy zaczynają wycofywać foliówki albo każą sobie za nie płacić. Teraz mamy 2017 rok, ale sytuacja niestety nie wygląda jakoś dużo lepiej (o ile w ogóle). Przeciętny Polak nadal zużywa rocznie ok. 400 foliówek (dla porównania: przeciętny Duńczyk - tylko 4), produkuje 300-500 kg śmieci i wyrzuca 1/3 kupionego jedzenia. Czy ze śmieciami w ogóle da się skutecznie walczyć? Tak. Stosując zasadę zero waste.

Cóż to takiego? Dosłownie "zero śmieci" albo "zero marnotrawstwa". To styl życia zapoczątkowany przez Beę Johnson, autorkę bloga ZeroWasteHome.com, która w 2008 roku postanowiła ograniczyć ilość odpadów produkowanych przez jej rodzinę do zera. Dacie wiarę, że dzięki stosowaniu zasady 5R, czyli refuse, reduce, reuse, recycle, rot (odmawiaj, ograniczaj, użyj ponownie, przetwarzaj, kompostuj) jej 4-osobowa rodzina produkuje tylko słoik odpadów ROCZNIE?

W Polsce ruch zero waste też powoli zyskuje na popularności. W niektórych sklepach przy kasach leżą materiałowe „torby bumerangi” (można je wziąć, jeśli się potrzebuje, albo przynieść, jeśli ma się za dużo), w restauracjach coraz częściej można napić się kranówki (za darmo), niektóre kawiarnie dają rabat przy zakupie kawy do własnego kubka, zaczynają pojawiać się sklepy z produktami bez opakowań. A teraz, dzięki Kasi Wągrowskiej (autorce bloga OgraniczamSię.com) i jej książce pt. Życie zero waste bezśmeiciowy lajfstajl ma szansę trafić pod strzechy. 


ŻYCIE ZERO WASTE
Katarzyna Wągrowska
Wydawnictwo Znak Literanova

Życie Zero Waste by Katarzyna Wągrowska
Woreczki bawełniane z Naturofaktura plus mój siateczkowy - niby do prania bielizny, 
ale i tak go  nie używałam (zmiana przeznaczenia zgodnie z zasadą reuse! ;)


Dobra, na początek może rozprawmy się z nazwą, bo wiele osób się jej czepia. Że to przesada, bo przecież nigdy nikomu nie uda się zejść do zera. Przyznam, że początkowo określenie zero waste też wydawało mi się nie do końca trafione. Ale Kasia w swojej książce tłumaczy, że zero należy traktować jako ambitny cel, który ma nas motywować do pracy i zapobiegać osiadaniu na laurach, niczym targety w korpo (które przecież nie zawsze udaje się wyrobić, ale bez nich pracownicy całymi dniami oglądaliby śmieszne koty na YouTube). Mnie to przekonuje. No i sami przyznacie, że Less Waste, Minimum Waste czy As Little Waste As Reasonably Possible są jednak zdecydowanie mniej nośne i seksi.

Kasia pisze o korzyściach, jakie daje wdrożenie zasady zero waste w domu (od rzadszego wyrzucania śmieci przez życie w czystszym środowisku po oszczędności finansowe), szczerze opowiada o sukcesach i porażkach z życia polskiej zerowasterki (wygranych i przegranych bitwach sklepowych czy eksperymentach z domową produkcją pasty do zębów) oraz podsuwa mnóstwo ciekawych rozwiązań (w tym gotowych przepisów na domowe kosmetyki czy środki czystości) i informacji ułatwiających wprowadzenie zero waste u siebie (wiedzieliście na przykład, że w Polsce funkcjonują kooperatywy spożywcze, że można mieć w domu nieśmierdzący kompostownik albo że na Fejsie prężnie działa grupa Zero Waste Polska?).

Mnie daleko eko-freaka, ale staram się nie być totalnie bezrefleksyjną śmieciarą. Od co najmniej 10 lat chodzę z materiałową torbą na zakupy; od 6 nie kupuję butelkowanej wody (piję z kranu albo używam dzbanka i butelek filtrujących); zawsze robię listę sprawunków, żeby nie kupować zbędnego jedzenia, które potem trzeba wyrzucić (o rozsądnych zakupach pisałam tutaj); nie mam samochodu (jeżdżę rowerem lub komunikacją miejską); sporo rzeczy w domu mam z drugiej ręki; śmieci segregowałam jeszcze zanim to było powszechne (w naszej kamienicy nie było wtedy odpowiednich pojemników, więc robiliśmy z Dzióbkiem wycieczki do ogólnodostępnych dzwonów); nie kupuję papierowych magazynów; zamiast wyrzucać niepotrzebne przedmioty na śmietnik, staram się dać im drugie życie (pisałam o tym tutaj); a wśród moich postanowień na 2017 rok znalazły się m.in.: "Mniej kupować" i "Nie marnować jedzenia". Nie jest najgorzej, jednak ta książka otworzyła mi oczy na wiele nowych spraw i dała kopa do wprowadzenia kolejnych zmian.

Jeśli nie przynosisz do domu śmieci, również ich nie wyrzucasz. A gleba, powietrze i woda na tym nie tracą.

No właśnie. W Polsce edukacja ekologiczna ogranicza się zwykle do recyklingu, a on wcale nie załatwia sprawy. To, co robimy z już wytworzonymi śmieciami, jest oczywiście ważne, ale powinniśmy się starać, żeby te śmieci w ogóle nie powstawały.

Mimo że pewnie zużywam mniej foliówek niż statystyczny Polak (bo podczas zakupów zawsze mam ze sobą materiałową torbę, a większość warzyw i owoców w supermarkecie ważę luzem), to i tak trochę ich do domu przynoszę: po pieczywie, brudnych ziemniakach czy drobnych owocach. Nie mówiąc o innych plastikowych opakowaniach, w których sprzedawane są makarony, kasza czy herbata (moja ulubiona jest pakowana w srebrną foliową torebkę, która jest włożona do papierowego kartonika, który dla pewności jest jeszcze owinięty przezroczystą folią!!!). 

Dzięki książce oraz Instagramowi Kasi (polecam zwłaszcza Stories) powoli wkręcam się w bezśmieciowe zakupy (czyli zakupy do własnych opakowań i woreczków). Razem z książką dostałam od Wydawnictwa Znak komplet bawełnianych woreczków, które są idealne na warzywa, owoce, pieczywo oraz inne produkty sprzedawane na wagę. Niestety, słyszałam, że w niektórych sklepach nie chcą nakładać jedzenia (np. wędlin i serów) do pojemników klientów. Jako typowy introwertyk najbardziej na świecie nie lubię robić innym kłopotu, więc na samą myśl o wykłócaniu się z ekspedientką o sposób pakowania cierpnie mi skóra. Mimo wszystko postanowiłam spróbować. Zaczęłam od zabrania moich woreczków na dział warzyw i owoców. Tam człowiek sam wszystko pakuje i waży, plus ja zawsze korzystam z kas samoobsługowych, więc poszło bezproblemowo. Kolejnego dnia w piekarni nieśmiało poprosiłam o zapakowanie chleba do mojego woreczka. Pani chyba lekko się zdziwiła, ale nie dość, że chleb zapakowała, to jeszcze na do widzenia powiedziała, że bardzo jej się ten mój woreczek podoba (ha!). Uskrzydlona tym sukcesem wybrałam się z własnym pojemnikiem na stoisko z "chłopskim jadłem" po kiszoną kapustę. Zero problemu. A dzisiaj w Lidlu furę bułek i drożdżówek zapakowałam od razu do materiałowej torby (którą wcześniej wyprałam i zamierzam jej używać tylko na pieczywo). Kasjer nawet nie mrugnął. W ciągu zaledwie kilku dni zaoszczędziłam kilkanaście jednorazówek! Brawo ja.

Żeby nie było wątpliwości: nie mam ambicji, żeby zostać królową zero waste. Pewnie nigdy nie osiągnę tego poziomu co Bea Johnson, która odmawia poczęstunku w samolocie nawet podczas bardzo długich lotów, zamiast tego przed wylotem je obfity obiad, pakuje kanapki i owoce na drogę (oczywiście do bawełnianego woreczka), a skórkę od banana zakopuje później w doniczce na lotnisku (widziałam na jej Instagram Stories). Raczej nie będę wytapiać własnego mydła, kręcić kremów, nie zrezygnuję całkiem z niektórych produktów w plastikowych opakowaniach i nie skuszę się na wielorazowe podpaski czy kubeczek menstruacyjny (sorry, Planeto, ale tutaj muszę Ci powiedzieć jak Samantha Smithowi: "I love you, but I love me more"). Ale kilka rzeczy (oprócz zabierania na zakupy własnych woreczków i opakowań) mogę zrobić: na przykład zrezygnować z jednorazowych słomek do napojów, zmieszać własny płyn do mycia szyb (przepis w książce wydaje się banalnie prosty), kupować makarony, kasze, płatki czy bakalie na wagę (spory wybór jest w Auchan), a jeśli już muszę kupić coś pakowanego, to zamiast plastikowych opakowań starać się wybierać szklane albo papierowe. Obiema rękami podpisuję się pod tym, co w rozmowie z Kasią powiedziała Agnieszka Sadowska-Konczal (autorka bloga EkoLogika.edu.pl):

Żeby wyjść ze strefy komfortu, trzeba trochę wysiłku, ale nie ma co robić z życia niekończącej się pokuty.

Zero waste, jak każdą filozofię, łatwo doprowadzić do ekstremum. Internet ma to do siebie, że jeśli człowiek publicznie oznajmi, że stara się robić coś pożytecznego, to można być pewnym, że zaraz ktoś mu napisze, że robi to źle. Albo, że OK, może i robi dobrze, ale za to nie robi czegoś innego, więc w  sumie się nie liczy (tutaj świetny filmik na ten temat). W grupie Zero Waste Polska regularnie pojawiają się głosy, że nie można żyć w duchu zero waste, nie będąc weganinem, bo hodowla zwierząt mocno zanieczyszcza środowisko. Z kolei na Instagramie ktoś stwierdził, że hipokryzją jest wydawanie papierowej książki o ograniczaniu śmieci, zwłaszcza że pewnie niektóre księgarnie będą ją wysyłać w kopertach bąbelkowych. Moim zdaniem dla własnego zdrowia psychicznego lepiej pogodzić się z tym, że zero waste to ciągłe kompromisy (związane z dostępem do bezśmieciowych produktów, własną wygodą, zdrowiem czy podejściem innych domowników, którzy przecież nie muszą naszej filozofii podzielać), ustalanie, co w danej sytuacji jest dla nas priorytetem, a często po prostu wybieranie mniejszego zła. Ale chyba wszyscy się zgodzimy, że lepiej robić choćby trochę niż nie robić nic? Trochę może z czasem przerodzić się w więcej (widzę po sobie), a wtedy jako ludzkość będziemy mieć trochę mniej przerąbane.

Jeśli temat Was zainteresował, to książkę Życie zero waste możecie teraz kupić na stronie Znaku z rabatem 30%. E-book też jest, teraz na Woblinku o 40% tańszy (możecie tam również zajrzeć do środka książki).

7 sierpnia 2017

#SztywniaraCzyta: Wanna z kolumnadą i Rzeczy, których nie wyrzuciłem

Książkowe wpisy wychodzą mi wyjątkowo długie i zawsze się potem zastanawiam: komu będzie się chciało to czytać? (mnie by się pewnie nie chciało). Tym razem też starałam się streszczać, ale wyszło jak zwykle. Tak więc żeby dodatkowo nie przedłużać, od razu przechodzę do rzeczy. W dzisiejszym odcinku polecam Wam dwie książki: jedną nową i jedną sprzed paru lat, obie absolutnie genialne.



WANNA Z KOLUMNADĄ
Filip Springer
Wydawnictwo Czarne

Tę książkę najpierw przeczytał Dzióbek. I zrobił się po prostu nieznośny. Ciągle o niej gadał, odczytywał mi fragmenty, wrzucał cytaty na Fejsa, wspominał o niej na KAŻDYM spotkaniu ze znajomymi i powtarzał w kółko: "Musisz ją przeczytać. Spodoba ci się". No i miał rację. Książka zrobiła na mnie takie wrażenie, że wracam do niej do dziś, i dlatego też uznałam, że nie może jej w moim książkowym cyklu zabraknąć.

O czym jest Wanna z kolumnadą? O tym, że "ład architektoniczny to jest coś, o czym każdy w Polsce słyszał, ale nikt od dawna tego nie widział", czyli mówiąc prosto z mostu: o tym, dlaczego w Polsce jest brzydko. Chyba każdy umiarkowanie wrażliwy estetycznie (i funkcjonalnie) człowiek od czasu do czasu doświadcza bólu oczu na widok architektonicznych potworków; bloków wybudowanych tak blisko siebie, że wychodząc na balkon, można podać rękę sąsiadowi z naprzeciwka; "luksusowych" hoteli-zameczków, do których wjeżdża się przez "łuk triumfalny", wejścia strzegą gipsowe sfinksy, a w ogrodzie stoi "egipska" piramida; czy pstrokatych (i często nielegalnych) szyldów i banerów (najlepiej w neonowych kolorach i z gołą babą) oblepiających ogrodzenia i kamienice jak kraj długi i szeroki. Ja przed lekturą zdawałam sobie sprawę, że nie jest kolorowo (a właściwie, że jest i to aż za bardzo), ale po przeczytaniu tej książki i poznaniu powodów, DLACZEGO "jest jak jest", brzydota w przestrzeni publicznej boli mnie jeszcze bardziej.

Piotr Zarzycki, architekt z Wrocławia:
- Przychodzi do mnie inwestor i mówi: ma być pastelowe. To ja mu odpowiadam: a niech mi pan pokaże, jaki to kolor ten pastelowy. Gość patrzy na mnie, ja widzę, że nie rozumie, o co proszę. Wścieka się trochę i w końcu wysyła mnie do kogoś, kto tam u nich odpowiada za kolory. Tym kimś jest sekretarka, no bo kto ma się znać na kolorach, jak nie kobieta. Nic nie mam do sekretarek, ciężka praca. Ale niby dlaczego to one mają decydować o tym, jak ja pomaluję ludziom bloki.

Springer pisze, że mieszkańcy pytani przez niego o to, co sądzą na temat wyglądu swojego miasta czy osiedla, zwykle stwierdzają, że w sumie mogłoby być lepiej, ale tak w ogóle to "ludzie nie mają co do garnka włożyć, a wy się bzdurami zajmujecie". To nie jest sprawa, która zajmuje wysokie miejsce na liście czyichkolwiek priorytetów. Może poza kilkoma aktywistami-zapaleńcami. Takimi jak grupa z Łodzi, która, wobec opieszałości władz, postanowiła na własną rękę walczyć z nielegalnymi plakatami, reklamami i szpecącymi budami z tanim jedzeniem w centrum miasta:

W końcu, po kilku pikietach, stawiają pod Urzędem Miasta prowizoryczną budę z kartonów. Chcą z niej rozdawać "olewkę prezydencką" i "leniwe urzędowe".
Patrycja: - Skleciliśmy ten kram ze śmieci, a ludzie zaczęli do nas podchodzić i pytać o ceny. Myśleli, że mamy jakieś jedzenie albo chińskie skarpety. I wtedy pomyślałam - kuźwa, gdzie ja mieszkam? Przecież w normalnym, cywilizowanym mieście jak ktoś stawia budę z kartonów na środku reprezentacyjnego deptaka i próbuje coś sprzedawać, to ludzie protestują. A nas pytali, co tu będzie do kupienia i czy w fajnej cenie.

Tak więc jeśli macie ochotę na świetny reportaż i sporą porcję estetycznego kaca, polecam gorąco. Tylko ostrzegam, to doświadczenie jak z Matrixa: jeśli łykniecie tę pigułkę, już nigdy nie spojrzycie na polski miejski krajobraz tak samo. 

A wanna z kolumnadą naprawdę istnieje. Widziałam ją na własne oczy. W mieszkaniu w bloku z lat 70., które wynajmują moi znajomi.



RZECZY, KTÓRYCH NIE WYRZUCIŁEM
Marcin Wicha
Wydawnictwo Karakter

Ponieważ pierwsza książka Marcina Wichy, Jak przestałem kochać design, podobała mi się wściekle (pisałam o niej tutaj), jego drugą książkę kupiłam, jak tylko trafiła do księgarni. Wrażenia? Całkiem publicznie i bardzo nieelegancko poryczałam się nad nią w pociągu na trasie Kraków - Gdańsk, więc chyba lepiej być nie mogło.

W Rzeczach, których nie wyrzuciłem autor opisuje proces porządkowania księgozbioru po swojej zmarłej matce. Kolejne tytuły są pretekstem do wspomnień o tej niezwykle ciekawej, ale też dość trudnej w kontaktach kobiecie. O zmarłych zwykło się mówić "dobrze albo wcale", jednak Wicha nie stara się lukrować obrazu matki. I chyba właśnie dzięki temu jego książka jest tak fascynująca i taka prawdziwa.

- Że to jestem ja? No, skoro tak mnie widzisz... - Nie była łatwym odbiorą laurek. Nie była łatwym modelem. Właściwie pod żadnym względem nie było z nią łatwo.

Warczała na nauczycielki. Pacyfikowała sprzedawców. Kazała milczeć antysemickim taksówkarzom.
Terroryzowała ludzi, mówiąc im prawdę prosto w oczy. Nie milkła, kiedy innym było wygodnie, żeby milczała. Nie reagowała na nasze "Psst", "Daj już spokój" i "Nie tak głośno".

Pani Joanna kolekcjonowała książki kucharskie, regularnie wracała do Emmy Jane Austen (tak często, że jej egzemplarz stracił okładkę), miała bogaty zbiór literatury psychologicznej (pracowała w poradni pedagogicznej), była koneserką literatury dziecięcej, wybierającą dla swoich wnuczek tylko "piękne i wartościowe pozycje" ("Bogato ilustrowane książki o pingwinach gejach. O niedźwiedziach z osobowością graniczną. O królikach, do których norek wtargnęła wojna. Książeczki o wiewiórkach uchodźcach".). A kiedy syn w dzieciństwie prosił o kolejną pozycję z księgarni, odpowiadała w sposób, który w jej przypadku zdradzał chyba wysoki poziom aprobaty: "Kupię ci każdą książkę, przynajmniej nie jesteś kretynem".

Matka autora zdecydowanie nie jawi się tu jako osoba typu "do rany przyłóż", a wręcz jak o niej czytam, to trochę się jej boję, jednak w opisach tych wszystkich jej zasad, nawyków, dziwactw i kłótni z otoczeniem (zawsze w słusznej sprawie) jest tyle zrozumienia i miłości, że na zmianę uśmiech pcha się człowiekowi na twarz i gardło ściska się ze wzruszenia.

Biblioteki są zapisami naszych czytelniczych porażek. Jak mało jest książek, które naprawdę nam się podobały. Jeszcze mniej takich, które podobają nam się przy kolejnej lekturze. Większość to pamiątki po ludziach, którymi chcieliśmy być. Których udawaliśmy. Których braliśmy za siebie.

Ta pozycja na pewno nie będzie zmarnowanym miejscem na półce.

11 maja 2017

#SztywniaraCzyta: Mężczyźni z różowym trójkątem i Czyje jest nasze życie?

Trzeci post w miesiącu? Nie wiem, co tu się odsztywniarza, ale nie wnikam, tylko działam, zgodnie z zasadą Króla Juliana: "prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu!" Albo raczej: prędko, póki są tematy i wena nie odpuszcza!

Po Micie urody miałam ochotę na jakąś bardziej rozrywkową i odmóżdżającą lekturę, ale... trochę nie wyszło. Nie żałuję jednak, bo wpadły w moje ręce dwie naprawdę świetne książki, może nie najlżejszego kalibru (zwłaszcza pierwsza), za to zdecydowanie warte polecenia.

Mężczyźni z różowym trójkątem, Czyje jest nasze życie?


MĘŻCZYŹNI Z RÓŻOWYM TRÓJKĄTEM
Heinz Heger
Ośrodek Karta

To relacja Austriaka Josefa Kohouta, który w 1939 roku został aresztowany za homoseksualizm (po tym, jak Gestapo przechwyciło kartkę świąteczną wysłaną przez niego do ukochanego) i następne 6 lat spędził w obozach koncentracyjnych. To pierwsza opublikowana historia osoby homoseksualnej prześladowanej w okresie nazistowskim. Książka powstała na podstawie rozmów między Josefem Kohoutem a jego przyjacielem Johannem Neumannem w latach 1967-68. Ponieważ homoseksualizm w Austrii i Niemczech był karany aż do przełomu lat 60. i 70., a później stanowił powód społecznego wykluczenia, aby chronić tożsamość obu panów (Neumann również był gejem), książka została wydana w 1972 roku pod pseudonimem Heinz Heger, a niektóre fakty (takie jak wiek bohatera czy szczegóły aresztowania) delikatnie zmienione.

Mężczyźni z różowym trójkątem to zapis wydarzeń od aresztowania, przez pobyt w kolejnych obozach, relacje z współwięźniami i esesmanami, awans na pierwszego w historii obozu kapo z różowym trójkątem aż po wyzwolenie w 1945 roku. Tak Josef/Heinz opisuje pozycję gejów w obozowej hierarchii:

Różowe trójkąty były większe od pozostałych o dwa do trzech centymetrów - chodziło o to, by można było rozpoznać nas z daleka jako pedałów.

Żydzi, homoseksualiści, Cyganie, czyli noszący żółte, różowe i brązowe symbole, byli więźniami najbardziej udręczonymi przez esesmanów i kapo. Określano ich jako ludzkie śmiecie, które nie miały w ogóle prawa do życia na niemieckiej ziemi i miały zostać zniszczone. Takie były często i z upodobaniem powtarzane słowa komendanta obozu i jego dowodzących esesmanów. Najgorszym odpadem z tych "śmieci" byliśmy my, mężczyźni z różowym trójkątem.

Upadek III Rzeszy wcale nie oznaczał dla różowych trójkątów końca prześladowań. Homoseksualizm w Niemczech i Austrii był przestępstwem jeszcze przez ćwierć wieku. Homoseksualni więźniowie nie tylko nie mogli więc liczyć na żadne odszkodowania ani rehabilitację, ale musieli ukrywać swoje preferencje, by z obozu nie trafić prosto do więzienia. Nawet później muzea, miejsca pamięci czy badania historyczne pomijały tę grupę, odmawiając jej przynależności do "dobrego towarzystwa ofiar". Ta książka po raz pierwszy pozwoliła różowym trójkątom opowiedzieć o swoich doświadczeniach i sprawiła, że inne ofiary zdobyły się na odwagę, by również zabrać głos. Bo, jak we wstępie wydawcy pisze Anna Richter, "nie chodzi tu o licytowanie się lub porównywanie wymiaru cierpienia, lecz o pozwolenie wszystkim ofiarom na wypowiedzenie doznanej krzywdy i pamięć o niej".

Cóż ja takiego zrobiłem, bym miał tak ciężko za to pokutować? Czy byłem zboczeńcem albo zagrożeniem dla narodu? Pokochałem przyjaciela, mężczyznę - i nie był to młodociany, tylko 24-tetni, dorosły człowiek! Nie widziałem w tym niczego strasznego czy niemoralnego.

Co to za świat i co to za ludzie, którzy decydują za dorosłego człowieka, kogo i jak wolno mu kochać? Czy to nie zahamowani seksualnie i obarczeni kompleksem niższości ustawodawcy zawsze najgłośniej krzyczą o "zdrowych odruchach narodu"?

Historia różowych trójkątów pokazuje, do czego prowadzi nienawiść i, co dość przerażające, wydaje się dziś wyjątkowo aktualna. To, że osoby niehetero w Polsce nadal nie mogą trzymać się na ulicy za ręce bez obawy, że ktoś je pobije albo przynajmniej zwyzywa, a na zeszłorocznym Marszu Równości w Krakowie grupka łysych panów wysyłała mnie i innych uczestników "do gazu", to nic w porównaniu z tym, że dosłownie kilka dni po tym, jak odłożyłam tę książkę na półkę, myśląc: "Uff, jak dobrze, że mamy 2017 rok", w mediach gruchnęła wiadomość o powstaniu w Czeczenii obozów koncentracyjnych dla gejów (!) oraz masowych aresztowaniach, torturach, a nawet morderstwach. Na początku nie chciałam w to wierzyć i miałam nadzieję, że to kolejny fejk nius w stylu Niebieskiego Wieloryba. Niestety, to się dzieje naprawdę. Jeśli chcielibyście pomóc, to na stronie Kampanii Przeciw Homofobii trwa zbiórka pieniędzy na ewakuację osób zagrożonych, a tutaj możecie podpisać petycję Amnesty International.




CZYJE JEST NASZE ŻYCIE?
Olga Drenda i Bartłomiej Dobroczyński
Miesięcznik Znak 

Zwykle kiedy jakieś wydawnictwo pisze mi, że właśnie wydało nowość, która "z pewnością mnie zainteresuje", to ma na myśli kolejny modowy poradnik, ewentualnie tzw. literaturę kobiecą, czyli coś, co interesuje mnie niezbyt, w porywach do wcale. Jak mantrę powtarzam w mejlach, że moje czytelnicze klimaty to bardziej reportaże, język, reklama, feminizm, dizajn i przestrzeń miejska, ale wygląda na to, że jeśli ma się słowo "szafa" w nazwie bloga, to jest się skazanym na propozycje spod znaku "jak być fit i/lub glamour". Tę serię szczęśliwie przerwał Miesięcznik Znak.

Czyje jest nasze życie? to rozmowa Olgi Drendy - etnolożki, antropolożki kultury i autorki książki Duchologia polska (którą właśnie czyta Dzióbek i bardzo chwali) z dr hab. Bartłomiejem Dobroczyńskim - psychologiem, historykiem psychoanalizy i kierownikiem Zakładu Psychologii Ogólnej na UJ. Autorzy sami siebie nazywają "mącicielami o dwóch głowach", bo zadają trudne pytania, zachęcają do zastanowienia się nad sobą, nad tym, jak działamy i co nami kieruje, do spojrzenia na znane kwestie z nowej perspektywy, słowem: wyciągają ludziom wtyczki bezpieczeństwa.

O czym rozmawiają? O wszystkim! Książka podzielona jest na kilka części: Ciało, My i inni, Rzeczywistość, Transcendencja, Wartości. Jest tu o kulcie wyglądu, o polskiej mentalności, internetowych ekspertach od wszystkiego, Platonie, Freudzie, eutanazji, figurze Chrystusa w Świebodzinie, a nawet o... Maffashion (tak, tak). Czasem mówi się, że coś (książka, film, sztuka) "ryje mózg". No to ja bym powiedziała, że ta książka nie tyle ryje, co spulchnia mózg. Czytając ją, na zmianę z satysfakcją pokrzykiwałam: "Ha! No przecież zawsze to powtarzam!"; ze wstydem biłam się w pierś, odnajdując w niektórych przykładach własne niechlubne postawy; mruczałam w takt kręcących mi się pod czaszką trybików; i sprawdzałam w Guglu trudne wyrazy.

W książce jest tyle ciekawych myśli i trafnych podsumowań, że po mojej lekturze strony są teraz pomarańczowe od  zakreślacza. Poniżej mała próbka na zachętę:

O tym, w co grają Polacy (to zdecydowanie mój ulubiony fragment):

Eric Berne jest autorem interesującej koncepcji przedstawionej w książce W co grają ludzie. Psychologia stosunków międzyludzkich. Używając języka jego teorii, powiedziałbym, że w Polsce ulubioną grą jest gra w "przyłapałem cię, ty sukinsynu" oraz postawa "ja jestem OK, a wy nie jesteście OK" albo "ja nie jestem OK, ale wy też nie jesteście OK".
I dalej:
Mało jest u nas sytuacji, w których ludzie coś podziwiają, afirmują, doceniają czyjeś osiągnięcia albo szanują czas i wysiłek innych. Sukces innej osoby działa na innych przygnębiająco, starają się więc go zamaskować, zaś samo osiągnięcie - zdemaskować, uznać za rzekome i pozorne. Bo każda dobrze napisana powieść koleżanki ujawnia to, że ja takiej nie napisałem. Mogę więc spróbować sam ją napisać albo ocenić tę powieść nisko i powiedzieć wszem i wobec, co należałoby zrobić, żeby napisać lepszą. Osiągam więc sukces.

O kulcie wyglądu:
To nie jest tak, że wstyd w odniesieniu do ciała przestał istnieć, raczej przesunął się na inną pozycję: powodem wstydu jest bardziej to, że nie ma się czym pochwalić.
Zaryzykuję i zabrzmię pewnie jak Ania z Zielonego Wzgórza, ale poprzestanie na tym, co mamy, to w pewnym sensie najbardziej anarchiczna, buntownicza postawa w dzisiejszych czasach.

O Polsce:
Polska jest krajem stanowczo nadmiernie zideologizowanym. Za dużo światopoglądów, przekonań, uczuć religijnych, za mało zdrowego rozsądku, empatii i intelektu. No i niemal zupełny brak dystansu i ironii.

O (jakże popularnej w internecie) postawie pt. "jak dla mnie to głupie, no ale ja się nie znam":
Kartezjusz kiedyś dość przewrotnie zauważył, że nic nie zostało równie sprawiedliwie rozdzielone pomiędzy ludźmi jak rozum, bowiem każdy z nas uważa, że ma go wystarczająco dużo. Zatem mając do wyboru przyznanie, że nie jest się w stanie pojąć jakiejś idei artystycznej czy naukowej, albo stwierdzenie, że w takim razie ta idea jest "głupia" - raczej wybiera się to drugie. To bezpieczniejsze z psychologicznego punktu widzenia: ochrania moje dobre mniemanie o sobie, a równocześnie potwierdza, że żyję w przyjaznym i zrozumiałym wszechświecie. W przeciwnym razie musiałbym przyznać, że rzeczywiście czegoś nie pojmuję i coś mnie przerasta, co w rezultacie wywołałoby we mnie niską samoocenę i poczucie alienacji.

21 kwietnia 2017

#SztywniaraCzyta: Mit urody

Idzie lato. Nadchodzi TEN czas. Lada chwila magazyny i portale zaczną nas dźgać wirtualnym paluchem w bok i z niesmakiem pytać, czy ten blady miękisz zasługuje aby na miano beach body. Oraz polecać diety, smarowidła i ćwiczenia, które sprawią, że nie będzie nam wstyd pokazać się na plaży. Sama podczas pisania tego tekstu dostałam od pewnej marki propozycję otrzymania dietetyczno-treningowego pakietu, który pomoże mi "przygotować ciało na lato". Myślę, że nie mogłam wybrać lepszej pory na polecenie dzisiejszej książki.


MIT URODY
Naomi Wolf
Wydawnictwo Czarna Owca

Mit urody, Naomi Wolf

Niby każdy średnio rozgarnięty człowiek zdaje sobie sprawę, że atakujący nas ze wszystkich stron "ideał kobiecego piękna" to jeden wielki szwindel. Przeciętna kobieta nigdy nie będzie wyglądać jak modelka z magazynu. Nawet modelka z magazynu nie wygląda jak modelka z magazynu. Wiemy, że obrazy, do których się porównujemy, są wyfotoszopowane na dziesiątą stronę i stanowią raczej pewną fantazję na temat kobiecości niż odzwierciedlają rzeczywistość. Niby to wszystko wiemy, a jednak cały czas się na to nabieramy, jesteśmy z siebie niezadowolone i gonimy ten nieosiągalny ideał. Dlaczego tak jest? Komu na tym zależy? Jak to wpływa na pozycję kobiet w społeczeństwie? Czy możemy się jakoś z tego konkursu piękności wypisać? I czemu właśnie nabrałam ochoty na czipsy? O tym jest Mit urody Naomi Wolf.

Książka ukazała się w 1990, więc prawie 30 lat temu (w 2002 została uzupełniona o nowy wstęp autorki, a wstęp do polskiego wydania z 2014 roku napisała Kinga Dunin), jednak nadal jest zaskakująco aktualna. Naomi Wolf porównuje społeczne oczekiwania dotyczące kobiecego wyglądu do żelaznej dziewicy - średniowiecznego narzędzia tortur, które miało postać metalowego sarkofagu z namalowaną na wieku piękną dziewczyną oraz metalowymi kolcami w środku. Po zamknięciu ofiary wewnątrz kolce wbijały się w jej ciało, powodując śmierć (ewentualnie, w wersji bez kolców, powolne konanie z głodu). Zdaniem autorki dziś same pakujemy się do podobnej "żelaznej dziewicy", próbując za wszelką cenę dopasować się do obowiązującego wzorca poprzez odchudzanie (a właściwie głodzenie się, bo ponoć dzienne racje żywieniowe w amerykańskich klinikach dietetycznych są porównywalne z tymi w obozach koncentracyjnych), poddawanie się bolesnym zabiegom i niebezpiecznym operacjom plastycznym, czy po prostu marnowanie mnóstwa czasu, energii i pieniędzy na kosmetyki i czynności upiększające.

Okej, już widzę, jak część z Was przewraca oczami, że oto znowu jakaś rąbnięta feministka chce, żeby kobiety paradowały zaniedbane, bez makijażu, z owłosionymi nogami i najlepiej w jakichś bezkształtnych workach. Nie, zupełnie nie o to chodzi. Autorka podkreśla, że wcale nie odrzuca mody ani kosmetyków (które przecież są także źródłem przyjemności). Pisze wyraźnie: "Nie atakuję nic, co sprawia, że kobiety czują się dobrze, atakuję tylko to, przez co czujemy się źle". Proste? Nie do końca. No bo jak odróżnić własne preferencje od tych narzuconych? Jeśli nawet głupie buty, które z początku uważamy za paskudztwo, pod wpływem mody i sprytnego marketingu potrafią stać się dla nas obiektem pożądania (coś o tym wiem), to co dopiero jest w stanie z naszym mózgiem zrobić moda na określony wygląd (oraz zachowanie), która jest nam wpajana od dzieciństwa?

Zdaniem Naomi Wolf producenci kosmetyków, firmy dietetyczne i chirurdzy plastyczni wypaczają samopostrzeganie kobiet i utrzymują je w stanie nienawiści do własnego ciała. Logiczne, skoro ich przychody zależą od tego, jak bardzo jesteśmy niezadowolone z tego, jak wyglądamy. Nienawidzimy zatem siebie i nienawidzimy innych kobiet.

Myślenie zgodne z mitem urody zaleca nam traktować się nawzajem jak potencjalne przeciwniczki, chyba że chodzi o przyjaciółki. Spojrzenie, jakim obce kobiety lustrują się nawzajem, mówi wszystko: jest szybkie, z góry na dół, szorstkie, nieufne, chwytające w lot wizerunek bez wzięcia pod uwagę samej osoby; buty, umięśnienie, makijaż są skrupulatnie zapamiętywane, lecz spojrzenie jedynie odbija się od tej drugiej. Kobiety skłonne są do żywienia do siebie nawzajem urazy, jeśli wyglądają zbyt "dobrze", lub do ignorowania się, gdy wyglądają zbyt "źle".

Której z nas nie zdarzyło się oceniać innych kobiet w tramwaju albo plotkować o wyglądzie koleżanek z pracy? Która z nas sama nie była przedmiotem takiej "życzliwej" krytyki? Jak byśmy nie wyglądały, zawsze znajdzie się ktoś, kto wskaże nam, co mogłybyśmy w naszym wyglądzie poprawić. A już na pewno to zrobi, jeśli akcja rozgrywa się w internecie. Jakiś czas temu jedna z blogerek wrzuciła zdjęcie z wakacji w kostiumie kąpielowym. Pod spodem zaraz kilka dziewczyn poradziło jej, że powinna pochodzić na siłkę i porobić przysiady, bo jej tyłek nie spełnia ogólnie przyjętych standardów jędrności. Pod zdjęciem butów innej blogerki ktoś skrytykował wygląd jej nóg. Czyżby, bezczelna, zapomniała je ogolić? Nie, komentatorkę obrzydziły maleńkie czerwone kropeczki po depilacji. Czyli przewinieniem blogerki był sam fakt, że w ogóle na jej ciele rosną włosy! Pamiętam, jak po premierze filmu Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy kilku mądrali oceniło, że w porównaniu z Harrisonem Fordem i Markiem Hamillem Carrie Fisher "brzydko się zastarzała" (księżniczka Leia  odparowała na Twitterze: "Mężczyźni nie starzeją się lepiej niż kobiety. Im po prostu wolno się starzeć"). Mit urody to też niezwykle skuteczne narzędzie dyskredytowania działaczek feministycznych i polityczek:

Koncentrując uwagę na powierzchowności liderek ruchu kobiecego, możemy je zignorować jako zbyt ładne lub zbyt brzydkie. Chodzi o to, by zapobiec identyfikacji kobiet z feministycznymi postulatami. Jeśli kobieta zabierająca publicznie głos jest określana jako zbyt "ładna", staje się wówczas zagrożeniem, rywalką lub po prostu nie może być brana na poważnie. Gdy z kolei szydzi się z niej jako ze zbyt "brzydkiej", inne kobiety ryzykują bycie wyśmianymi w ten sam sposób, jeżeli zidentyfikują się z tym, o co walczy.

Czy na to szaleństwo jest jakieś lekarstwo? Może po prostu wystarczy to olać? Powiedzieć: "ja się w to nie bawię" i już. Nie do końca, bo nawet jeśli my mamy gdzieś, co inni sądzą na temat naszego wyglądu, wpływa to na to, jak nas traktują (w szkole, pracy, mediach czy polityce). Naomi Wolf widzi jednak rozwiązanie:

Gdyby kobiety nie wzmacniały mitu urody, używając go przeciwko sobie nawzajem, stałby się bezsilny. To przykra prawda. Każda kobieta, która chce przekroczyć mit, potrzebuje wsparcia wielu kobiet. Najtrudniejsza, lecz także najbardziej konieczna zmiana nie dotyczy więc mężczyzn ani mediów, lecz właśnie kobiet i tego, jak postrzegamy inne kobiety i jak się wobec nich zachowujemy.

Słowem: kobieca solidarność i poszanowanie cudzych wyborów, nawet jeśli same dokonujemy zupełnie innych. I może jestem zbytnią optymistką, ale wydaje mi się, że po 30 latach od pierwszego wydania książki powoli coś się zaczyna w tej sprawie zmieniać. Marki w swoich kampaniach zaczynają dostrzegać kobiety poza rozmiarami 34-36, rośnie w siłę ruch body positive, dziewczyny w mediach społecznościowych dumnie prezentują swoje fałdki, rozstępy, owłosione pachy, blizny i zmarszczki. I bardzo mi się ta cielesna wolna amerykanka podoba!

Ogólnie Mit urody to nie jest lektura z gatunku lekkich, łatwych i przyjemnych. Autorka porusza w niej wiele skomplikowanych i trudnych tematów, takich jak praca, religia, seks, media, przemoc, starość czy anoreksja. W książce roi się od faktów historycznych, filozoficznych rozważań, przypisów i danych dotyczących głównych beneficjentów mitu urody, czyli przemysłu dietetycznego, kosmetycznego oraz operacji plastycznych. Ja tę książkę męczyłam przez kilka miesięcy i choć zdarzało mi się marszczyć czoło przy niektórych teoriach spiskowych, to naprawdę się cieszę, że ją przeczytałam. I Was też do tego zachęcam. A jeśli kiedyś na Instagramie natraficie na moją owłosioną pachę, będziecie wiedziały, kogo za to winić.

14 grudnia 2016

#SztywniaraCzyta: G'rls ROOM

Stała się rzecz niesłychana. Znalazłam magazyn dla siebie! Młodsza Sztywniara byłaby w szoku, bo nie dość, że jest kobiecy, to w dodatku feministyczny. Dlaczego byłaby w szoku? Ano dlatego, że kiedy byłam młodsza, nie myślałam o sobie jako o kobiecie, ani tym bardziej feministce. Zaraz, zaraz, że co? No po prostu w moim mózgu zawsze byłam po prostu mną, a nie żadną "kobietą". To znaczy oczywiście wiedziałam, że jestem kobietą, ale wydawało mi się, że jestem "inna niż inne", bo zupełnie nie identyfikowałam się z tym, co typowo kobiece (czyli - jak mi się wydawało - szminki, brokat i rozczulanie się zdjęciami niemowlaków). Kompletnie nie rozumiałam też, o co chodzi tym całym feministkom. Jaka dyskryminacja? Przecież kobiety już dawno wszystko wywalczyły. Czego one jeszcze chcą? Uważałam je za bandę agresywnych bab, które nienawidzą mężczyzn i szukają dziury w całym.

Trochę czasu musiało upłynąć, zanim zrozumiałam, że to nie ja jestem "inna", tylko po prostu kobiety bywają bardzo różne. Jak to ludzie (szok, co nie?). I że chociaż dla mojej tożsamości płeć może nie być jakąś kluczową kwestią, to ma ona zasadnicze znaczenie na przykład dla osób tworzących prawo, które bezpośrednio wpływa na moje życie. Natomiast fakt, że nikt nigdy nie powiedział mi wprost: "Jesteś głupia / mniej ważna, bo jesteś kobietą", wcale nie znaczy, że mizoginia i dyskryminacja to jakieś wymysły babochłopów w bojówkach. Seksizm czasem bywa bardzo subtelny albo tak głęboko zakorzeniony w naszej kulturze i "tradycji", że wiele kobiet nawet nie zdaje sobie z niego sprawy. Kiedy jednak raz zacznie się dostrzegać jego codzienne przejawy, to potem nie da się już tego odwidzieć i udawać, że wszystko jest OK.

Uuu, poważnie się zrobiło, a miało być pozytywnie, bo jestem megaszczęśliwa, że w końcu udało mi się znaleźć magazyn, który pasuje mi w 100%. Panie (i panowie?), przedstawiam G'rls ROOM!


G'rls ROOM
magazyn: girlsROOM.pl/grls
portal: entertheROOM.pl
(do kupienia m.in. w Empiku, krakowskim MOCAK-u, gdańskiej Sztuce Wyboru oraz oficjalnym sklepie internetowym)

G'rls ROOM

O tym, że coś takiego w ogóle pojawiło się na rynku, dowiedziałam się zupełnie przypadkiem. Na Instagramie mignęło mi zdjęcie z jakiejś imprezy, na której sprzedawany był pierwszy numer. Kilka kliknięć, szybki rekonesans. Opis brzmiał obiecująco:

G’rls ROOM to magazyn tworzony przez dziewczyny, ale nie tylko dla dziewczyn.

Wciąż za mało mówi się o prawach kobiet, ich seksualności oraz o pozytywnym podejściu do ciała. Jesteśmy za solidarnością kobiet, razem możemy zrobić dużo dobrego. Oddajemy głos kobietom oraz wszystkim tym, którym równe prawa i tolerancja nie są obce.

Wyróżnia nas: książkowy format, autorska szata graficzna i przyjazny dla środowiska, przyjemny w dotyku papier, którego kremowa tonacja zapewnia komfort podczas czytania. Działamy na wszystkie zmysły, dbając o najwyższą jakość lektury.

Następnego dnia już byłam w empiku, trzymając kciuki, żeby to było to. I z przyjemnością (oraz ulgą) mogę obwieścić, że jest! Nie pamiętam, kiedy ostatnio przeczytałam jakiś magazyn od deski do deski. A artykuły w G'rls ROOM czytałam po kolei, jak leci (nawet opowiadanie, które zwykle omijam) i naprawdę KAŻDY był ciekawy.

Co zainteresowało mnie szczególnie? Największe wrażenie zrobiła na mnie rozmowa z dziewczynami z inicjatywy #MamyGłos. To licealistki i studentki, które stworzyły grupę działającą na rzecz nastolatek w Polsce. Walczą ze stereotypami i seksizmem w szkole, uświadamiają dziewczynom ich prawa, pomagają budować poczucie własnej wartości i pewność siebie. Jak? A na przykład tak:


    Jak ja żałuję, że za moich czasów nie było takich inicjatyw! Albo były, tylko ja o nich nie wiedziałam. Bo YouTuba też nie było. W ogóle internetu nie było. Co zainspirowało dziewczyny do założenia grupy? Tak na to pytanie odpowiada Ola Jarocka:

    Nasz aktywizm wziął się z tego, że zauważyłyśmy, że coś jest nie tak. Szczególnie widać to w szkole, w zachowaniu wielu nauczycieli. W tym, na jakie komentarze pozwalają sobie pod adresem dziewczyn, jak i w tym, czego się uczymy czy raczej czego się nie uczymy - na przykład na historii bardzo mało mówi się o kobietach. Jestem w trzeciej klasie liceum, mam rozszerzoną historię, ale na lekcjach praktycznie nie wspomina się o historii kobiet, począwszy od takich podstawowych spraw, jak ich pozycja w społeczeństwie od czasów starożytnych.

    Jako żywo stanęła mi przed oczami sytuacja z podstawówki, kiedy na lekcji historii razem z koleżanką z ławki (Agata, jeśli czytasz, to pozdrawiam) spierałyśmy się z nauczycielem, że oprócz Horacego i spółki w Starożytności musiały być też jakieś kobiety poetki. Nauczyciel założył się z nami (pewnie o plusa w dzienniku), że na bank żadnej nie znajdziemy. Poleciałyśmy do biblioteki i z pomocą pani bibliotekarki znalazłyśmy dowód, że mamy rację. Całe dumne na kolejnej lekcji rzucamy, że ha-HA! SAFONA, gościu! IN YOUR FACE!, a nauczyciel na to: oj tam, oj tam, no to jedna, to tylko potwierdza, że wpływ kobiet na literaturę był praktycznie żaden. Szach i mat. Dlatego zarówno ja teraźniejsza, jak i ja z przeszłości bardzo się cieszymy, że dziewczyny w tak młodym wieku są już tak świadome, że działają, że walczą, że im się chce. I że być może dzięki nim inne młode kobiety zrozumieją, po co im ten cały feminizm, dużo wcześniej, niż pojęłam to ja.

    Co jeszcze ciekawego w tym numerze? A m.in. świetny artykuł Pauliny Klepacz "Wagina: Instrukcja obsługi" - o naszym podejściu do tej części ciała, niewiedzy i wstydzie. Jest też rozmowa z Moniką Mularczyk - twórczynią marki momu, czyli ręcznie szytych koszulek z komputerowymi haftami (wśród wzorów m.in. Frida Kahlo, Matka Boska, joginki, kot i kaktus), którymi zachwycam się od kilku miesięcy. No i wywiad z Marią Sadowską, reżyserką filmu o Michalinie Wisłockiej - polskiej seksuolożce, autorce słynnej "Sztuki kochania" (czyi rodzice nie mają w domu egzemplarza, ten trąba!). Film wchodzi do kin 27 stycznia. Zwiastun zwiastuje naprawdę dobre rzeczy:



    Z informacji bardziej technicznych: G'rls ROOM jest kwartalnikiem, ma format B5 (ważna informacja, jeśli będziecie go szukać na półkach z prasą, bo przez niewielkie rozmiary łatwo go przeoczyć) i kosztuje 9 zł. Szatą graficzną przypomina trochę zin, a trochę oldskulową gazetkę szkolną. Na 70 stron jest tylko 7 reklam (książka, film, Fundacja Feminoteka, salon fryzjerski, polska marka odzieżowa oraz artykuł, w którym dziewczyny z redakcji testują niszowe kosmetyki; jak na moje standardy, zarówno dobór, jak i liczba reklam naprawdę spoko).

    Pierwszy numer ustawił poprzeczkę bardzo wysoko, więc z nadzieją (i niecierpliwością) będę wyczekiwać kolejnych. Droga Redakcjo, dziękuję, że jesteście, i mocno trzymam kciuki!

    13 listopada 2016

    #SztywniaraCzyta: Zacznij kochać dizajn + lista sklepów z wyposażeniem vintage

    Za każdym razem, kiedy przyjeżdżam w odwiedziny do Rodziców, dostarczam Mamie nowych powodów do wesołości (i pewnie satysfakcji), ponieważ meble, naczynia i inne domowe sprzęty, które 10 czy 20 lat temu uważałam za paskudne skamienieliny, teraz wywołują mój zachwyt w komplecie z żebro-spojrzeniem Kota ze Sherka i przymilnym: "A mogę to sobie wziąć?" 

    Kiedyś zupełnie nie rozumiałam, czym Mama się tak ekscytuje, opowiadając o tym, jak w PRL-u cudem upolowała komplet kuchennych krzeseł z giętego drewna z plecionym siedziskiem (krzesła jak krzesła, w dodatku trochę babciowe). Albo czemu tak podnieca się "ergonomicznością" (czym?) dwóch starych foteli z dużego pokoju (przecież na bank w pierwszym lepszym meblowcu znajdą się równie wygodne, za to 100 razy ładniejsze!). A już chyba najbardziej wkurzały mnie te talerze w ludowe kwiaty wiszące na ścianach w kuchni (co za obciach! co my, w skansenie mieszkamy?).

    Kto by pomyślał, że przyjdzie czas, kiedy docenię te wszystkie przedmioty, będę nimi urządzać własne mieszkanie i jeszcze czytać o nich książki.


     ZACZNIJ KOCHAĆ DIZAJN. JAK KOLEKCJONOWAĆ POLSKĄ SZTUKĘ UŻYTKOWĄ
    Beata Bochińska
    Marginesy

    Zacznij kochać Dizajn, Beata Bochińska

    O książce Zacznij kochać dizajn Beaty Bochińskiej dowiedziałam się dzięki sklepowi z meblami i wyposażeniem retro Patyna.pl, który jest partnerem jej wydania (nie, nie zapłacili mi za reklamę, co więcej, to ja im zapłaciłam za tę książkę i jeszcze kilka innych drobiazgów). Autorka jest kolekcjonerką dizajnu, historyczką sztuki, byłą szefową Instytutu Wzornictwa Przemysłowego, kuratorką wystaw, jurorką konkursów, no, po prostu Design Superwoman. Jednak mimo swojej rozległej wiedzy opowiada o dizajnie nie tonem poważnej pani profesor, ale w sposób zabawny, przystępny i pełen pasji (bardzo polecam Wam ten krótki wywiad). W książce (która, swoją drogą, jest świetnie zaprojektowana) oprócz ciekawostek z historii wzornictwa i przepięknych fotografii znajdziecie na przykład instagramowe zdjęcie kruchej przesyłki zabezpieczonej... wytłaczankami po jajkach oraz wiele anegdot z życia autorki. Tak pisze o tym, jak złapała dizajnerskiego bakcyla:

    Wyglądało to niewinnie. Nie obraz, rzeźba czy rysunek, ale rama. W zasadzie ramka. Dostałam ją w prezencie od mojej starszej siostry Grażyny. I się zaczęło - a właściwie skończyło gruntownym remontem pokoju. Ten remont, nowa aranżacja mojego najbliższego otoczenia, była prezentem urodzinowym od rodziców. Dopasowałam wystrój wnętrza do... ramy. Wtedy zobaczyłam po raz pierwszy piękno przedmiotu użytkowego i na własnej skórze poznałam siłę jego oddziaływania. W miejskiej bibliotece przejrzałam wszystkie dostępne albumy i opracowania. O ramach. Popłynęłam. Wsiąkłam. Miałam siedemnaście lat.

    Wiele osób, słysząc hasło "dizajn", ma przed oczami szalone i często całkiem oderwane od rzeczywistości projekty - wiecie, złoty sedes, łóżko z mchu i te sprawy. Autorka stara się odczarować ten obraz, skupiając się przede wszystkim na prostym, funkcjonalnym dizajnie dla zwykłych ludzi. Owszem, dziwolągi przyciągają uwagę, ale to "produkty najmniej rzucające się w oczy najtrudniej zaprojektować".

    Masowa produkcja to bardzo ciekawy temat. Może dlatego, że dobrze zaprojektowany przedmiot produkowany seryjnie jest tak samo rzadki jak dzieło sztuki wśród milionów obrazów czy rzeźb. Kto wie, może nawet rzadszy.

    Chyba największym zaskoczeniem i jednocześnie fascynującą lekcją było dla mnie to, że Polska ma tak długą i tak bogatą dizajnerską tradycję. Wiedziałam, że mieliśmy kilku zdolnych projektantów, ale nie miałam pojęcia, że ten nasz biedny, szary kraik na przekór niesprzyjającym warunkom polityczno-ekonomicznym był prawdziwym wzorniczym zagłębiem!

    W 1950 roku jako jeden z pierwszych w Europie powstaje w Warszawie Instytut Wzornictwa Przemysłowego. I działa bardzo prężnie. Przy setkach fabryk rodzą się komórki wzorcujące. Polska staje się jedną wielką modelarnią.
    Ten ogólnonarodowy projekt jest zakrojony na znacznie szerszą skalę: największym jego osiągnięciem [...] było powołanie ośrodka, który badał potrzeby użytkowników i opracowywał wytyczne dla projektantów. Wyobrażacie sobie? Początek lat pięćdziesiątych! To właśnie te wytyczne (dziś powiedzielibyśmy: briefy) pozwalały projektantom wyprzedzać eksperymentami to, co działo się za żelazną kurtyną, a nie zawsze było oczywiste dla producentów.
    Jeśli chodzi o wielkość produkcji powstającej na podstawie ich projektów, polscy projektanci biją na głowę kolegów z innych krajów. To setki tysięcy krzeseł, zestawów porcelany i szkieł użytkowych. Dziesiątki tysięcy metrów tkanin i kompletów mebli, które epod obcymi markami z powodzeniem są eksportowane do całej Europy.

    Jeśli jesteście ciekawi, jak wygląda proces projektowania i produkcji przedmiotów użytkowych, dlaczego w latach 50. amerykańskie społeczeństwo odrzuciło "pradziadka iPhone'a", czyli szwedzki telefon Ericofon składający się z samej słuchawki, skąd obecna moda na mid-century modern, dlaczego meble w kawiarniach coraz bardziej przypominają te domowe i w którą stronę będą ewoluować trendy w dizajnie, to zdecydowanie książka dla Was. Na Patynie można jeszcze zamówić egzemplarze z dedykacją i autografem.


    ***

    A skoro już jesteśmy przy wintydż dizajnie, to pomyślałam, że podzielę się z Wami listą moich ulubionych sklepów internetowych i grup, które wertuję w poszukiwaniu rzeczy do mieszkania. Ciągle mi mało, więc jeśli znacie inne godne polecenia adresy, dajcie znać w komentarzach.

    20 maja 2016

    #SztywniaraCzyta: Żeby było ładnie, Hawaikum, Jak przestałem kochać design

    Zapraszam na kolejny odcinek z serii #SztywniaraCzyta. Co mam dla Was dzisiaj? Trzy świetne pozycje o moim ostatnio ulubionym temacie: pięknie i brzydocie w polskim designie i przestrzeni publicznej.



    ŻEBY BYŁO ŁADNIE. ROZMOWY O BOOMIE I KRYZYSIE STREET ARTU W POLSCE
    Sebastian Frąckiewicz
    Galeria Miejska Arsenał

    Wiecie, że jestem wielką fanką sztuki ulicznej i ten temat pojawiał się już kilka razy na blogu. Przyznaję jednak, że do tej pory podchodziłam do sprawy dość powierzchownie, na zasadzie "podoba mi się - nie podoba mi się". Ta książka pokazuje, że kwestia jest o wiele bardziej złożona i o wiele bardziej fascynująca. Mamy tu 14 rozmów z twórcami polskiego street artu, m.in. Mariuszem Libelem (dawniej grupa Twożywo), Sepe, Sainerem z Etam Cru, Pikasem, Zbiokiem i M-city. Autor rozmawia z nimi o ich podejściu do tworzenia w publicznej przestrzeni (artyści różnią się między sobą pod tym względem czasem diametralnie), o polskiej muralozie, festiwalach street artu, o związanej z nimi komercjalizacji i "ugrzecznieniu", o zatargach z policją, relacjach z władzami i reakcjach zwykłych mieszkańców. Mimo że to kawał książki, a ja jestem najwolniejszym czytaczem świata, wciągnęłam ją całą w 3 dni. Dwa cytaty na zachętę:

    [Mariusz Libel] Moim zdaniem każdy, kto chce robić prace w przestrzeni publicznej, powinien zadać sobie kilka podstawowych pytań: Co to jest miasto? Czym dla ciebie jest przestrzeń, jak ją definiujesz, do czego ona służy? I kolejne: Czy masz coś do powiedzenia? I na koniec: Czy chcesz się użerać? Bo jak nie chcesz, to robisz ładne, duże, kolorowe rzeczy, coś pomiędzy graffiti i ilustracją, wtedy wszystkim to się podoba: tobie, organizatorom, urzędnikom i pani z pieskiem też. A spróbuj zrobić coś czupurnego, to od razy napotkasz opór. 
    [Sepe] Pamiętam dobrze, jak nasz projekt na Oboźnej musieliśmy skonsultować z urzędnikiem z wydziału estetyki miasta. Poszliśmy tam z profesjonalną prezentacją: wizualizacja na zdjęciu, do tego projekt na papierze w skali 1:50, nasze biografie, dossier, portfolio. Naprawdę włożyliśmy w to mnóstwo energii. Facet popatrzył, zamknął prezentację, zamyślił się i mówi do nas: "Panowie, patrząc na tę prezentację, nasuwa mi się pytanie natury filozoficznej: Czy ta ściana, taka szara, pozostawiona sama sobie... czy to nie jest dla niej lepiej? Przecież wiadomo z badań, że wszędzie tam, gdzie pojawia się graffiti, za chwilę wkracza patologia, narkomania, alkoholizm. Mówi to teoria pękniętej szyby". Zatkało nas, mamy 2009 rok, rozmawiamy z naczelnym estetą Warszawy, a czuliśmy się, jakby ktoś nagle przeniósł nas do 1991 i położył na stole słynną książkę: "Graffiti: sztuka czy wandalizm".



    HAWAIKUM. W POSZUKIWANIU ISTOTY PIĘKNA
    pod redakcją Moniki Kozień, Marty Miskowiec, Agaty Pankiewicz
    esej fotograficzny: Agata Pankiewicz, Marcin Przybyłko
    Wydawnictwo Czarne

    Jeśli zdarzyło Wam się zastanawiać, dlaczego, ach, dlaczego, ktoś zapodaje sobie przed wejściem do domu dwa gipsowe lwy, albo co kieruje parą, u której na weselu o północy wjeżdża na salę pieczone prosię przy muzyce z "Gwiezdnych Wojen" (autentyk!), to to jest książka dla Was. Hawaikum próbuje zrozumieć polskie zamiłowanie do egzotyki i wszelkiej zagraniczności, które objawia się wyzierającym zewsząd kiczem i wiochą. Książka składa się z dwóch części: arcyciekawych tekstów o polskiej estetyce oraz kilkudziesięciu zdjęć budynków, wnętrz, rzeźb, atrakcji turystycznych i innych szkaradzieństw, przy których krasnale ogrodowe sąsiada wydadzą Wam się szczytem wysublimowania. Moja rada: nie zrażajcie się pierwszym tekstem Józefa Tischnera. Ja byłam załamana, bo nic z niego nic nie zrozumiałam, mimo że zawsze mi się wydawało, że z czym jak z czym, ale akurat z czytaniem ze zrozumieniem jest u mnie całkiem nieźle. Na szczęście dalej jest już o wiele przystępniej, przyjemniej i zabawniej (chociaż momentami jest to śmiech przez łzy).

    [Ziemowit Szczerek] Gdzie Polska, gdzie tropiki. Jesteśmy tak nietropikalni, jak tylko można być, dlatego tak nas tropiki wabią. Nasza rzeczywistość i codzienność jest błotnista, żytnio-polna, dąbrowiana, kniejowa, rozjeżdżona, ciemna, śniegochlupna. Krowa na łące, świnia w korycie ryje, a nie lew na sawannie ryczy, a nie koliber nektar kolorowy zbiera z kwiatów wonnych.

    [Monika Kozień] Polski krajobraz kulinarny jest taki jak cała Polska. Przede wszystkim dominuje w nim sztuczność i udawanie lepszego, niż się jest - zabawniejszego, bogatszego. Trzeba olśnić, zrobić wrażenie, wywołać zazdrość, stłumić poczucie niższości, odreagować dawny niedostatek. Znamieniem sukcesu jest bogactwo. Bogactwo w typowo nuworyszowskim stylu z jego ostentacją, łapczywością i nadmiarem.



    JAK PRZESTAŁEM KOCHAĆ DESIGN
    Marcin Wicha
    Karakter

    Jako czytelnik jestem niecierpliwa i zblazowana niczym juror "Idola". Otwieram książkę z nastawieniem: "No, zaskocz mnie" i jeśli od pierwszej strony nie robi się ciekawie, zwykle nie daję jej szansy. Tutaj otwarcie jest doskonałe, bo na dzień dobry mamy opowieść autora (grafika) o żmudnych poszukiwaniach odpowiedniej (tzn. co najmniej niepaskudnej, a najlepiej po prostu dobrze zaprojektowanej) urny na prochy jego ojca (architekta). Poszukiwaniach zakończonych sukcesem:

    I tak pochowałem prochy ojca w czarnym sześcianie z granitu. Na jednym z boków wyryto imię i nazwisko. Krój pisma - Futura. Wersaliki. Dwa razy po pięć liter, elegancko wyjustowane, tak jak lubił. Rozpierała mnie duma. Urna była piękna. Problem polegał na tym, że jedyna osoba, która mogła to docenić, jedyna osoba, na której opinii mi zależało, już nie żyła.

    Cała książka to wciągający zbiór wspomnień autora, ukształtowanego estetycznie przez ojca, który "nie wpuszczał brzydoty za próg", zaciekle walcząc w czasach PRL-u z meblościankami, szklankami na spodkach czy kapciami (uznawał tylko szwedzkie drewniaki). Jeśli interesują Was historie przedmiotów codziennego użytku, mebli, zabawek, kultowych plakatów oraz dole i niedole (głównie niedole) pracy grafika, które z powodzeniem mogłyby się znaleźć na popularnym fanpejdżu, nie będziecie zawiedzeni.

    Jednak to są Himalaje projektowania. Tymczasem żyjemy na nizinach. Siedzimy w tramwajach. Szarpiemy się z drzwiami na strzeżone podwórko, nadajemy paczki i listy. O jakości życia nie decydują najwybitniejsze osiągnięcia designu. Szczerze mówiąc, one są najmniej ważne. O polskim projektowaniu świadczą:
    - kwitek na list polecony, który łatwo wypełnić, pod warunkiem że nosimy nazwisko Jan Byk i mamy wzrok jak pilot F-16 z bazy w Krzesinach;
    - formularz PIT z szaro-szarymi polami i mętnym opisem, którego przekaz brzmi: znajdź księgowego, który to wypełni, a potem módl się i krzyżuj palce;
    - elementarz szkolny - kolorowy do mdłości, chaotyczny i okraszony portretami uśmiechniętych ofiar eksperymentów genetycznych;
    - oznaczenia autostrad, a szczególnie zjazdu na Grodzisk Mazowiecki (naprawdę nie chciałem jechać do Poznania).

    ***

    Mam nadzieję, że przynajmniej kilkoro z Was udało mi się zachęcić. Teraz Wasza kolej! Czytaliście ostatnio coś fajnego? Polećcie w komentarzu poniżej (UWAGA: koniecznie podając mail lub link do Waszego bloga bądź profilu na FB, żebym mogła się z Wami skontaktować). Od razu mówię, że Filipa Springera możecie sobie darować, bo wszystko, co napisał, mam - część już przeczytałam, a reszta czeka w kolejce. Autorowi najbardziej przekonującej rekomendacji sprezentuję jedną z trzech opisanych dzisiaj książek. Macie czas do publikacji kolejnego posta.

    WYNIKI: Dziękuję za wszystkie rekomendacje. Tym razem najbardziej przekonała mnie Polly, która polecała "Usypać góry. Historie z Polesia" Małgorzaty Szejnert. Gratulacje!

    31 marca 2016

    #SztywniaraCzyta: Zakonnice odchodzą po cichu

    Ta-dam! Dzisiaj ruszam z nową kategorią na blogu. Panie i Panowie, od teraz w Szafie poczytacie również o... KSIĄŻKACH! Obstawiam, że raczej nie będziecie mieć nic przeciwko, bo po komentarzach na Facebooku i Instagramie widzę, że na oko 99% z Was należy do elitarnej grupy 37% Polaków, którzy w zeszłym roku przeczytali co najmniej jedną książkę, i że żadna wyprzedaż w Zarze nie jest w stanie wywołać u Was takich emocji jak rabat do księgarni.

    O blogowym cyklu książkowym myślałam od dawna. Zwlekałam długo, bo po pierwsze, jestem mną i wprowadzenie każdego nowego pomysłu w czyn zajmuje mi średnio 4 lata, a po drugie... sama niespecjalnie lubię recenzje książek. Dlatego moje książkowe posty to nie będą żadne elaboraty, w których będę się mądrzyć czy analizować treść (za cienka jestem na to), tylko raczej takie... książkowe trailery.

    Mam też niespodziankę. Ponieważ chciałabym, żeby książkowe fluidy kursowały tu w obie strony i żeby ten cykl motywował mnie to czytania więcej i częściej, będę wdzięczna, jeśli polecicie w komentarzach ciekawe książki, z którymi mieliście ostatnio (lub nieco dawniej) do czynienia. Osoba, której uda się zachęcić mnie do sięgnięcia po nową pozycję, dostanie ode mnie książkę, którą polecam w danym poście. To jak, umowa stoi? :)

    A teraz do rzeczy. Na pierwszy ogień idzie książka...


    ZAKONNICE ODCHODZĄ PO CICHU
    Marta Abramowicz
    Wydawnictwo Krytyki Politycznej 



    Wyłowił ją Dzióbek, który, jak na polonistę przystało, jest milion razy bardziej oczytany ode mnie, zawsze wie, co na księgarskich półkach piszczy, i odpowiada za to, że mamy w mieszkaniu regał książkowy, który zajmuje całą ścianę. Ja, przyznam, byłam trochę sceptyczna. Książka o zakonnicach? No nie powiem, żeby ten temat był moim pierwszym albo nawet dwudziestym wyborem, kiedy zastanawiałam się, o czym by tu poczytać. Ale Dzióbek słyszał, że dobra, więc postanowiłam dać jej szansę.

    O czym to? O polskich zakonnicach, które odeszły z zakonu, o tym, jak wygląda życie w żeńskim klasztorze i o pozycji kobiet w hierarchii Kościoła. Czytaliśmy tę książkę synchronicznie, co jakiś czas robiąc przerwy na przedyskutowanie co mocniejszych fragmentów. I potem rozmawialiśmy o niej jeszcze przez kilka dni.

    Wiecie, ja się domyślałam, że życie zakonnicy to raczej nie są kolonie, ale nie miałam pojęcia, że one są ograniczane aż do tego stopnia. Bohaterki reportażu nie mogły mieć żadnych własnych pieniędzy, o podpaski czy inne środki higieny osobistej musiały prosić przełożoną i nawet do lekarza nie mogły iść, jeśli przełożona nie wyraziła na to zgody. Autorka wspomina książkę Kler. Psychogram ideału (1989) napisaną przez niemieckiego księdza, teologa i psychoanalityka Eugena Drewermanna, który surowo krytykował Kościół, pragnąc jego odnowy. Ten fragment dobił mnie chyba najbardziej:

    [Drewermann] dalej pisze, że najbardziej wyrazistym i przerażającym przykładem władzy absolutnej Kościoła nad ludźmi są katolickie zakonnice. Przez całe życie nie mogą przeczytać ani jednej gazety i ani jednej książki, którą sobie same wybiorą. Nie wolno im obejrzeć żadnego filmu, sztuki teatralnej, pójść na wykład czy wziąć udziału w jakiejkolwiek dyskusji, jeśli ich przełożona nie uzna tego za potrzebne i nienaganne. "Czy można wyraźniej oznajmić, że Kościół w ogóle nie życzy sobie samodzielności myślenia, zdolności krytycznych, dojrzałości ducha?" - pyta.

    Zszokowała mnie też różnica między zasadami i zwyczajami panującymi w żeńskich i męskich zakonach. Przez kilkaset lat kobiece zakony były wyłącznie klauzurowe, tzn. bez możliwości wychodzenia poza mury klasztoru. Zakonnicy mieli wybór: mogli albo wieść życie pustelnika, albo pracować wśród ludzi (w szkołach, szpitalach czy przytułkach). "Aut maritus, aut murus - głosiło średniowieczne powiedzenie: albo mąż, albo mury okiełznają kobietę".

    Obecnie członkowie zgromadzeń męskich mają dostęp do prasy i książek, mogą w każdej chwili skorzystać z internetu. Podczas gdy siostry potrafią poświęcać 8 godzin dziennie na pracę i 6 na modlitwę w kaplicy, niektóre męskie klasztory mają tylko jedną wspólną modlitwę dziennie. Wspomnienia Magdaleny, byłej zakonnicy: 

    Mistrzyni uczyła: nie myśl, trwaj w kontakcie z Bogiem, rozważaj. Więc rozważa, że wolałaby konkretniej służyć Bogu. Pomagać ludziom, uczyć religii. Myślała, że dominikanki to żeńska odmiana dominikanów. Że będzie jak u braci: teologia, filozofia, nauka. Ale nie, siostry mają sprzątać, gotować i ustrajać ołtarz.

    Te różnice potwierdzają wypowiadający się w książce dominikanie:

    W zakonach żeńskich zatrzymał się czas. Wszystko, co przed wiekiem zostało zapisane w konstytucjach, jest tak samo ważne i dziś. Co gorsza, siostry nie mają ani formacji intelektualnej, ani duchowo-moralnej. To jest fundamentalny problem: czysto pobożnościowa formacja. A to zabójcze. [...] Ja siostrom do pięt nie dorastam w litaniach, różańcach, medytacjach. Ale wiara to coś więcej. Głęboki kontakt z Panem Bogiem. Używanie rozumu. Bez niego mamy naiwność albo fanatyzm.


    Niektórzy z nas, księży, mówią wprost, że zakonnice to współczesne niewolnice. Chciałbym, żeby było inaczej. [...] Ale kiedy poznałem misjonarkę, która traktowała mnie jak równego sobie, to czasem i dla mnie było to dziwne. Bo okazało się, że ja też przywykłem. Bo tak jak ktoś ciebie traktuje, tak ty potem siebie.

    Jak widać, z książki nie wieje optymizmem. Owszem, są i zabawne fragmenty o potajemnym jedzeniu czipsów przez nowicjuszki czy zamawianiu po kryjomu pizzy i odbieraniu jej od dostawcy poprzez wywieszenie jednej z sióstr za nogi przez okno. Jednak zdecydowanie jest to lektura na smutno, z gatunku tych, które "ryją mózg" i nie dają zasnąć. Ale takie są najlepsze.


    ***
    I tak jak zapowiedziałam, czekam na Wasze książkowe rekomendacje w komentarzach pod tym postem. Co ciekawego ostatnio czytaliście? Dajcie znać! Dla najskuteczniejszego zachęcacza egzemplarz "Zakonnic" (papierowy lub ebooka) sponsoruję ja. Pamiętajcie tylko, żeby zostawić jakiś kontakt do siebie (mejl, adres bloga albo profilu fejesbukowego). Macie czas do 4 kwietnia 2016.

    WYNIKI: Dziękuję za wszystkie komentarze! Książkę otrzymuje JJ, która poleciła "Małe zbrodnie małżeńskie" Erica Emmanuela Schmitta. Myślę, że to będzie lektura w sam raz na naszą zbliżającą się 15. rocznicę ;) Gratulacje!