Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uroda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uroda. Pokaż wszystkie posty

6 maja 2019

7 sprawdzonych szamponów w kostce (nie, to nie to samo co mydło do włosów!)

Kiedy dowiedziałam się, że istnieje coś takiego jak szampony w kostce, były to produkty dość trudne w Polsce do zdobycia. Teraz średnio raz w miesiącu słyszę o kolejnej firmie, która je u nas produkuje lub dystrybuuje. Mimo to temat nadal do mainstreamowych nie należy i ciągle wywołuje pytania i wątpliwości. Jak się tego cholerstwa używa? Czy to to samo co mydło do włosów? I czy nie zrobi mi to na głowie bocianiego gniazda?

Myję włosy szamponami w kostce od półtora roku (Dzióbek zresztą też). W tym czasie przetestowałam produkty 7 różnych marek i dzisiaj podzielę się z Wami moimi doświadczeniami.


SZAMPON W KOSTCE - ALE PO CO?

No właśnie. Po co komplikować sobie życie? Co jest złego w zwykłych, płynnych szamponach? No więc przede wszystkim chodzi o opakowanie, a raczej jego brak. Tradycyjne szampony są pakowane w plastikowe butelki, natomiast szampony w kostce sprzedawane są albo całkiem na golasa, albo pakowane w papier. A wiadomo, im mniej plastiku ląduje w śmieciach, tym lepiej dla środowiska.

Oprócz tego, że szampony w kostce są bardziej ekologiczne, mają też inne zalety, które na pewno docenią podróżniczki: są lżejsze, zajmują mniej miejsca i nie liczą się do płynów wnoszonych do samolotu w bagażu podręcznym.

OK, a jakie mają wady? Przede wszystkim są dość drogie. Ceny zaczynają się od 24 zł za kostkę, co w porównaniu z kilkoma złotymi za zwykły szampon z drogerii robi sporą różnicę. Dlatego zdaję sobie sprawę, że to trochę "gadżet" dla uprzywilejowanych. I naprawdę nie uważam, że jeśli ktoś używa płynnego szamponu, to niszczy Ziemię. Jestem bardzo daleka od ekofanatyzmu, o czym szerzej pisałam w tym poście, a tutaj tylko powtórzę: róbmy tyle, ile w danym momencie jesteśmy w stanie.


SZAMPON W KOSTCE TO NIE MYDŁO DO WŁOSÓW!

Jeśli z całego tego wpisu miałybyście zapamiętać tylko jedną rzecz, zapamiętajcie to: SZAMPON W KOSTCE TO NIE MYDŁO DO WŁOSÓW! To są dwa zupełnie różne produkty, mimo że wygląd i sposób ich użycia jest bardzo podobny. Niestety, wiele osób używa tych terminów zamiennie, ba, robią to nawet niektórzy producenci i sklepy internetowe. Bywa, że w opisie tego samego produktu raz mamy "szampon", raz "mydło", a jakby tego było mało, czasem pojawia się jeszcze dziwne, mgliste sformułowanie pt. "kostka myjąca". Tak więc naprawdę jest niezły bajzel i nic dziwnego, że ludzie się w tym wszystkim gubią.

Sama na początku myślałam, że szampon w kostce i mydło do włosów to to samo i jestem bardzo wdzięczna moim obserwatorkom z FB za uświadomienie mi różnicy. W skrócie chodzi o to, że szampony w kostce mają odczyn kwaśny, a mydła do włosów - zasadowy, dlatego po użyciu mydła konieczne jest użycie płukanki zakwaszającej (np. octowej). Bez płukanki wiele osób narzeka, że ma na głowie sztywne, posklejane strąki (polecam test szamponów i mydeł u Agnieszki z bloga Ekologika.edu.pl). To pewnie zależy od rodzaju włosów, bo ponoć są osoby, które obywają się bez płukanek (ba, niektóre myją włosy mydłem do ciała, np. z Aleppo, i też twierdzą, że są zadowolone). Jednak ja po pierwsze, nie miałam ochoty ryzykować, a po drugie, jestem leniwa (nie używam nawet odżywek) i dodawanie sobie do mycia włosów kolejnego etapu w postaci płukanki to dla mnie jakaś abstrakcja. Dlatego od samego początku trzymam się szamponów, które żadnych dodatkowych zabiegów nie potrzebują.

No dobra, ale skąd normalny człowiek, który nie studiował chemii, ma wiedzieć, czy ma do czynienia z szamponem, czy mydłem, skoro nawet producenci czasem używają błędnych określeń? No więc trzeba zerknąć na skład. Jeśli zawiera (zwykle na samym początku) Sodium Lauryl Sulfate (SLS), Sodium Coco Sulfate (SCS) lub Sodium Cocoyl Isethionate (SCI) (te 3 są chyba u nas najczęściej spotykane), ewentualnie Ammonium Lauryl Sulphate (ALS), Disodium Laureth Sulfosuccinate (DLS) czy Sodium Lauryl Sulfoacetate (SLSA), to znak, że mamy do czynienia z szamponem.


JAK SIĘ TEGO UŻYWA?

Za każdym razem, kiedy ktoś wspomina o szamponie w kostce, w komentarzach pojawiają się zaskoczone emotikonki i pytania: ALE JAK SIĘ TEGO UŻYWA? Nie przestaje mnie to dziwić i zastanawiam się, czy osoby, które o to pytają, nigdy nie miały do czynienia z mydłem w kostce? No bo zasada jest ta sama: dajesz kostkę pod kran, pocierasz w dłoniach, aż zacznie się pienić, i potem albo nanosisz tę pianę dłońmi na mokre włosy, albo jeździsz kostką bezpośrednio po głowie. Jest to dość intuicyjne ;)

Jeśli chodzi o wydajność, to mnie jedna kostka starcza na ok. 30-35 myć. Producenci mówią o 40-60 (ponoć kostka 50 g = 500 ml szamponu w płynie), ale wszystko oczywiście zależy od rodzaju i długości włosów, twardości wody itd. (dostaję sygnały, że niektórym osobom kostka starcza nawet na pół roku i już myślałam, że ja jestem wyjątkowo nieoszczędna, ale chyba chodzi o to, że mamy bardzo twardą wodę, więc musimy użyć więcej produktu, żeby wytworzyć pianę). Kiedy prawie cały szampon zużyję i zostaje mi końcówka w postaci cienkiego listka, po prostu przyklejam ją na mokro do nowej szamponowej kostki. Do przewożenia można kupić specjalną puszkę, ale lepiej (i taniej) użyć zwykłej mydelniczki albo puszki po innym kosmetyku, np. balsamie do ciała czy mazidle do włosów lub brody (przydaje się brodacz w domu).

Bar shampoos
1 - Kremoland / Joanna Chyl, 2 - Amphora Aromatics, 3 - Tinktura, 4 - Lush, 5 - Naturologia, 6 - Herbs & Hydro, 7 - Cztery Szpaki


SPRAWDZONE SZAMPONY W KOSTCE

Poniżej lista szamponów w kostce, których do tej pory używałam. U mnie sprawdziły się wszystkie i nie widzę żadnej różnicy między nimi a tymi w płynie, których używałam wcześniej. Zaznaczam jednak, że nie jestem kosmetyczną ekspertką, ani żadną włosomaniaczką. Dla mnie sprawa jest prosta: robią to, co mają robić, czyli myją, nie ma co drążyć tematu. Być może są między ich działaniem jakieś różnice, jednak dla laiczki takiej jak ja są one niedostrzegalne.

Zauważalne za to są różnice w cenie, dostępności i sposobie pakowania. Poniżej znajdziecie wszystkie szczegóły, wraz z przykładowymi składami. Kolejność chronologiczna (to nie jest ranking!).


1. SHAUSHKA (DAWNIEJ KREMOLAND)

Pierwszy szampon w kostce, który wypróbowałam - w czasach, kiedy takich produktów w Polsce praktycznie nie było (zamawiałam go wtedy mejlowo i odbierałam osobiście z mieszkania jego twórczyni Joanny Chyl :) Do tej pory przetestowałam chyba wszystkie dostępne warianty (ok. 10) i wszystkie się u mnie sprawdziły, chociaż ze względów praktycznych polecam raczej te w jasnych kolorach, bo np. ten ciemny z proszkiem Shikakai trochę brudzi kafelki. To szampony typu 2 w 1 (szampon z odżywką). Wyróżnia je intensywny, "indyjski" zapach i gładka konsystencja (szampony innych marek składają się z takich jakby zlepionych ze sobą malutkich wiórków). W ofercie jest też odżywka w kostce.

Skład: Sodium Coco-Sulfate, Butyrospermum Parkii Butter, Kaolin, Aqua, Ricinus Communis Seed Oil, Sesamum Indicum Seed Oil, Theobroma Cacao Seed Butter, Alkanna Tinctoria Root Powder, Lavandula Angustifolia Herb Oil, Linalool
Opakowanie: papierowa bibulka + drewniane pudełko; wysyłka zero waste (folia tylko z drugiego obiegu)
Produkcja: Polska
Waga: 80 g
Cena: 35-39 zł 
Gdzie kupić: Shaushka.pl


2. AMPHORA AROMATICS

Drugi mój strzał. Przerobiłam dwa: ten w żółtym i niebieskim pudełku. Oba spoko, ale minus za opakowanie (patrz niżej).

Skład: Sodium Coco Sulfate, Cocos nucifera (Coconut) Oil, Aqua, Propylene Glycol, Maris Sal, Citrus limon Peel (Lemon) Oil, Citrus aurantium bergamia Fruit Oil, Parfum, Sodium Sulfate, CI 19140, Linalool, Limonene, Geraniol, Citral
Opakowanie: kartonowe pudełko, ale niestety w środku folia; skontaktowałam się z producentem i zapowiedział, że kolejne partie mają być już w 100% pakowane w papier, ale nie wiem, czy to już weszło w życie i czy sprzedawca na Allegro ma już towar z nowej partii; z plusów: polski sprzedawca na prośbę pakuje paczkę w duchu zero waste
Produkcja: Wielka Brytania
Waga: 50 g
Cena: 30 zł
Gdzie kupić: Allegro


3. TINKTURA

Te szampony odkryłam dzięki reklamie na Instagramie (pamiętam, bo rzadko widuję tak dobrze stargetowane reklamy, zwykle, pewnie z racji wieku, wyświetlają mi się oferty fotografów ślubnych i ubranka dla niemowlaków). Chorwacka marka ma w ofercie aż 5 rodzajów szamponów w kostce. Póki co wypróbowałam 3: czerwonego Rudolfa, zielony 2 w1 i fioletową lawendę. Wszystkim daję okejkę. Ciekawostka: mają też odżywki w kostce, ale nie próbowałam.

Skład: Sodium Coco Sulfate, Sodium chloride, Panthenol, Citrus limonum peel oil, Lavandula angustifolia, Citric acid, CI7700
Opakowanie: tekturowe pudełko (tektura z recyklingu, ale chyba powlekana) z metalowym dnem i wieczkiem; mam skrytą nadzieję, że w przyszłości wprowadzą możliwość zakupu szamponów bez opakowania; póki co dzięki prośbom grupy FB Zero Waste Polska (w tym moim), wprowadzili na życzenie wysyłkę ekologiczną bez folii (normalnie wysyłają w kopercie bąbelkowej) 
Produkcja: Chorwacja
Waga: 60 g
Cena: 24-27 zł
Gdzie kupić: Tinktura.pl + lista sklepów


4. LUSH

Słynnego Lusha przetestowałam dzięki Paulinie, która podarowała mi w prezencie kostkę Jason And the Argan Oil (sama średnio była zadowolona ze swojej kostki, ale jako włosomaniaczka ma pewnie dużo wyższe wymagania ode mnie). Wiem, że wiele osób hejtuje ich za SLS, ale ja nie jestem wrażliwa na ten składnik. Marka ma chyba największą na rynku ofertę szamponów i odżywek bez opakowań. Planuję napaść na ich sklep podczas mojego najbliższego wyjazdu do Malmö.

Skład: Sodium Lauryl Sulfate, Aqua, Agar Argan Oil, Glycerine, Perfume, Rose Absolute, Geranium Oil, Rose Oil, Sicilian Lemon Oil, Limonene, Coumarin Citronellol, Geraniol, Colour 17200
Opakowanie: brak (papierowa torebka) 
Produkcja: Wielka Brytania
Waga: 55 g
Cena: £7.50 w Wieliej Brytanii, ok. 65 zł na Allegro
Gdzie kupić: Allegro


5. NATUROLOGIA

Kiedy wchodzisz na krakowski Wege Festiwal i od progu wita cię tablica z napisem: "NOWOŚĆ! SZAMPON W KOSTCE", nie możesz nie skorzystać z okazji. Używałam tego zielonego, ze skrzypem (malinowego wtedy jeszcze nie było). Był chyba najtwardszy ze wszystkich, jakie miałam, ale sprawdził się bez zarzutu. Jedyny minus: pod koniec, kiedy został mi już maleńki kawałek, miałam problem, bo skruszył się na pył i nie dało się go używać - ani przykleić do nowej kostki, ani zgnieść w kulkę, jak to robię z innymi szamponami.

Skład: Sodium Cocoyl Isethionate, Shea Butter, Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Butter, Rassal (Montmorillonite) Clay, Vitis Vinifera Seed Oil, Equisetum Arvense Extract, Spirulina Platensis Powder, Inulin, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Salvia Sclarea Oil, Mentha Piperita Leaf Oli, Lavandula Angustifolia (Lavender) Oil, Linalool, Limonene, Geraniol
Opakowanie: papierowa torebka; nie wiem, jak wysyłają, bo kupiłam na targach 
Produkcja: Polska
Waga: 80 g
Cena: 29-35 zł
Gdzie kupić: Naturlogia.pl


6. HERBS & HYDRO

Nowość, która pojawiła się zaledwie miesiąc temu i którą mogłam przetestować dzięki uprzejmości marki. Najbardziej wyluzowane szampony na rynku, bo z konopi ;) Malina i mango pachną obłędnie, ale póki co kończę zielony (same konopie) i sprawdza się bardzo fajnie. W ofercie mają 5 szamponów plus specjalny do brody (Dzióbek ma, ale jeszcze nie używał).

Skład: Sodium Cocoyl Isethionate (SCI), White Clay, BTMS50 – Behentrimonium Methosulfate (and) Cetyl Alcohol (and) Butylene Glycol, Cetyl Alcohol, Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Butter, Red Clay, Karagen, Cannabis (Hemp) Seed Oil, Rubus Idaeus Seed Oil, Citrus Aurantium Amara Flower Water, Panthenol, Tocopherol, Parfum
Opakowanie: do wyboru: metalowa puszka lub papierek; przesyłka bez folii
Produkcja: Polska
Waga: 55 g
Cena: 43-53 zł (w puszce + 7 zł)
Gdzie kupić: TradycyjneMydło.pl


7. CZTERY SZPAKI

Świeżutka nowość, która załapała się do zestawienia rzutem na taśmę. Użyłam tego szamponu dopiero 3 razy, ale już widzę, że jest naprawdę fajny. Uwaga: to nie jest mydło do włosów, które Szpaki miały w ofercie już wcześniej (wiem, że nie u wszystkich się sprawdziło, plus trzeba po nim używać  płukanki). To jest szampon szampon.

Skład: Sodium Cocoyl Isethionate, Sodium Coco Sulfate, Cetyl Alcohol, Inulin, Butyrospermum, Parkii (Shea) Butter, Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Butter, Ricinus Communis (Castor) Oil, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Oil, Montmorillonite (Red Clay), Panthenol, Oleum Citrus Limonum, Pelargoneum Graveolens Oil, Geraniol, Citronellol, Linalool
Opakowanie: tekturowe pudełko; wysyłka bez folii
Produkcja: Polska
Waga: 75 g
Cena: 32 zł
Gdzie kupić: 4szpaki.pl + lista sklepów (są też np. w krakowskim Pigmencie)

***

I to by było na tyle. Dajcie znać, czy używałyście którychś z tych szamponów i jak Wasze wrażenia. Może  macie jakieś inne sprawdzone marki? Chętnie wypróbuję. A jeśli dopiero przymierzacie się do zakupu szamponu w kostce, to pamiętajcie, że żaden kosmetyk nie sprawdza się tak samo u wszystkich i to, co działa na moich prostych włosach z tendencją do przetłuszczania się, niekoniecznie sprawdzi się u Was. To zawsze indywidualna sprawa.

12 września 2017

Malowana lala, czyli mój makijaż

Bawiłyście się w dzieciństwie kosmetykami Mamy? Mnie się to zdarzyło chyba tylko dwa razy. Raz, mając z 6 lat, dobrałam się wraz z koleżanką do Maminych szminek, ale zamiast pomalować usta, namalowałam sobie dwa wielkie czerwone kółka na policzkach, tworząc mejkap idealny na występy w cyrku. Potem, już jako nastolatka, żeby nastraszyć moją młodszą siostrę, namalowałam sobie szminką krew wyciekającą z ust i położyłam się na podłodze łazienki, udając trupa. Jak widać, od początku było jasne, że make-up guru raczej ze mnie nie wyrośnie.

Pierwszy raz w życiu "na poważnie" pomalowałam się, idąc na studniówkę. Mój wypasiony, studniówkowy makijaż składał się z pudru i... bezbarwnego tuszu do rzęs. Nie mogłam się nadziwić, jak inaczej wyglądam! Wcześniej zdarzyło mi się używać punktowo korektora w sztyfcie na pryszcze, ale puder to był dla mnie zupełnie nowy poziom wypindrzenia.

Od mojej studniówki minęło prawie 20 lat, ale mój makijaż od tamtego czasu jakoś specjalnie się nie rozwinął. Maluję się tak, że czasem znajome (albo Mama!) pytają mnie, czy w ogóle jestem pomalowana. W komentarzach na blogu też od czasu do czasu pojawiają się sugestie, że powinnam się pomalować, albo pytania, dlaczego nawet idąc na wesele, nie zrobiłam makijażu. A ja zawsze jestem pomalowana! Może na zdjęciach tego nie widać i może powinnam specjalnie malować się mocniej do naszych "sesji", ale po prostu tego nie lubię. Kilka razy przy okazji różnych okołoblogowych akcji miałam zrobiony profesjonalny, wyrazisty makijaż i w takiej wersji NIGDY się sobie nie podobałam. To znaczy owszem, na zdjęciach wyglądało to spoko, sypały się komplementy, ale bardzo nie podobało mi się to, co widziałam w lustrze. Wyglądałam jakoś poważnie, nienaturalnie, smutno i staro (czy raczej: starzej). Jak nie ja.

No dobra, ale może bym tak przeszła do rzeczy. Jak się maluję na co dzień? Tak samo jak od święta. Mój makijaż jest zawsze taki sam: dość minimalistyczny i ma funkcję bardziej tuszująco-porządkującą niż odmieniającą oblicze. Zależy mi na tym, żeby dało się go szybko zrobić (mierzyłam czas, w wersji full wypas zajmuje mi to 4 minuty i 31 sekund), szybko zmyć i żeby różnica przed i po nie przyprawiała mnie ani osób, które widują mnie w obu wersjach (czyli głównie Dzióbka i kuriera Dariusza), o szok.

Na zdjęciu widzicie WSZYSTKIE moje kosmetyki do makijażu. Nie wszystkich używam zawsze - im większy numer, tym mniejsza częstotliwość. Ciągle liczę na to, że moja  skóra w końcu się uspokoi (pisałam o tym w poście o pielęgnacji) i będę mogła całkiem zrezygnować z maskowania twarzy. Niestety, kiedy już jest prawie dobrze (niedawno było tak dobrze, że pierwszy raz w życiu pokazałam się internetowi w wersji #nomakeup!), następuje gwałtowny zwrot akcji i znowu wyglądam jak pryszczata smarkula (taka, której zaczynają się już robić zmarszczki). No ale nie tracę nadziei. Oto, czego używam, żeby zrobić się na... może nie bóstwo, ale na w miarę okejowo wyglądającego człowieka.

My make-up routine


1. KREM KOLORYZUJĄCY ORIGINS GINZING SPF40

Przez wiele lat używałam pokładu w płynie, ale 2 miesiące temu dostałam przesyłkę PR-ową od Origins, a w niej wynalazek, który odmienił moje życie. A przynajmniej makijaż. Ginzing SPF 40 to mazidło 3 w 1: krem koloryzujący, krem nawilżający i filtr przeciwsłoneczny. Czaicie to? Zamiast 3 warstw teraz wystarczy mi tylko jedna! No OK, filtra i tak zwykle nie używałam (właśnie dlatego, że nie lubię / nie che mi się nakładać tylu warstw na twarz), ale wiem, że powinnam. Krem dobrze się rozprowadza, delikatnie wyrównuje koloryt (nie jest to mocne krycie, ale i tak zawsze używałam tylko kilku kropel podkładu, więc mnie to wystarcza) i szybko się wchłania. Idealna opcja dla makijażowego lenia - minimalisty.


2. KOREKTOR ARTDECO LONG-WEAR CONCEALER (14 SOFT IVORY)

Bez korektora, podobnie jak bez podkładu / kremu koloryzującego, w zasadzie nie wychodzę z domu. Najbardziej lubię takie w pędzelku albo z aplikatorem zakończonym gąbeczką. Ten z Artdeco z serii Minimal Make-up najlepiej mi odpowiada, jeśli chodzi o krycie i odcień. Stosuję go pod oczy i punktowo na wszelkie niedoskonałości. Pod oczami od razu delikatnie go wklepuję, a resztę korektorowych punkcików zostawiam na chwilę, żeby trochę zastygły, bo próbując je od razu rozetrzeć, wszystko zmazuję. W tym czasie robię brwi i oczy.


3. CIEŃ DO POWIEK SENSIQUE (209 DARK CHOCOLATE)

Przyznaję, ja też się ślinię na widok pięknych naturalnych paletek cieni z Instagrama (może dlatego, że wyglądają trochę jak czekoladki?), ale miałam kiedyś minipaletkę złożoną z 3 cieni, a i tak używałam tylko jednego, więc w moim przypadku większa liczba zupełnie nie ma sensu. Mam jeden jedyny brązowy cień Sensique, kupiony za kilka złotych w Naturze i on mi w zupełności wystarcza. Używam go i do powiek, i do brwi. Parę lat temu marzyłam o eyelinerowych kreskach na powiekach, ale po kilku nieudanych próbach musiałam przyjąć do wiadomości, że to nie dla mnie. Albo moje powieki są jakieś nierówne, albo moje umiejętności tak słabe (najprawdopodobniej jedno i drugie), w każdym razie, efekty były opłakane (i jak to ciężko zmyć!). Dużo lepiej sprawdza się u mnie (i przy okazji bardziej naturalnie wygląda) odrobina brązowego cienia nałożona przy linii rzęs w pobliżu zewnętrznych kącików oka i roztarta pędzelkiem. Reszty powiek nie maluję.


4. ŻEL DO BRWI MAYBELLINE BROWDRAMA (BEZBARWNY)

Moje brwi lubią żyć własnym życiem, dlatego do ich poskromienia przydaje mi się żel modelujący. Mogę nie pomalować oczu i brwi, ale żel zawsze idzie w ruch. To czarny (choć bezbarwny) koń mojej kosmetyczki.


5. TUSZ DO RZĘS MAYBELLINE SENSATIONAL (CZARNY)

Jeśli mam pomalowane rzęsy, to wiedz, że coś się dzieje. Robię to tylko na większe / ważniejsze wyjścia, bo... potem jest za dużo roboty ze zmywaniem. I zawsze maluję tylko górne rzęsy (dolne to by już była dla mnie przesada - nie idę przecież na bal przebierańców! ;) Nie jestem przywiązana do konkretnej marki. Teraz używam tuszu Sensational z Maybelline, ale wkurza mnie ta wygięta szczoteczka. W niczym mi to nie pomaga, a wręcz przeszkadza, bo trzeba ją ustawiać pod odpowiednim kątem. Zdecydowanie wolę te klasyczne, proste.


6. RÓŻ MAC (FLEUR POWER)

Niektórzy dzielą kobiece typy urody na Wiosnę, Lato, Jesień i Zimę. Ja bym dodała do tego zestawu jeszcze jeden typ: Ziemniak, bo on chyba najlepiej oddaje moją karnację. Na szczęście róż z MAC-a potrafi dodać trochę życia mojej kartoflanej cerze. Dostałam go kilka lat temu od Siostry i podejrzewam, że (przy moim stosowaniu tylko na wyjścia) prędzej umrę, niż mi się skończy.


7. PĘDZLE

Jestem wielką fanką pędzli, bo nie lubię dotykać twarzy dłońmi podczas robienia makijażu (to jest jedyna wada mojego kremu koloryzującego - że muszę go nakładać palcami, a nie, jak podkład, moim ukochanym pędzlem Hakuro H51). Do brwi i linii rzęs używam cieniutkiego Hakuro H85, do rozcierania cienia - puchatego pędzelka z Essence, a do różu - Hakuro H24 (kupuję je na Allegro). Uwielbiam to delikatne mizianie :)


***

That's all, folks! Jak zawsze ciekawa jestem Waszych ulubionych kosmetyków. Do większości moich farbek nie jestem jakoś szczególnie przywiązana, więc chętnie poczytam o Waszych sprawdzonych mazidłach i wypróbuję następnym razem coś nowego :)


27 czerwca 2017

Short hair, don't care

Co tam u mnie? Ano, jak już obwieszczałam na Fejsie, nastąpiło wydarzenie dekady i obcięłam włosy. Na krótko. Wiecie, że do fryzjera chodzę rzadko. Tym razem od mojej ostatniej wizyty minęły prawie 2 lata. Stwierdziłam, że skoro udało mi się wyhodować takie długie włosy, to jest to sytuacja idealna, żeby upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: zrobić coś pożytecznego, oddając je Fundacji Rak'n'Roll na peruki dla kobiet w trakcie chemioterapii (minimalna długość to 25 cm), a przy okazji odważyć się na to, co chodziło mi po głowie od dawna (w sumie już od dzieciństwa), czyli obciąć się "na chłopaka".

Efekt poniżej. Pierwotnie fryzura była dłuższa (zaczesywana do góry, z dłuższym tyłem) i choć z początku byłam bardzo zadowolona i z salonu wyszłam, szczerząc się od ucha do ucha, to po kilku dniach doszłam do wniosku, że jednak coś mi nie gra. Że jest za bardzo a la "nowoczesna biznesłumen z polskiego serialu" (wiecie, taki typ grany zwykle przez Małgorzatę Kożuchowską), a za mało a la ja. No więc podczepiłam się pod Dzióbka, który akurat umawiał się do swojej fryzjerki i wczoraj zaliczyłam cięcie numer 2, z finałem, który moim zdaniem znacznie bardziej do mnie pasuje.

Zdjęcia robiłam wczoraj, prosto po fryzjerze, więc fryzura jest świeża, jeszcze nie uleżana (teraz widzę, że na ostatnim zdjęciu utworzyła mi się jakaś dziwna kopułka), ale zapewniam, że moja nowa głowa jeszcze nie raz się tu pojawi - w powiększeniu i na zdjęciach lepszej jakości. A póki co wrzucam foty na gorąco i lecę się pakować na Open'era!

Short hair, don't care!
Podobno to, jak się wychodzi na zdjęciach, zależy od tego, obok kogo się stoi. 
Moim zdaniem krowa wyszła super.

21 grudnia 2016

Moja pielęgnacja twarzy

Często pytacie: "Sztywniaro, co robisz, że masz taką nieskazitelną i promienną cerę?" Dobra, żartuję, nikt nigdy o to nie zapytał, bo moja cera jest daleka od ideału. Jest jednak kilka kosmetyków, które sprawiają, że wygląda lepiej niż gorzej, i właśnie dzisiaj moimi pielęgnacyjnymi ulubieńcami chciałam się z Wami podzielić.

Oczywiście wiadomo, jak to z kosmetykami i innymi gadżetami urodowymi bywa - co dla jednego jest hitem, dla drugiego będzie bublem. Każdy ma inną cerę i inne preferencje, dlatego najpierw kilka słów o tym, jak sytuacja wygląda u mnie.

W angielskim jest takie brzydkie określenie na osobę z problemami skórnymi: pizza face. No więc jeśli moja twarz byłaby pizzą, to byłaby tą ostatnią w menu, ze wszystkimi możliwymi składnikami. Bo czasami jest na niej naprawdę WSZYSTKO. Pryszcze, zaskórniki, przebarwienia, widoczne pory, miejsca tłuste, świecące się jak kula dyskotekowa, oraz przesuszone, łuszczące się (które, co ciekawe, czasem pokrywają się z tymi tłustymi), a do tego wszystkiego jeszcze piegi, które same w sobie są oczywiście spoko, ale w połączeniu z całą resztą zwiększają wrażenie zamieszania na twarzy. W skrócie: mam cerę problemową, według różnych diagnoz mieszaną albo odwodnioną. Na domiar złego bardzo lubię majstrować przy twarzy. Walczę z tym, bo zdaję sobie sprawę, że 90% moich problemów wynika właśnie z drapania, skubania i wyciskania. Kiedy na jakiś czas zostawiam skórę w spokoju, wygląda nieporównanie lepiej. 

Co do moich kosmetycznych preferencji, to lubię, kiedy kosmetyki są bezzapachowe, bezproblemowe i kiedy jest ich jak najmniej. Zdecydowanie nie jestem typem, który czerpie przyjemność z przesiadywania w  łazience i wklepywania kremików. Nie używam odżywek do włosów, a balsam do ciała stosuję w ostateczności, kiedy moja skóra jest jednym wielkim wysuszonym wiórkiem. Ale i tak wieczorem spędzam w łazience sporo czasu i z zazdrością patrzę na Dzióbka, który nie stosuje żadnych mazideł (nawet latem, żeby nałożyć mu filtr przeciwsłoneczny, muszę go najpierw schwytać i obezwładnić), a mimo to jego facjata wygląda 10 razy lepiej od mojej.

Dobra, a teraz do rzeczy. Oto, jak przebiega moja codzienna pielęgnacja twarzy.

My skincare routine


 1. PŁYN MICELARNY ZIAJA ULGA

Jeśli chodzi o demakijaż oczu, to od paru lat jestem wierna płynowi micelarnemu Ziaja Ulga do skóry wrażliwej (wymiennie z Sopot Spa, który też lubię). Jest łagodny, nietłusty (nie cierpię wszelakich mleczek albo tych dwufazowych tłuściochów), bezzapachowy, a przy tym tani. No i robi, co ma robić (chociaż tu trzeba powiedzieć, że do roboty nie ma za wiele, bo mój makijaż oczu składa się tylko z odrobiny brązowego cienia oraz tuszu do rzęs). Przy okazji: płatki kosmetyczne uznaję wyłącznie marki Bella, bo to jedyne, które się nie rozdwajają (w drogeriach ciężko je dostać, ale są dostępne w Carrefourze).


2. EMULSJA MICELARNA CETAPHIL EM

Cetaphil to rekordzista w tym zestawieniu, bo używam go chyba już z 5 albo 6 lat. Najbardziej lubię go za to, jaki jest delikatny. Nie podrażnia i nie szczypie, nawet jeśli na twarzy mam akurat jakieś ranki czy zadrapania. Dokładnie oczyszcza, ma gładką konsystencję, nie pieni się i łatwo się spłukuje. Opakowanie 250 ml potrafi kosztować od ok. 30 do 50 zł, więc przed zakupem warto porównać ceny w różnych aptekach, sklepach internetowych albo na Allegro. Ja ostatnio na promocji w Superpharmie kupiłam butlę 591 ml za ok. 60 zł.


3. SZCZOTECZKA DO MYCIA TWARZY PHILIPS VIASUPRE ADVANCED

Przez ostatnie 4-5 lat codziennie używałam do mycia szmatki muślinowej. Skóra była domyta znacznie lepiej niż przy użyciu samych dłoni, ale od dawna marzyło mi się przejście na wyższy poziom i wypróbowanie elektrycznej szczoteczki do mycia twarzy. No i chyba byłam bardzo grzeczna, bo na mikołajki Philips przysłał mi do przetestowania urządzenie VisaPure Advanced.

Co to za wynalazek? To sprzęt 3 w 1 służący do oczyszczania, masażu twarzy oraz odświeżania skóry pod oczami. W komplecie są 3 wymienne końcówki (oprócz nich można dokupić osobno jeszcze kilka innych: do skóry wrażliwej, trądzikowej itd.). Do oczyszczania mamy szczoteczkę, która wibruje i obraca się z prędkością 250 obrotów na minutę, dzięki czemu jest 10 razy dokładniejsza niż mycie dłońmi (ale równie delikatna). Teraz cały proces zmywania makijażu jest u mnie szybki (trwa tylko 60 sekund), dokładny i o wiele wygodniejszy niż zwykłe mycie, bo nie muszę już nachylać się nad zlewem i nic mi nie cieknie po rękach.

Początkowo sceptycznie podchodziłam do końcówki do masażu twarzy. Podejrzewałam, że to może być jeden z tych fajerwerków, które są właściwie zbędne. Myślałam tak do pierwszego użycia. Ludzie, jaki to jest odlot! Obracająca się końcówka z silikonowymi kuleczkami imituje japoński masaż twarzy opuszkami palców, tyle że tutaj mamy aż 750 muśnięć opuszków ma minutę. Pobudza to głębsze partie skóry, poprawia cyrkulację, odpręża i działa ujędrniająco (ponoć w moim wieku to ważne). Wszystko trwa zaledwie 3 minuty, ale jest tak niesamowicie przyjemne, że człowiek zamyka oczy i na chwilę odpływa (warto wcześniej posmarować twarz kremem i ułożyć się wygodnie na kanapie).

Trzecia końcówka służy do odświeżania okolic oczu. Zdarzyło mi się używać kremów i żeli w kulce pod oczy, które dla lepszego efektu należało przechowywać w lodówce. Aplikacja takiego schłodzonego specyfiku jest faktycznie dużo przyjemniejsza, ale zdecydowanie nie jestem fanką biegania z łazienki do lodówki. Natomiast ta ceramiczna końcówka jest zawsze zimna (mimo że przecież łazienka to zwykle najcieplejsze pomieszczenie w domu) i wystarczy 30 sekund, żeby rano dobudzić oczy (można ją stosować solo lub po nałożeniu kremu).

Póki co jestem z tego magicznego urządzenia bardzo zadowolona. Może z żaby nie zamieniłam się od razu w księżniczkę, ale skóra rzeczywiście wydaje się jakby gładsza i bardziej miękka. Sprzęt nie jest tani i trudno go nazwać produktem pierwszej potrzeby, ale tak jak w przypadku elektrycznej szczoteczki do zębów - jak człowiek raz spróbuje, to już nigdy nie wróci do czyszczenia manualnego. VisaPure Advanced jest do kupienia w Douglasie (po zarejestrowaniu swojego produktu na stronie Philips dostaniecie dodatkową szczoteczkę gratis). Jeśli jesteście ciekawi, jak pielęgnacja z użyciem tego cudeńka wygląda w praktyce, tutaj możecie zobaczyć filmik.


4. KREM CETAPHIL PS

Cetaphil PS to mój krem na dzień, pod makijaż, który stosuję od jakichś 4 lat. Lubię go, bo - podobnie jak emulsja do mycia - jest bardzo delikatny. Poza tym szybko się wchłania, skóra jest po nim miękka, a podkład dobrze się rozprowadza. Szkoda tylko, że nie ma filtra przeciwsłonecznego. Latem stosowałam Cetaphil Suntivity +50, ale niestety nie był już taki fajny (ślizgał się powierzchni, wolno się wchłaniał i był tłusty - jak dla mnie za tłusty na dzień).


5. KREM POD OCZY Z AWOKADO KIEHL'S

Testowałam różne kremy pod oczy, ale z żadnego nie byłam naprawdę zadowolona. Wszystkie były jakieś mało treściwe, wodniste i miałam wrażenie, że nie wnikają głębiej w skórę. Aż pewnego dnia dotarła do mnie paczka niespodzianka od Kiehl's, a w niej jeden z ich hitów, czyli krem pod oczy z awokado. To była miłość od pierwszego wklepania. Jest gęsty, ale szybko się wchłania i po raz pierwszy mam wrażenie, że krem pod oczy naprawdę coś robi. W sensie: nawilża i to na długo. Nie należy do najtańszych, ale jest bardzo wydajny: na jedno użycie wystarczy rozetrzeć w palcach dosłownie kropelkę (pierwszy słoiczek 14 ml starczył mi na jakieś pół roku przy stosowaniu raz dziennie).


6. OLEJ MALINOWY MINISTERSTWO DOBREGO MYDŁA

Długo nie mogłam znaleźć kremu na noc, który by naprawdę nawilżał i odżywiał moją skłonną do przesuszeń skórę. I nie znalazłam. Znalazłam za to coś lepszego: naturalne olejki. W moim przypadku sprawdzają się o wiele lepiej niż kremy. Od dłuższego czasu używam olejku malinowego z Ministerstwa Dobrego Mydła, ale testowałam różne i w zasadzie ze wszystkich byłam zadowolona. Dobrze sprawdził się u mnie na przykład olej arganowy Nacomi,  olejek tamanu z Biochemii Urody (chociaż Dzióbek twierdzi, że pachnie rosołem), a w wersji de luxe Midnight Recovery Concentrate od Kiehl's.


7. MAŚĆ OCHRONNA DLA DZIECI BEPANTHEN

Kojarzycie ojca głównej bohaterki z filmu "Moje wielkie greckie wesele", który wszystkie problemy skórne załatwiał, spryskując je płynem do mycia szyb? No to Bepanthen to taki właśnie mój Windex. Od kiedy kilka lat temu użyczyła mi go koleżanka, która smarowała nim świeżo zrobiony tatuaż, stosuję go na wszystko: ranki, podrażnienia, pryszcze w każdej fazie rozwoju, ślady po pryszczach, przesuszone miejsca i tak dalej. I on naprawdę na wszystko mi pomaga. Skóra goi się szybciej, a niedoskonałości znikają w ekspresowym tempie. Znajdziecie go w aptekach. Zaznaczam, że używam maści, bo jest też krem Bepanthen (w niemal identycznym opakowaniu), ale jego nie próbowałam.


***

Chętnie poczytam o Waszych ulubionych kosmetykach i gadżetach do pielęgnacji (szczególnie jeśli możecie polecić jakiś dobry krem na dzień z filtrem). Tak więc jeśli jakiś specyfik szczególnie dobrze się u Was sprawdza, dajcie znać w komentarzach. Tylko koniecznie napiszcie, jaką macie cerę - to bardzo ułatwi sprawę innym osobom szukającym kosmetyków dostosowanych do konkretnych potrzeb.


Philips VisaPure Advanced
Philips VisaPure Advanced
Philips VisaPure Advanced

15 kwietnia 2014

Dobry skręt, czyli mój sposób na oporne włosy

Tego posta powinnam chyba zacząć od "Cześć, kochane!", bo dzisiaj zamieniam się w blogerkę urodową. A dokładnie włosową. Po wielu latach w końcu udało mi się znaleźć sposób na moje wyjątkowo niechętne do współpracy włosy i teraz wreszcie mogę powiedzieć, że jestem w miarę zadowolona z tego, co się dzieje na mojej głowie. Reszcie świata też się chyba podoba, bo na blogu, Fejsie, a nawet w tak zwanym prawdziwym życiu regularnie dostaję pytania dotyczące koloryzacji oraz układania moich "boskich" (no co, to cytat) fal. Dlatego postanowiłam zebrać do kupy całą moją tajemną wiedzę i podzielić się z Wami kosmetykami, gadżetami oraz trikami, które stosuję codziennie (lub prawie codziennie) i które bardzo ułatwiają mi życie. Wszystko 100% Sztywniara Tested & Approved.

Na początek krótka charakterystyka głównego bohatera. Moje włosy w stanie surowym to proste, przyklapnięte, smętne strąki, które są wyjątkowo niepodatne na układanie, a do tego szybko się przetłuszczają. Głównym celem większości moich zabiegów jest uzyskanie efektu zwiększonej objętości, lekkiego potargania i naturalnego pofalowania. Krótko mówiąc, na głowie ma się coś dziać, to coś musi być szybkie do zrobienia, no i musi się trzymać przez cały dzień. Na szczęście da się!
gadzety


1. CIĘCIE + KOLOR

Sprawa podstawowa to dobry fryzjer. Jeśli już takiego znajdziecie, trzymajcie się go i nie puszczajcie. Ja odkąd trafiłam do krakowskiego Salonu Roman (o czym pisałam 3 lata temu), nie chodzę nigdzie indziej. Uprzedzając komentarze: owszem, pierwszą wizytę Roman mi zafundował, ale byłam tak zadowolona z efektu, że od tamtej pory odwiedzam go regularnie już jako zwykła klientka (chociaż "zwykła" w przypadku Romana nie jest najwłaściwszym określeniem, bo z moich obserwacji wynika, że tam wszystkie klientki - nie tylko sławne blogerki - są traktowane po królewsku).

U Romana zawsze zamawiam "Sztywniarowy pakiet standardowy", czyli cieniowanie plus balejaż kalifornijski. Dzięki cieniowaniu moje włosy są lżejsze, bardziej "trójwymiarowe" i nieporównanie lepiej się układają. Z kolei balejaż kalifornijski to coś w rodzaju ombre, ale nie takie typowe, bo zamiast efektu "zamoczyłam włosy w wybielaczu" mamy efekt "surfowałam całe lato w L.A." Przejście od naturalnego koloru do jaśniejszych końcówek jest bardzo łagodne i w połączeniu z rozjaśnionymi pasmami przy twarzy sprawia, że wszystko wygląda meganaturalnie, a fryzura zyskuje głębię. Genialną sprawą jest to, że przy tej opcji farbowania włosy wyglądają dobrze, nawet kiedy już sporo odrosną. Mnie nawet po 9 miesiącach od ostatniej wizyty zdarzyło się słyszeć (lub czytać) komplementy i pytania, czy byłam niedawno u fryzjera. Jeśli to nie jest najlepsza rekomendacja, to ja nie wiem.

Na zdjęciach poniżej możecie zobaczyć efekty mojej sobotniej (tym razem również gratisowej) wizyty. Cięcie i koloryzacja (metodą "na powietrzu", czyli z wykorzystaniem... waty) - Salon Roman. Stylizacja (metodą "na lenia", opisaną w punktach 4-5-6 poniżej) - ja.


2. TURBAN TURBIE TWIST

Turbie Twist to nic innego jak kaptur do zawijania mokrych włosów z doszytą elastyczną pętelką, w którą wsadza się jego skręcony koniec. Jaką ma przewagę nad zwykłym ręcznikiem? Przede wszystkim taką, że dzięki pętelce turban mocno się trzyma i nie rozwala przy schylaniu, skakaniu czy bieganiu po domu w porannej panice. Poza tym jest o wiele lżejszy niż zwykły ręcznik i lepiej chłonie wodę, co znacznie skraca późniejszą zabawę z suszarką. Używam go codziennie od prawie roku i nie ma opcji, żebym teraz wróciła do zwykłego ręcznika.

Mojego Turbie Twista dostałam w prezencie od koleżanki (w zestawie z czepkiem kąpielowym), ale wiem, że są dostępne np. na Allegro. Ponoć podobne turbany można też kupić w Avonie, Oriflame, a nawet na bazarach, jednak słyszałam, że nie wszystkie są tak chłonne jak pierwowzór. Zainteresowanym polecam recenzję nissiax83.


3. SZCZOTKA TANGLE TEEZER

Tą czarodziejską szczotką (ponoć wzorowaną na szczotkach dla koni) zachwyca się cały kosmetyczny YouTube. I zachwyca się jak najbardziej słusznie, bo Tangle Teezer naprawdę szybciej rozczesuje włosy i robi to bez ciągnięcia i szarpania. Czeszę włosy zawsze na mokro, nigdy na sucho (wtedy się strasznie elektryzują). Wcześniej dostawałam przy tym białej gorączki, teraz trwa to jakieś 2 minuty. 

Zastanawiałam się, na czym polega sekret tego wynalazku, no bo, kurde, to w końcu zwykły kawałek plastiku. Na moje oko chodzi o to, że ułożone rzędowo ząbki (1-centymetrowe na przemian z 0,5-centymetrowymi) są krótsze i rozstawione szerzej niż w normalnych szczotkach, dzięki czemu nie wchodzą zbyt głęboko i nie ciągną dużo włosów naraz. Po prostu najpierw rozczesują włosy z wierzchu i przy każdym następnym pociągnięciu zgarniają kolejną warstwę.

Przez ponad rok używałam wersji klasycznej, ale niedawno ukradł mi ją Dzióbek, bo okazało się, że "końska szczotka" idealnie sprawdza się do zaczesywania do góry męskiej grzywy. Teraz mam wersję Salon Elite, która jest smuklejsza i zdecydowanie lepiej leży w dłoni. Tangle Teezer ma swoją polską stronę, ale ja oba egzemplarze kupiłam na Allegro (bo taniej). Polecam recenzję nieesia25, która przekonała mnie do zakupu. 



4. PROSZEK GOT2B POWDER'FUL

Proszek dodający objętości to najlepsze, co mogło się przytrafić moim przyklapniętym włosom. Spotkałam się kiedyś z określeniem "kokaina do włosów", co w moim przypadku pasuje idealnie, bo całkowicie się od tego białego proszku uzależniłam i bez porannej działki nie jestem w stanie normalnie funkcjonować.

Sposób użycia jest banalny: wystarczy rozetrzeć odrobinę w dłoniach i wetrzeć u nasady włosów (najlepiej świeżo umytych!) po obu stronach przedziałka. Ten filmik pokazuje, jak to zrobić. Ja używam więcej proszku niż pan stylista i wysypuję go na palce, a nie na poduszkę dłoni, bo moim zdaniem to bez sensu, skoro i tak wciera się go palcami, a nie całą dłonią (co za marnotrawstwo kokainy!). Oczywiście im krótsza fryzura, tym większe uniesienie. Przy mojej długości nie ma szans na szopę a la Tina Turner, ale włosy o wiele dłużej pozostają świeże i nie wyglądają - jak to kiedyś obrazowo określiła moja koleżanka - "jakby mnie krowa liznęła".

Schwarzkopf produkuje też proszek Taft, który moim zdaniem jest dokładnie tym samym produktem, tyle że w innym opakowaniu. Kupuję je na zmianę, w zależności od tego, który akurat jest na promocji w Rossmannie albo Super-Pharmie.


5. PASTA MATUJĄCA GOT2B BEACH BOY

To drugi produkt, bez którego nie ruszam się z domu. Matuje jak szatan! Ilość mniej więcej wielkości orzecha laskowego (takiego w skorupce) rozcieram w dłoniach jak krem, a potem wgniatam we włosy jak piankę, zaczynając od dołu i dochodząc mniej więcej do połowy długości. Zajmuje to pół minuty, a robi na włosach pozytywne zamieszanie, czyli zwiększa objętość i tworzy coś na kształt potarganych fal (im bardziej włosy są ścieniowane, tym lepszy efekt). Ogromnym plusem jest to, że po zastosowaniu tego specyfiku włosy się nie elektryzują, co wcześniej było moją największą zmorą, zwłaszcza zimą. Jeśli tak napastowane włosy potraktuję lokówką, fale utrzymują mi się przez cały dzień (!), co jest totalną rewolucją, bo wcześniej nic nie trzymało mi się dłużej niż godzinę. Pasty (i proszku) używam, nawet jeśli związuję włosy w kok, bo dzięki zmatoweniu wszystko o wiele lepiej się trzyma, nie wyślizguje i nie rozpada.


6. LOKÓWKA

Lokówkę mam od dawna, ale dopiero rok temu nauczyłam się, jak robić luźne, naturalnie wyglądające fale. Jak zwykle niezawodny okazał się YouTube, a dokładnie Azjatycki Cukier i jej filmik instruktażowy. W skrócie chodzi o to, żeby lokówkę trzymać uchwytem do góry i nie używać tej klamry zaciskowej (bo wtedy robią się na włosach brzydkie zagięcia). Azjatycki Cukier trzyma tę klamrę cały czas otwartą, ja natomiast po prostu nawijam włosy na zamkniętą lokówkę.

Jako leń patentowany nie używam wcześniej żadnych środków chroniących włosy przed wysoką temperaturą. Wcieram proszek, wgniatam pastę (to kluczowa sprawa - bez niej fale zaraz by mi się rozpadły) i jadę z koksem. Jako leń nie kręcę też wszystkich włosów (musiałabym chyba wstawać o 5.00), tylko po 2-3 pasma po każdej stronie twarzy. Resztę załatwia sama pasta matująca. Pofalowane włosy przeczesuję delikatnie szczotką, żeby je trochę rozluźnić (i uniknąć efektu idealnych, komunijnych loków) i gotowe. Zajmuje to góra 5 minut, a fale trzymają mi się nie tylko przez cały dzień, ale do następnego rana. Jeśli mam imprezę i wiem, że będę dużo podskakiwać, na koniec utrwalam wszystko lakierem, ale to zdarza mi się naprawdę tylko od wielkiego dzwonu.

Jeśli chodzi o samą lokówkę, to używam starego modelu Vidal Sassoon. Ogólnie jestem z niej zadowolona, bo błyskawicznie się nagrzewa, ale teraz wybrałabym chyba coś z grubszym walcem (mój ma średnicę 19 mm).

***

I to by było na tyle. Mam nadzieję, że ten wpis przynajmniej dla kilku z Was okaże się pomocny. Oczywiście nieustająco jestem zainteresowana wszystkim, co zwiększa objętość, unosi i faluje włosy, więc jeśli macie swoje sprawdzone sposoby albo znacie jakieś fajne wynalazki, które robią robotę (suszarka z dyfuzorem? termoloki?), koniecznie dajcie znać.


blog3

16 lipca 2011

Like a virgin

W końcu TO zrobiłam. Pierwszy raz w życiu pofarbowałam włosy. A ponieważ tym, co mnie zawsze od farbowania najbardziej odstraszało, były odrosty, zrobiłam sobie... odrosty. Logiczne? Nawet bardzo! Pomyślałam, że jeśli rozjaśnię same końcówki, a reszty nie będę ruszać, to w razie porażki szybciej będę mogła powrócić do stanu wyjściowego. Taka ze mnie ryzykantka.

Roman zapraszał mnie do siebie już kilka tygodni temu, ale jakoś nigdy nie pociągały mnie przybytki piękności, a i za fryzjerami nie przepadałam, bo zwykle ich wizja dość diametralnie różniła się od mojej ("Dzień dobry, poproszę trwałą - takie delikatne fale". "Proszę bardzo, oto zmokły cocker spaniel, miłego noszenia przez najbliższe 2 lata".). Z zaproszenia postanowiłam skorzystać dopiero, kiedy objawiła mi się moja rodzona siostra w nowym kolorze włosów i zakomunikowała, że sprawcą tej zmiany jest właśnie "mój" Roman. Ponieważ akurat przeglądałam bardzo kolorowy magazyn, który donosił, że gwiazdy oszalały na punkcie rozjaśnianych końcówek (też mi nowina - się czyta blogi, się wie), a siostra po wizycie prezentowała się zdecydowanie lepiej niż przed, uznałam, że w ten sposób Wszechświat próbuje mi powiedzieć: "Zrób coś z włosami!".

No to zrobiłam: balejaż kalifornijski (bo tak się u nich nazywa to słynne "ombré hair"). Zależało mi na naturalnym, delikatnym efekcie (że niby słońce mnie tak urządziło), dlatego po nałożeniu rozjaśniacza co chwilę pytałam, czy przypadkiem włosy nie zrobiły się już białe. Oprócz farbowania zafundowano mi diagnozę włosów i skóry głowy, zabieg pielęgnacyjny dla włosów, a na koniec lekkie podcięcie, żeby fryzura lepiej się układała. Efekt tych wszystkich operacji był dokładnie taki, o jaki mi chodziło. Pierwszy raz autentycznie miałam ochotę uściskać panią fryzjerkę (Anię Antos, która tym samym została moją osobistą bohaterką). I tylko proszę mi tu bez pisania, że nie ma co tak przeżywać, bo zmiana niewielka. Może to mały krok dla ludzkości, ale wielki krok dla Sztywniary :)

PS Nie dość, że pofarbowałam włosy, to w dodatku na drugim zdjęciu prezentuję goły brzuch. Normalnie równia pochyła.

kapelusz - sklep z kapeluszami, Długa 29, Kraków
bluzka (co się za nią nachodziłam, to moje) - Stradivarius
wisiorek - Modekungen.se
 
dżinsy - prezent od Levi'sa(Curve ID)
zamszowe baleriny - prezent od
Clarks.pl 
torba - Ochnik
włosy sponsoruje Salon Roman
:) (Gołębia 1, Kraków)