19 września 2017

#RyfkaCzyta: Życie zero waste

Dawno, dawno temu, w szafiarskim paleozoiku, czyli w zamierzchłym 2009 roku, zorganizowałyśmy na blogach oddolną akcję EKOtorba, w ramach której do zdjęć pozowałyśmy z ekologicznymi, materiałowymi torbami na zakupy (mój zestaw możecie zobaczyć tutaj). Cieszyłam się wtedy, że polskie sklepy zaczynają wycofywać foliówki albo każą sobie za nie płacić. Teraz mamy 2017 rok, ale sytuacja niestety nie wygląda jakoś dużo lepiej (o ile w ogóle). Przeciętny Polak nadal zużywa rocznie ok. 400 foliówek (dla porównania: przeciętny Duńczyk - tylko 4), produkuje 300-500 kg śmieci i wyrzuca 1/3 kupionego jedzenia. Czy ze śmieciami w ogóle da się skutecznie walczyć? Tak. Stosując zasadę zero waste.

Cóż to takiego? Dosłownie "zero śmieci" albo "zero marnotrawstwa". To styl życia zapoczątkowany przez Beę Johnson, autorkę bloga ZeroWasteHome.com, która w 2008 roku postanowiła ograniczyć ilość odpadów produkowanych przez jej rodzinę do zera. Dacie wiarę, że dzięki stosowaniu zasady 5R, czyli refuse, reduce, reuse, recycle, rot (odmawiaj, ograniczaj, użyj ponownie, przetwarzaj, kompostuj) jej 4-osobowa rodzina produkuje tylko słoik odpadów ROCZNIE?

W Polsce ruch zero waste też powoli zyskuje na popularności. W niektórych sklepach przy kasach leżą materiałowe „torby bumerangi” (można je wziąć, jeśli się potrzebuje, albo przynieść, jeśli ma się za dużo), w restauracjach coraz częściej można napić się kranówki (za darmo), niektóre kawiarnie dają rabat przy zakupie kawy do własnego kubka, zaczynają pojawiać się sklepy z produktami bez opakowań. A teraz, dzięki Kasi Wągrowskiej (autorce bloga OgraniczamSię.com) i jej książce pt. Życie zero waste bezśmeiciowy lajfstajl ma szansę trafić pod strzechy. 


ŻYCIE ZERO WASTE
Katarzyna Wągrowska
Wydawnictwo Znak Literanova

Życie Zero Waste by Katarzyna Wągrowska
Woreczki bawełniane z Naturofaktura plus mój siateczkowy - niby do prania bielizny, 
ale i tak go  nie używałam (zmiana przeznaczenia zgodnie z zasadą reuse! ;)


Dobra, na początek może rozprawmy się z nazwą, bo wiele osób się jej czepia. Że to przesada, bo przecież nigdy nikomu nie uda się zejść do zera. Przyznam, że początkowo określenie zero waste też wydawało mi się nie do końca trafione. Ale Kasia w swojej książce tłumaczy, że zero należy traktować jako ambitny cel, który ma nas motywować do pracy i zapobiegać osiadaniu na laurach, niczym targety w korpo (które przecież nie zawsze udaje się wyrobić, ale bez nich pracownicy przez 8 godzin oglądaliby śmieszne koty na YouTube). Mnie to przekonuje. No i sami przyznacie, że Less Waste, Minimum Waste czy As Little Waste As Reasonably Possible są jednak zdecydowanie mniej nośne i seksi.

Kasia pisze o korzyściach, jakie daje wdrożenie zasady zero waste w domu (od rzadszego wyrzucania śmieci przez życie w czystszym środowisku po oszczędności finansowe), szczerze opowiada o sukcesach i porażkach z życia polskiej zerowasterki (wygranych i przegranych bitwach sklepowych czy eksperymentach z domową produkcją pasty do zębów) oraz podsuwa mnóstwo ciekawych rozwiązań (w tym gotowych przepisów na domowe kosmetyki czy środki czystości) i informacji ułatwiających wprowadzenie zero waste u siebie (wiedzieliście na przykład, że w Polsce funkcjonują kooperatywy spożywcze, że można mieć w domu nieśmierdzący kompostownik albo że na Fejsie prężnie działa grupa Zero Waste Polska?).

Mnie daleko eko-freaka, ale staram się nie być totalnie bezrefleksyjną śmieciarą. Od co najmniej 10 lat chodzę z materiałową torbą na zakupy; od 6 nie kupuję butelkowanej wody (piję z kranu albo używam dzbanka i butelek filtrujących); zawsze robię listę sprawunków, żeby nie kupować zbędnego jedzenia, które potem trzeba wyrzucić (o rozsądnych zakupach pisałam tutaj); nie mam samochodu (jeżdżę rowerem lub komunikacją miejską); sporo rzeczy w domu mam z drugiej ręki; śmieci segregowałam jeszcze zanim to było powszechne (w naszej kamienicy nie było wtedy odpowiednich pojemników, więc taszczyliśmy je z Dzióbkiem do ogólnodostępnych dzwonów); nie kupuję papierowych magazynów; zamiast wyrzucać niepotrzebne przedmioty na śmietnik, staram się dać im drugie życie (pisałam o tym tutaj); a wśród moich noworocznych postanowień znalazły się m.in.: "Mniej kupować" i "Nie marnować jedzenia". Nie jest najgorzej, jednak ta książka otworzyła mi oczy na wiele nowych spraw i dała kopa do wprowadzenia kolejnych zmian.

Jeśli nie przynosisz do domu śmieci, również ich nie wyrzucasz. A gleba, powietrze i woda na tym nie tracą.

No właśnie. W Polsce edukacja ekologiczna ogranicza się zwykle do recyklingu, a on wcale nie załatwia sprawy. To, co robimy z już wytworzonymi śmieciami, jest oczywiście ważne, ale powinniśmy się starać, żeby te śmieci w ogóle nie powstawały.

Mimo że pewnie zużywam mniej foliówek niż statystyczny Polak, bo podczas zakupów zawsze mam ze sobą materiałową torbę, a większość warzyw i owoców w supermarkecie ważę luzem, to i tak trochę ich do domu przynoszę: po pieczywie, brudnych ziemniakach czy drobnych owocach. Nie mówiąc o innych plastikowych opakowaniach, w których sprzedawane są makarony, kasza czy herbata (moja ulubiona jest pakowana w srebrną foliową torebkę, która jest włożona do papierowego kartonika, który dla pewności jest jeszcze owinięty przezroczysta folią!!!). 

Dzięki książce oraz Instagramowi Kasi (polecam zwłaszcza Stories) powoli wkręcam się w bezśmieciowe zakupy (czyli zakupy do własnych opakowań i woreczków). Razem z książką dostałam od Wydawnictwa Znak komplet bawełnianych woreczków, które są idealne na warzywa, owoce, pieczywo oraz inne produkty sprzedawane na wagę. Niestety, słyszałam, że w niektórych sklepach nie chcą nakładać jedzenia (np. wędlin i serów) do pojemników klientów. Jako typowy introwertyk najbardziej na świecie nie lubię robić innym kłopotu, więc na samą myśl o wykłócaniu się z ekspedientką o sposób pakowania cierpnie mi skóra. Mimo wszystko postanowiłam spróbować. Zaczęłam od zabrania moich woreczków na dział warzyw i owoców. Tam człowiek sam wszystko pakuje i waży, plus ja zawsze korzystam z kas samoobsługowych, więc poszło bezproblemowo. Kolejnego dnia w piekarni nieśmiało poprosiłam o zapakowanie chleba do mojego woreczka. Pani chyba lekko się zdziwiła, ale nie dość, że chleb zapakowała, to jeszcze na do widzenia powiedziała, że bardzo jej się ten mój woreczek podoba (ha!). Uskrzydlona tym sukcesem wybrałam się z własnym pojemnikiem na stoisko z "chłopskim jadłem" po kiszoną kapustę. Zero problemu. A dzisiaj w Lidlu furę bułek i drożdżówek zapakowałam od razu do materiałowej torby (którą wcześniej wyprałam i zamierzam jej używać tylko na pieczywo). Kasjer nawet nie mrugnął. W ciągu zaledwie kilku dni zaoszczędziłam kilkanaście jednorazówek! Brawo ja.

Żeby nie było wątpliwości: nie mam ambicji, żeby zostać królową zero waste. Pewnie nigdy nie osiągnę tego poziomu co Bea Johnson, która odmawia poczęstunku w samolocie nawet podczas bardzo długich lotów, zamiast tego przed wylotem je obfity obiad, pakuje kanapki i owoce na drogę (oczywiście do bawełnianego woreczka), a skórkę od banana zakopuje później w doniczce na lotnisku (widziałam na jej Instagram Stories). Raczej nie będę wytapiać własnego mydła, kręcić kremów, nie zrezygnuję całkiem z niektórych produktów w plastikowych opakowaniach i nie skuszę się na wielorazowe podpaski czy kubeczek menstruacyjny (sorry, Planeto, ale tutaj muszę Ci powiedzieć jak Samantha Smithowi: "I love you, but I love me more"). Ale kilka rzeczy (oprócz zabierania na zakupy własnych woreczków i opakowań) mogę zrobić: na przykład zrezygnować z jednorazowych słomek do napojów, zmieszać własny płyn do mycia szyb (przepis w książce wydaje się banalnie prosty), kupować makarony, kasze, płatki czy bakalie na wagę (spory wybór jest w Auchan), a jeśli już muszę kupić coś pakowanego, to zamiast plastikowych opakowań starać się wybierać szklane albo papierowe. Obiema rękami podpisuję się pod tym, co w rozmowie z Kasią powiedziała Agnieszka Sadowska-Konczal (autorka bloga EkoLogika.edu.pl):

Żeby wyjść ze strefy komfortu, trzeba trochę wysiłku, ale nie ma co robić z życia niekończącej się pokuty.

Zero waste, jak każdą filozofię, łatwo doprowadzić do ekstremum. Internet ma to do siebie, że jeśli człowiek publicznie oznajmi, że stara się robić coś pożytecznego, to można być pewnym, że zaraz ktoś mu napisze, że robi to źle. Albo, że OK, może i robi dobrze, ale za to nie robi czegoś innego, więc w  sumie się nie liczy (tutaj świetny filmik na ten temat). W grupie Zero Waste Polska regularnie pojawiają się głosy, że nie można żyć w duchu zero waste, nie będąc weganinem, bo hodowla zwierząt mocno zanieczyszcza środowisko. Z kolei na Instagramie ktoś stwierdził, że hipokryzją jest wydawanie papierowej książki o ograniczaniu śmieci, zwłaszcza że pewnie niektóre księgarnie będą ją wysyłać w kopertach bąbelkowych. Moim zdaniem dla własnego zdrowia psychicznego lepiej pogodzić się z tym, że zero waste to ciągłe kompromisy (związane z dostępem do bezśmieciowych produktów, własną wygodą, zdrowiem czy podejściem innych domowników, którzy przecież nie muszą naszej filozofii podzielać), ustalanie, co w danej sytuacji jest dla nas priorytetem, a często po prostu wybieranie mniejszego zła. Ale chyba wszyscy się zgodzimy, że lepiej robić choćby trochę niż nie robić nic? Trochę może z czasem przerodzić się w więcej (widzę po sobie), a wtedy jako ludzkość będziemy mieć trochę mniej przerąbane.

Jeśli temat Was zainteresował, to książkę Życie zero waste możecie teraz kupić na stronie Znaku z rabatem 30% oraz darmową dostawą do kiosków Ruchu. E-book też jest, teraz na Woblinku o 40% tańszy (możecie tam również zajrzeć do środka książki). A na moim Instagramie są do zgarnięcia dwa zestawy złożone z książki i kompletu woreczków :)

12 września 2017

Malowana lala, czyli mój makijaż

Bawiłyście się w dzieciństwie kosmetykami Mamy? Mnie się to zdarzyło chyba tylko dwa razy. Raz, mając z 6 lat, dobrałam się wraz z koleżanką do Maminych szminek, ale zamiast pomalować usta, namalowałam sobie dwa wielkie czerwone kółka na policzkach, tworząc mejkap idealny na występy w cyrku. Potem, już jako nastolatka, żeby nastraszyć moją młodszą siostrę, namalowałam sobie szminką krew wyciekającą z ust i położyłam się na podłodze łazienki, udając trupa. Jak widać, od początku było jasne, że make-up guru raczej ze mnie nie wyrośnie.

Pierwszy raz w życiu "na poważnie" pomalowałam się, idąc na studniówkę. Mój wypasiony, studniówkowy makijaż składał się z pudru i... bezbarwnego tuszu do rzęs. Nie mogłam się nadziwić, jak inaczej wyglądam! Wcześniej zdarzyło mi się używać punktowo korektora w sztyfcie na pryszcze, ale puder to był dla mnie zupełnie nowy poziom wypindrzenia.

Od mojej studniówki minęło prawie 20 lat, ale mój makijaż od tamtego czasu jakoś specjalnie się nie rozwinął. Maluję się tak, że czasem znajome (albo Mama!) pytają mnie, czy w ogóle jestem pomalowana. W komentarzach na blogu też od czasu do czasu pojawiają się sugestie, że powinnam się pomalować, albo pytania, dlaczego nawet idąc na wesele, nie zrobiłam makijażu. A ja zawsze jestem pomalowana! Może na zdjęciach tego nie widać i może powinnam specjalnie malować się mocniej do naszych "sesji", ale po prostu tego nie lubię. Kilka razy przy okazji różnych okołoblogowych akcji miałam zrobiony profesjonalny, wyrazisty makijaż i w takiej wersji NIGDY się sobie nie podobałam. To znaczy owszem, na zdjęciach wyglądało to spoko, sypały się komplementy, ale bardzo nie podobało mi się to, co widziałam w lustrze. Wyglądałam jakoś poważnie, nienaturalnie, smutno i staro (czy raczej: starzej). Jak nie ja.

No dobra, ale może bym tak przeszła do rzeczy. Jak się maluję na co dzień? Tak samo jak od święta. Mój makijaż jest zawsze taki sam: dość minimalistyczny i ma funkcję bardziej tuszująco-porządkującą niż odmieniającą oblicze. Zależy mi na tym, żeby dało się go szybko zrobić (mierzyłam czas, w wersji full wypas zajmuje mi to 4 minuty i 31 sekund), szybko zmyć i żeby różnica przed i po nie przyprawiała mnie ani osób, które widują mnie w obu wersjach (czyli głównie Dzióbka i kuriera Dariusza), o szok.

Na zdjęciu widzicie WSZYSTKIE moje kosmetyki do makijażu. Nie wszystkich używam zawsze - im większy numer, tym mniejsza częstotliwość. Ciągle liczę na to, że moja  skóra w końcu się uspokoi (pisałam o tym w poście o pielęgnacji) i będę mogła całkiem zrezygnować z maskowania twarzy. Niestety, kiedy już jest prawie dobrze (niedawno było tak dobrze, że pierwszy raz w życiu pokazałam się internetowi w wersji #nomakeup!), następuje gwałtowny zwrot akcji i znowu wyglądam jak pryszczata smarkula (taka, której zaczynają się już robić zmarszczki). No ale nie tracę nadziei. Oto, czego używam, żeby zrobić się na... może nie bóstwo, ale na w miarę okejowo wyglądającego człowieka.

My make-up routine


1. KREM KOLORYZUJĄCY ORIGINS GINZING SPF40

Przez wiele lat używałam pokładu w płynie, ale 2 miesiące temu dostałam przesyłkę PR-ową od Origins, a w niej wynalazek, który odmienił moje życie. A przynajmniej makijaż. Ginzing SPF 40 to mazidło 3 w 1: krem koloryzujący, krem nawilżający i filtr przeciwsłoneczny. Czaicie to? Zamiast 3 warstw teraz wystarczy mi tylko jedna! No OK, filtra i tak zwykle nie używałam (właśnie dlatego, że nie lubię / nie che mi się nakładać tylu warstw na twarz), ale wiem, że powinnam. Krem dobrze się rozprowadza, delikatnie wyrównuje koloryt (nie jest to mocne krycie, ale i tak zawsze używałam tylko kilku kropel podkładu, więc mnie to wystarcza) i szybko się wchłania. Idealna opcja dla makijażowego lenia - minimalisty.


2. KOREKTOR ARTDECO LONG-WEAR CONCEALER (14 SOFT IVORY)

Bez korektora, podobnie jak bez podkładu / kremu koloryzującego, w zasadzie nie wychodzę z domu. Najbardziej lubię takie w pędzelku albo z aplikatorem zakończonym gąbeczką. Ten z Artdeco z serii Minimal Make-up najlepiej mi odpowiada, jeśli chodzi o krycie i odcień. Stosuję go pod oczy i punktowo na wszelkie niedoskonałości. Pod oczami od razu delikatnie go wklepuję, a resztę korektorowych punkcików zostawiam na chwilę, żeby trochę zastygły, bo próbując je od razu rozetrzeć, wszystko zmazuję. W tym czasie robię brwi i oczy.


3. CIEŃ DO POWIEK SENSIQUE (209 DARK CHOCOLATE)

Przyznaję, ja też się ślinię na widok pięknych naturalnych paletek cieni z Instagrama (może dlatego, że wyglądają trochę jak czekoladki?), ale miałam kiedyś minipaletkę złożoną z 3 cieni, a i tak używałam tylko jednego, więc w moim przypadku większa liczba zupełnie nie ma sensu. Mam jeden jedyny brązowy cień Sensique, kupiony za kilka złotych w Naturze i on mi w zupełności wystarcza. Używam go i do powiek, i do brwi. Parę lat temu marzyłam o eyelinerowych kreskach na powiekach, ale po kilku nieudanych próbach musiałam przyjąć do wiadomości, że to nie dla mnie. Albo moje powieki są jakieś nierówne, albo moje umiejętności tak słabe (najprawdopodobniej jedno i drugie), w każdym razie, efekty były opłakane (i jak to ciężko zmyć!). Dużo lepiej sprawdza się u mnie (i przy okazji bardziej naturalnie wygląda) odrobina brązowego cienia nałożona przy linii rzęs w pobliżu zewnętrznych kącików oka i roztarta pędzelkiem. Reszty powiek nie maluję.


4. ŻEL DO BRWI MAYBELLINE BROWDRAMA (BEZBARWNY)

Moje brwi lubią żyć własnym życiem, dlatego do ich poskromienia przydaje mi się żel modelujący. Mogę nie pomalować oczu i brwi, ale żel zawsze idzie w ruch. To czarny (choć bezbarwny) koń mojej kosmetyczki.


5. TUSZ DO RZĘS MAYBELLINE SENSATIONAL (CZARNY)

Jeśli mam pomalowane rzęsy, to wiedz, że coś się dzieje. Robię to tylko na większe / ważniejsze wyjścia, bo... potem jest za dużo roboty ze zmywaniem. I zawsze maluję tylko górne rzęsy (dolne to by już była dla mnie przesada - nie idę przecież na bal przebierańców! ;) Nie jestem przywiązana do konkretnej marki. Teraz używam tuszu Sensational z Maybelline, ale wkurza mnie ta wygięta szczoteczka. W niczym mi to nie pomaga, a wręcz przeszkadza, bo trzeba ją ustawiać pod odpowiednim kątem. Zdecydowanie wolę te klasyczne, proste.


6. RÓŻ MAC (FLEUR POWER)

Niektórzy dzielą kobiece typy urody na Wiosnę, Lato, Jesień i Zimę. Ja bym dodała do tego zestawu jeszcze jeden typ: Ziemniak, bo on chyba najlepiej oddaje moją karnację. Na szczęście róż z MAC-a potrafi dodać trochę życia mojej kartoflanej cerze. Dostałam go kilka lat temu od Siostry i podejrzewam, że (przy moim stosowaniu tylko na wyjścia) prędzej umrę, niż mi się skończy.


7. PĘDZLE

Jestem wielką fanką pędzli, bo nie lubię dotykać twarzy dłońmi podczas robienia makijażu (to jest jedyna wada mojego kremu koloryzującego - że muszę go nakładać palcami, a nie, jak podkład, moim ukochanym pędzlem Hakuro H51). Do brwi i linii rzęs używam cieniutkiego Hakuro H85, do rozcierania cienia - puchatego pędzelka z Essence, a do różu - Hakuro H24 (kupuję je na Allegro). Uwielbiam to delikatne mizianie :)


***

That's all, folks! Jak zawsze ciekawa jestem Waszych ulubionych kosmetyków. Do większości moich farbek nie jestem jakoś szczególnie przywiązana, więc chętnie poczytam o Waszych sprawdzonych mazidłach i wypróbuję następnym razem coś nowego :)


30 sierpnia 2017

Konkurs: wygraj laptopa Acer Swift 3!

Obiecałam konkurs i jest konkurs! I to nie byle jaki, bo takiej cennej nagrody w historii bloga jeszcze nie było. Do wygrania jest nowiutki laptop Acer Swift 3. Jeśli Wasza znajomość elektroniki jest mniej więcej na moim poziomie, to wiedzcie, że ten model jest lekki, elegancki, ma podświetlaną klawiaturę i może pracować na baterii aż przez 10 godzin. Dodatkowo, w obudowie typowej dla laptopów o przekątnej 13,3 cala projektantom udało się zmieścić 14-calową matową matrycę, co w praktyce oznacza większy ekran i węższą ramkę. Natomiast osoby, które mówią w języku technicznym, informuję, że sprzęt wyposażony jest w procesor Intel Core 6. generacji oraz kartę graficzną Intel HD Graphics 520 (więcej informacji znajdziecie na stronie Acera). Z takim przystojniakiem na pewno przyjemniej będzie się robiło prezentacje do pracy, pisało prace zaliczeniowe, nie mówiąc już o błogich chwilach pod kocykiem spod znaku Netflix and chill.

Acer Swift 3


Co trzeba zrobić, żeby wygrać? Zadanie jest bardzo proste. Niedawno pokazywałam Wam moje stanowisko pracy. Teraz kolej na Was:

POKAŻCIE MI SWOJE DOMOWE BIURO!

Zróbcie zdjęcie lub przygotujcie kolaż, na którym pokażecie, jak wygląda Wasze domowe miejsce pracy lub nauki (czyli potencjalny nowy dom dla Swifta), i wrzućcie na Instagram lub Facebooka z hasztagiem #konkursRyfkaxAcer. Na zdjęciu/kolażu powinny znaleźć się przedmioty, które towarzyszą Wam podczas pracy lub nauki, z wyjątkiem laptopa/tabletu.

Pamiętajcie, że abym mogła zobaczyć Wasze prace, musicie albo mieć publiczny profil na Instagramie, albo ustawić na Facebooku widoczność konkursowego zdjęcia dla wszystkich.

Szczegółowy regulamin konkursu znajdziecie tutaj, ale ponieważ wiem, że nie każdy regulaminy czyta, to - żeby nie było zaskoczenia - zaznaczam, że zwycięzca będzie zobowiązany do zapłaty podatku od nagrody w wysokości 10% jej wartości, czyli niecałych 300 zł. Myślę, że za laptopa wartego prawie 3000 zł to całkiem niezły interes ;)

Na Wasze prace czekam do 30 września 2017. Wyniki ogłoszę w tym wpisie 6 października.
Niech moc będzie z Wami!
Acer Swift 3
Acer Swift 3 szuka domu!
Acer Swift 3
Jest stylowy, elegancki, a do tego robotny.
Acer Swift 3
Nie zajmuje wiele miejsca.
Acer Swift 3
Wygląda dobrze pod każdym kątem.

Acer Swift 3
A dzięki podświetlanej klawiaturze nawet po ciemku ustrzeże Was przed literówką.

26 sierpnia 2017

In your face!

Co tam u Was? Ja dawno nie miałam tak intensywnych i zróżnicowanych tematycznie dni jak ostatni czwartko-piątek spędzony w Warszawie. Najpierw spotkanie z okazji premiery nowego katalogu Ikei (będą złote sztućce i kratka do wieszania zdjęć, chociaż mnie, jako emeryta, najbardziej zainteresowała poduszka z pianki memory - jeśli macie (niekoniecznie z Ikei), dajcie znać, czy warto). Potem mecz otwarcia Mistrzostw Europy w Siatkówce Polska - Serbia (zdecydowanie wolę piłkę nożną, zwłaszcza że w tej dyscyplinie ostatnio nie przegrywamy, ale Stadion Narodowy robi wrażenie). A na koniec wizyta w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN (jak pisałam na Fejsie, baaardzo polecam). No i w międzyczasie jeszcze "sesja" na bloga! Nic dziwnego, że dzisiaj mam coś, co nazywam "syndromem pralki", i to w całkiem dosłownej formie, bo od rana kręci mi się w głowie, jakbym wczoraj przesadziła z alkoholem (tyle że przesadziłam z życiem towarzyskim).

No dobra, ale co my tu dzisiaj mamy? Ano przykład tego, jak jedna rzecz potrafi zmienić zestaw typu "wyskoczyłam do sklepu po bułki" w zestaw typu "za rogiem zaparkowałam harleya". Mowa oczywiście o mojej nowej dżinsowej kurtce. Nie wiem, czy wiecie, ale od paru lat Levi's robi latem taką akcję, że jeździ po Polsce specjalną ciężarówką, w której za darmo każdy może spersonalizować sobie ciuchy. Są naszywki, przypinki, hafty robione na specjalnej maszynie, profesjonalne postarzanie i przerabianie, a w tym roku był również Robert Kuta, który malował na ubraniach małe dzieła sztuki. Jak tylko się o tym dowiedziałam, w mojej głowie powstał plan - chytrus, żeby wybrać się do jakiegoś lumpeksu i spróbować upolować kurtkę albo spodnie do podrasowania (bo w szafie miałam tylko jedną rzecz Levi'sa: bluzę, która moim zdaniem jest tak fajna, że przeróbki jej niepotrzebne). Ale po raz kolejny okazało się, że głupi to ma szczęście i kilka dni przed akcją w Krakowie skontaktowała się ze mną ekipa Levi'sa z informacją, że przygotowali dla mnie niespodziankę, którą chętnie "skastomizują" według mojego pomysłu. Dwa razy nie trzeba było mi powtarzać. Mimo kiepskiej pogody popedałowałam do Forum ile sił w nogach i efekt możecie podziwiać poniżej. Jeśli jesteście z Warszawy, to do 27 sierpnia Levi's przerabia ciuchy na Nocnym Markecie (w niedzielę są od 16:00 do 23:00). Szczegóły w wydarzeniu na FB. To niestety już ostatni przystanek tego lata, ale przypuszczam, że akcja będzie powtórzona za rok. No i zawsze możecie przejrzeć zdjęcia przerobionych ciuchów na Fejsie Levi'sa i poszukać inspiracji do samodzielnych przeróbek (niektóre są naprawdę proste!). Ja się tak wkręciłam, że skróciłam już jedne swoje spodnie, podrasowałam wojskową kurtkę Dzióbka i myślę, co by tu następnego wziąć w obroty.

In your face!
In your face!
In your face!
In your face!
In your face!
In your face!
In your face!

kurtka dżinsowa - Levi's, model Ex-Boyfriend Trucker + rysunek autorstwa Roberta Kuty w ramach Levi's Tailor Shop (#darylosu)
bluza z rokiem urodzenia - H&M (męska, sprzed 3 lat)
dżinsy - Lee, model Scarlett
sztyblety - Ecco
plecak - Fjallraven Kanken / hunt-fish.eu

18 sierpnia 2017

Work in progress, czyli mój kącik biurowy

Wiecie, że choć nie lubię nadmiaru i przeładowania, to do ortodoksyjnego minimalizmu raczej mi daleko. Wyjątkiem jest moje "domowe biuro", które jest iście minimalistyczne. Bo nie tylko nie mam biura. Nie mam nawet biurka. Na szczęście nie mam też wielkich potrzeb: w pracy nie korzystam z żadnych wielkogabarytowych sprzętów ani opasłych folderów z dokumentami. Dlatego bez problemu mogłam z moją robotą zaparkować na "Zadupiu" w naszym jadalnio-salonie.

Moje robocze stanowisko składa się ze stołu, krzesła, laptopa oraz dwóch notesów (przez 4 lata pracy w biurze nie polubiłam się z Excelem i nadal wszystko, tzn. terminy, rozliczenia itd. notuję ręcznie). O stole pisałam szerzej w zeszłym roku, więc nie będę się nad nim rozwodzić (nadal sprawdza się świetnie). Co do krzesła natomiast, to od dawna podobały mi się takie stare "warsztatowe" krzesła z drewna i metalu (w tym stylu). Marzyłam o takim kręciołku, choć perspektywa płaszczenia tyłka na twardym siedzisku przez kilku(naście) godzin dziennie była mało zachęcająca. Niby można ratować się jakąś poduszką, no ale przecież nie po to człowiek kupuje taki ładny mebel, żeby go potem zakrywać. Na szczęście udało mi się znaleźć krzesło obrotowe w podobnym klimacie, ale z miękkim siedziskiem i oparciem, oraz, co było dla mnie, jako wielbicielki liczb parzystych, szalenie ważne, na czterech odnogach.

Na stole od niedawna honorowe miejsce zajmuje nowy laptop, którego dostałam od marki Acer (#LoveMyLife). Czemu wybrałam akurat model Swift 7? Jakież to parametry techniczne mnie do tego przekonały? Nie będę ściemniać: dla mnie najważniejsze było, że jest ZŁOTY. Chyba każdy laptop byłby lepszy od mojego starego rzęcha (który huczał jak startująca rakieta, nagrzewał się szybciej niż mój piekarnik, a w ostatnim czasie można było z niego korzystać tylko po ustawieniu ekranu pod ściśle określonym kątem, bo inaczej cały wyświetlacz był różowy), ale ten ponoć ma całkiem niezłe bebechy - tak twierdzi Dzióbek, z którym konsultowałam wybór, bo ja się na tym kompletnie nie znam. Po szczegóły techniczne odsyłam na stronę Acera, a po fachowe recenzje - na strony i blogi speców od elektroniki. Ja bardzo niefachowo mogę powiedzieć, że podoba mi się, że jest taki piękniusi i złociutki, a przy tym ultralekki i ultracienki. Serio, taka z niego chudzinka, że gdyby był blogerką, to co chwilę musiałby czytać komentarze w stylu "Zjedz kanapkę" (vide przedostatnie zdjęcie). Ma też wygodną klawiaturę i duży touchpad umieszczony na środku (nic mnie tak nie wkurza jak asymetrycznie ulokowany touchpad!). No i ciągle nie mogę się przyzwyczaić, że uruchamia się dosłownie w kilka sekund i podczas pracy nie wydaje z siebie żadnych dźwięków - co za luksus! Zaskoczyło mnie trochę, że nie ma wejścia na USB, ale w sumie nie ma co się dziwić, bo gdzie USB do takiej chudziny. Nie jest to jednak problem, bo w zestawie jest specjalna przejściówka, do której można podłączyć pendrive czy co tam innego chcecie.

Jeśli czytając tego posta pomyśleliście: "Taka to pożyje!", to mam dla Was dobrą wiadomość: Wy też będziecie mieć szansę na zgarnięcie laptopa za darmochę, bo wspólnie z Acerem szykujemy dla Was fajny konkurs! Do wygrania będzie krewniak mojego Złotka - elegancki przystojniak w typie "silver fox", z którym początek nowego roku szkolnego / akademickiego czy po prostu jesieni na pewno będzie bardziej znośny. Szczegóły już niedługo!


My home office
My home office
My home office
My home office
My home office
My home office
My home office
My home office

stół rozkładany - Wood & Paper
krzesło obrotowe - vintage / Yestersen.pl
czarne krzesła - TON / Opa & Company
laptop - Acer Swift 7
notes w skórzanej okładce - Traveler's Notebook / Escribo.pl

7 sierpnia 2017

#RyfkaCzyta: Wanna z kolumnadą i Rzeczy, których nie wyrzuciłem

Książkowe wpisy wychodzą mi wyjątkowo długie i zawsze się potem zastanawiam: komu będzie się chciało to czytać? (mnie by się pewnie nie chciało). Tym razem też starałam się streszczać, ale wyszło jak zwykle. Tak więc żeby dodatkowo nie przedłużać, od razu przechodzę do rzeczy. W dzisiejszym odcinku polecam Wam dwie książki: jedną nową i jedną sprzed paru lat, obie absolutnie genialne.



WANNA Z KOLUMNADĄ
Filip Springer
Wydawnictwo Czarne

Tę książkę najpierw przeczytał Dzióbek. I zrobił się po prostu nieznośny. Ciągle o niej gadał, odczytywał mi fragmenty, wrzucał cytaty na Fejsa, wspominał o niej na KAŻDYM spotkaniu ze znajomymi i powtarzał w kółko: "Musisz ją przeczytać. Spodoba ci się". No i miał rację. Książka zrobiła na mnie takie wrażenie, że wracam do niej do dziś, i dlatego też uznałam, że nie może jej w moim książkowym cyklu zabraknąć.

O czym jest Wanna z kolumnadą? O tym, że "ład architektoniczny to jest coś, o czym każdy w Polsce słyszał, ale nikt od dawna tego nie widział", czyli mówiąc prosto z mostu: o tym, dlaczego w Polsce jest brzydko. Chyba każdy umiarkowanie wrażliwy estetycznie (i funkcjonalnie) człowiek od czasu do czasu doświadcza bólu oczu na widok architektonicznych potworków; bloków wybudowanych tak blisko siebie, że wychodząc na balkon, można podać rękę sąsiadowi z naprzeciwka; "luksusowych" hoteli-zameczków, do których wjeżdża się przez "łuk triumfalny", wejścia strzegą gipsowe sfinksy, a w ogrodzie stoi "egipska" piramida; czy pstrokatych (i często nielegalnych) szyldów i banerów (najlepiej w neonowych kolorach i z gołą babą) oblepiających ogrodzenia i kamienice jak kraj długi i szeroki. Ja przed lekturą zdawałam sobie sprawę, że nie jest kolorowo (a właściwie, że jest i to aż za bardzo), ale po przeczytaniu tej książki i poznaniu powodów, DLACZEGO "jest jak jest", brzydota w przestrzeni publicznej boli mnie jeszcze bardziej.

Piotr Zarzycki, architekt z Wrocławia:
- Przychodzi do mnie inwestor i mówi: ma być pastelowe. To ja mu odpowiadam: a niech mi pan pokaże, jaki to kolor ten pastelowy. Gość patrzy na mnie, ja widzę, że nie rozumie, o co proszę. Wścieka się trochę i w końcu wysyła mnie do kogoś, kto tam u nich odpowiada za kolory. Tym kimś jest sekretarka, no bo kto ma się znać na kolorach, jak nie kobieta. Nic nie mam do sekretarek, ciężka praca. Ale niby dlaczego to one mają decydować o tym, jak ja pomaluję ludziom bloki.

Springer pisze, że mieszkańcy pytani przez niego o to, co sądzą na temat wyglądu swojego miasta czy osiedla, zwykle stwierdzają, że w sumie mogłoby być lepiej, ale tak w ogóle to "ludzie nie mają co do garnka włożyć, a wy się bzdurami zajmujecie". To nie jest sprawa, która zajmuje wysokie miejsce na liście czyichkolwiek priorytetów. Może poza kilkoma aktywistami-zapaleńcami. Takimi jak grupa z Łodzi, która, wobec opieszałości władz, postanowiła na własną rękę walczyć z nielegalnymi plakatami, reklamami i szpecącymi budami z tanim jedzeniem w centrum miasta:

W końcu, po kilku pikietach, stawiają pod Urzędem Miasta prowizoryczną budę z kartonów. Chcą z niej rozdawać "olewkę prezydencką" i "leniwe urzędowe".
Patrycja: - Skleciliśmy ten kram ze śmieci, a ludzie zaczęli do nas podchodzić i pytać o ceny. Myśleli, że mamy jakieś jedzenie albo chińskie skarpety. I wtedy pomyślałam - kuźwa, gdzie ja mieszkam? Przecież w normalnym, cywilizowanym mieście jak ktoś stawia budę z kartonów na środku reprezentacyjnego deptaka i próbuje coś sprzedawać, to ludzie protestują. A nas pytali, co tu będzie do kupienia i czy w fajnej cenie.

Tak więc jeśli macie ochotę na świetny reportaż i sporą porcję estetycznego kaca, polecam gorąco. Tylko ostrzegam, to doświadczenie jak z Matrixa: jeśli łykniecie tę pigułkę, już nigdy nie spojrzycie na polski miejski krajobraz tak samo. 

A wanna z kolumnadą naprawdę istnieje. Widziałam ją na własne oczy. W mieszkaniu w bloku z lat 70., które wynajmują moi znajomi.



RZECZY, KTÓRYCH NIE WYRZUCIŁEM
Marcin Wicha
Wydawnictwo Karakter

Ponieważ pierwsza książka Marcina Wichy, Jak przestałem kochać design, podobała mi się wściekle (pisałam o niej tutaj), jego drugą książkę kupiłam, jak tylko trafiła do księgarni. Wrażenia? Całkiem publicznie i bardzo nieelegancko poryczałam się nad nią w pociągu na trasie Kraków - Gdańsk, więc chyba lepiej być nie mogło.

W Rzeczach, których nie wyrzuciłem autor opisuje proces porządkowania księgozbioru po swojej zmarłej matce. Kolejne tytuły są pretekstem do wspomnień o tej niezwykle ciekawej, ale też dość trudnej w kontaktach kobiecie. O zmarłych zwykło się mówić "dobrze albo wcale", jednak Wicha nie stara się lukrować obrazu matki. I chyba właśnie dzięki temu jego książka jest tak fascynująca i taka prawdziwa.

- Że to jestem ja? No, skoro tak mnie widzisz... - Nie była łatwym odbiorą laurek. Nie była łatwym modelem. Właściwie pod żadnym względem nie było z nią łatwo.

Warczała na nauczycielki. Pacyfikowała sprzedawców. Kazała milczeć antysemickim taksówkarzom.
Terroryzowała ludzi, mówiąc im prawdę prosto w oczy. Nie milkła, kiedy innym było wygodnie, żeby milczała. Nie reagowała na nasze "Psst", "Daj już spokój" i "Nie tak głośno".

Pani Joanna kolekcjonowała książki kucharskie, regularnie wracała do Emmy Jane Austen (tak często, że jej egzemplarz stracił okładkę), miała bogaty zbiór literatury psychologicznej (pracowała w poradni pedagogicznej), była koneserką literatury dziecięcej, wybierającą dla swoich wnuczek tylko "piękne i wartościowe pozycje" ("Bogato ilustrowane książki o pingwinach gejach. O niedźwiedziach z osobowością graniczną. O królikach, do których norek wtargnęła wojna. Książeczki o wiewiórkach uchodźcach".). A kiedy syn w dzieciństwie prosił o kolejną pozycję z księgarni, odpowiadała w sposób, który w jej przypadku zdradzał chyba wysoki poziom aprobaty: "Kupię ci każdą książkę, przynajmniej nie jesteś kretynem".

Matka autora zdecydowanie nie jawi się tu jako osoba typu "do rany przyłóż", a wręcz jak o niej czytam, to trochę się jej boję, jednak w opisach tych wszystkich jej zasad, nawyków, dziwactw i kłótni z otoczeniem (zawsze w słusznej sprawie) jest tyle zrozumienia i miłości, że na zmianę uśmiech pcha się człowiekowi na twarz i gardło ściska się ze wzruszenia.

Biblioteki są zapisami naszych czytelniczych porażek. Jak mało jest książek, które naprawdę nam się podobały. Jeszcze mniej takich, które podobają nam się przy kolejnej lekturze. Większość to pamiątki po ludziach, którymi chcieliśmy być. Których udawaliśmy. Których braliśmy za siebie.

Ta pozycja na pewno nie będzie zmarnowanym miejscem na półce.

22 lipca 2017

W dziesiątkę! Czyli wszystkie moje buty

Kiedy jakiś czas temu oznajmiłam na Fejsie, że udało nam się z Dzióbkiem uszczuplić nasze obuwnicze kolekcje do 10 par butów na łebka (wliczając w to kapcie i buty do piłki nożnej), niektórzy byli zszokowani ("Rany! Jak tego dokonałaś? Ja mam 40 par i ciągle mi mało!"), na innych nie zrobiło to wrażenia ("Phi! Też mi wyczyn. Ja mam 4!"), a jeszcze inni domagali się naocznego dowodu ("Pics or it didn't happen!"). No to dzisiaj, z właściwym sobie poślizgiem, spełniam życzenie tej ostatniej grupy.

I kolejny raz podkreślam, że wcale nie uważam, że każdy powinien na gwałt zacząć pozbywać się swoich rzeczy (szerzej pisałam o tym tutaj). Ja się pozbywam tego, czego nie używam, z czystego pragmatyzmu: mniej rzeczy to mniej sprzątania, mniej szukania i więcej miejsca (które w małym mieszkaniu, takim jak nasze, jest na wagę złota). Obuwniczy nadmiar wkurzał mnie szczególnie, bo buty zajmują tego miejsca naprawdę sporo. W naszym poprzednim mieszkaniu w przedpokoju stało kilkanaście par, w moim pokoju piętrzyły się Dwie Wieże Pudeł, a kilka kolejnych poupychanych było w szafie wnękowej. Stopniowo (bardzo stopniowo, bo trwało to w sumie kilka lat) ograniczyłam swój zbiór do 10 par, z czego na dobrą sprawę wystarczyłoby mi 6, ale jeszcze nie dojrzałam, żeby pozbyć się tych pozostałych. 

Zostawiłam ulubione, często noszone, wygodne, pasujące do wszystkiego i... duże. W sensie, nie za duże, tylko konkretne, czy, jak pewnie powiedzieliby niektórzy: toporne. Nie cierpię delikatnych, "seksi" bucików. Czuję się w nich jak kolos na glinianych nóżkach, mam wrażenie, że mojej sylwetce brakuje osadzenia w podłożu i że moja postać jest jakaś nieproporcjonalna. Moje buty muszą być konkretne i na grubej podeszwie. Kolorystycznie raczej u mnie nudno (szalone, kolorowe egzemplarze wyleciały z szafy, bo i tak ich nie nosiłam), no ale na szczęście nie startuję w konkursie na najciekawszą garderobę. Dobra, to to po kolei. Oto, z czego składa się moja kolekcja:



 1. SPORTOWE Tommy Hilfiger, model Jagger

Buty typu wiosna (i trochę lato oraz jesień). Są wygodne, leciutkie, a do tego nie wyglądają jakoś przesadnie sportowo (czego nie lubię). Szybko się je zakłada (tak sobie ustawiłam sznurówki, że nie muszę ich wiązać) i są idealne do jazdy na rowerze. Uwielbiam je do tego stopnia, że chciałam kupić drugą parę na zapas, ale niestety, nigdzie ich nie ma :(
[niedostępne]


2. KLAPKI Birkenstock, model Arizona

Buty typu lato. Przed nimi miałam bardzo podobne klapki, niedostępnej chyba w Polsce marki White Mountain, które służyły mi aż 9 lat. Birkenstocki nie są aż tak wygodne jak tamte (tamte miały bardziej elastyczną, kauczukową podeszwę), ale noszą się naprawdę spoko, dobrze siedzą na stopie i są odpowiednio toporne.


3. SZTYBLETY Ecco, model Elaine

Buty typu jesień (oraz wczesna wiosna i nie-taka-znowu-sroga zima). Przez moją szafę przewinęło się wiele par botków, ale te są zdecydowanie moimi ulubionymi. Obok sportowych Hilfigera (numer 1) to najczęściej noszone buty w mojej kolekcji. Są niesamowicie miękkie, lekkie, wygodne i świetnie izolują od podłoża. Przydały mi się nawet tego lata, podczas wyjątkowo zimnego i deszczowego Open'era.


4. ŚNIEGOWCE Emu, model Paterson

Buty typu zima. Ciepłe, wygodne, nieprzemakalne, a przy tym nieco zgrabniejsze niż klasyczne modele Emu (o ile w przypadku tego typu butów w ogóle można mówić o zgrabności). Niestraszny im śnieg, deszcz ani błotociapa. Nie wyobrażam sobie bez nich zimy.
[do kupienia tutaj - rozmiary mogą być przebrane, ale ten model powraca co zimę]


5. PÓŁBUTY Vagabond, model Amina

Buty typu "na eleganckie wyjście". Jak widać, nie mam obecnie ani jednej pary szpilek ani czółenek na obcasie. Po prostu ich nie lubię i choćby były najstabilniejsze i najdopasowańsze, to w końcu i tak bolą mnie w nich nogi. W tych półbutach obskoczyłam już kilka wesel i innych mniej lub bardziej eleganckich imprez. Za każdym razem gratulowałam sobie tego wyboru.


6. KAPCIE Ugg, model Scuffette II

Buty typu "po domu". Jeden z najlepiej trafionych gwiazdkowych prezentów, jakie dostałam. Noszę je przez cały rok (tak, nawet teraz, kiedy na dworze jest 30 stopni). Wcześniej miałam podobne kapcie Emu, z których też byłam bardzo zadowolona i wszystkim je polecałam, ale jak teraz porównuję obie te pary, to jednak muszę uznać wyższość uggów, które są lżejsze i mają dłuższą i węższą tę górną część, dzięki czemu nie kłapią i nie spadają. No i nie brudzą się tak jak emu, które pod koniec życia były na czubkach prawie czarne, chociaż to akurat mogła być wina koloru (były miodowe).
[do kupienia tutaj - rozmiary mogą być przebrane, ale ten model powraca co zimę]


7. BALERINY Loft37, model Keep It Real

Buty typu "damskie". To chyba najbardziej fikuśny model w mojej kolekcji i jednocześnie jedyny, co do którego można z 99-procentową pewnością stwierdzić, że należy do kobiety. Jest wygodny (giętka podeszwa!), ale noszę go bardzo rzadko i w sumie mogłabym bez niego żyć, więc możliwe, że wyląduje na kolejnej wyprzedaży szafy.
[niedostępne]

8. ŚNIEGOWCE Relaks

Buty typu "na siarczyste mrozy". Są megaciepłe, ale miałam je na sobie tylko kilka razy. Po prostu rzadko bywa aż tak zimno, żeby moje emu (numer 4) nie dawały rady.

9. BOTKI Vagabond, model Grace

Buty typu "nogi do nieba". Swojego czasu chodziłam w nich non stop, ale potem z obiegu wytrąciły je sztyblety Ecco (numer 3), które dzięki płaskiej podeszwie są jeszcze wygodniejsze. Teraz zakładam je rzadko, raczej tylko na imprezy (czyli naprawdę rzadko). W świecie Ryfki ten model można w zasadzie uznać za "seksi".
[do kupienia tutaj i tutaj - rozmiary mogą być przebrane, ale ten model powraca co sezon]


10. KOWBOJKI Russell & Bromley, model Ringo

Buty typu "dawno temu na Dzikim Zachodzie". Są cięższe od pozostałych, swoje przeżyły i praktycznie już ich nie noszę, ale nie umiem się z nimi rozstać, bo to najbardziej znienawidzony model w historii mojego bloga. Nie zliczę, ile razy czytałam w komentarzach: "Wyrzuć te buty!", sami więc rozumiecie - nie mogę dać ich przeciwnikom tej satysfakcji (tym bardziej, że właśnie odkryłam, że na stronie producenta kosztują ponad 200 funtów, a ja je kupiłam na targu staroci za 5 czy 6 dyszek) ;)
[w normalniejszej cenie do kupienia tutaj]


***
Dajcie znać, jak to wygląda u Was. Minimalizm czy kolekcjonerstwo? Macie jakieś ulubione modele, w których chodzicie non stop? Za jakiś czas pewnie będę musiała się zacząć rozglądać za zastępstwem dla moich butów sportowych, więc wszelkie rekomendacje mile widziane!

27 czerwca 2017

Short hair, don't care

Co tam u mnie? Ano, jak już obwieszczałam na Fejsie, nastąpiło wydarzenie dekady i obcięłam włosy. Na krótko. Wiecie, że do fryzjera chodzę rzadko. Tym razem od mojej ostatniej wizyty minęły prawie 2 lata. Stwierdziłam, że skoro udało mi się wyhodować takie długie włosy, to jest to sytuacja idealna, żeby upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: zrobić coś pożytecznego, oddając je Fundacji Rak'n'Roll na peruki dla kobiet w trakcie chemioterapii (minimalna długość to 25 cm), a przy okazji odważyć się na to, co chodziło mi po głowie od dawna (w sumie już od dzieciństwa), czyli obciąć się "na chłopaka".

Efekt poniżej. Pierwotnie fryzura była dłuższa (zaczesywana do góry, z dłuższym tyłem) i choć z początku byłam bardzo zadowolona i z salonu wyszłam, szczerząc się od ucha do ucha, to po kilku dniach doszłam do wniosku, że jednak coś mi nie gra. Że jest za bardzo a la "nowoczesna biznesłumen z polskiego serialu" (wiecie, taki typ grany zwykle przez Małgorzatę Kożuchowską), a za mało a la Ryfka. No więc podczepiłam się pod Dzióbka, który akurat umawiał się do swojej fryzjerki i wczoraj zaliczyłam cięcie numer 2, z finałem, który moim zdaniem znacznie bardziej do mnie pasuje.

Zdjęcia robiłam wczoraj, prosto po fryzjerze, więc fryzura jest świeża, jeszcze nie uleżana (teraz widzę, że na ostatnim zdjęciu utworzyła mi się jakaś dziwna kopułka), ale zapewniam, że moja nowa głowa jeszcze nie raz się tu pojawi - w powiększeniu i na zdjęciach lepszej jakości. A póki co wrzucam foty na gorąco i lecę się pakować na Open'era!

Short hair, don't care!
Podobno to, jak się wychodzi na zdjęciach, zależy od tego, obok kogo się stoi. 
Moim zdaniem krowa wyszła super.

8 czerwca 2017

Poka cycki!

Wszyscy wkoło nawołują do wychodzenia ze strefy komfortu. Proszę bardzo! Niedawno się przełamałam i przemówiłam ludzkim głosem na Instagram Stories. Ale mało mi było tego szaleństwa, więc postanowiłam pójść jeszcze dalej i... błysnąć na blogu gołym biustem. Oprócz golizny mam dzisiaj dla Was jeszcze kilka innych porno-wnętrzarskich gadżetów, więc lepiej zawczasu upewnijcie się, że żadni mieszkaniowi purytanie nie zaglądają Wam przez ramię. Peep show czas zacząć!


BIUŚCIASTY DYWAN
Podobno na widok biustu niektórzy przedstawiciele homo sapiens tracą rozum. Tak zdecydowanie było ze mną, kiedy zobaczyłam na Instagramie ten roznegliżowany dywanik. Nie pomogło tłumaczenie sobie, że jasny dywanik w łazience to nie jest najbardziej optymalne rozwiązanie z możliwych, nie pomogło przeliczanie dolarów na złotówki. Po prostu musiałam go mieć.

Cold Picnic torso bath mat
Cold Picnic torso bath mat
dywanik łazienkowy (ponoć można go prać w pralce) - Cold Picnic / Otherwild.com


DINO I DONICZKI
Moja kolekcja doniczek powoli się rozrasta. Do dość tradycyjnych w kształcie i kolorze egzemplarzy (które pokazywałam w poście balkonowym) dołączyła miodowa doniczka z falbankową obwódką, niebieska o kwadratowym otworze oraz największy dziwak w tym towarzystwie, czyli złoty dinozaur. To coś wystające z jego grzbietu to oplątwa (ang. air plant) - taka szalona roślina, co nie ma korzeni i rośnie bez ziemi (żeby nie zdechła, wystarczy ją spryskać 2-3 razy w tygodniu lub raz na tydzień wrzucić na noc do miski z wodą).

Vintage pots and a dinosaur pot
Dinosaur air plant holder
doniczka z "falbanką" - vintage, Patyna.pl
doniczka niebieska - vintage, Nihil Novi
złoty dinozaur XL z oplątwą - Plantarium / Dawanda.pl (#darylosu)


KOLAŻ, KOLEŻANKO!
Plakat z hasłem Don't grow up, it's a trap, który wisiał w naszej sypialni, pojechał niedawno do nowej właścicielki, ale przyroda nie znosi próżni i na jego miejsce pojawił się nowy, mniejszy, ręcznie robiony kolaż z bardzo podobnym przesłaniem. Jego autorka, Kamila, tworzy takie, trochę zabawne, trochę nostalgiczne, cuda z wycinków z magazynów sprzed 30-50 lat. Mój kolaż trafił do mnie już jakiś czas temu, ale ciągle nie udało mi się znaleźć dla niego godnej (tzn. starej i drewnianej) ramy. Tak więc póki co prezentuję go w wersji "na golasa".

What is adulthood? It's death.
kolaż Dorosłość - Technika kolażu (#darylosu)
nożyczki srebrno-złote - Tiger
nożyczki czarne - COS 


LATAJĄCY DYWAN
Dywany sprawiają, że wnętrze od razu dostaje dodatkowe punkty przytulności, ale za to ja przy odkurzaniu dostaję wyku..., znaczy, strasznie się denerwuję. Jeszcze pół biedy, jak dywan jest duży i obciążony meblami. Ale kiedy jest mały, cienki i lata po całej podłodze, to trzeba się naprawdę nieźle nagimnastykować. Ja, próbując przy wsysaniu okruchów unieruchomić nogami ten tyleż uroczy, co nieposłuszny chodniczek, muszę wyglądać mniej więcej jak Jean-Claude Van Damme w słynnej reklamie ciężarówek.

Kitchen rug
dywanik - Floorist / Bonami.pl


NA KRECHĘ
Miskę z "bakteryjnym" wzorem i ręcznie haftowany obrus dostałam w kwietniu na urodziny. "Ale przecież ty masz urodziny w lutym!" Tak jest, zgadza się, dokładnie dziesiątego, miło że pamiętacie. Nie chodzi jednak o moje urodziny, tylko o urodziny sklepu Punca, w którym można kupić (internetowo lub stacjonarnie, na krakowskim Kazimierzu) polską ceramikę, szkło i inne dodatki do domu. Zwykle unikam niespodzianek (w końcu nikt nie wie tak dobrze, czego potrzebuję, jak ja sama), ale właścicielom Puncy udało się wpasować w wystój naszej chałupy z iście laboratoryjną precyzją.

Bolesławiec bowl
Hand-embroidered table cloth
"bakteryjna" miska - Dorota Koziara, Manufaktura w Bolesławcu / Punca.com.pl (#darylosu)
ręcznie haftowany obrus - Punca.com.pl (#darylosu)
 

31 maja 2017

Co mamy w szafie?

Pamiętacie reklamę Ikei, w której wystąpiłam 3 lata temu? Szczerze mówiąc, byłam trochę zawiedziona, że Akademia Filmowa pominęła moją wybitną rolę przy oscarowych nominacjach za 2014 rok. Zresztą mniejsza o mnie. Prawdziwym skandalem był brak nominacji dla ekipy filmowej. To, jak udało im się pokazać nasze mieszkanie, w którym nie było wtedy praktycznie żadnych mebli (za to stały stosy pudeł z gratami), tak, że na filmie wygląda na w miarę schludne "skandynawskie" wnętrze, to prawdziwa magia kina. Przy okazji tamtej akcji obiecywałam, że pokażę dokładnie, jak wygląda nasza szafa, i dziś, jedyne 3 lata później, w końcu nadszedł ten dzień!

Od początku mam obsesję na punkcie "rozjaśniania" mieszkania, więc wiadomo było, że szafa musi być biała i z lustrzanymi drzwiami (w których nie tylko można się w całości przejrzeć, czego mi zawsze brakowało, ale które dodatkowo odbijają światło wpadające przez okno). Jak widać, mebel zajmuje niemal całą ścianę sypialni. Po lewej jest ok. 20-centymetrowa luka, w której idealnie mieści się deska do prasowania, a na górze dawniej stały dwa pudła z plecakami i ubraniami do wydania, ale po regularnych czystkach w szafie nie są już potrzebne, bo wszystko elegancko mieści się w środku.

Nasz PAX składa się z 3 modułów (o szerokości 100 cm, 100 cm i 50 cm) i ma wysokość 236 cm. Ponieważ drzwi sypialni znajdują się blisko rogu i otwierają się "na szafę", pierwszy moduł jest płytszy niż pozostałe i ma tylko 38 cm głębokości. To wystarcza na ubrania składane w kostkę, czyli koszulki, swetry, spodnie, oraz na ręczniki, pościel itd. Drugi i trzeci moduł mają już głębokość 60 cm, dzięki czemu można było zamontować w nich drążki na ubrania (w płytszych szafach też jest to możliwe, ale wtedy drążki są montowane prostopadle do ściany i wysuwane do przodu - jak tutaj; to mniej wygodne, ale jeśli ktoś ma bardzo mało miejsca, lepsze to niż nic). Drugi moduł, podobnie jak pierwszy, podzieliliśmy równo na pół. Na wieszakach trzymamy krótkie rzeczy wiszące (koszule, żakiety, garnitur itd.), w szufladach - bieliznę i skarpetki, a w wysuwanej gablotce - krawaty, paski i inne drobiazgi. Trzeci moduł to już tylko moje królestwo: sukienki, cienkie płaszcze oraz torebki na wysuwanym wieszaku. Na górnych i dolnych półkach drugiego i trzeciego modułu trzymamy walizkę, torby podróżne i plecaki.

Jak oceniam szafę po 3 latach użytkowania? Nadal jestem z niej bardzo zadowolona i nadal uważam, że był to jeden z najlepszych interesów, jakie zrobiłam dzięki blogowaniu. No ale nie byłabym sobą, gdybym nie doszukała się jakichś minusów. Znalazłam dwa. Po pierwsze, jakiś czas temu zepsuło się światło w drugim module - to chyba jakiś problem z fotokomórką, bo światło nie gaśnie po zamknięciu drzwi. Ciągle zapominam, żeby zapytać o to obsługę w Ikei. Pewnie dlatego, że wyłączyłam światło całkiem (również w trzecim module; w pierwszym go nie było), przez co zupełnie o tej usterce nie pamiętam.  Po drugie, gdybym projektowała szafę teraz, to w pierwszym module zamiast tych długich szuflad i koszyków wybrałabym takie na połowę szerokości (jak w module drugim) albo najzwyklejsze półki. Bo w tym momencie, żeby wyciągnąć coś z szuflady, muszę otwierać oboje drzwi na oścież i przy okazji zamykać drzwi sypialni. Na szczęście trzymamy tam rzeczy rzadko używane, więc nie jest to bardzo uciążliwe.

Bebechy naszej szafy w całej okazałości wraz ze szczegółowym podziałem organizacyjnym możecie zobaczyć poniżej. Jak widać, podzieliliśmy się z Dzióbkiem sprawiedliwie. Ten trzeci moduł to taka mała zmyłka, bo gdyby moje rzeczy złożyć w kostkę, zmieściłyby się w takim samym koszyku co Dzióbkowe ubrania sportowe. Okrycia wierzchnie i buty trzymamy w drugiej szafie w przedpokoju (w której jest również "kącik gospodarczy"). Będzie o niej osobny wpis (obiecuję, że wcześniej niż za 3 lata).

PS
Kilka dni temu zrobiłam kolejną wyprzedaż na Allegro (w końcu ten porządek nie bierze się znikąd). Kilka rzeczy nadal czeka na nowych właścicieli (m.in. moja słynna karmelowa torebka Ochnika). Może znajdziecie coś dla siebie? Zapraszam tutaj.

My closet
Tak to wygląda na co dzień.
My closet
Tu widać różnicę głębokości między pierwszym a drugim modułem.
My closet
Sezamie, otwórz się!
My closet
Na niebiesko rzeczy Dzióbka, na żółto moje, na czerwono wspólne / ogólnodomowe.
My closet
Tyle długich portek i ani jednych szortów.
My closet
Szaroburo. Tak, jak lubię.
My closet
Pościel, obrusy i koce.
My closet
Bardzo mnie ta kolorystyczna harmonia uspokaja.
My closet
W wysuwanej gablotce zamiast diamentowych kolii - odkłaczarki i golarki do swetrów.
My closet
Tę walizkę przywiózł mi Dzióbek ze swojej pierwszej podróży do Stanów (stwierdził, że jest tak babciowa, że na pewno mi się spodoba). Trochę taki Vuitton dla ubogich, ale mam do niej sentyment.
My closet
Moja ulubiona część. Ależ te wzory super razem wyglądają!
My closet
Wysuwany wieszak na torebki - bardzo przydatna rzecz.
My closet
Torba, którą kupiłam 10 lat temu na targu staroci. Nadal w ciągłym użyciu.
My closet
  W kącie, za drzwiami czai się deska do prasowania (jest z Bonami, pokazywałam ją szczegółowo w tym poście).

20 maja 2017

Dziewczę z sadu

Poznajcie najpiękniejszą bluzkę, jaką kiedykolwiek miałam - z cieniutkiego jak mgiełka batystu, o rękawach bufiastych tak, że usatysfakcjonowałyby nawet Anię z Zielonego Wzgórza, a w dodatku unikalną, bo uszytą specjalnie dla mnie na podstawie wzoru sukienki z jesienno-zimowej kampanii marki A2 (która ostatecznie nie weszła do kolekcji). Miesiąc temu planowałam w niej wystąpić na pewnej uroczystości, nie powiem jakiej, żeby znowu nie wzbudzać sensacji, ale wszyscy dobrze wiemy, że chodzi o wesele. Niestety, na miejscu okazało się, że o ile w domowym lustrze wszystko wyglądało OK, to w pokoju hotelowym, przy dziennym świetle i dość niskiej temperaturze, przypominam bardziej radio Stolica z pokrętłami gotowymi do wyszukiwania stacji, ewentualnie żywą reklamę akcji #FreeTheNipple. Bluzka cienka, stanik cienki... obyczajowe Fakapulco wisiało w powietrzu (a naprawdę aż tak mi nie zależało, żeby zostać atrakcją wieczoru). Całe szczęście, że zauważyłam to przed imprezą, miałam drugi strój na zmianę i mogłam się przebrać. Bluzkę natomiast założyłam na after następnego dnia, skrywając radyjko pod żakietem (na tej imprezie byliśmy tylko przez 3 godziny, więc dałam radę). Galaktyka została uratowana!

Po tej przygodzie stało się jasne, że na gwałt potrzebny mi nowy, porządny, dobrze maskujący stanik. Staników programowo unikam, noszę tylko wtedy, kiedy głupio czułabym się bez (tzn. kiedy mam na sobie cienką, gładką i/lub prześwitującą górę) i nienawidzę ich kupować, bo to zwykle żmudny proces wymagający miliona przymiarek. Tak więc bardzo się zdziwiłam, kiedy weszłam do Triumpha, podałam ekspedientce moje wymiary oraz wymagania (gładki, bez ozdób i fiszbin) i pierwszy zaproponowany przez nią biustonosz pasował idealnie! Okazało się, że to model WOW Comfort marki Sloggi, ten z tej reklamy, w której pani biega po mieście i każe wszystkim (łącznie ze swoim chłopakiem) przymierzać swój superwygodny stanik. Powiem Wam, że ta reklama nie jest ani trochę przesadzona. Możliwe, że ominął mnie jakiś skok rozwojowy w branży bieliźnianej, bo od moich ostatnich stanikowych zakupów minęło kilka lat, ale byłam w szoku, że biustonosz może być tak wygodny i dobrze dopasowany. Przylega idealnie (obstawiam, że m.in. dzięki szerokiemu mostkowi); nie ma fiszbin, ale jednocześnie nie jest flakiem, bo w środku ma elastyczną siateczkę, która trzyma kształt; nie ma poduch; jest idealnie gładki i nie odznacza się pod ubraniem; a do tego bonusowo po wewnętrznej stronie ma tłoczone kwiaty, o których wiem tylko ja (no i teraz pół internetu). Jeśli ten pean wydaje Wam się trochę podejrzany, to od razu zaznaczam, że Sloggi nie zapłaciło mi za reklamę (chociaż wiem, że jakiś czas temu promowali się na blogach). To ja im zapłaciłam, co więcej, mam zamiar jeszcze dopłacić - za drugi egzemplarz w kolorze czarnym.

Przy tych niesamowitych opowieściach historia mojej nowej torby wypada megablado, bo po prostu zobaczyłam ją na Instagramie Panny Lemoniady i po krótkiej dyskusji z samą sobą ("Jest taaaaka pięęękna!" "Ale przecież miałaś pozbywać się toreb, a nie kupować nowe!") po prostu pojechałam ją kupić. Nie mogę się nadziwić, że ta zewnętrzna część jest wykonana z jednego, odpowiednio poprzecinanego kawałka skóry, bez żadnego szycia (nie licząc wzmocnienia rączek i dna).

A w klapkach pomykam już trzecie lato, ale na blogu jakimś cudem pojawiają się dziś po raz pierwszy. Myślę, że stanowią godne zastępstwo dla moich poprzednich ortopedyków, które nosiłam przez 9 lat, aż w końcu je rozwaliłam, spadając w nich z krawężnika podczas przeprowadzki (adekwatna kara za nieprzestrzeganie przepisów BHP). Gdybyście rozważali zakup takich seksownych laczków, to zwróćcie uwagę na materiał, bo byłam pewna, że wszystkie birkenstocki są w całości skórzane, a tymczasem okazało się, że górna część większości modeli jest zrobiona z tworzywa. Ale skórzane też mają (ja właśnie takie kupiłam), tylko trzeba poszukać.








kapelusz - Bytom
bluzka z falbanami - A2 (#darylosu), jeśli Wam się podoba, to w aktualnej wiosenno-letniej kolekcji pojawił się bardzo podobny model (po zapisaniu się do newslettera rabat -15%)
dżinsy - Lee
biustonosz - Sloggi, model WOW Comfort (nie widać go na zdjęciach, ale jego rola jest tu kluczowa)
torba - Zara