piątek, 21 kwietnia 2017

#RyfkaCzyta: Mit urody

Idzie lato. Nadchodzi TEN czas. Lada chwila magazyny i portale zaczną nas dźgać wirtualnym paluchem w bok i z niesmakiem pytać, czy ten blady miękisz zasługuje aby na miano beach body. Oraz polecać diety, smarowidła i ćwiczenia, które sprawią, że nie będzie nam wstyd pokazać się na plaży. Sama podczas pisania tego tekstu dostałam od pewnej marki propozycję otrzymania dietetyczno-treningowego pakietu, który pomoże mi "przygotować ciało na lato". Myślę, że nie mogłam wybrać lepszej pory na polecenie dzisiejszej książki.


MIT URODY
Naomi Wolf
Wydawnictwo Czarna Owca

Mit urody, Naomi Wolf

Niby każdy średnio rozgarnięty człowiek zdaje sobie sprawę, że atakujący nas ze wszystkich stron "ideał kobiecego piękna" to jeden wielki szwindel. Przeciętna kobieta nigdy nie będzie wyglądać jak modelka z magazynu. Nawet modelka z magazynu nie wygląda jak modelka z magazynu. Wiemy, że obrazy, do których się porównujemy, są wyfotoszopowane na dziesiątą stronę i stanowią raczej pewną fantazję na temat kobiecości niż odzwierciedlają rzeczywistość. Niby to wszystko wiemy, a jednak cały czas się na to nabieramy, jesteśmy z siebie niezadowolone i gonimy ten nieosiągalny ideał. Dlaczego tak jest? Komu na tym zależy? Jak to wpływa na pozycję kobiet w społeczeństwie? Czy możemy się jakoś z tego konkursu piękności wypisać? I czemu właśnie nabrałam ochoty na czipsy? O tym jest Mit urody Naomi Wolf.

Książka ukazała się w 1990, więc prawie 30 lat temu (w 2002 została uzupełniona o nowy wstęp autorki, a wstęp do polskiego wydania z 2014 roku napisała Kinga Dunin), jednak nadal jest zaskakująco aktualna. Naomi Wolf porównuje społeczne oczekiwania dotyczące kobiecego wyglądu do żelaznej dziewicy - średniowiecznego narzędzia tortur, które miało postać metalowego sarkofagu z namalowaną na wieku piękną dziewczyną oraz metalowymi kolcami w środku. Po zamknięciu ofiary wewnątrz kolce wbijały się w jej ciało, powodując śmierć (ewentualnie, w wersji bez kolców, powolne konanie z głodu). Zdaniem autorki dziś same pakujemy się do podobnej "żelaznej dziewicy", próbując za wszelką cenę dopasować się do obowiązującego wzorca poprzez odchudzanie (a właściwie głodzenie się, bo ponoć dzienne racje żywieniowe w amerykańskich klinikach dietetycznych są porównywalne z tymi w obozach koncentracyjnych), poddawanie się bolesnym zabiegom i niebezpiecznym operacjom plastycznym, czy po prostu marnowanie mnóstwa czasu, energii i pieniędzy na kosmetyki i czynności upiększające.

Okej, już widzę, jak część z Was przewraca oczami, że oto znowu jakaś rąbnięta feministka chce, żeby kobiety paradowały zaniedbane, bez makijażu, z owłosionymi nogami i najlepiej w jakichś bezkształtnych workach. Nie, zupełnie nie o to chodzi. Autorka podkreśla, że wcale nie odrzuca mody ani kosmetyków (które przecież są także źródłem przyjemności). Pisze wyraźnie: "Nie atakuję nic, co sprawia, że kobiety czują się dobrze, atakuję tylko to, przez co czujemy się źle". Proste? Nie do końca. No bo jak odróżnić własne preferencje od tych narzuconych? Jeśli nawet głupie buty, które z początku uważamy za paskudztwo, pod wpływem mody i sprytnego marketingu potrafią stać się dla nas obiektem pożądania (coś o tym wiem), to co dopiero jest w stanie z naszym mózgiem zrobić moda na określony wygląd (oraz zachowanie), która jest nam wpajana od dzieciństwa?

Zdaniem Naomi Wolf producenci kosmetyków, firmy dietetyczne i chirurdzy plastyczni wypaczają samopostrzeganie kobiet i utrzymują je w stanie nienawiści do własnego ciała. Logiczne, skoro ich przychody zależą od tego, jak bardzo jesteśmy niezadowolone z tego, jak wyglądamy. Nienawidzimy zatem siebie i nienawidzimy innych kobiet.

Myślenie zgodne z mitem urody zaleca nam traktować się nawzajem jak potencjalne przeciwniczki, chyba że chodzi o przyjaciółki. Spojrzenie, jakim obce kobiety lustrują się nawzajem, mówi wszystko: jest szybkie, z góry na dół, szorstkie, nieufne, chwytające w lot wizerunek bez wzięcia pod uwagę samej osoby; buty, umięśnienie, makijaż są skrupulatnie zapamiętywane, lecz spojrzenie jedynie odbija się od tej drugiej. Kobiety skłonne są do żywienia do siebie nawzajem urazy, jeśli wyglądają zbyt "dobrze", lub do ignorowania się, gdy wyglądają zbyt "źle".

Której z nas nie zdarzyło się oceniać innych kobiet w tramwaju albo plotkować o wyglądzie koleżanek z pracy? Która z nas sama nie była przedmiotem takiej "życzliwej" krytyki? Jak byśmy nie wyglądały, zawsze znajdzie się ktoś, kto wskaże nam, co mogłybyśmy w naszym wyglądzie poprawić. A już na pewno to zrobi, jeśli akcja rozgrywa się w internecie. Jakiś czas temu jedna z blogerek wrzuciła zdjęcie z wakacji w kostiumie kąpielowym. Pod spodem zaraz kilka dziewczyn poradziło jej, że powinna pochodzić na siłkę i porobić przysiady, bo jej tyłek nie spełnia ogólnie przyjętych standardów jędrności. Pod zdjęciem butów innej blogerki ktoś skrytykował wygląd jej nóg. Czyżby, bezczelna, zapomniała je ogolić? Nie, komentatorkę obrzydziły maleńkie czerwone kropeczki po depilacji. Czyli przewinieniem blogerki był sam fakt, że w ogóle na jej ciele rosną włosy! Pamiętam, jak po premierze filmu Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy kilku mądrali oceniło, że w porównaniu z Harrisonem Fordem i Markiem Hamillem Carrie Fisher "brzydko się zastarzała" (księżniczka Leia  odparowała na Twitterze: "Mężczyźni nie starzeją się lepiej niż kobiety. Im po prostu wolno się starzeć"). Mit urody to też niezwykle skuteczne narzędzie dyskredytowania działaczek feministycznych i polityczek:

Koncentrując uwagę na powierzchowności liderek ruchu kobiecego, możemy je zignorować jako zbyt ładne lub zbyt brzydkie. Chodzi o to, by zapobiec identyfikacji kobiet z feministycznymi postulatami. Jeśli kobieta zabierająca publicznie głos jest określana jako zbyt "ładna", staje się wówczas zagrożeniem, rywalką lub po prostu nie może być brana na poważnie. Gdy z kolei szydzi się z niej jako ze zbyt "brzydkiej", inne kobiety ryzykują bycie wyśmianymi w ten sam sposób, jeżeli zidentyfikują się z tym, o co walczy.

Czy na to szaleństwo jest jakieś lekarstwo? Może po prostu wystarczy to olać? Powiedzieć: "ja się w to nie bawię" i już. Nie do końca, bo nawet jeśli my mamy gdzieś, co inni sądzą na temat naszego wyglądu, wpływa to na to, jak nas traktują (w szkole, pracy, mediach czy polityce). Naomi Wolf widzi jednak rozwiązanie:

Gdyby kobiety nie wzmacniały mitu urody, używając go przeciwko sobie nawzajem, stałby się bezsilny. To przykra prawda. Każda kobieta, która chce przekroczyć mit, potrzebuje wsparcia wielu kobiet. Najtrudniejsza, lecz także najbardziej konieczna zmiana nie dotyczy więc mężczyzn ani mediów, lecz właśnie kobiet i tego, jak postrzegamy inne kobiety i jak się wobec nich zachowujemy.

Słowem: kobieca solidarność i poszanowanie cudzych wyborów, nawet jeśli same dokonujemy zupełnie innych. I może jestem zbytnią optymistką, ale wydaje mi się, że po 30 latach od pierwszego wydania książki powoli coś się zaczyna w tej sprawie zmieniać. Marki w swoich kampaniach zaczynają dostrzegać kobiety poza rozmiarami 34-36, rośnie w siłę ruch body positive, dziewczyny w mediach społecznościowych dumnie prezentują swoje fałdki, rozstępy, owłosione pachy, blizny i zmarszczki. I bardzo mi się ta cielesna wolna amerykanka podoba!

Ogólnie Mit urody to nie jest lektura z gatunku lekkich, łatwych i przyjemnych. Autorka porusza w niej wiele skomplikowanych i trudnych tematów, takich jak praca, religia, seks, media, przemoc, starość czy anoreksja. W książce roi się od faktów historycznych, filozoficznych rozważań, przypisów i danych dotyczących głównych beneficjentów mitu urody, czyli przemysłu dietetycznego, kosmetycznego oraz operacji plastycznych. Ja tę książkę męczyłam przez kilka miesięcy i choć zdarzało mi się marszczyć czoło przy niektórych teoriach spiskowych, to naprawdę się cieszę, że ją przeczytałam. I Was też do tego zachęcam. A jeśli kiedyś na Instagramie natraficie na moją owłosioną pachę, będziecie wiedziały, kogo za to winić.

piątek, 7 kwietnia 2017

Bileciki do kontroli!

Jak ja lubię zestawy, które wywołują u mnie taką orgię skojarzeń! Nie wiadomo, czy zaraz pobiegnę na tajne komplety, zacznę wlepiać mandaty za jazdę na gapę, odśpiewam piosenkę ze "Skrzypka na dachu", czy rozpocznę jakąś rewolucję. A to wszystko dzięki jednaj małej czapce w stylu konduktorskim. Od jakiegoś czasu czułam, że to może być model dla mnie, i rzeczywiście, kiedy tylko ją przymierzyłam, doznałam dziwnie znajomego wrażenia, jakby już kiedyś coś takiego występowało na mojej głowie. Dopiero po kilku dniach mnie olśniło, że to dlatego, że ten fason bardzo przypomina czapkę harcerską, którą nosiłam sto lat temu, młodą druhenką będąc.

Ale czapka czapką, pomówmy lepiej o moim nowym lansiarskim plecaczku. Nie pamiętam już, kiedy zobaczyłam go na ulicy po raz pierwszy, ale w ciągu paru lat od "o, spoko plecak" płynnie przeszłam do "aaaaaaa, muszę go mieć!" Od grudnia zastanawiałam się, jaki kolor wybrać (jest milion opcji) i w końcu, totalnie przewidywalnie, poszłam w granat (od dzisiaj, jeśli ktoś zapyta mnie o mój ulubiony kolor, będę odpowiadać linkiem do tego posta).

Co sprawiło, że zachorowałam na Kankena? Najpierw spodobał mi się ten harcersko-włóczykijowaty styl, kompaktowy kształt i uroczy lisek w logo. Potem, kiedy trochę o nim poczytałam, okazało się, że jest nie tylko ładny, ale w dodatku bardzo praktyczny, a to kombinacja cech, obok której nie potrafię przejść obojętnie. Albowiem Kanken jest wytrzymały i nieprzemakalny; jego zamek chodzi w obie strony i rozsuwa się prawie do końca, zapewniając łatwy dostęp nawet do rzeczy z samego dna; po bokach ma dwie kieszonki idealne na butelkę wody, okulary przeciwsłoneczne czy inne drobiazgi, które często się wyjmuje i chowa; lisek jest odblaskowy (bądź widoczny na drodze!); od strony pleców jest gąbka usztywniająca, którą można wyciągnąć i użyć jako "poddupnika" na zimnej lub wilgotnej powierzchni; a do tego, jak demonstrują na YouTube vlogerki z całego świata (a ja mogę potwierdzić), mimo stosunkowo niewielkich rozmiarów (mowa o wersji klasycznej) mieści zadziwiająco dużo. Oprócz tego jest lekki jak piórko i bardzo wygodny (naprawdę można zapomnieć, że ma się go na plecach). Kiedy roweruję, wożę go w koszyku, i dużym plusem jest to, że w razie większych zakupów, kiedy koszyk jest wypełniony po brzegi, mogę go zarzucić na plecy (jazda z dyndającą torbą na ramieniu w analogicznych sytuacjach do najwygodniejszych nie należała). No i nie powiem, bierze mnie ta cała historyjka o tym, jak to pierwszy Kanken powstał w latach 70. z misją poprawy stanu kręgosłupów szwedzkich uczniów, okazał się hitem i w praktycznie niezmienionej formie przetrwał do dziś (ponoć niektórzy Szwedzi nadal noszą plecaki, z którymi ponad 20 lat temu maszerowali do szkoły).

No dobra, a czy to cudo ma w ogóle jakieś minusy? Na pewno cena nie jest zbyt zachęcająca, bo ponad 3 stówy za materiałowy plecak to jednak sporo. Zauważyłam też, że mój kolor dość łatwo się brudzi, tzn. przy zetknięciu z jasną ścianą czy lekko zakurzoną powierzchnią od razu pojawiają się na nim białe ślady. I niestety, nie da się tego po prostu wytrzepać, jak w przypadku dżinsów czy innej tkaniny, tylko trzeba przejechać wilgotną gąbką. Tak sobie myślę, że może szary kolor byłby pod tym względem najmniej kłopotliwy? Jeśli macie jakieś doświadczenia, dajcie znać.

Fjallraven Kanken
Fjallraven Kanken
Fjallraven Kanken
Fjallraven Kanken
Fjallraven Kanken
Fjallraven Kanken
czapka (jak każde nakrycie głowy, musiałam ją trochę zmniejszyć) - Menil / Zalando.pl (podobne też tutaj)
szalik - ciucholand
płaszcz - Lee
dżinsy - Lee
plecak - Fjallraven Kanken / hunt-fish.eu
sztyblety - Ecco

środa, 29 marca 2017

Zawód: projektant. Jak wygląda praca i rekrutacja w LPP?

Rzadko bywam na imprezach, pokazach i prezentacjach modowych. Na początku blogowania parę razy mi się zdarzyło, z czasem jednak zrozumiałam, że obcowanie z modą w wersji "na bogato", wśród błyskających fleszy i celebrytów pozujących na ściankach to zdecydowanie nie moja bajka. Dlatego modowego czerwonego dywanu programowo unikam, za to jeśli mam taką możliwość, chętnie wepchnę się na modowe zaplecze, które uważam za nieporównanie ciekawsze. Do dzisiaj wspominam odwiedziny w pracowni Łucji Wojtali i fabryce dzianin czy wizytę w pracowni kaletniczej de Mehlem, gdzie mogłam się przyglądać, jak powstają skórzane torebki. Natomiast ostatnio dzięki współpracy z firmą LPP miałam okazję dowiedzieć się trochę więcej o procesie projektowania kolekcji marek Reserved, Mohito, Sinsay, Cropp i House oraz o możliwościach pracy dla młodych projektantów w rodzinie LPP. Tak więc jeśli wiążecie swoją przyszłość z modą, myślę, że dzisiejszy post może Was zainteresować.

W niedzielę w krakowskiej Szkole Artystycznego Projektowania Ubioru Anna Chęć-Sołtys - Dyrektorka Biura Produktowego Reserved w Warszawie oraz Martyna Ogerman - projektantka marki Mohito opowiadały o tym, jak wygląda proces projektowania w tak ogromnej modowej korporacji, jakie są wymagania w stosunku do kandydatów na projektantów i jak przebiega rekrutacja. Studenci SAPU wzięli też udział w warsztatach, w których mogli zmierzyć się z projektowaniem kolekcji na podstawie przygotowanych wytycznych. Ja się temu wszystkiemu przysłuchiwałam i przyglądałam, trochę żałując, że za moich czasów na moim kierunku (niezwiązanym z modą) pracodawcy jakoś nie garnęli się do kontaktu ze studentami. A szkoda, bo to na pewno bardzo ułatwiłoby nam start.

Ogólnie dobra wiadomość dla wszystkich projektantów in spe: LPP się rozwija i stale poszukuje nowych rąk (koniecznie podłączonych do kreatywnych umysłów) do pracy. Obecnie w działach projektowania odzieży wszystkich pięciu marek pracuje ponad 700 osób (wszystkich miejsc pracy jest ponad 22 000) i ta liczba będzie rosła wraz z wchodzeniem na kolejne rynki. Oprócz tego firma regularnie organizuje wykłady i warsztaty na uczelniach artystycznych, prowadzi program Fashion Starter (o którym dokładniej będę pisać za jakiś czas) i przyjmuje studentów na płatne, dwu- lub trzymiesięczne staże (każdy, kto pomyślnie przejdzie ten okres, otrzymuje ofertę zatrudnienia). Słowem, nie tylko nie zamyka swoich drzwi przed "młodymi wilkami" projektowania, ale jeszcze aktywnie ich poszukuje i chętnie dzieli się z nimi wiedzą (ponownie zazdrość).


JAK SIĘ PRACUJE W TAKIEJ DUŻEJ FIRMIE MODOWEJ?

NIE MA NUDY
Jedno jest pewne, projektanci LPP nie mogą się nudzić. Nowe minikolekcje wchodzą do sklepów co miesiąc, co jakiś czas powstają nowe marki, niektóre znikają (R.I.P. Tallinder), otwierają się nowe rynki i nowe możliwości. Dzięki tym ciągłym zmianom i wewnętrznej różnorodności (bo każda z 5 marek to inna historia, inny styl i inny klient) można pracować w firmie kilka lat, przechodząc kolejno przez różne działy i marki, ciągle się rozwijając i zdobywając nowe doświadczenie (najpierw damskie akcesoria w Reserved, potem buty w Croppie, następnie płaszcze i koszule w Mohito - możliwości jest naprawdę sporo).

PRACA ZESPOŁOWA
W LPP pracuje się w zespołach. Interakcje, wymiana opinii i szybkie reagowanie na zmiany są w procesie projektowania bardzo ważne, podobnie jak współpraca z innymi działami. Łączenie fantazji i indywidualizmu twórcy z wymogami pracy w tak dużej firmie oraz dopasowanie swojej wizji do oczekiwań klienta nie jest łatwe, ale w tej pracy niezbędne. W końcu wszystko musi się złożyć w jedną spójną całość zgodą z charakterem danej marki.

ATMOSFERA
Atmosfera w pracy jest luźna, nie obowiązuje dress code, można przychodzić do biura nawet w piżamie. Rzeczniczka LPP Marta Chlewicka mówi jednak, że na korytarzu łatwo poznać po stylu kto pracuje dla jakiej marki. Na warsztatach miałam małą próbkę tej różnorodności, bo obecni byli przedstawiciele różnych marek i każdy z nich rzeczywiście wyglądał, jakby zszedł z witryny własnego sklepu: pan z Reserved miał marynarkę, eleganckie buty i kolorowe skarpetki, pani z Mohito - pudroworóżowy żakieto-płaszcz, a pan z House'a - bluzę z nadrukiem i czapkę z daszkiem. Przyznam, że strasznie mi się ta wizja mijających się w pracy "modowych gangów" podoba.

DOSTĘP DO WIEDZY I NARZĘDZI
Projektanci LPP mają dostęp do narzędzi, o jakich zwykły pasjonat mody może tylko pomarzyć. Do ich dyspozycji są internetowe bazy trendów, takie jak WGSN, trendbooki, szkolenia, konsultacje na londyńskiej uczelni Saint Martins, targi i pokazy mody, wyjazdy inspiracyjne. Całą tę wiedzę oraz doświadczenie związane z praktyczną stroną funkcjonowania na rynku mody projektanci mogą (później lub równocześnie) wykorzystać do tworzenia własnej marki i prowadzenia własnej firmy.

LOKALIZACJA
Marki Reserved, Cropp i Sinsay mają swoją siedzibę w Gdańsku, natomiast w Krakowie mieści się projektowa baza House'a i Mohito. Niedawno w Warszawie powstało także biuro produktowe Reserved.

KASA, MISIU, KASA
OK, a jak z zarobkami? Konkretne kwoty oczywiście na spotkaniu nie padły, ale Anna Chęć-Sołtys zapewniła, że firma stara się również w tej dziedzinie być liderem w branży. Tę informację trzeba więc zweryfikować na rozmowie kwalifikacyjnej we własnym zakresie ;)



JAK WYGLĄDA PROCES REKRUTACJI?

No właśnie, powiedzmy, że jestem młodą, utalentowaną studentką lub absolwentką projektowania, której marzy się praca w zawodzie. Jak wygląda rekrutacja? Czy muszę mieć jakieś doświadczenie? Czego mogę się spodziewać na rozmowie kwalifikacyjnej?

1. CV + PORTFOLIO
Jak w każdej pracy, wszystko zaczyna się od przesłania CV i portfolio. Doświadczenie w zawodzie nie jest koniecznie (to pocieszające, bo wydaje się, że w niektórych branżach najlepiej byłoby być 25-latkiem z 20-letnim doświadczeniem). Trzeba po prostu pokazać swoje umiejętności i zainteresowanie modą. Chwalimy się więc ukończonymi kursami, odbytymi stażami, udziałem w konkursach, projektami wykonanymi na studiach czy prywatnymi szkicami (NIE jest ważne, czy projekty są "sprzedażowe" czy totalnie odjechane; liczy się talent i kreatywność). Martyna Ogerman z Mohito (która ukończyła SAPU) podkreśla, że w pracy projektanta niezbędna jest bardzo dobra obsługa programu graficznego Corel, wiedza na temat podstaw konstrukcji ubioru oraz znajomość angielskiej terminologii modowej (opisy modeli tworzone są w języku angielskim, więc trzeba wiedzieć, jak nazywają się poszczególne części i rodzaje ubrań, tkaniny, detale, wykończenia itd.).

2. ZADANIE DOMOWE
Jeśli nasze CV zrobi dobre wrażenie, dostajemy do wykonania zadanie domowe. Polega ono na stworzeniu 3 projektów. Podobno wielu kandydatów robi ten błąd, że stara się dostosować swoje projekty do stylu marki, w której chcą pracować. Natomiast na tym etapie rekruterzy chcą przede wszystkim sprawdzić warsztat i poznać indywidualny styl kandydata. Tak więc zamiast próbować się przypodobać, pokazujemy, że jesteśmy niepowtarzalnym płatkiem śniegu!

3. ROZMOWA
OK, zadanie wykonaliśmy na piątkę. Co dalej? Przed nami ostatni etap, czyli ok. 4-godzinna rozmowa. Podczas niej dostajemy do oceny 10-15 produktów (musimy wśród nich wskazać sprzedażowe hity i kity), tworzymy 3 stylizacje na zadany temat, które następnie musimy obronić, plus oczywiście oczarowujemy wszystkich naszą znajomością branży, trendów oraz aktualnej kolekcji marki (to bardzo ważne!). Teraz pozostaje tylko czekać na telefon z dobrą nowiną.


***
Uff. Dużo informacji, ale mam nadzieję, że dla kilku z Was okażą się pomocne. Aktualne oferty pracy znajdziecie na stronie lppsa.com/kariera. Jeśli macie jakieś pytania, strzelajcie, postaram się zdobyć odpowiedzi u źródła. Możecie też skontaktować się mailowo z Rafałem Talarem z Działu Personalnego LPP: rafal.talar@lppsa.com.



Blogerkę gdzieś wysłać, to zaraz jakieś gadżety wyłudzi ;)

Rzeczniczka LPP Marta Chlewicka (po prawej) przepytuje Dyrektorkę Biura Produktowego Reserved Annę Chęć-Sołtys (po lewej).

Warsztaty projektowania z Martyną Ogerman z Mohito.

fot. LPP

fot. LPP

fot. LPP

fot. LPP

fot. LPP

fot. LPP

fot. LPP

sobota, 4 marca 2017

That's the way (aha, aha) I like it

Ale mam dzisiaj nowości do pokazania, łohoho! Znaczy się, jak zwykle większość rzeczy jest już ze mną od dawna, ale z powodu mojej rażącej niesystematyczności (dopiero marzec, a moje doroczne noworoczne postanowienie pt. "regularnie blogować" już szlag trafił) pojawiają się dzisiaj po raz pierwszy. 

No to po kolei. Najpierw główna gwiazda dzisiejszego zestawu, czyli bluza. Świeżutka, bo kupiona wczoraj. Długo rozglądałam się za fajną i porządną bluzą, aż kilka dni temu przypadkiem zobaczyłam na Instagramie tę kolorową frotową piąchę. Dobrze, że się długo nie zastanawiałam, bo następnego dnia wszystkie były już wyprzedane.

Kojarzycie te poradniki w modowych magazynach i serwisach internetowych w stylu "10 rzeczy, które każda kobieta powinna mieć w szafie"? Zwykle z tych zestawień mam tylko białą koszulę. No ale często pojawia się tam m.in. czarna ramoneska. I ja też swojego czasu chciałam taką ramoneskę mieć. Bo wydawała mi się praktyczna, pasująca do wszystkiego i wszystkie dziewczyny (w internecie i w życiu) wyglądały w niej naprawdę fajnie. Przymiarka w sklepie ujawniła jednak, że najwyraźniej jestem jedyną osobą na świecie, której ramoneska totalnie nie pasuje. Czarna skóra plus metalowe zamki - to połączenie okazało się dla mnie za "zimne" i za "ostre". Może gdybym znalazła model z brązowej skóry albo zamszu? Trafiło mi się jednak coś lepszego: ramoneskowa kamizelka z mieszanki wełny. Miękka, wygodna, w kolorze idealnym dla dżinsofila, no i w sam raz na pogodę taką jak teraz, czyli "ciepło, ale nie aż tak". Jesteśmy ze sobą już trzeci rok.

Dzisiaj pojawia się też element rzadko u mnie widywany, czyli biżuteria. Kolczyki Anny Ławskiej z buźkami stworzonymi przez ilustratorkę Paulinę Derecką (z jednej strony jest buźka męska, a z drugiej damska) tak mi się spodobały, że dopilnowałam, żeby Dzióbek kupił mi je z okazji moich podwójnie osiemnastych urodzin.

Natomiast z okazji bycia blogerką jakoś w okolicach świąt dostałam od Eli - właścicielki jednoosobowej pracowni kaletniczej Czajkaczajka, nową skórzaną torbę. Teczucha Mieszczucha (bo tak nazywa się wybrany przeze mnie model) nawiązuje trochę stylem do PRL-owskich teczek, jest wyjątkowo pojemna, całkiem lekka jak na takie wielkie skórzane torbiszcze oraz - co dla mnie bardzo ważne - z tyłu wyposażona w dodatkową kieszonkę na zamek (dzięki temu nie muszę otwierać całej torby, żeby wyjąć portfel czy telefon).

Ogólnie jak tak patrzę na dzisiejsze zdjęcia, to myślę sobie, że to naprawdę fajne uczucie, kiedy nowe rzeczy dopasowują się do starych, jakby pochodziły z jednego zestawu puzzli. O taką szafę walczyłam!







kapelusz - Bytom
bluza - Levi's (tutaj ten konkretny model, a tutaj koszulka z tym samym motywem)
kamizelka - Lee
dżinsy - Lee
sztyblety - Ecco
skórzana teczka a.k.a. Teczucha Mieszczucha - Czajkaczajka (#darylosu)
kolczyki Faces - Anna Ławska (prezent od Dzióbka)

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Gabinet osobliwości

Coś dawno nie było tu aktualizacji mieszkaniowych. Pewnie dlatego, że jesteśmy już w zasadzie urządzeni i mało pojawia się u nas nowości większego kalibru (typu meble). Za to w ciągu ostatnich miesięcy udało mi się zebrać kilka nieco dziwacznych drobiazgów i przecież nie mogę zachować tej informacji tylko dla siebie.

W skrócie, mój mały gabinet osobliwości to mieszanka motywów botanicznych, anatomicznych i apteczno-chemicznych (nie wiem, czy to dlatego, że w liceum byłam na bio-chemie?) oraz "Gwiezdnych wojen" (rok temu w końcu obejrzałam wszystkie części i trzyma mnie jeszcze entuzjazm neofity). W kolekcji znalazł się też drewniany dziadek do orzechów wyhaczony okazyjnie na OLX-ie oraz ceramiczna figurka przedstawiająca zakochaną parę w ukraińskich strojach ludowych. Z tą ostatnią wiąże się pewna historia rodzinna, na tyle abstrakcyjna, że myślę, że świat musi ją poznać.

Otóż gdzieś między końcem liceum a początkiem studiów moją Rodzicielkę zaczął martwić fakt, że jeszcze nie mam chłopaka. Oldskulowo, nie? Nie wiem, czy się bała, że sąsiedzi wywiozą mnie z miasta na wozie z gnojem, ale musiała wiedzieć, jak zareagowałabym na jej obawy, bo słowem nie zdradziła, że taki temat w ogóle zaprząta jej głowę. Postanowiła za to działać. Uciekając się do magii. A dokładnie do feng-shui, którym się wtedy maniakalnie interesowała. Pamiętam, jak wparowała kiedyś do mojego pokoju i ustawiła na szafie tę ukraińską parę. Trochę protestowałam (po co mi tu to badziewie!), ale coś ściemniała, że nie ma gdzie jej postawić, a ja w końcu uznałam, że nie ma sensu się kłócić, skoro w sumie i tak jestem już na wylocie (żegnaj, domu, witaj, akademiku). Jak się potem okazało, figurka została ustawiona strategicznie w Polu Miłości i miała za zadanie zwabić mi tzw. absztyfikanta. Znając moje podejście do wszelkich zabobonów, Mama przyznała się do tych czarów dopiero kilka lat temu, uważając oczywiście, że to dzięki niej na pierwszym roku studiów poznałam Dzióbka (mojego pierwszego i jak na razie jedynego chłopaka). Kiedy ostatnio byłam u Rodziców, przypomniałam sobie tę historię i stwierdziłam, że jest na tyle niedorzeczna, że figurka musi wylądować w naszym mieszkaniu. I nie żebym była przekorna (bo przecież z tego wyrosłam), ale tak się złożyło, że ustawiłam ją w łazience, w... Polu Sedesu. Zobaczymy, jaki będzie to miało wpływ na nasz związek.

Vintage nutcracker
drewniany dziadek do orzechów - vintage / OLX.pl

Vintage Ukrainian couple figurine
Vintage Ukrainian couple figurine
ukraińska para z ceramiki (a.k.a. klucz do szczęścia w miłości) - vintage, od Mamy

Kwietnik.eu plant hanger
Kwietnik.eu plant hanger
druciany kwietnik - Kwietnik.eu (model Wioletta) 
PS Kocham tego kwiatka za to, że wytrzymuje nad kaloryferem w okresie grzewczym.

Biology-inspired kitchen stuff
H&M Home saucer
Magpie mug
kubek anatomiczny - Magpie / Bonami.pl
spodek / talerzyk z żukiem - H&M Home

Storm trooper
storm trooper pilnujący domofonu - od Dzióbka


aparat analogowy FED - vintage, od Rodziców
breloczek Darth Vader (Dzióbek ma Kapitan Phasmę) - Lego / Bonami.pl
butelka Darth Vader - Bonami.pl

piątek, 13 stycznia 2017

Spędźże weekend w Krakowie!

Dzisiaj zapraszam Was do Krakowa. I to nie tylko wirtualnie, w ramach cyklu Kraków według Ryfki, ale jak najbardziej realnie, bo dzięki sieci hoteli Hampton by Hilton, która jest partnerem tego wpisu, ktoś z Was (wraz z ktosiem towarzyszącym) będzie mógł spędzić weekend w Krakowie. Jeśli mieszkacie w Krakowie na co dzień, nic straconego: do wygrania jest też weekend w Warszawie i Gdańsku. Ale po kolei. Najpierw przedstawię Wam kolejne z moich ulubionych krakowskich miejsc:


TYTANO
ul. Dolnych Młynów 10, Kraków
restauracje, kawiarnie i bary (m.in. Veganic, Międzymiastowa, Bonjour Cava, Weźże Krafta, Mr. Pancake), Forum Designu, Forum Mody


Przeczytałam kiedyś, że związek to dwoje ludzi, którzy każdego dnia wspólnie zastanawiają się: "Co dzisiaj jemy na obiad?", aż w końcu jedno z nich umiera. Rany, jakie to prawdziwe! Tyle czasu tracimy na namyślanie się, kręcenie nosem i kombinowanie, co ugotować albo gdzie pójść na jedzenie; czasu, który moglibyśmy spędzić o wiele pożyteczniej, na przykład grając w grę (Dzióbek) albo przeglądając sherlockowe gify na Tumblrze (ja). Dlatego bardzo się cieszę, że w zeszłym roku w Krakowie powstało miejsce, które rozwiązuje większość tych dylematów.

Tytano to "miasto w mieście" - kompleks gastronomiczno-rozrywkowy zlokalizowany w starej fabryce tytoniu w samym centrum Krakowa (na końcu ulicy Rajskiej). Są tam restauracje, kawiarnie, bary, odbywają się koncerty, wystawy i inne wydarzenia kulturalne, a latem można rozłożyć się na leżaczkach i oglądać filmy pod gołym niebem. Kiedy nie wiemy, gdzie pójść, idziemy właśnie do Tytano, bo tam, w jednym miejscu, bez kluczenia po całym mieście, mamy do wyboru opcje na słodko i słono, mięsne i wegetariańskie, na mały i duży głód. Smacznie, wygodnie i do tego w inspirującym otoczeniu (serio, każdy z tamtejszych lokali jest urządzony tak, że nic tylko robić zdjęcia i wrzucać na Instagrama - mała próbka poniżej).

Knajpą, którą wybieramy najczęściej, jest wegetariańsko-wegański Veganic. Już widzę Wasze zdziwione miny: Ryfka i kuchnia bezmięsna?! Niespodzianka! Karmią tam naprawdę dobrze, obsługa jest przemiła, do tego ceny całkiem przystępne (w dni powszednie do godz. 16.00 zjecie tam dwudaniowy lunch za 19 zł).

Drugi nasz wybór to Międzymiastowa. Jedzenie jest dobre, chociaż zwykle dość długo czeka się na obsługę (może akurat mieliśmy pecha). Oszczędnych na pewno zainteresuje możliwość zamówienia do kawy śniadania za 1 zł (polecam francuskie tosty!). Z kolei lunch dnia zjecie tam za 19,90 zł. Promocje obowiązują od poniedziałku do piątku.

Jak wiecie, nie lubię piwa (jest gorzkie, nawet jak niby jest słodkie), ale Dzióbek jest wielkim fanem piw rzemieślniczych, dlatego raz na jakiś czas, zwykle kiedy spotykamy się ze znajomymi, odwiedzamy bar Weźże Krafta. Dzióbek z zadowoleniem uśmiecha się znad kufla, a ja nie mogę przestać się zachwycać tą arcykrakowską nazwą oraz neonowym napisem "Pijże" umieszczonym nad kontuarem. Sytuacja typu win-win ;)

Jeśli podobnie jak ja macie teraz fazę na urządzanie mieszkania, to gorąco polecam Wam Forum Designu, czyli wielką halę z meblami, dodatkami i innymi wnętrzarskimi gadżetami od polskich projektantów. Spróbujcie przejść się po tym miejscu, nie wykrzykując choć raz "łaaaaał!" Mnie się to jeszcze nie udało.

Te cztery miejsca w Tytano odwiedzam najczęściej. Lokali jest oczywiście więcej i co jakiś czas otwierają się nowe, więc zachęcam Was do zaglądania i własnych poszukiwań. Może niedługo pojawi się ku temu idealna okazja - szczegóły poniżej! :)



KONKURS #WEEKENDZHBH

Zanosi się na to, że przysłowie "cudze chwalicie, swego nie znacie" niedługo może stracić na aktualności, przynajmniej jeśli chodzi o podróżowanie. Według badań przeprowadzonych przez sieć Hampton by Hilton Polacy coraz chętniej spędzają krótkie urlopy na wyjazdach krajowych. Ci weekendowi podróżnicy preferują krótkie, za to częstsze ładowanie akumulatorów poprzez poznawanie rodzimych zabytków i korzystanie z lokalnych atrakcji. Ja co prawda żadnych badań nie przeprowadzałam, ale rosnąca z roku na rok liczba wiadomości w mojej skrzynce pt. "Wybieram się na weekend do Krakowa, podpowiesz, gdzie warto się wybrać?", wydaje się potwierdzać tę tendencję.

Jeśli więc macie ochotę wybrać się do Krakowa i odwiedzić Tytano oraz inne ciekawe miejsca, zapraszam Was do wzięcia udziału w instagramowym konkursie, w którym do wygrania jest weekendowy pobyt dla dwóch osób w krakowskim hotelu Hampton by Hilton (wraz z dojazdem!). Zasady znajdziecie w opisie tego zdjęcia na moim Instagramie (pełny regulamin tutaj). Zaglądajcie też na profile @tekstualna i @andtucholski, gdzie do zgarnięcia będą weekendy w Warszawie i Gdańsku. Powodzenia!


PS
Oczywiście jeśli macie swoje ulubione miejsca w Krakowie, koniecznie podzielcie się nimi w komentarzach. Ja i inni czytelnicy będziemy Wam bardzo wdzięczni :)


Mam słabość do takich pofabrycznych klimatów.
Wegetariańskie i wegańskie pyszności, które zadowolą nawet zatwardziałego mięsożercę.
Po każdym obiedzie w Veganicu przejście na wegetarianizm nie wydaje mi się takim nierealnym pomysłem.
Uwielbiam to wnętrze. Zastanawiam się nad tapetą w tym stylu w sypialni.
W Veganic warzywa atakują już od progu.
Wejście do Forum Designu (i Forum Mody).
Ubrania polskich projektantów w Forum Mody.
Małpa chyba wpadła na jakiś pomysł.
"Dzień dobry, czy mogę tu zamieszkać?", czyli Forum Designu.
Wiem, że fotele Chierowskiego są teraz wszędzie, ale ten kieszonkowy rozmiar idealnie pasowałby mi do "salonu".
Moje życie w pigułce.
Proszę czekać, łączę.
Zdjęcie zrobione przez głodne dziecko z powieści Dickensa przyklejone do szyby.
Dzik jest dziki. Dzik jest zły.
A czy Wy pochowaliście już świąteczne dekoracje? (Ja jeszcze nie.)
Niemożliwe, że ta fabryka stała w centrum Krakowa przez tyle lat, zupełnie niezagospodarowana.
Najlepsza nazwa na dzielni.
Tzw. call to action.
Dieta nie ma szans.

Tutaj latem odbywało się kino pod chmurką.