Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z wizytą. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z wizytą. Pokaż wszystkie posty

29 marca 2017

Zawód: projektant. Jak wygląda praca i rekrutacja w LPP?

Rzadko bywam na imprezach, pokazach i prezentacjach modowych. Na początku blogowania parę razy mi się zdarzyło, z czasem jednak zrozumiałam, że obcowanie z modą w wersji "na bogato", wśród błyskających fleszy i celebrytów pozujących na ściankach to zdecydowanie nie moja bajka. Dlatego modowego czerwonego dywanu programowo unikam, za to jeśli mam taką możliwość, chętnie wepchnę się na modowe zaplecze, które uważam za nieporównanie ciekawsze. Do dzisiaj wspominam odwiedziny w pracowni Łucji Wojtali i fabryce dzianin czy wizytę w pracowni kaletniczej de Mehlem, gdzie mogłam się przyglądać, jak powstają skórzane torebki. Natomiast ostatnio dzięki współpracy z firmą LPP miałam okazję dowiedzieć się trochę więcej o procesie projektowania kolekcji marek Reserved, Mohito, Sinsay, Cropp i House oraz o możliwościach pracy dla młodych projektantów w rodzinie LPP. Tak więc jeśli wiążecie swoją przyszłość z modą, myślę, że dzisiejszy post może Was zainteresować.

W niedzielę w krakowskiej Szkole Artystycznego Projektowania Ubioru Anna Chęć-Sołtys - Dyrektorka Biura Produktowego Reserved w Warszawie oraz Martyna Ogerman - projektantka marki Mohito opowiadały o tym, jak wygląda proces projektowania w tak ogromnej modowej korporacji, jakie są wymagania w stosunku do kandydatów na projektantów i jak przebiega rekrutacja. Studenci SAPU wzięli też udział w warsztatach, w których mogli zmierzyć się z projektowaniem kolekcji na podstawie przygotowanych wytycznych. Ja się temu wszystkiemu przysłuchiwałam i przyglądałam, trochę żałując, że za moich czasów na moim kierunku (niezwiązanym z modą) pracodawcy jakoś nie garnęli się do kontaktu ze studentami. A szkoda, bo to na pewno bardzo ułatwiłoby nam start.

Ogólnie dobra wiadomość dla wszystkich projektantów in spe: LPP się rozwija i stale poszukuje nowych rąk (koniecznie podłączonych do kreatywnych umysłów) do pracy. Obecnie w działach projektowania odzieży wszystkich pięciu marek pracuje ponad 700 osób (wszystkich miejsc pracy jest ponad 22 000) i ta liczba będzie rosła wraz z wchodzeniem na kolejne rynki. Oprócz tego firma regularnie organizuje wykłady i warsztaty na uczelniach artystycznych, prowadzi program Fashion Starter (o którym dokładniej będę pisać za jakiś czas) i przyjmuje studentów na płatne, dwu- lub trzymiesięczne staże (każdy, kto pomyślnie przejdzie ten okres, otrzymuje ofertę zatrudnienia). Słowem, nie tylko nie zamyka swoich drzwi przed "młodymi wilkami" projektowania, ale jeszcze aktywnie ich poszukuje i chętnie dzieli się z nimi wiedzą (ponownie zazdrość).


JAK SIĘ PRACUJE W TAKIEJ DUŻEJ FIRMIE MODOWEJ?

NIE MA NUDY
Jedno jest pewne, projektanci LPP nie mogą się nudzić. Nowe minikolekcje wchodzą do sklepów co miesiąc, co jakiś czas powstają nowe marki, niektóre znikają (R.I.P. Tallinder), otwierają się nowe rynki i nowe możliwości. Dzięki tym ciągłym zmianom i wewnętrznej różnorodności (bo każda z 5 marek to inna historia, inny styl i inny klient) można pracować w firmie kilka lat, przechodząc kolejno przez różne działy i marki, ciągle się rozwijając i zdobywając nowe doświadczenie (najpierw damskie akcesoria w Reserved, potem buty w Croppie, następnie płaszcze i koszule w Mohito - możliwości jest naprawdę sporo).

PRACA ZESPOŁOWA
W LPP pracuje się w zespołach. Interakcje, wymiana opinii i szybkie reagowanie na zmiany są w procesie projektowania bardzo ważne, podobnie jak współpraca z innymi działami. Łączenie fantazji i indywidualizmu twórcy z wymogami pracy w tak dużej firmie oraz dopasowanie swojej wizji do oczekiwań klienta nie jest łatwe, ale w tej pracy niezbędne. W końcu wszystko musi się złożyć w jedną spójną całość zgodą z charakterem danej marki.

ATMOSFERA
Atmosfera w pracy jest luźna, nie obowiązuje dress code, można przychodzić do biura nawet w piżamie. Rzeczniczka LPP Marta Chlewicka mówi jednak, że na korytarzu łatwo poznać po stylu kto pracuje dla której marki. Na warsztatach miałam małą próbkę tej różnorodności, bo obecni byli przedstawiciele różnych marek i każdy z nich rzeczywiście wyglądał, jakby zszedł z witryny własnego sklepu: pan z Reserved miał marynarkę, eleganckie buty i kolorowe skarpetki, pani z Mohito - pudroworóżowy żakieto-płaszcz, a pan z House'a - bluzę z nadrukiem i czapkę z daszkiem. Przyznam, że strasznie mi się ta wizja mijających się w pracy "modowych gangów" podoba.

DOSTĘP DO WIEDZY I NARZĘDZI
Projektanci LPP mają dostęp do narzędzi, o jakich zwykły pasjonat mody może tylko pomarzyć. Do ich dyspozycji są internetowe bazy trendów, takie jak WGSN, trendbooki, szkolenia, konsultacje na londyńskiej uczelni Saint Martins, targi i pokazy mody, wyjazdy inspiracyjne. Całą tę wiedzę oraz doświadczenie związane z praktyczną stroną funkcjonowania na rynku mody projektanci mogą (później lub równocześnie) wykorzystać do tworzenia własnej marki i prowadzenia własnej firmy.

LOKALIZACJA
Marki Reserved, Cropp i Sinsay mają swoją siedzibę w Gdańsku, natomiast w Krakowie mieści się projektowa baza House'a i Mohito. Niedawno w Warszawie powstało także biuro produktowe Reserved.

KASA, MISIU, KASA
OK, a jak z zarobkami? Konkretne kwoty oczywiście na spotkaniu nie padły, ale Anna Chęć-Sołtys zapewniła, że firma stara się również w tej dziedzinie być liderem w branży. Tę informację trzeba więc zweryfikować na rozmowie kwalifikacyjnej we własnym zakresie ;)



JAK WYGLĄDA PROCES REKRUTACJI?

No właśnie, powiedzmy, że jestem młodą, utalentowaną studentką lub absolwentką projektowania, której marzy się praca w zawodzie. Jak wygląda rekrutacja? Czy muszę mieć jakieś doświadczenie? Czego mogę się spodziewać na rozmowie kwalifikacyjnej?

1. CV + PORTFOLIO
Jak w każdej pracy, wszystko zaczyna się od przesłania CV i portfolio. Doświadczenie w zawodzie nie jest konieczne (to pocieszające, bo wydaje się, że w niektórych branżach najlepiej byłoby być 25-latkiem z 20-letnim doświadczeniem). Trzeba po prostu pokazać swoje umiejętności i zainteresowanie modą. Chwalimy się więc ukończonymi kursami, odbytymi stażami, udziałem w konkursach, projektami wykonanymi na studiach czy prywatnymi szkicami (NIE jest ważne, czy projekty są "sprzedażowe" czy totalnie odjechane; liczy się talent i kreatywność). Martyna Ogerman z Mohito (która ukończyła SAPU) podkreśla, że w pracy projektanta niezbędna jest bardzo dobra obsługa programu graficznego Corel, wiedza na temat podstaw konstrukcji ubioru oraz znajomość angielskiej terminologii modowej (opisy modeli tworzone są w języku angielskim, więc trzeba wiedzieć, jak nazywają się poszczególne części i rodzaje ubrań, tkaniny, detale, wykończenia itd.).

2. ZADANIE DOMOWE
Jeśli nasze CV zrobi dobre wrażenie, dostajemy do wykonania zadanie domowe. Polega ono na stworzeniu 3 projektów. Podobno wielu kandydatów robi ten błąd, że stara się dostosować swoje projekty do stylu marki, w której chcą pracować. Natomiast na tym etapie rekruterzy chcą przede wszystkim sprawdzić warsztat i poznać indywidualny styl kandydata. Tak więc zamiast próbować się przypodobać, pokazujemy, że jesteśmy niepowtarzalnym płatkiem śniegu!

3. ROZMOWA
OK, zadanie wykonaliśmy na piątkę. Co dalej? Przed nami ostatni etap, czyli ok. 4-godzinna rozmowa. Podczas niej dostajemy do oceny 10-15 produktów (musimy wśród nich wskazać sprzedażowe hity i kity), tworzymy 3 stylizacje na zadany temat, które następnie musimy obronić, plus oczywiście oczarowujemy wszystkich naszą znajomością branży, trendów oraz aktualnej kolekcji marki (to bardzo ważne!). Teraz pozostaje tylko czekać na telefon z dobrą nowiną.


***
Uff. Dużo informacji, ale mam nadzieję, że dla kilku z Was okażą się pomocne. Aktualne oferty pracy znajdziecie na stronie lppsa.com/kariera. Jeśli macie jakieś pytania, strzelajcie, postaram się zdobyć odpowiedzi u źródła. Możecie też skontaktować się mailowo z Rafałem Talarem z Działu Personalnego LPP: rafal.talar@lppsa.com.



Blogerkę gdzieś wysłać, to zaraz jakieś gadżety wyłudzi ;)

Rzeczniczka LPP Marta Chlewicka (po prawej) przepytuje Dyrektorkę Biura Produktowego Reserved Annę Chęć-Sołtys (po lewej).

Warsztaty projektowania z Martyną Ogerman z Mohito.

fot. LPP

fot. LPP

fot. LPP

fot. LPP

fot. LPP

fot. LPP

fot. LPP

4 kwietnia 2016

W papierniczym wariatkowie

5 lat temu zadałam Wam na Facebooku pytanie: Na co komu w XXI wieku papierowy kalendarz? Okazało się, że w erze smartfonów, tabletów i innych elektronicznych wynalazków nadal jest wśród Was spora grupa wielbicieli "wąchania kartek, zaginania rogów i bazgrolenia serduszek", która ceni sobie to, że w kalendarzu - w przeciwieństwie do migających i brzęczących gadżetów - można na przykład "narysować portret głupiej baby obok numeru głupiej baby" (swoją drogą, mogłabym Was uściskać za te komentarze).

Ja też do papieroholików należę, odkąd pamiętam, ale świat dziwnych, hipsterskich papierniczych marek odkryłam dopiero dzięki Elmirze - właścicielce sklepu escribo.pl oraz nowo otwartego Papierowego Atelier w Chrzanowie. Jeśli zaglądacie na mojego Facebooka, to pewnie kojarzycie, że od 5 lat używam kalendarzy od Elmiry. Najpierw były to kalendarze włoskiej marki Ciak, a w tym roku przesiadłam się na słynny Traveler's Notebook, czyli japoński kalendarzo-notes, który wygląda jak notatnik młodego Indiany Jonesa (kto 100 lat temu oglądał ten serial, ten wie) i którego wnętrze można sobie dowolnie komponować. Traveler's ma skórzaną okładkę i jest dostępny w dwóch rozmiarach: standardowej i mniejszej, paszportowej. Do środka można wpinać wkłady kalendarzowe (do wyboru: tygodniowe, miesięczne, poziome, pionowe itd.), notesy, zamykane kieszonki na drobiazgi, arkusze samoprzylepnych karteczek lub naklejek oraz inne cuda. To w zasadzie notatnik na całe życie: w nowym roku wystarczy tylko wymienić zapisane wkłady. Jakiś czas temu nakręciłam (kalkulatorem) filmik, w którym pokazałam, jak mój Traveler's wygląda w środku - możecie go zobaczyć tutaj.

Niedawno odwiedziłam Elmirę w Chrzanowie w jej nowym królestwie i jak tylko zobaczyłam na żywo te wszystkie cudowności, stwierdziłam, że po prostu muszę Wam to pokazać. Papierowe Atelier to nie jest zwykły sklep papierniczy. Nie kupicie tu wyprawki dla pierwszoklasisty czy zapasu papieru do drukarki. To jest sklep dla papierowych koneserów. Dla pasjonatów. No dobra, dla psycholi. Elmira i jej mąż Robert sami o sobie mówią, że nie są do końca normalni. Widziałam ich w akcji, jak doradzają klientom, i zdecydowanie mogę to potwierdzić. Oni każdy produkt dostępny w sklepie wyłowili z setek innych, własnoręcznie go przetestowali i o każdym potrafią opowiadać tak, że nie chce się od nich wychodzić (znane są przypadki, że klienci siedzieli w Atelier po kilka godzin). Notatnik o najcieńszych kartkach na świecie (które mimo to nie pozwalają atramentowi przeciekać na drugą stronę), ołówek, na którego korpusie skondensowano klatki z filmu "Podróż na księżyc" z 1902 roku, nożyczki produkowane w japońskiej miejscowości słynącej dawniej z produkcji mieczy i sztyletów... Do tego niezliczone ilości niecodziennych notesów, kalendarzy, spinaczy, naklejek, piórników i innych gadżetów, których istnienia nawet byście nie podejrzewali. Małą próbkę tego szaleństwa możecie zobaczyć poniżej.

(aktualizacja 2019: sklep w Chrzanowie zamknięty, 
ale działa sklep w Katowicach, ul. Plebiscytowa 17)

Papierowe Atelier przemawia zarówno do mojego wewnętrznego papiero-, jak i mebloholika.
Te fotele! Chętnie bym je ukradła, gdyby nie to, że nie miałabym ich gdzie wstawić.
Na każdym kroku widać dbałość o najmniejsze detale.
Elmira i Robert, czyli właściciele żółtych (i różnych innych) papierów.
Dawna miejscówka Papierowego Atelier. W sierpniu 2016 sklep został przeniesiony na ul. Garncarską 20!
Oczywiście, że nie mogło zabraknąć starej maszyny do pisania.
Zwykłe spinacze są dla nudziarzy (ja mam rowerki).
Po prawej włoskie kalendarze Ciak - używałam ich przez 4 lata zanim nie przerzuciłam się na Traveler'sa.
Pojemnik na ołówki w kształcie... strugaczki.
Miłośnicy pisania piórem na pewno nie będą rozczarowani.
Papierowe Atelier organizuje od czasu do czasu warsztaty kaligrafii. Warto śledzić ich Facebooka.
Odlot!
Śliczne kopertki na sznureczek i kartka - samolot do składania.
Właściciele chyba trochę obrośli w piór(k)a.
A tutaj "klejnot w koronie", czyli japoński Traveler's Notebook.
Elmira i Robert jeżdżą po świecie w poszukiwaniu najfajniejszych papierniczych skarbów.
A na miejscu chętnie częstują kawą lub herbatą (nie tylko jeśli jest się blogerką).
Tutaj nawet nożyczki muszą być jakieś inne.
Coś dla psiarzy i kociarzy.
W środku tych czekolad, maszyn do pisania i kopertek można ukryć miniwiadomość.
Zwykłych zeszytów raczej nie macie tu co szukać. Same wyjątkowe i nietypowe.
Znaczki, pieczątki, naklejki - tak pakowane są wszystkie zamówienia internetowe.
A to mój Traveler's Notebook stuningowany po wizycie w Papierowym Atelier.

6 września 2015

Dla chorych na dizajn: LoftHotel Przychodnia

Jak widać po tym, co się dzieje na blogu, Facebooku i Instagramie, urządzanie mieszkania to ostatnio mój ulubiony temat. Dzisiaj też będzie o wnętrzach, ale dla odmiany o cudzych. W zeszłym tygodniu moja firma wysłała mnie na dwudniowe szkolenie do Warszawy. Co prawda nie z designu, jednak muszę powiedzieć, że w mistrzowski sposób udało mi się połączyć business z pleasure, bo zarezerwowałam sobie nocleg w wyjątkowo odjechanym hotelu.

Przybytek nazywa się LoftHotel Przychodnia, zajmuje jedno piętro starej kamienicy (nie ma recepcji ani restauracji) i rzeczywiście w środku jest trochę jak w lofcie, a trochę jak w przychodni. Mamy tu więc loftowe przeboje w postaci wielkich, industrialnych lamp, łóżek z palet, stolików z drewnianych szpul, fabrycznych tablic informacyjno-ostrzegawczych czy metalowych skrzyń. Zamiast zwykłych drzwi do pokojów - drzwi od starych wind. Do tego betonowa podłoga, a na ścianach i sufitach widoczne rury i kable. Raj dla każdego hipstera! Już na tym etapie wystrój by mi się spodobał, ale właściciele poszli o krok dalej i elementy fabryczne wymieszali z elementami szpitalnymi. Na korytarzu stoi więc stojak na kroplówkę, w pokoju zamiast typowej toaletki - stolik z miskami na waciki albo jakieś medyczne przyrządy, a zamiast szafy - szklana szafka na lekarstwa (swoją drogą, szkoda, że w tej ostatniej był tylko koc, bo po wejściu do pokoju byłam taka podjarana, że przydałoby mi się coś na uspokojenie). Surową, fabryczną całość rozweselają wściekle żółte akcenty: żeberkowe kaloryfery, nowoczesne krzesła albo - jak w przypadku mojego pokoju - ścienna fontanna / zlew / chrzcielnica (?).

Za wystrój hotel dostaje ode mnie 9/10. Mimo że sama wolę trochę bardziej przytulne wnętrza, to jestem pod wrażeniem pomysłu na dekorację oraz jego realizacji. Wszystko jest dopracowane w najmniejszych szczegółach. Nic nie jest przypadkowe, nawet ręczniki i naczynia w kuchni pasują kolorystycznie do całości (kto jak kto, ale ja potrafię to docenić). Nie jestem wybrednym podróżnym i w zasadzie wszystko mi jedno, gdzie nocuję i jaki kolor mają ściany, bylebym tylko miała łóżko, własną łazienkę i wi-fi, ale muszę przyznać, że miło czasem przekimać w miejscu, które dostarcza takich estetycznych wrażeń.

Jeśli powyższy opis i poniższe zdjęcia zachęcają Was do wizyty w Przychodni, to mam jeszcze kilka informacji praktyczno-organizacyjnych. Po pierwsze, w hotelu nie ma recepcji i klucze odbiera się w hotelu siostrzanym, LoftHotel Sen Pszczoły, przy Pięknej 66a (też w kamienicy). Stamtąd do Przychodni (Piękna 21) idzie się jakieś 10 minut spacerem. To znaczy pod warunkiem, że jest się dobrze zorientowanym w terenie, bo w moim przypadku przeciągnęło się to do jakichś 25 minut. Piękna skończyła mi się bowiem na numerze 31 i trochę mi zajęło, zanim się skapnęłam, że trzeba przejść przez bramę budynku, a następnie duże skrzyżowanie, żeby odnaleźć jej dalszy ciąg. Jeśli nie lubicie małych, klaustrofobicznych PRL-owskich wind, to nie będziecie zachwyceni, bo taką właśnie windą wjeżdża się do obu hoteli. Mnie to akurat nie przeszkadza, ba, uważam, że zdezelowana winda idealnie pasuje to do klimatu całości, ale wiem, że są tacy, którzy rzucą okiem i wybiorą schody (3. piętro, powodzenia). Warto też przy rezerwacji zwrócić uwagę na to, że niektóre pokoje mają prywatną łazienkę... poza pokojem. To znaczy, łazienka jest tylko dla Was i nikt inny nie ma do niej dostępu, ale jednak trochę to kłopotliwe (policzyłam, że przy jednym wyjściu do łazienki trzeba otwierać i zamykać drzwi w sumie aż 8 razy - przerąbane, jeśli ktoś ma kłopoty z pęcherzem). A, i informacja dla wrażliwców: metalowe drzwi do pokojów niestety dobrze rezonują, więc każde przekręcanie zamka słychać w całym korytarzu oraz sąsiednich pokojach.

Z plusów, oprócz odjechanego wystroju, warto jeszcze wymienić dobrą lokalizację (tuż przy skrzyżowaniu z Marszałkowską), czystość (chciałabym mieć takie nieskazitelne szyby pod moim domowym prysznicem), dużą przestrzeń (mój dwuosobowy pokój miał chyba z 18 metrów kwadratowych) oraz otwartą kuchnię do dyspozycji gości. Fajne jest też to, że przy wymeldowaniu klucze wystarczy wrzucić do skrzynki na korytarzu (trochę się bałam, że będę je musiała z powrotem zanosić do Snu Pszczoły). Podsumowując: na krótki, kilkudniowy pobyt Przychodnia to moim zdaniem naprawdę ciekawa opcja. Szczególnie jeśli choruje się na dizajn.


LoftHotel Przychodnia, ul. Piękna 21, Warszawa


LoftHotel Przychodnia, Warsaw
Hit mojego pokoju, czyli żółty zlew. Cudowny!
LoftHotel Przychodnia, Warsaw
Taką "toaletkę" mogłabym mieć.
LoftHotel Przychodnia, Warsaw
Oczywiście, że łóżka musiały być z palet.
LoftHotel Przychodnia, Warsaw
Kaloryfer - marzenie.
LoftHotel Przychodnia, Warsaw
Jedna z licznych tablic w Przychodni. Ta akurat nad moim łóżkiem.
LoftHotel Przychodnia, Warsaw
Stoliki w charakterze stolików są zdecydowanie passe.
LoftHotel Przychodnia, Warsaw
Ależ mi się podoba to zestawienie kolorów!
LoftHotel Przychodnia, Warsaw
W wielkim dwuosobowym pokoju czułabym się nieco osamotniona, na szczęście jeleń dotrzymywał mi towarzystwa.
LoftHotel Przychodnia, Warsaw
Taki wieszak poproszę!
LoftHotel Przychodnia, Warsaw
Krzesła trochę jak ze starego kina.
LoftHotel Przychodnia, Warsaw
Tyle że tutaj ustawione obok łóżka. Trochę perwersyjnie, ale to w końcu Warszawa.
LoftHotel Przychodnia, Warsaw
Pod sufitem lampowy raj.
LoftHotel Przychodnia, Warsaw
Światła, kamera, akcja!
LoftHotel Przychodnia, Warsaw
Koc w medycznej szafce. W razie potrzeby zbić, tfu, otworzyć szybkę.
LoftHotel Przychodnia, Warsaw
Wielgachny i jak dla mnie zupełnie zbędny telewizor (chyba jeszcze w żadnym hotelu nie zdarzyło mi się oglądać telewizji).
LoftHotel Przychodnia, Warsaw
Incepcja: zdjęcie pokoju, na którym widać laptopa ze zdjęciami pokoju.
LoftHotel Przychodnia, Warsaw
Patchworkowy dywan z kawałków skóry.
LoftHotel Przychodnia, Warsaw
Reflektory, aparaty, sztuczny uśmiech, czyli Sztywniara - gwiazda. LoftHotel Przychodnia, Warsaw
Siostro, korektor!
LoftHotel Przychodnia, Warsaw
Strasznie spodobały mi się te gigantyczne numery pokojów. Ja nocowałam pod czwórką. Prywatną łazienkę miałam naprzeciwko.
LoftHotel Przychodnia, Warsaw
Na podłodze przed drzwiami do każdego pokoju namalowane są symbole udogodnień.
LoftHotel Przychodnia, Warsaw
Wejście do mojej łazienki.
LoftHotel Przychodnia, Warsaw
I łazienka.
LoftHotel Przychodnia, Warsaw
Industrial na całego: lampa z bębna od pralki i ściana z drzwi od windy.
LoftHotel Przychodnia, Warsaw
Część wspólna, czyli korytarzo-poczekalnio-kuchnia.
LoftHotel Przychodnia, Warsaw
Skrzynie wojskowe (?) zamiast stolików - bardzo fajny pomysł do mieszkania (w środku można schować rzadziej używane graty).
LoftHotel Przychodnia, Warsaw
Myślałam, że  stoły - szpule już mi się znudziły, ale to chyba jeszcze nie ten moment.
LoftHotel Przychodnia, Warsaw
Szkielet łodzi zawieszony pod sufitem. Bo dlaczego nie?
LoftHotel Przychodnia, Warsaw
Fajowa skrzynka. Brałabym na balkon.
LoftHotel Przychodnia, Warsaw
Oldskulowe korki i chyba mój ulubiony element wystroju Przychodni: stojak na kroplówkę.