Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mieszkanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mieszkanie. Pokaż wszystkie posty

18 grudnia 2017

Para - buch! Pralka - w ruch!

Od jakiegoś roku przebąkiwaliśmy z Dzióbkiem o zakupie nowej pralki. Za każdym razem, kiedy zaglądaliśmy do sklepu z RTV i AGD, urządzaliśmy sobie romantyczny spacer Aleją Pralek, który zawsze kończył się tak samo: kłótnią (#TeamŁadowanieOdFrontu kontra #TeamŁadowanieOdGóry) oraz stanowczym: "Dobra, to pomyślimy jeszcze". Nasza stara (10-letnia) pralka mimo swoich mankamentów nadal działała, więc nie był to zakup pierwszej potrzeby (w przeciwieństwie do dużego telewizora, niezbędnego do grania na konsoli - WIADOMO). No i pewnie szwendalibyśmy się między tymi pralkami do dzisiaj, gdyby nie Amica, która rozwiązała nasze dylematy jednym mejlem.

Dostaliśmy propozycję przetestowania nowego modelu Amica Dream Wash (dokładnie DAW 8143 DSIBTO), zaprezentowanego we wrześniu podczas IFA - Międzynarodowej Wystawy Elektroniki Użytkowej i Sprzętu AGD w Berlinie (Dzióbek chyba nigdy nie był tak zadowolony z faktu, że jego dziewczyna jest umiarkowanie popularną blogerką). Niedawno minął miesiąc, odkąd eksploatujemy naszą rakietę, więc dziś wjeżdżam z małym podsumowaniem. Oczywiście nie będę tutaj dokładnie opisywać wszystkich jej cech i funkcji, bo jest ich naprawdę sporo (dociekliwych odsyłam na stronę). Egoistycznie skupię się na tym, co ma największe znaczenie dla mnie.


1. Dzięki niej zrobiłam sobie najlepsze selfie w historii
Hehe. Dobra, obiecuję, że kolejne punkty będą już na poważnie ;)

2. Można dodawać do niej pranie w trakcie!
Rany, jak mi tego brakowało w poprzedniej pralce. Jakimś cudem zawsze po uruchomieniu prania znajdowała się jakaś zaginiona bluza, która niestety musiała już czekać na kolejną turę. Teraz dzięki funkcji Add+ zawsze mogę coś dodać (albo odjąć, jeśli na przykład KTOŚ przez pomyłkę wrzuci wełniany sweter razem z bawełnianymi koszulkami).

3. Ubrania są mniej pogniecione
Wiem, że moja drewniana deska do prasowania ma tutaj swój fanclub i ja też uważam, że jest w dechę, ale nie zmienia to faktu, że nienawidzę prasować. Robię to tylko jeśli naprawdę muszę, zwykle kiedy trzeba założyć elegancką koszulę z okazji ślubu, chrzcin czy innej gali. Osiągnęłam mistrzostwo w strzepywaniu, wieszaniu i składaniu prania w taki sposób, żeby było jak najmniej pogniecione i nie wymagało prasowania. Dzięki systemowi parowemu SteamTouch jest to jeszcze łatwiejsze, bo ubrania po praniu mają do 70% mniej zagnieceń. Różnicę widać gołym okiem (i czuć gołą ręką, bo są też bardziej miękkie w dotyku).

4. Jest cicha
Wirowanie w naszej poprzedniej pralce to było prawdziwe trzęsienie ziemi, mimo że nigdy nie nastawialiśmy jej na maksimum obrotów, tylko najwyżej na 800. Tutaj nawet przy 1400 obrotach na minutę poziom hałasu jest naprawdę niski. W małym mieszkaniu, w którym pralka stoi tylko kilka metrów od „salonu”, to szczególnie ważne.

5. Sama dozuje sobie płyn do prania i płukania
Dla mnie, jako fanki optymalizacji i oszczędzania sobie pracy, to jest prawdziwy hit. Pralka wyposażona jest w system OptiDose, czyli mówiąc językiem laika: ma specjalną szufladkę, do której wlewa się zapas płynu do prania (przegródka ma pojemność 1 litra, więc wejdzie tam cała butelka) oraz płynu do płukania (0,6 l), i ona sama dozuje sobie tyle, ile potrzeba przy wybranym programie. A jeśli chce się użyć innego środka (np. do prania wełny), wystarczy go wlać lub wsypać do silikonowej kulki OptiCup i włożyć bezpośrednio do bębna (wyłączając wtedy automatyczne dozowanie).

Nie mogę się przyzwyczaić do tego luksusu, bo dozowanie detergentów w naszej starej pralce to był po prostu koszmar. Pojemnik znajdował się w pokrywie pralki (była otwierana od góry) i składał się z kilku przegródek z wąskimi kanalikami, które wiecznie zatykały się od zbrylonego, mokrego proszku. Co ja się z nim namęczyłam! Moczenie w miednicy, potrząsanie, przepłukiwanie pod prysznicem, dłubanie szpikulcami do szaszłyków (bo pojemnik nie był otwierany)... a i tak nigdy nie udało mi się go doczyścić do końca i wiecznie wyglądał, jakby eksplodował w nim ser pleśniowy. A teraz nie dość, że nic nie ma prawa się zatkać, to uzupełniam szufladkę raz i mam spokój na minimum 20 prań!

6. Ma duże, wygodne okno
Byłam sceptycznie nastawiona do otwierania od frontu, bo po pierwsze, jestem stara i nie lubię się schylać, a po drugie, uważam, że z góry lepiej widać, czy coś nie zostało w pralce. No ale przyznaję, że Dream Wash jest emeriten-friendly. Ma naprawdę duże okno, umieszczone wyżej niż w standardowych pralkach, więc łatwo się zarówno wkłada, jak i wyjmuje pranie, całe wnętrze widać jak na dłoni i szanse na to, że w bębnie zostanie jakaś zapomniana skarpetka, są naprawdę nikłe.

7. Można w niej uprać pół szafy
Maksymalna pojemność bębna to aż 8 kg. Oprócz tego na wyświetlaczu pojawia się informacja, jaki maksymalny załadunek jest zalecany dla danego programu (pełny, do połowy, czy np. 2 kg).

8. Oszczędza wodę i energię
Jest o 35% bardziej energooszczędna niż inne pralki w klasie A+++. Sama wykrywa wielkość załadunku i dostosowuje do niego zużycie wody i energii. Sama też się wyłącza (poprzednia po zakończeniu cyklu świeciła się, dopóki nie wyłączyło się jej ręcznie).

9. Pozwala na stworzenie ulubionego programu
Pralka ma kilkanaście programów (Wełna, Fitness, Express itd.), a oprócz tego umożliwia stworzenie własnego. My zmodyfikowaliśmy program Bawełna, dodając do niego opcję SteamTouch i Skróć czas (bo zwykle pierzemy ubrania niezbyt zabrudzone). Bardzo wygodne!

10. Jest ładna
No dobra, wiem, że to nie jest najważniejsze w pralce, ale cieszę się, że zaspokaja ona potrzeby zarówno mojego wewnętrznego pragmatyka, jak i mojego wewnętrznego estety.


Podsumowując: Pralka sprawdza się bez zarzutu, ma wszystko to, co chcieliśmy, żeby miała, plus kilka sprytnych rozwiązań, których się nie spodziewaliśmy, a które bardzo ułatwiają życie. Z czystym sumieniem przybijam stempel #SztywniaraApproved.

Amica Dream Wash
Amica Dream Wash
Amica Dream Wash
Amica Dream Wash
Amica Dream Wash
Amica Dream Wash

29 września 2017

Fotel pod bazyliką

Wczoraj nasze mieszkanie osiągnęło 100% meblowego nasycenia. Absolutnie żaden nowy mebel już do niego nie wejdzie. Od teraz jeśli będę chciała coś dokupić, będę musiała czegoś innego się pozbyć. Ale spokojnie, mam już nawet kilka typów, poza tym na ścianach też jest jeszcze trochę miejsca na wnętrzarskie harce, więc dział mieszkaniowy na blogu na pewno nie umrze.

Nabytkiem, który dopełnił naszą meblową układankę, jest fotel z lat 70. wyprodukowany przez Zakłady Przemysłu Meblarskiego w Radomsku. Od dłuższego czasu czaiłam się na mały fotel do naszego "salonu", mniej więcej wielkości słynnego modelu 366 Józefa Chierowskiego (nic większego by się u nas nie zmieściło). Niedawno przypadkiem dowiedziałam się o likwidacji krakowskiego sklepu z meblami vintage oraz organizowanej z tej okazji wyprzedaży całego towaru. Pojechałam na obczajkę, a tam taki piękny fotel, po gruntownej renowacji, za jedyne 3 stówki. Zarzuciłam go na ramię, przytaszczyłam do domu i zamierzam spędzić w nim całą jesień i zimę. Tylko ja, on, książka i rozgrzany kaloryfer.

Oprócz fotela, który jest niewątpliwym headlinerem dzisiejszego wpisu, w chórkach występują mieszkaniowe pierdółki zgromadzone przeze mnie w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Chyba najbardziej cieszy mnie stara tablica wskazująca drogę do Bazyliki i Stadionu (był jeszcze Sąd Rejonowy, Starostwo Powiatowe oraz Urząd Skarbowy i ZUS, więc wybór był naprawdę trudny). Wiozłam ją na rowerowym bagażniku aż z Kazimierza i po zdziwionych minach osób, które mijałam po drodze, wnoszę, że 90% z nich pomyślało, że odkręciłam ją ze ściany jakiegoś budynku.

Poza tym zaszalałam i wymieniłam poszewki na poduszki (ta z liśćmi częściowo zaspokaja mój głód zielska w mieszkaniu). Do kuchni z kolei wjechały kubki Społem o niestandardowej pojemności (0,5 litra!), emaliowana miseczka (na specjalne życzenie Dzióbka), elegancka filiżanka (do picia tylko z odgiętym paluszkiem!) oraz dziadek, a właściwie robot do orzechów, który nie był mi niezbędny do życia (zwłaszcza że mam już żołnierza), ale takiego dziwaka po prostu nie mogłam zostawić w sklepie. Bardzo jestem też zadowolona ze starego talerza z lotniska w Dusseldorfie. Wyląduje chyba na ścianie w przedpokoju, czyli naszej domowej hali przylotów i odlotów.

No i oczywiście nie mogę nie wspomnieć o słynnych już kubkach termicznych z Duki. Pamiętam, że rok temu odradzałam Dzióbkowi ten wybór, bo system zamykania wydawał mi się jakiś dziwny. Dzióbek moje wątpliwości jednak olał, jak się później okazało, bardzo słusznie, bo kubek jest nie tylko superszczelny, ale w dodatku trzyma ciepło przez 7-8 godzin! Nie lubię nie mieć racji, ale cóż, w tym roku kupiłam drugi dla siebie i polecam go wszystkim z takim entuzjazmem, że już sama zaczynam siebie podejrzewać, że ktoś mi za to płaci gruby hajs (sprawdziłam na koncie, nie płaci).

Radomsko vintage armchair
Radomsko vintage armchair
Polish street sign
fotel - Radomsko vintage / Rze3
tablica / drogowskaz -  vintage / Szpeje
poszewka w liście - H&M Home

Robot nutcracker
Robot nutcracker
robot do orzechów - Suck UK / TK Maxx
emaliowana miseczka - Gentlemen's Hardware / Bonami.pl

Społem mug
Społem mug
kubek Społem (500 ml) - vintage Lubiana / Rze3
granatowa poszewka z aksamitu - H&M Home (jest więcej kolorów)

Dusseldorf Airport plate
Dusseldorf Airport plate
talerz z lotniskiem - vintage Flughafen Dusseldorf / Nihil Novi
filiżanka - Ćmielów (#darylosu z imprezy BodyBoom)

Duka tumblers
kubki termiczne Vacuum - Duka (do 3.10 twa Długi Weekend Zakupów - z kodem PROMO20 rabat -20% na wszystko)

18 sierpnia 2017

Work in progress, czyli mój kącik biurowy

Wiecie, że choć nie lubię nadmiaru i przeładowania, to do ortodoksyjnego minimalizmu raczej mi daleko. Wyjątkiem jest moje "domowe biuro", które jest iście minimalistyczne. Bo nie tylko nie mam biura. Nie mam nawet biurka. Na szczęście nie mam też wielkich potrzeb: w pracy nie korzystam z żadnych wielkogabarytowych sprzętów ani opasłych folderów z dokumentami. Dlatego bez problemu mogłam z moją robotą zaparkować na "Zadupiu" w naszym jadalnio-salonie.

Moje robocze stanowisko składa się ze stołu, krzesła, laptopa oraz dwóch notesów (przez 4 lata pracy w biurze nie polubiłam się z Excelem i nadal wszystko, tzn. terminy, rozliczenia itd. notuję ręcznie). O stole pisałam szerzej w zeszłym roku, więc nie będę się nad nim rozwodzić (nadal sprawdza się świetnie). Co do krzesła natomiast, to od dawna podobały mi się takie stare "warsztatowe" krzesła z drewna i metalu (w tym stylu). Marzyłam o takim kręciołku, choć perspektywa płaszczenia tyłka na twardym siedzisku przez kilka(naście) godzin dziennie była mało zachęcająca. Niby można ratować się jakąś poduszką, no ale przecież nie po to człowiek kupuje taki ładny mebel, żeby go potem zakrywać. Na szczęście udało mi się znaleźć krzesło obrotowe w podobnym klimacie, ale z miękkim siedziskiem i oparciem, oraz, co było dla mnie, jako wielbicielki liczb parzystych, szalenie ważne, na czterech odnogach.

Na stole od niedawna honorowe miejsce zajmuje nowy laptop, którego dostałam od marki Acer (#LoveMyLife). Czemu wybrałam akurat model Swift 7? Jakież to parametry techniczne mnie do tego przekonały? Nie będę ściemniać: dla mnie najważniejsze było, że jest ZŁOTY. Chyba każdy laptop byłby lepszy od mojego starego rzęcha (który huczał jak startująca rakieta, nagrzewał się szybciej niż mój piekarnik, a w ostatnim czasie można było z niego korzystać tylko po ustawieniu ekranu pod ściśle określonym kątem, bo inaczej cały wyświetlacz był różowy), ale ten ponoć ma całkiem niezłe bebechy - tak twierdzi Dzióbek, z którym konsultowałam wybór, bo ja się na tym kompletnie nie znam. Po szczegóły techniczne odsyłam na stronę Acera, a po fachowe recenzje - na strony i blogi speców od elektroniki. Ja bardzo niefachowo mogę powiedzieć, że podoba mi się, że jest taki piękniusi i złociutki, a przy tym ultralekki i ultracienki. Serio, taka z niego chudzinka, że gdyby był blogerką, to co chwilę musiałby czytać komentarze w stylu "Zjedz kanapkę" (vide przedostatnie zdjęcie). Ma też wygodną klawiaturę i duży touchpad umieszczony na środku (nic mnie tak nie wkurza jak asymetrycznie ulokowany touchpad!). No i ciągle nie mogę się przyzwyczaić, że uruchamia się dosłownie w kilka sekund i podczas pracy nie wydaje z siebie żadnych dźwięków - co za luksus! Zaskoczyło mnie trochę, że nie ma wejścia na USB, ale w sumie nie ma co się dziwić, bo gdzie USB do takiej chudziny. Nie jest to jednak problem, bo w zestawie jest specjalna przejściówka, do której można podłączyć pendrive czy co tam innego chcecie.

Jeśli czytając tego posta pomyśleliście: "Taka to pożyje!", to mam dla Was dobrą wiadomość: Wy też będziecie mieć szansę na zgarnięcie laptopa za darmochę, bo wspólnie z Acerem szykujemy dla Was fajny konkurs! Do wygrania będzie krewniak mojego Złotka - elegancki przystojniak w typie "silver fox", z którym początek nowego roku szkolnego / akademickiego czy po prostu jesieni na pewno będzie bardziej znośny. Szczegóły już niedługo!


My home office
My home office
My home office
My home office
My home office
My home office
My home office
My home office

stół rozkładany - Wood & Paper
krzesło obrotowe - vintage / Yestersen.pl
czarne krzesła - TON / Opa & Company
laptop - Acer Swift 7
notes w skórzanej okładce - Traveler's Notebook / Escribo.pl

8 czerwca 2017

Poka cycki!

Wszyscy wkoło nawołują do wychodzenia ze strefy komfortu. Proszę bardzo! Niedawno się przełamałam i przemówiłam ludzkim głosem na Instagram Stories. Ale mało mi było tego szaleństwa, więc postanowiłam pójść jeszcze dalej i... błysnąć na blogu gołym biustem. Oprócz golizny mam dzisiaj dla Was jeszcze kilka innych porno-wnętrzarskich gadżetów, więc lepiej zawczasu upewnijcie się, że żadni mieszkaniowi purytanie nie zaglądają Wam przez ramię. Peep show czas zacząć!


BIUŚCIASTY DYWAN
Podobno na widok biustu niektórzy przedstawiciele homo sapiens tracą rozum. Tak zdecydowanie było ze mną, kiedy zobaczyłam na Instagramie ten roznegliżowany dywanik. Nie pomogło tłumaczenie sobie, że jasny dywanik w łazience to nie jest najbardziej optymalne rozwiązanie z możliwych, nie pomogło przeliczanie dolarów na złotówki. Po prostu musiałam go mieć.

Cold Picnic torso bath mat
Cold Picnic torso bath mat
dywanik łazienkowy (ponoć można go prać w pralce) - Cold Picnic / Otherwild.com


DINO I DONICZKI
Moja kolekcja doniczek powoli się rozrasta. Do dość tradycyjnych w kształcie i kolorze egzemplarzy (które pokazywałam w poście balkonowym) dołączyła miodowa doniczka z falbankową obwódką, niebieska o kwadratowym otworze oraz największy dziwak w tym towarzystwie, czyli złoty dinozaur. To coś wystające z jego grzbietu to oplątwa (ang. air plant) - taka szalona roślina, co nie ma korzeni i rośnie bez ziemi (żeby nie zdechła, wystarczy ją spryskać 2-3 razy w tygodniu lub raz na tydzień wrzucić na noc do miski z wodą).

Vintage pots and a dinosaur pot
Dinosaur air plant holder
doniczka z "falbanką" - vintage, Patyna.pl
doniczka niebieska - vintage, Nihil Novi
złoty dinozaur XL z oplątwą - Plantarium.pl (#darylosu)


KOLAŻ, KOLEŻANKO!
Plakat z hasłem Don't grow up, it's a trap, który wisiał w naszej sypialni, pojechał niedawno do nowej właścicielki, ale przyroda nie znosi próżni i na jego miejsce pojawił się nowy, mniejszy, ręcznie robiony kolaż z bardzo podobnym przesłaniem. Jego autorka, Kamila, tworzy takie, trochę zabawne, trochę nostalgiczne, cuda z wycinków z magazynów sprzed 30-50 lat. Mój kolaż trafił do mnie już jakiś czas temu, ale ciągle nie udało mi się znaleźć dla niego godnej (tzn. starej i drewnianej) ramy. Tak więc póki co prezentuję go w wersji "na golasa".

What is adulthood? It's death.
kolaż Dorosłość - Technika kolażu (#darylosu)
nożyczki srebrno-złote - Tiger
nożyczki czarne - COS 


LATAJĄCY DYWAN
Dywany sprawiają, że wnętrze od razu dostaje dodatkowe punkty przytulności, ale za to ja przy odkurzaniu dostaję wyku..., znaczy, strasznie się denerwuję. Jeszcze pół biedy, jak dywan jest duży i obciążony meblami. Ale kiedy jest mały, cienki i lata po całej podłodze, to trzeba się naprawdę nieźle nagimnastykować. Ja, próbując przy wsysaniu okruchów unieruchomić nogami ten tyleż uroczy, co nieposłuszny chodniczek, muszę wyglądać mniej więcej jak Jean-Claude Van Damme w słynnej reklamie ciężarówek.

Kitchen rug
dywanik - Floorist / Bonami.pl


NA KRECHĘ
Miskę z "bakteryjnym" wzorem i ręcznie haftowany obrus dostałam w kwietniu na urodziny. "Ale przecież ty masz urodziny w lutym!" Tak jest, zgadza się, dokładnie dziesiątego, miło że pamiętacie. Nie chodzi jednak o moje urodziny, tylko o urodziny sklepu Punca, w którym można kupić (internetowo lub stacjonarnie, na krakowskim Kazimierzu) polską ceramikę, szkło i inne dodatki do domu. Zwykle unikam niespodzianek (w końcu nikt nie wie tak dobrze, czego potrzebuję, jak ja sama), ale właścicielom Puncy udało się wpasować w wystój naszej chałupy z iście laboratoryjną precyzją.

Bolesławiec bowl
Hand-embroidered table cloth
"bakteryjna" miska - Dorota Koziara, Manufaktura w Bolesławcu / Punca.com.pl (#darylosu)
ręcznie haftowany obrus - Punca.com.pl (#darylosu)
 

31 maja 2017

Co mamy w szafie?

Pamiętacie reklamę Ikei, w której wystąpiłam 3 lata temu? Szczerze mówiąc, byłam trochę zawiedziona, że Akademia Filmowa pominęła moją wybitną rolę przy oscarowych nominacjach za 2014 rok. Zresztą mniejsza o mnie. Prawdziwym skandalem był brak nominacji dla ekipy filmowej. To, jak udało im się pokazać nasze mieszkanie, w którym nie było wtedy praktycznie żadnych mebli (za to stały stosy pudeł z gratami), tak, że na filmie wygląda na w miarę schludne "skandynawskie" wnętrze, to prawdziwa magia kina. Przy okazji tamtej akcji obiecywałam, że pokażę dokładnie, jak wygląda nasza szafa, i dziś, jedyne 3 lata później, w końcu nadszedł ten dzień!

Od początku mam obsesję na punkcie "rozjaśniania" mieszkania, więc wiadomo było, że szafa musi być biała i z lustrzanymi drzwiami (w których nie tylko można się w całości przejrzeć, czego mi zawsze brakowało, ale które dodatkowo odbijają światło wpadające przez okno). Jak widać, mebel zajmuje niemal całą ścianę sypialni. Po lewej jest ok. 20-centymetrowa luka, w której idealnie mieści się deska do prasowania, a na górze dawniej stały dwa pudła z plecakami i ubraniami do wydania, ale po regularnych czystkach w szafie nie są już potrzebne, bo wszystko elegancko mieści się w środku.

Nasz PAX składa się z 3 modułów (o szerokości 100 cm, 100 cm i 50 cm) i ma wysokość 236 cm. Ponieważ drzwi sypialni znajdują się blisko rogu i otwierają się "na szafę", pierwszy moduł jest płytszy niż pozostałe i ma tylko 38 cm głębokości. To wystarcza na ubrania składane w kostkę, czyli koszulki, swetry, spodnie, oraz na ręczniki, pościel itd. Drugi i trzeci moduł mają już głębokość 60 cm, dzięki czemu można było zamontować w nich drążki na ubrania (w płytszych szafach też jest to możliwe, ale wtedy drążki są montowane prostopadle do ściany i wysuwane do przodu - jak tutaj; to mniej wygodne, ale jeśli ktoś ma bardzo mało miejsca, lepsze to niż nic). Drugi moduł, podobnie jak pierwszy, podzieliliśmy równo na pół. Na wieszakach trzymamy krótkie rzeczy wiszące (koszule, żakiety, garnitur itd.), w szufladach - bieliznę i skarpetki, a w wysuwanej gablotce - krawaty, paski i inne drobiazgi. Trzeci moduł to już tylko moje królestwo: sukienki, cienkie płaszcze oraz torebki na wysuwanym wieszaku. Na górnych i dolnych półkach drugiego i trzeciego modułu trzymamy walizkę, torby podróżne i plecaki.

Jak oceniam szafę po 3 latach użytkowania? Nadal jestem z niej bardzo zadowolona i nadal uważam, że był to jeden z najlepszych interesów, jakie zrobiłam dzięki blogowaniu. No ale nie byłabym sobą, gdybym nie doszukała się jakichś minusów. Znalazłam dwa. Po pierwsze, jakiś czas temu zepsuło się światło w drugim module - to chyba jakiś problem z fotokomórką, bo światło nie gaśnie po zamknięciu drzwi. Ciągle zapominam, żeby zapytać o to obsługę w Ikei. Pewnie dlatego, że wyłączyłam światło całkiem, przez co zupełnie o tej usterce nie pamiętam.  Po drugie, gdybym projektowała szafę teraz, to w pierwszym module zamiast tych długich szuflad i koszyków wybrałabym takie na połowę szerokości (jak w module drugim) albo najzwyklejsze półki. Bo w tym momencie, żeby wyciągnąć coś z szuflady, muszę otwierać oboje drzwi na oścież i przy okazji zamykać drzwi sypialni. Na szczęście trzymamy tam rzeczy rzadko używane, więc nie jest to bardzo uciążliwe.

Bebechy naszej szafy w całej okazałości wraz ze szczegółowym podziałem organizacyjnym możecie zobaczyć poniżej. Jak widać, podzieliliśmy się z Dzióbkiem sprawiedliwie. Ten trzeci moduł to taka mała zmyłka, bo gdyby moje rzeczy złożyć w kostkę, zmieściłyby się w takim samym koszyku co Dzióbkowe ubrania sportowe. Okrycia wierzchnie i buty trzymamy w drugiej szafie w przedpokoju (w której jest również "kącik gospodarczy"). Będzie o niej osobny wpis.


My closet
Tak to wygląda na co dzień.
My closet
Tu widać różnicę głębokości między pierwszym a drugim modułem.
My closet
Sezamie, otwórz się!
My closet
Na niebiesko rzeczy Dzióbka, na żółto moje, na czerwono wspólne / ogólnodomowe.
My closet
Tyle długich portek i ani jednych szortów.
My closet
Szaroburo. Tak, jak lubię.
My closet
Ręczniki, pościel, obrusy i koce.
My closet
Bardzo mnie ta kolorystyczna harmonia uspokaja.
My closet
W wysuwanej gablotce zamiast diamentowych kolii - odkłaczarki i golarki do swetrów.
My closet
Tę walizkę przywiózł mi Dzióbek ze swojej pierwszej podróży do Stanów (stwierdził, że jest tak babciowa, że na pewno mi się spodoba). Trochę taki Vuitton dla ubogich, ale mam do niej sentyment.
My closet
Moja ulubiona część. Ależ te wzory super razem wyglądają!
My closet
Wysuwany wieszak na torebki - bardzo przydatna rzecz.
My closet
Torba, którą kupiłam 10 lat temu na targu staroci. Nadal w ciągłym użyciu.
My closet
  W kącie, za drzwiami czai się deska do prasowania (jest z Bonami, pokazywałam ją szczegółowo w tym poście).

23 stycznia 2017

Gabinet osobliwości

Coś dawno nie było tu aktualizacji mieszkaniowych. Pewnie dlatego, że jesteśmy już w zasadzie urządzeni i mało pojawia się u nas nowości większego kalibru (typu meble). Za to w ciągu ostatnich miesięcy udało mi się zebrać kilka nieco dziwacznych drobiazgów i przecież nie mogę zachować tej informacji tylko dla siebie.

W skrócie, mój mały gabinet osobliwości to mieszanka motywów botanicznych, anatomicznych i apteczno-chemicznych (nie wiem, czy to dlatego, że w liceum byłam na bio-chemie?) oraz "Gwiezdnych wojen" (rok temu w końcu obejrzałam wszystkie części i trzyma mnie jeszcze entuzjazm neofity). W kolekcji znalazł się też drewniany dziadek do orzechów wyhaczony okazyjnie na OLX-ie oraz ceramiczna figurka przedstawiająca zakochaną parę w ukraińskich strojach ludowych. Z tą ostatnią wiąże się pewna historia rodzinna, na tyle abstrakcyjna, że myślę, że świat musi ją poznać.

Otóż gdzieś między końcem liceum a początkiem studiów moją Rodzicielkę zaczął martwić fakt, że jeszcze nie mam chłopaka. Oldskulowo, nie? Nie wiem, czy się bała, że sąsiedzi wywiozą mnie z miasta na wozie z gnojem, ale musiała wiedzieć, jak zareagowałabym na jej obawy, bo słowem nie zdradziła, że taki temat w ogóle zaprząta jej głowę. Postanowiła za to działać. Uciekając się do magii. A dokładnie do feng-shui, którym się wtedy maniakalnie interesowała. Pamiętam, jak wparowała kiedyś do mojego pokoju i ustawiła na szafie tę ukraińską parę. Trochę protestowałam (po co mi tu to badziewie!), ale coś ściemniała, że nie ma gdzie jej postawić, a ja w końcu uznałam, że nie ma sensu się kłócić, skoro w sumie i tak jestem już na wylocie (żegnaj, domu, witaj, akademiku). Jak się potem okazało, figurka została ustawiona strategicznie w Polu Miłości i miała za zadanie zwabić mi tzw. absztyfikanta. Znając moje podejście do wszelkich zabobonów, Mama przyznała się do tych czarów dopiero kilka lat temu, uważając oczywiście, że to dzięki niej na pierwszym roku studiów poznałam Dzióbka (mojego pierwszego i jak na razie jedynego chłopaka). Kiedy ostatnio byłam u Rodziców, przypomniałam sobie tę historię i stwierdziłam, że jest na tyle niedorzeczna, że figurka musi wylądować w naszym mieszkaniu. I nie żebym była przekorna (bo przecież z tego wyrosłam), ale tak się złożyło, że ustawiłam ją w łazience, w... Polu Sedesu. Zobaczymy, jaki będzie to miało wpływ na nasz związek.

Vintage nutcracker
drewniany dziadek do orzechów - vintage / OLX.pl

Vintage Ukrainian couple figurine
Vintage Ukrainian couple figurine
ukraińska para z ceramiki (a.k.a. klucz do szczęścia w miłości) - vintage, od Mamy

Kwietnik.eu plant hanger
Kwietnik.eu plant hanger
druciany kwietnik - Kwietnik.eu (model Wioletta) 
PS Kocham tego kwiatka za to, że wytrzymuje nad kaloryferem w okresie grzewczym.

Biology-inspired kitchen stuff
H&M Home saucer
Magpie mug
kubek anatomiczny - Magpie / Bonami.pl
spodek / talerzyk z żukiem - H&M Home

Storm trooper
storm trooper pilnujący domofonu - od Dzióbka


aparat analogowy FED - vintage, od Rodziców
breloczek Darth Vader (Dzióbek ma Kapitan Phasmę) - Lego / Bonami.pl
butelka Darth Vader - Bonami.pl