Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

6 października 2025

Anubis i yōkai. I... Sztywniara. Czyli jak znalazłam się na obrazach Joanny Karpowicz

Joanna Karpowicz - pracownia

Ja wiem, że życie potrafi zaskakiwać, ale tego, że zostanę dziełem sztuki, zdecydowanie nie było w moim bingo na 2025 rok ;) Ale od początku.

Dwa lata temu mój chłopak podesłał mi znaleziony na Twitterze obraz przedstawiający uszatego stwora w krakowskim tramwaju. Stwór był trochę mroczny, ale zupełnie nie straszny, i emanował od niego jakiś taki spokój w samotności. Chwycił mnie za moje introwertyczne serce i natychmiast poleciałam obczaić instagramowy profil autorki - Joanny Karpowicz. Okazało się, że uszaty stwór to Anubis - egipskie bóstwo z głową szakala, opiekun zmarłych, przeprowadzający ich na Drugą Stronę. Na obrazach Joanny pojawia się od 2012 roku: siedzi w kawiarni, przechadza się ulicami, pływa łódką, czasem odwiedza miasteczko Twin Peaks, a czasem... stoi pod Żabką. Zawsze jest gdzieś blisko.

Czy stwierdzenie, że z miejsca zostałam groupie Joanny, będzie przesadą? Myślę, że nie :) A jeszcze bardziej, kiedy okazało się, że to nie jest artystka typu "jestem tajemnicza i nie gadam z wami, biedaki", tylko mocno stąpająca po ziemi babka, która nie buduje muru między sobą a odbiorcami, lubi na swoich mediach społecznościowych opowiadać o historiach stojących za jej obrazami, chętnie rozmawia w komentarzach z obserwującymi, a do tego ma dość egalitarne podejście do sztuki i oprócz obrazów (na które z oczywistych względów niewiele osób może sobie pozwolić) oferuje też reprodukcje swoich prac czy albumy Thin Places, które są dużo bardziej dostępne cenowo (nie muszę chyba dodawać, że kupuję wszystko, co się da).

Ponieważ obie mieszkamy w Krakowie, to kilka razy się spotkałyśmy, no i Joanna zapytała kiedyś, czy nie udostępniłabym jej zdjęć z Japonii pod obrazy z Anubisem. Zrobiło mi się mega miło, ale odebrałam to na zasadzie, że może kiedyś, w bliżej nieokreślonej w przyszłości, któreś z tych moich zdjęć wykorzysta (bo wiedziałam, że czasem maluje ze zdjęć znajomych). Dopiero dużo później do mnie dotarło, że ona chce z tego zrobić całą wystawę! Jeśli w tym momencie pomyślałyście, że to trochę dziwne, bo przecież nie jestem fotografką, a zdjęcia z Japonii można pozyskać z wielu lepszych źródeł, to moja reakcja była dokładnie taka sama. Ale Joanna wytłumaczyła mi, że owszem, idealne fotki mogłaby kupić choćby z banku zdjęć, ale ona woli kadry mniej dopracowane, a bardziej osobiste.

No i słuchajcie, long story short, 9 października 2025 o godz. 18:00 w Galerii Artemis w Krakowie jest wernisaż wystawy "Anubis i yōkai 2" (ta dwójka stąd, że pierwsza seria z Anubisem w Japonii była w 2022). Wstęp oczywiście wolny, a wystawę będzie można oglądać - również za darmo - do końca października. Będą też oprowadzania z Joanną i ze mną: 18 i 25 października o godz. 12:00

Na wystawę składa się w sumie 16 obrazów (z czego 13 na podstawie moich / naszych zdjęć), plus jeden namalowany specjalnie dla mnie, który będzie można oglądać tylko podczas wernisażu. To jest serio chyba najbardziej niesamowita rzecz, jaka mi się przytrafiła w życiu! Wszyscy znajomi wiedzą, że jak się mnie zapyta o moje podróże do Japonii (póki co dwie, ale to na pewno nie jest moje ostatnie słowo), to nie potrafię się zamknąć, bo nigdzie mi się tak nie podobało jak tam. A widzieć swoje wspomnienia uwiecznione w pracach ulubionej malarki - to jest serio uczucie, które trudno opisać. 

Zwiedzając Japonię z moim chłopakiem, zwróciliśmy uwagę na to, że duchowość, wierzenia i mity są tam obecne naprawdę na każdym kroku. Jest mnóstwo świątyń (chociaż ta nazwa po polsku bywa myląca, bo sugeruje jakiś monumentalny budynek, a często są to niewielkie miejsca na świeżym powietrzu, którym bliżej do naszych przydrożnych kapliczek) i w każdej obowiązuje "samoobsługa": można wpaść na kilka minut, bez specjalnej ceremonii, między pracą a zakupami, żeby poprosić o coś bóstwa albo za coś im podziękować. I ludzie faktycznie to robią. W wielu świątyniach można spotkać posągi czy symbole zwierząt takich jak lisy, koty czy króliki, które sprawują pieczę nad danym miejscem. Dlatego to, że w tej japońskiej serii Anubis spotyka yōkai, czyli mityczne japońskie duchy, zjawy i potwory, wydaje się najbardziej naturalną rzeczą na świecie.

Poniżej możecie zobaczyć wszystkie obrazy z wystawy. Jeśli jednak będziecie mieć okazję, polecam obejrzeć je w galerii, bo na żywo te kolory i skala niektórych prac robią naprawdę niesamowite wrażenie. A na wypadek, gdyby ktoś chciał zwiedzać Tokio, Kioto i Osakę śladami Anubisa, dodałam krótkie informacje o tym, gdzie były robione zdjęcia, na podstawie których powstały obrazy. Dajcie znać, który japoński Anubis jest Waszym ulubionym ;)

 

"Anubis i yōkai 2" - Galeria Artemis w Krakowie, ul. Poselska 15
Wernisaż 9 października 2025 o godz. 18:00. Wystawa do 31.10.2025 (wstęp wolny)
 

 Instagram Joanny Karpowicz (warto dodać do obserwowanych!)
Strona Joanny Karpowicz
Galeria Artemis (tu można kupić obrazy, jak się ma gruby portfel ;)
Printy z Anubisem (tu można kupić wydruki, jak się ma nieco chudszy portfel) 

 

Zdjęcie, które było inspiracją dla tego obrazu, zrobiłam naszego pierwszego dnia w Japonii w maju 2023. Byliśmy trochę nieżywi po podróży i chodziliśmy sobie po Tokio bez planu, po prostu taki wstępny rekonesans. Pod wieczór zawędrowaliśmy na zakupową ulicę Ameyoko.

Joanna Karpowicz "Nekomata Street" / 2025, 92 x 65 cm, akryl na płótnie
Joanna Karpowicz "Nekomata Street" / 2025, 92 x 65 cm, akryl na płótnie  / Reprodukcja: Mateusz Torbus

 

A to widok z drugiego dnia. Wybraliśmy się do świątyni Sensō-ji, gdzie panował straszny tłok, ale uliczka tuż obok była praktycznie pusta. To częste doświadczenie w Japonii: ruchliwa, głośna ulica, tłumy turystów albo ludzi pędzących do metra, a za rogiem zupełnie inny świat: spokój, cisza i starsze panie podlewające rośliny na chodniku.

 Joanna Karpowicz "Blue Sky" / 2025, 80 x 80 cm, akryl na płótnie
Joanna Karpowicz "Blue Sky" / 2025, 80 x 80 cm, akryl na płótnie / Reprodukcja: Mateusz Torbus 

 

Ten kadr uchwyciłam po wyjściu z Muzeum Ghibli w Mitace niedaleko Tokio. Cała okolica była niesamowicie urocza, ale ta dziewczynka w kapelusiku wracająca ze szkoły wyglądała jak żywcem wzięta z filmu Miyazakiego!

 Joanna Karpowicz "Back to school" / 2025, 60 x 50 cm, akryl na płótnie
Joanna Karpowicz "Back to school" / 2025, 60 x 50 cm, akryl na płótnie / Reprodukcja: Mateusz Torbus

 

Ogród przy Muzeum Narodowym w Tokio. To był nasz drugi wyjazd do Japonii (2024) i to zdjęcie powstało specjalnie z myślą o Anubisie.

  Joanna Karpowicz "Foxes Wedding 4" / 2025, 100 x 120 cm, akryl na płótnie
 Joanna Karpowicz "Foxes Wedding 4" / 2025, 100 x 120 cm, akryl na płótnie / Reprodukcja: Mateusz Torbus

 

Dobrze pamiętam ten wieczór w Kioto. Padało, byłam zmęczona po całym dniu zwiedzania i chciałam już tylko zostać w hotelu. Mój chłopak przekonał mnie, żebyśmy jednak pojechali do dzielnicy Gion. I tak się cieszę, że dałam się namówić! Padał deszcz, ale było bardzo ciepło. Spacerowaliśmy bez pośpiechu pod przezroczystymi parasolami hotelowymi po praktycznie pustych ulicach. A niedaleko tego miejsca trafiliśmy na super knajpę Gion Tanto, gdzie zostawia się buty w drewnianych szafeczkach, siedzi się na ziemi i zajada makaron ze stołu z grillem. Jedno z najlepszych wspomnień!

 Joanna Karpowicz "Friends Afterhours" / 2025, 60 x 80 cm, akryl na płótnie
Joanna Karpowicz "Friends Afterhours" / 2025, 60 x 80 cm, akryl na płótnie / Reprodukcja: Mateusz Torbus

 

Świątynia Fusihimi Inari w Kioto. Opiekunami tego miejsca są lisy, więc myślę, że Anubis dobrze by się z nimi dogadał. Świątynia znajduje się na wzgórzu i prowadzi do niej ponad 10 000 czerwonych brami torii (jakby co, nie ma sensu robić sobie zdjęć na samym początku i tamować ruchu innym zwiedzającym - dalej jest więcej bram, a mniej ludzi). Było wtedy tak gorąco i wilgotno, że wymiękliśmy w połowie trasy i nie daliśmy rady wejść na samą górę. 

Joanna Karpowicz "Torii" / 2025, 100 x 90 cm, akryl na płótnie 
Joanna Karpowicz "Torii" / 2025, 100 x 90 cm, akryl na płótnie / Reprodukcja: Mateusz Torbus

 

A to Ogród Pałacu Cesarskiego w Kioto. Wiecie, co jest niesamowite? Że Joanna namalowała tu króliki, nie wiedząc, że zdjęcie zostało zrobione właśnie w Roku Wodnego Królika (wszędzie można było wtedy spotkać królicze motywy, nawet na znakach ostrzegawczych). Nie ma przypadków!

 Joanna Karpowicz "The Yar of the Rabbit" / 2025, 100 x 80 cm, akryl na płótnie
 Joanna Karpowicz "The Year of the Rabbit" / 2025, 100 x 80 cm, akryl na płótnie / Reprodukcja: Mateusz Torbus

 

Miejsce, do którego dojazd był dość długi i skomplikowany, ale totalnie warty poświęconego czasu. Prawdziwa oaza spokoju: buddyjska świątynia Otagi Nenbutsuji w Kioto. Jest tam ponad 1000 posągów mnichów - każdy inny! Niektóre mają groźne wyrazy twarzy, inne łagodne, jeszcze inne się śmieją, stroją miny, grają na instrumentach, a jeden... bawi się z kotem :) Tak mnie wciągnęło portretowanie kamiennych mnichów, że zapomniałam o zrobieniu jakiegoś szerszego kadru dla Anubisa. Na szczęście mój chłopak uratował sytuację: 

 Joanna Karpowicz "Komorebi" / 2025, 100 x 70 cm, akryl na płótnie
Joanna Karpowicz "Komorebi" / 2025, 100 x 70 cm, akryl na płótnie / Reprodukcja: Mateusz Torbus

 

Podczas naszego pierwszego wyjazdu do Japonii mieliśmy tylko 2 takie totalnie deszczowe dni i to był ten drugi. Podobnie jak pierwszy, zaowocował mega klimatycznymi zdjęciami (i przemoczonymi butami). Cztery kolejne obrazy to kadry z naszego wieczoru w dzielnicy Dotonbori w Osace. Dotonbori słynie z wielkich, kolorowych, trójwymiarowych, często ruchomych szyldów i neonów. Jest to wszystko bardzo cyrkowo-lunaparkowe i naprawdę można dostać oczopląsu, ale moim zdaniem punkt nie do pominięcia.

PS Na obrazie poniżej z tym plecakiem to ja! Zdjęcie oczywiście robił Konkubent.

 Joanna Karpowicz "Street in Osaka 2" / 2025, 80 x 100 cm, akryl na płótnie
 Joanna Karpowicz "Street in Osaka 2" / 2025, 80 x 100 cm, akryl na płótnie / Reprodukcja: Mateusz Torbus

 Joanna Karpowicz "Umibōzu" / 2025, 100 x 70 cm, akryl na płótnie
Joanna Karpowicz "Umibōzu" / 2025, 100 x 70 cm, akryl na płótnie / Reprodukcja: Mateusz Torbus

 Joanna Karpowicz "Tako Yaki" / 2025, 100 x 80 cm, akryl na płótnie
 Joanna Karpowicz "Tako Yaki" / 2025, 100 x 80 cm, akryl na płótnie / Reprodukcja: Mateusz Torbus

 Joanna Karpowicz "Street in Osaka 1" / 2025, 100 x 80 cm, akryl na płótnie
 Joanna Karpowicz "Street in Osaka 1" / 2025, 100 x 80 cm, akryl na płótnie / Reprodukcja: Mateusz Torbus

 

Parking obok sklepu z nożami, z którego przywieźliśmy pamiątki zarówno w 2023, jak i 2024 roku.  Polecam to miejsce! Mają ogromny wybór porządnych noży na każdą kieszeń, a za 500 jenów robią dowolny grawer na ostrzu. Obsługa jest naprawdę super. Po tym, jak powiedzieliśmy, że to nasza druga wizyta, dostaliśmy karę stałego klienta, więc nie ma rady - musimy tam wrócić.

Joanna Karpowicz "Tower Knives Osaka" / 2025, 100 x 80 cm, akryl na płótnie
Joanna Karpowicz "Tower Knives Osaka" / 2025, 100 x 80 cm, akryl na płótnie / Reprodukcja: Mateusz Torbus

 

A to już nasz obraz. Będzie go można zobaczyć na żywo tylko podczas wernisażu, a potem znajdzie się "w prywatnej kolekcji", czyli u nas na chacie :D To świątynia Namba Yasaka w Osace. To drugi obraz, na który się wbiłam (ta osoba z parasolem to ja!). Zdjęcie cyknął mój chłopak. A Joanna zamieniła je w najwspanialszą i najbardziej magiczną pamiątkę z podróży.

 Joanna Karpowicz "The Temple" / 2025, 100 x 80 cm, akryl na płótnie
 Joanna Karpowicz "The Temple" / 2025, 100 x 80 cm, akryl na płótnie / Reprodukcja: Mateusz Torbus

 

Last but not least, trzy klimatyczne Anubisy zrodzone w niezwykłym umyśle Joanny: 

 Joanna Karpowicz "Crossing the bridge" / 2025, 100 x 120 cm, akryl na płótnie
 Joanna Karpowicz "Crossing the bridge" / 2025, 100 x 120 cm, akryl na płótnie / Reprodukcja: Mateusz Torbus

 Joanna Karpowicz "Onsen" / 2025, 80 x 80 cm, akryl na płótnie
Joanna Karpowicz "Onsen" / 2025, 80 x 80 cm, akryl na płótnie / Reprodukcja: Mateusz Torbus

 Joanna Karpowicz "Anubis with octopus" / 2025, 50 x 40 cm, akryl na płótnie
 Joanna Karpowicz "Anubis with octopus" / 2025, 50 x 40 cm, akryl na płótnie / Reprodukcja: Mateusz Torbus


2 czerwca 2019

Cóż, że ze Szwecji, czyli Sztywniara w Malmö

[Wpis we współpracy z @malmotown]

Czy wpadłabym na to, żeby pojechać do Malmö, gdyby nie zaproszenie od tamtejszego Urzędu Miasta? Pewnie nie. Od dawna chcieliśmy odwiedzić Skandynawię, ale (dość typowo) celowaliśmy raczej w Sztokholm albo Kopenhagę. Malmö nie pojawiało się na naszej podróżniczej top-liście, i zresztą chyba nie tylko na naszej, bo w Polsce nie można nawet kupić przewodników ani map tego miasta. Malmö występuje co najwyżej jako kilkustronicowy dodatek w opasłych przewodnikach po Kopenhadze (te dwa miasta łączy ze sobą Most Öresund, dzięki któremu w pół godziny można pociągiem lub samochodem wpaść w odwiedziny do Danii).

Mimo że o Malmö nie wiedziałam praktycznie nic, to kiedy przeczytałam mejla z propozycją, odstawiłam taniec radości, niczym Hugh Grant w Love Actually. Bo zawsze uważałam, że najfajniejsze, co mogłoby mnie spotkać w temacie współpracy blogowej, to właśnie podróżowanie. Okazało się, że - wbrew wszystkim kołczingowym hasełkom - wystarczy nic nie robić, a marzenia same się spełniają :D

Umowa była prosta: ja spędzam kilka dni w Malmö na koszt miasta, a w zamian dzielę się wrażeniami na Instagramie i blogu. Czyli dokładnie tak, jak to robię w przypadku każdego mojego prywatnego wyjazdu. Żadnej cenzury, żadnego akceptowania treści przed publikacją (co zresztą byłoby dość trudne, bo piszę po polsku ;), po prostu wolna amerykanka. Dla mnie układ idealny.

No dobra, to JAK BYŁO?


PORZĄDEK MUSI BYĆ

Jeśli miałabym opisać Malmö dwoma słowami, to byłyby to ŁAD i ZIELEŃ. Choć miasto nie może pochwalić się spektakularnymi zabytkowymi budowlami czy innymi znanymi na cały świat atrakcjami, to ma sobie coś, co bardzo mi odpowiada: spokój. Zarówno akustyczny (przez minimalny ruch samochodowy - o tym będę pisać niżej), jak i wizualny. Panuje tam niesamowita architektoniczna harmonia. Jest dużo przestrzeni, budynki są ładne, schludne, nieprzesadzone i dobrze się ze sobą komponują. Nie ma konstrukcyjnych potworków szpecących krajobraz. Nie ma wielkich banerów, oczojebnych szyldów, pstrokatych plandek na ogrodzeniach i całego tego syfu, który tak mnie denerwuje u nas. Naprawdę miałam wrażenie, że moje oczy mogą tam swobodnie "oddychać".

Do tego jest naprawdę dużo zieleni. W którą stronę by nie pójść, zawsze trafi się do jakiegoś parku (w całym mieście jest ich aż 15). I pisząc "park" nie mam na myśli trawnika, drzew i paru ławek, ale duże, zadbane tereny z różnorodną roślinnością, kwiatami, stawami, w których taplają się kaczki, i rzeczkami, po których pływają łódki.


ROWEROWY RAJ

Zatrzymaliśmy się w Ohboy hotell, który jest hotelem... rowerowym. Do każdego pokoju przypisany jest składany rower oraz  kołnierz Hövding - szwedzki wynalazek, który zakłada się na szyję i który przy zderzeniu zamienia się w dmuchany kask / poduszkę powietrzną. Kiedy poszliśmy na recepcję po drugi rower (jest możliwość wypożyczenia dodatkowego egzemplarza, a nawet roweru towarowego), akurat inny gość hotelowy testował jakiegoś miętowego dziwoląga z małymi kółeczkami, krótką kierownicą i trójkątną ramą, który wyglądał jak koślawa hulajnoga. Ostatecznie stwierdził, że to nie dla niego i wybrał tradycyjnego hotelowego czarnego składaka. Jak to zobaczyłam, od razu pomyślałam: "O, nie, żeby tylko teraz nie wcisnęli tego miętusa mnie!" No i co? Oczywiście wcisnęli. Pan zachwalał, że to model marki Strida, taki "oryginalny", łatwoskładalny, z gumowym (!), niebrudzącym łańcuchem (bez smaru), jednak jakoś nie byłam przekonana. No ale nie chciałam sprawiać kłopotu (po skandynawsku), więc wzięłam, co dają. Na początku trudno mi było go wyczuć, ale już po kilku przejażdżkach popylałam na nim, aż miło. Może i ma urok Fiata Multipli, ale okazał się lekki i zadziwiająco szybki. 

Przejeździliśmy na rowerach cały nasz pobyt (3 dni) i była to naprawdę czysta przyjemność. No ale w 5. najbardziej przyjaznym rowerzystom mieście na świecie nie mogło być inaczej. Malmö ma ok. 500 km ścieżek rowerowych (dla porównania, Kraków - tylko 100 km, mimo że jest miastem o prawie 4-krotnie większej powierzchni). Aż 1/4 wszystkich podróży po mieście odbywa się na rowerze. Zachwyciła nas tamtejsza kultura jazdy: nie dość, że samochodów na ulicach jest bardzo mało, to jeżdżą bardzo powoli i ZAWSZE ustępują pieszym i rowerzystom! My z przyzwyczajenia zatrzymywaliśmy się przed każdym przejazdem i byliśmy w szoku, kiedy kierowcy ustępowali nam pierwszeństwa. Serio, pierwszy raz czuliśmy się jak pełnoprawni uczestnicy ruchu.

W ogóle niesamowite jest to, jak piesi, rowerzyści i kierowcy pokojowo tam ze sobą koegzystują. Jest wiele łączonych ścieżek pieszo-rowerowych, ale nikt nie jeździ jak wariat, ludzie na siebie uważają, nie ma tłoku, nikt nikomu nie przeszkadza. No i rowerzyści zawsze sygnalizują skręt ręką, co u nas jest raczej wyjątkiem niż regułą. A jeżdżą tam naprawdę WSZYSCY. Ludzie w garniturach dojeżdżający do biur, rodzice na rowerach cargo z drewnianą przyczepką z przodu, w której wożą swoje pociechy (czasem nawet dwójkę plus psa) czy elegancko ubrani dziadkowie (pani w czółenkach i z torebeczką na złotym łańcuszku), być może pedałujący na kolację albo do teatru.

Jeśli wybieracie się do Malmö, niekoniecznie akurat do rowerowego hotelu, polecam obczaić sieć rowerów miejskich Malmö by bike. Za ok. 32 zł macie 24 godziny jeżdżenia (a za ok. 70 zł aż 3 dni). A jeśli wolicie dalsze wyprawy na dwóch kółkach, może nawet kilkudniowe, to w czerwcu otwarta zostanie nowa trasa rowerowa South Coast Trail po regionie Skåne. Aż 260 km!


EKO-MIASTO

Malmö jest światowym prymusem wśród "zielonych miast" (w 2006 roku otrzymało tytuł pierwszego szwedzkiego Miasta Fair Trade) i to widać gołym okiem. Oprócz minimalnego ruchu samochodowego (serio, zastanawiałam się, czy wszyscy gdzieś wyjechali, czy jak?) i wszechobecnych rowerów, o których pisałam wyżej, po ulicach jeżdżą zielone autobusy zasilane biopaliwem z... miejskich odpadków. Do 2020 roku działania wszystkich miejskich instytucji mają być w 100% neutralne dla klimatu, a do 2030 - całe miasto. Dzielnica, w której mieszkaliśmy, Västra Hamnen, już teraz jest w 100% zasilana lokalnie wytwarzaną energią z odnawialnych źródeł. To wszystko efekt wielu lat planowania i wprowadzania systemowych zmian. Miasto nieustannie prowadzi kampanie edukujące mieszkańców (np. w temacie segregowania odpadów), jednak rozumie, że samo uświadamianie nie wystarczy i muszą iść za tym konkretne, ułatwiające życie działania. Dlatego na przykład w Västra Hamnen odległość z dowolnego mieszkania do najbliższego przystanku autobusowego nie przekracza 300 metrów. I to z pewnością przekonuje o wiele bardziej niż same kolorowe plakaty z hasełkami zachęcającymi do rezygnacji z samochodu.


GDZIE WARTO SIĘ WYBRAĆ?

OK, ale co w tym Malmö w ogóle robić oprócz podziwiania ekorozwiązań? W ciągu 3 dni nie poznałam oczywiście miasta na tyle, żeby móc oprowadzać po nim wycieczki, ale kilka miejsc mogę polecić. Przede wszystkim Bibliotekę Miejską Malmö (Stadsbiblioteket). Po pierwsze, sam budynek robi niesamowite wrażenie: wysokie na 17 metrów przeszklone ściany, a za nimi bujna zieloność parku. Po drugie - szok nad szoki - do środka może wejść po prostu KAŻDY. Normalnie, z ulicy, bez żadnej karty! Tak jakby ta biblioteka była rzeczywiście PUBLICZNA, dla wszystkich. Co to za lewackie pomysły, ja się pytam?! Żeby wypożyczyć książkę do domu, trzeba już oczywiście mieć kartę, ale pobuszować między regałami, posiedzieć w fotelu i poczytać (a jest bardzo dużo książek w języku angielskim) czy skorzystać z komputerów można nawet będąc przypadkowym (i wielce zdziwionym) turystą z Polski.

Polecam też spacer po parku rozciągającym się od biblioteki po Zamek Malmöhus. Jeśli chodzi o mieszczące się w zamku Malmö Museer, to jakoś nas nie porwało - być może dlatego, że trafiliśmy akurat na remont i część wystaw była zamknięta. Za to warto wpaść do Moderna Museet, czyli Muzeum Sztuki Współczesnej (już w innej części miasta), które jest niewielkie, ale za to wstęp do niego jest darmowy (#CebulaAlert), a do września mają wystawę prac Andy'ego Warhola.

Chyba najbardziej zaskoczyło nas Disgusting Food Museum, czyli muzeum obrzydliwego jedzenia. Nastawialiśmy się na rozrywkę na poziomie sklepików ze "śmiesznymi rzeczami", a tymczasem było naprawdę ciekawie i edukacyjnie. Można tam oglądać najbardziej obrzydliwe dania z różnych stron świata, poczytać, skąd pochodzą, a nawet zobaczyć (na ekranach umieszczonych obok), jak wygląda proces ich przygotowania (który często jest o wiele bardziej obrzydliwy niż samo danie). Smażone pająki i świerszcze, muchy w oleju, bycze jądra, cały "ołtarz" śmierdzących serów, wino ze zwierzęcych penisów albo młodych myszek, jajko z kaczym płodem... Po obejrzeniu kilku eksponatów przestaliśmy się dziwić, że przy wejściu każdy zwiedzający dostaje torebkę na wymioty. Niektóre smakołyki można powąchać (wystarczy odkręcić słoik z próbką), a najodważniejsi mogą również kilku spróbować. My skosztowaliśmy duriana, który - choć śmierdział straszliwie - smakował słodko, jak karmelizowana cebulka, oraz słonej lukrecji, którą szybko wypluliśmy i naprawdę niewiele brakowało, a wyzerowalibyśmy licznik, który obwieszczał, że ostatni zwiedzający wymiotowali w muzeum 9 dni temu.

W sumie fascynujące jest to, jak obrzydzenie jest uwarunkowane kulturowo. To, co w jednym miejscu jest przysmakiem, w innym budzi wstręt. Ponoć wielu obcokrajowców nie jest w stanie znieść zapachu naszego bigosu (w muzeum była butelka z polskim sokiem z kiszonej kapusty), Polaków z kolei otrzepuje na myśl o zupie z nietoperza czy koktajlu z owczym okiem, ale już galaretę ze świńskich nóżek czy ozorek niektórzy z nas wcinają, aż im się uszy trzęsą. Muzeum naprawdę skłania do zastanowienia się nad tym, co ląduje na naszych talerzach, w jaki - czasem bardzo okrutny - sposób  powstaje (np. foie gras) i... czy nie lepiej jednak przerzucić się na rośliny.

Przechodząc płynnie od smrodów do pachnideł (i to wolnych od okrucieństwa), serdecznie polecam wizytę w Lushu - sklepie z kosmetykami, z których większość sprzedawana jest bez opakowań. To oczywiście nie jest szwedzka marka, ale warto skorzystać z okazji, bo choć mają sklepy w wielu europejskich miastach, to w Polsce nadal nic. Znajdziemy tam mydła, kule do kąpieli, szampony i odżywki w kostce, żele pod prysznic w postaci stałej... słowem wszystko, czego potrzebuje łazienka człowieka z zajawką na zero waste (i pełnym portfelem). Dokładnie naprzeciwko, w Science Fiction Bokhandeln czekają wrażenia z zupełnie innej bajki, a właściwie wielu bajek, bo znajdziecie tam książki, gry i gadżety ze świata science-fiction, fantasy, anime czy kreskówek (większość po angielsku). Dzióbek był zachwycony.

Fajnym miejscem jest też Mitt Möllan - pawilon z butikami lokalnych projektantów i rękodzielników, sklepami z oryginalnymi dodatkami do mieszkania (zakochałam się w zwierzątkowych doniczkach z Pill & Punch) czy ubraniami vintage (Beyond Retro). My chyba trafiliśmy akurat na jakieś targi, bo było też mnóstwo stoisk z ręcznie robioną biżuterią, ceramiką, ubraniami, plakatami, starociami i innymi cudeńkami, w tym stoisko miejscowego sklepu zero waste Gram (który muszę odwiedzić następnym razem).

Jeśli chodzi o jedzenie, to absolutnymi kulinarnymi hiciorami okazały się dla nas dwa miejsca, oba wegańskie i oba z mnóstwem roślin nie tylko na talerzach, ale i we wnętrzach: Sajvva z kuchnią indyjską, koreańską i wietnamską oraz Mineral z prostymi, ale przepysznymi daniami, które śnią mi się teraz po nocach, i klimatem trochę w stylu krakowskiego Kazimierza. Fajnym doświadczeniem, nieco bardziej w stylu high life, była też kolacja w Kitchen & Table na 25. piętrze wieżowca z widokiem na całe miasto. A z cyklu "kilka w jednym" polecam jeszcze Saluhall - wiele różnych knajp i sklepów z lokalnymi smakołykami pod jednym dachem (m.in. słynnymi szwedzkimi bułeczkami cynamonowymi z kultowej piekarni St. Jakobs Stenugnsbageri).

***

W ogóle mam wrażenie, że z wiekiem nasze podejście do wyjazdów ewoluowało. Kiedyś podróż to było dla nas (no dobra, bardziej dla mnie) wyzwanie pt. "jak upchnąć 50 zabytków w 5 dni", a teraz zwiedzamy bardziej na czilaucie i zamiast zaliczać naj-starszy/-wyższy/-sławniejszy budynek czy pomnik, wolimy obserwować życie i na przykład rozkminiać, skąd na ulicach Malmö aż tylu facetów z wózkami (odpowiedź: urlop rodzicielski w Szwecji to aż 480 dni do podziału na oboje rodziców, z czego 90 dni jest nieprzechodnie, więc jeśli jedna osoba nie wykorzysta, to przepada). Ogólnie klimat Malmö bardzo nam przypasował. Cisza, spokój, mało ludzi, sporo zieleni i przestrzeni. Powiedziałabym, że to idealne miasto dla introwertyków i osób nielubiących przeładowania bodźców.

Jeśli miałyście okazję odwiedzić Malmö albo inne szwedzkie miasta, dajcie znać, jak Wasze wrażenia. A jeśli dopiero myślicie o podróży do Szwecji, bardzo polecam bloga Anki, która mieszka w Malmö i której wskazówki (np. żeby nie wymieniać kasy, bo wszędzie można płacić kartą) bardzo ułatwiły nam życie. Dziękuję też za Wasze polecenia na FB - jak zawsze mi się przydały!


Malmö: Moderna Museet
Przepis na światowy pokój na budynku Muzeum Sztuki Współczesnej.
Malmö: Turning Torso, Ohboy hotell
Turning Torso - chyba najbardziej charakterystyczny budynek w Mal. A po prawej nasz rowerowy hotel.Malmö: Ohboy hotell
Do każdego pokoju rower gratis.
Malmö: Ohboy hotell
Mój miętowy dziwoląg z gumowym łańcuchem i bardziej klasyczny czarny składak Dzióbka.
Malmö: Ohboy hotell
Na wyposażeniu pokoju jest również deskorolka...
Malmö: Skate park
...bo po drugiej stronie ulicy jest wielki skate park, po którym szaleją duzi i mali.
Malmö: Ohboy hotell
Pokój urządzony oczywiście w stylu skandynawskim. Biuściasty wazon to chyba lokalny hit, bo spotykaliśmy takie w wielu miejscach.
Malmö: Ohboy hotell
Przy łóżku biografia Zlatana Ibrahimowicia - chyba najsłynniejszego szwedzkiego piłkarza, który urodził się w Malmö i debiutował w tutejszym klubie.
Malmö:
Wodne pojazdy w kolorach szwedzkiej flagi.
Malmö City Library
Wypasiona (i ogólnodostępna!) Biblioteka Miejska z widokiem na park. WOW.
Malmö
Kiedyś do różańca, a teraz do tańca, czyli kościół zamieniony w klub nocny.
Malmö Saluhall
Malmö Saluhall - restauracje i sklepy z lokalnymi produktami pod jednym dachem. Malmö: Lush
Odgrażałam się, że wizyty w Lushu nie odpuszczę.
Malmö: Lush
Tyle kolorowych cudeniek bez plastiku!
Malmö: Lush
Wyszłam z szamponami (no ba!) i stałym żelem pod prysznic (nie mydłem!) w kształcie butelki.
Malmö: Moderna Museet
W Moderna Museet była akurat wystawa prac Louise Bourgeois...Malmö: Moderna Museet
...i Andy'ego Warhola.
Malmö: Moderna Museet
Banana nikt tu nie ocenzurował.
Malmö: Mineral
Mineral - wegańska restauracja z przepysznym jedzeniem i klimatem w stylu krakowskiego Kazimierza.
Malmö: Sajvva
I Sajvva - nasz drugi wegański hit. Niebo w gębie!
Malmö: Lilla Torg
Malowniczy Mały Rynek (Lilla Torg).
Malmö: Mitt möllan
Cyce jak donice. Albo jak wazony. Czyli stoisko Betuttad w Mitt Möllan.Malmö: Mitt möllan
Doniczko-zwierzaki w Pill & Punch.
Malmö: Mitt möllan
Amen, siostry.
Malmö: Mitt möllan
Stoisko sklepu zero waste Gram w Mitt Möllan.
Malmö: Mitt möllan
Takie pamiątki przemawiają do mnie o wiele bardziej niż magnesy i breloczki. Malmö: Mitt möllan
Beyond Retro, czyli wintydżowy raj.
Malmö: Mitt möllan
Niestety, nic nie kupiłam, bo nie potrafię buszować w towarzystwie kogoś, kto najchętniej byłby gdzie indziej (w tej roli Dzióbek).
Malmö
No nie da się ukryć: podobało mi się.
Malmö
Tę latarnię mijaliśmy na rowerach kilka razy dziennie.
Malmö city bus
Miejskie autobusy - "100% green power".
Malmö: Hövding airbag bicycle helmet
Rowerzystka w magicznym kołnierzu z poduszką powietrzną...
Malmö: Hövding airbag bicycle helmet
...która przy upadku zabezpiecza głowę.
Malmö
 Malmö umie w parki. Malmö
Bardzo się polubiliśmy z miętuskiem.
Malmö: Science-fiction bookstore
Polecam tę księgarnię wszystkim fanom science-fiction i fantasy!
Malmö: Science-fiction bookstore
Mnogo mangi.
Malmö: Science-fiction bookstore
 Jest coś dla każdego fandomu. Malmö: Science-fiction bookstore
"Gry o tron" nie oglądałam, ale taką wycieraczkę mogłabym mieć. Malmö: Science-fiction bookstore
Po prawej polski akcent, a po lewej książka, na którą zachorował Dzióbek.
Malmö bikes
Jeden z wielu parkingów rowerowych na mieście. Niektóre nawet nie przypięte!
Malmö
Nie mogę się zdecydować, czy wyglądałam bardziej hipstersko, czy jakbym właśnie obrabowała bank i uciekała przed policją na rowerku buchniętym jakiemuś biednemu dziecku.
Malmö
Szwedzki klasyk, czyli słynny konik z Dalarny.
Malmö
Na górze tego wieżowca zjedliśmy naszą pożegnalną kolację.
Malmö: Kitchen & Table
Jedzenie bardzo spoko, ale widok na Malmö o zachodzie słońca: 15/10. Malmö: Disgusting Food Museum
Odwiedzający Disgusting Food Museum dostają przy wejściu torebkę na wymioty. Tablica z rzygolicznikiem potwierdza: to nie żarty.
Malmö: Disgusting Food Museum
Słynny szwedzki sfermentowany śledź - ponoć jedna z najbardziej śmierdzących potraw na świecie 
(PS: To prawda, wąchałam).
Malmö: Disgusting Food Museum
Niewinnie wyglądające chińskie wino z... 3 penisów (foki, jelenia i psa). Oraz główny składnik bat-zupy.
Malmö: Disgusting Food Museum
  Był też przysmak made in Poland. A po prawej durian - największy śmierdziuch wśród owoców.
Malmö: Disgusting Food Museum
W muzealnej fotobudce można sobie zrobić obrzydzoną fotę (puszczają smrodek dla bardziej autentycznego efektu).
Malmö: Disgusting Food Museum
Mongolska krwawa Mary - z okiem owcy. Po prawej chińskie wino z młodych myszek.
Malmö: Disgusting Food Museum
Smażona tarantula z Kambodży i gotowane jajo z kaczym płodem z Filipin.
Malmö: Disgusting Food Museum
Kiedy dziwisz się, co robią żelki w takim muzeum, a potem przypominasz sobie, z czego się robi żelatynę.
Malmö: Swedish food
  A skoro o jedzeniu mowa: po lewej piekarnia ze słynnymi szwedzkimi cynamonowymi bułeczkami, a po prawej smakołyki kupione z Waszego polecenia (po powrocie dowiedziałam się, że czekolady Marabou są dostępne w Ikei).