Dzisiaj ostatnia część mojej szczękowej telenoweli. W kwietniu nastąpił happy end i po prawie 3 latach w końcu zdjęłam aparat ortodontyczny. Początkowo miałam go nosić przez 2 lata, ale sprawa się trochę przeciągnęła. Zupełnie mi to jednak nie przeszkadzało, bo wychodziłam z założenia, że lepiej nosić za długo niż za krótko. Znam wiele dziewczyn, które nosiły aparaty, i praktycznie wszystkie wymusiły na ortodontach jak najwcześniejsze rozdrutowanie, bo albo planowały ślub i chciały mieć na zdjęciach uśmiech bez żelastwa, albo po prostu miały już dość. Mnie się nigdzie nie spieszyło, aparat w niczym mi nie przeszkadzał i mimo że normalnie jestem osobą strasznie niecierpliwą, nosiłam go z iście stoickim spokojem. Po prostu stawka była zbyt wysoka.
Kiedy w końcu moja ortodontka stwierdziła, że możemy ściągać, byłam zaskoczona (jak to?! już!?) i zrobiło mi się nawet trochę smutno. Samo zdejmowanie trwało tyle co zakładanie nowego drutu, czyli jakąś minutę. Ciach, ciach i po robocie. Nieco dłużej (kilka minut) trwało usunięcie (zeszlifowanie) kleju po metalowych zamkach.
"O rany, jakby ktoś mi zupełnie zmienił twarz!" - taka była moja pierwsza reakcja na widok nowych zębów. Ponieważ ortodontka wyglądała na nieco skonsternowaną, szybko uściśliłam: "Na lepsze!" Serio, szok był ogromny i jeszcze przez kilka dni byłam zaskoczona za każdym razem, kiedy zamiast moich krzywusów widziałam w lustrze normalne, proste zęby. Jedna z czytelniczek napisała na Fejsie, że kiedy zdjęła aparat, jej chłopak stwierdził, że wygląda jak pies z reklamy sztucznych szczęk dla czworonogów. Mój Dzióbek najpierw niczego nie zauważył, a potem stwierdził, że faktycznie wyglądam dokładnie jak te psiaki. Warto było poświęcić 3 lata, żeby doczekać się takiego komplementu.
Jeśli jednak ktoś myśli, że wystarczy się przemęczyć z aparatem rok, dwa czy trzy i potem ma się już wszystko z głowy, to niniejszym chciałam go wyprowadzić z błędu. Teraz zabawa dopiero się zaczyna i, jak dla mnie, zamieszanie związane z retencją jest dużo bardziej uciążliwe niż samo noszenie aparatu. O co chodzi?
Otóż po zdjęciu aparatu dostałam taki przezroczysty plastikowy stabilizator (przypominający nieco ochraniacz na zęby, który bokserzy zakładają przed walką). Muszę go nosić przez rok, przez - uwaga - 16 GODZIN DZIENNIE! Codziennie. Na szczęście potem będzie już luz, bo przez kolejne kilka lat będę go musiała zakładać tylko na noc. Pikuś.
Po co to? Ano po to, żeby zęby się z powrotem nie wykrzywiły. Włókna kolagenowe otaczające zęby mają niesamowitą "pamięć" i po zdjęciu aparatu robią wszystko, żeby wrócić do swojego dawnego ustawienia. Im człowiek starszy, tym włókna kolagenowe są bardziej uparte, dlatego noszenie stabilizatora jest tak ważne. Moim koleżankom ortodonta dodatkowo przykleił od spodu zębów taki cienki drucik, który pomagał trzymać zęby na baczność. U mnie nie było to możliwe, bo ponoć przy moim zgryzie szybko odkleiłabym go dolnymi zębami.
Mimo że stabilizator jest mało widoczny, praktycznie nieodczuwalny i można w nim normalnie mówić, to niestety trochę zamieszania z nim jest. Po pierwsze, nie można w nim nic jeść ani pić (oprócz wody). Po drugie, trzeba codziennie pamiętać, żeby wyrobić tę 16-godzinną normę. A to nie jest takie proste, bo w ciągu dnia robi się kilka przerw na jedzenie. Ja zapisuję sobie międzyczasy na tablicy, inaczej bym się w tym wszystkim pogubiła. Ogólnie mam wrażenie, że moje życie składa się teraz głównie z zakładania i zdejmowania stabilizatora, mycia zębów, mycia stabilizatora oraz liczenia godzin. Myślę, że mogłoby to być całkiem korzystne dla osób na diecie, bo człowiekowi naprawdę odechciewa się tego ciastka czy loda, kiedy ma przed sobą wizję wyjmowania stabilizatora, a potem mycia go, szczotkowania zębów i robienia obliczeń. Natomiast dla ludzi funkcjonujących, tak jak ja, w trybie Wieczna Przegryzka jest to fatalna sprawa i bardzo poważne zaburzenie lajfstajlu.
Tak więc łatwo nie jest, jednak widok prostych zębów (którym napawam się teraz przy styczności z absolutnie KAŻDĄ lustrzaną powierzchnią - w windzie, w sklepie, nawet pod prysznicem w odbiciu armatury), rekompensuje mi wszelkie niedogodności. Bardzo się pilnuję, a oprócz tego co kilka miesięcy mam się stawiać na kontrolę, więc liczę, że zęby mi się z powrotem nie wykoleją. Jako pacjent z gatunku dociekliwych, zapytałam ortodontkę, czy zdarzyło jej się, żeby zgryz któregoś z jej podopiecznych wrócił do stanu sprzed aparatu. Powiedziała, że tylko raz. Był to przypadek nastolatki, która zaraz po zdjęciu aparatu wyjechała do szkoły z internatem. Nikt jej tam nie pilnował, więc olała tę całą zabawę ze stabilizatorem. Kiedy potem wróciła do Krakowa, jej zęby wyglądały ponoć dokładnie tak samo jak przed założeniem aparatu i musiała zacząć leczenie od początku. Co za koszmar. Załamałbym się, gdyby tyle mojego czasu i kasy poszło na marne.
Jeśli sami nosiliście lub nosicie aparat, dajcie znać, jak to wszystko przebiega(ło) u Was. A jeśli dopiero się zastanawiacie i chcielibyście poczytać więcej na ten temat, to wrażenia zaraz po założeniu aparatu opisałam tutaj, natomiast moje doświadczenia po 2 latach noszenia zebrałam tutaj. Oczywiście jeśli macie jakieś pytana, walcie śmiało - chętnie odpowiem.

Odlew mojej szczęki PRZED i mój hollywoodzki uśmiech PO.


