Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rower. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rower. Pokaż wszystkie posty

5 maja 2017

Piękna i Bestia

Wyciągnęliście już swoje machiny i rozpoczęliście sezon rowerowy? Ja mojej Bestii (albo Piękności - bo różnie można interpretować, kto jest kim w tym duecie) nie musiałam znikąd wyciągać, bo u mnie sezon rowerowy nigdy się nie kończy. Wyznaję zasadę, że nie ma pory roku nieodpowiedniej na rower, może być co najwyżej nieodpowiednia pogoda (ulewa, śnieżyca, tornado).

Na szczęście przedwczoraj pogoda była całkiem niezła i mogliśmy w końcu obfocić moją nową, wielce rowerową stylówkę. Kiedy jakiś czas temu dziewczyny z marki Medicine (która napędza dzisiejszy wpis) powiedziały mi, że wspólnie z Bike Belle szykują minikolekcję koszulek z grafikami rowerowymi, i spytały, czy jest to temat, który by mnie interesował, z typową dla siebie skromnością odparłam, że nie mogły lepiej trafić. Od pewnego czasu bardzo podoba mi się kierunek, w którym idzie Medicine: kolekcje z nadrukami autorstwa polskich grafików, ilustratorów, a nawet tatuatorów, bluzy i sweterki dla psów, z których część pieniędzy idzie na pomoc psiakom ze schroniska, czy możliwość wymiany książek w salonach. A jak do tego zestawu wjeżdża jeszcze rower, to po prostu nie mogę tego nie propsować.

Kolekcja Let's bike! jest efektem konkursu dla grafików i ilustratorów ogłoszonego jesienią zeszłego roku z okazji urodzin Bike Belle. Autorkami zwycięskich projektów, które znalazły się na koszulkach Medicine oraz rowerowych gadżetach Bike Belle, są Olga Kawa, Joanna Pałka, Dora Ilustra oraz Ewelina Karpowiak. Mnie najbardziej przypadła do gustu koszula z kimonowymi rękawami oraz biały T-shirt z rowerowym dymkiem (rower to jedyny nałóg, jaki toleruję!). Ubrania z kolekcji są luźne (ja mam na sobie S-kę), miękkie i mają dobre składy (koszulki damskie to 100% bawełny, koszula - 100% wiskozy, a męski T-shirt - 80% bawełny i 20% poliestru). Do kompletu wybrałam sobie rurki z zamkami z tyłu i haftowanym napisem LOST SOUL, który idealnie pasuje do rowerzystki takiej jak ja - z zerową orientacją w terenie.

Let's bike!
Let's bike!
Let's bike!
Let's bike!
Let's bike!
Let's bike!
Let's bike!
koszula - kolekcja Let's Bike! Medicine x Bike Belle
spodnie - Medicine (ja mam granatowe, ale są też czarne)
buty - Tommy Hilfiger
rower - Chillovelo
koszyk - Bike Belle

6 czerwca 2015

Jak ryba na rowerze

Pamiętacie, jak 2 lata temu Dzióbek zdissował mój pomysł dojeżdżania rowerem do pracy? Kto by wtedy pomyślał, że kiedyś stanę się większym rowerowym zapaleńcem od niego. A tymczasem jeżdżę częściej i dłużej, chociaż mam do pracy dwa razy dalej. Ha! I kto się teraz śmieje?

Jeżdżę praktycznie przez cały rok. W ciągu ostatnich 16 miesięcy nie było miesiąca, w którym nie jeździłabym na rowerze (choć od grudnia do lutego z mniejszą częstotliwością). Jak to się stało? Jakim cudem ktoś tak leniwy i asportowy jak ja pokonuje codziennie 20 km? Jak wiadomo, jazda na rowerze ma wiele zalet: jest ekologiczna, tania, a w dodatku zdrowa. Co oczywiście nie miało dla mnie żadnego znaczenia. Moja główna motywacja była czysto hedonistyczna: po prostu okazało się, że sprawia mi to nieprzeciętną radość.


ZA CO KOCHAM ROWER?
Droga do pracy i z pracy to dla mnie najprzyjemniejsza część dnia. 80 minut całkowitej wolności. To czas, który mam tylko dla siebie. Kiedy nic mnie nie rozprasza. Do tramwaju zwykle zabierałam książkę, ale w większości przypadków i tak kończyło się na bezmyślnym przeglądaniu Fejsbuka. Jadąc na rowerze, wyciszam się, resetuję, podziwiam widoki (a jest co podziwiać), rozmyślam o rzeczach ważnych i o pierdołach, planuję podbój świata, układam posty na bloga oraz doznaję olśnień na ważne życiowe tematy (np. że w przypadku bliższego spotkania z ciężarówką ślub chyba jednak ułatwiłby wiele spraw szpitalno-pogrzebowych).

Dzięki rowerowi nie jestem uzależniona od komunikacji miejskiej - to kolejny plus. Olewam wiecznie spóźniające się autobusy, (125, wiesz, że do Ciebie piję), awarie, korki oraz tłoczące się i nieraz drażniące (głównie uszy i nozdrza) towarzystwo.

Mimo że jeżdżąc na rowerze, nie czuję, jakbym uprawiała sport (w końcu tylko siedzę i trochę macham nogami), to jednak jakąś tam dawkę ruchu przyjmuję. Nic mnie nie przekona do biegania czy siłowni, ale taki ruch "przy okazji", którego za bardzo nie odczuwam, a który jednak coś tam daje (nie wiem, czy chcecie to wiedzieć, ale dzięki rowerowi mój tyłek nie jest już płaski jak naleśnik), to jak dla mnie opcja w sam raz.


CZEGO SIĘ BOJĄ NIEDOSZLI ROWERZYŚCI?
Jeśli mieliście pomysł, żeby zakolegować się z rowerem, ale coś Was powstrzymało, to obstawiam, że był to jeden z trzech powodów: nie chcecie zginąć; nie chcecie zmoknąć; nie chcecie się spocić. 

Jeśli chodzi o bezpieczeństwo, to mam to szczęście, że w Krakowie jest naprawdę nieźle rozbudowana infrastruktura rowerowa i zaledwie niewielki fragment swojej codziennej trasy pokonuję ulicą (w dodatku niezbyt ruchliwą). Jeśli w Waszym mieście ze ścieżkami rowerowymi jest krucho, to cóż, namawiać Was nie będę, bo sama raczej też bym odpuściła, jeśli miałabym całą drogę lawirować między pędzącymi samochodami.

Co do niesprzyjającej lub nieprzewidywalnej pogody, to tutaj już nie dam tak łatwo za wygraną. Oczywiście jeśli leje jak z cebra, rezygnuję z roweru i z ciężkim sercem drepczę na przystanek. Ale jeśli tylko delikatnie siąpi - jadę! Jeśli nie pada, ale zapowiadają deszcz - też jadę! Jak wynika bowiem z mojego doświadczenia, prawdopodobieństwo, że porządnie się rozpada akurat wtedy, kiedy będę w trasie, wynosi jakiś 1%. Zwykle burza zaczyna się i kończy, kiedy jestem w pracy, albo już po tym, jak dotrę do domu. Codziennie rano sprawdzam prognozę pogody, ale jeśli jest niesprzyjająca, po prostu ją ignoruję (w sumie jest to zasada, którą stosuję we wszystkich dziedzinach życia). I wychodzę na tym całkiem nieźle, bo w ciągu ostatnich 16 miesięcy porządnie zmokłam na rowerze może ze 3 razy.

Nie namawiam nikogo do jazdy w gęsto padającym śniegu czy po oblodzonych ścieżkach (aż takim hardkorem nie jestem), ale warto przetestować, jaki zakres temperatur jest dla Was komfortowy. Nie ma co się z góry uprzedzać, że skoro grudzień, to rower automatycznie musi iść w odstawkę. Ja przekonałam się, że (przy odpowiednim stroju) w zasadzie każda temperatura od mniej więcej -3 stopni w górę jest dla mnie OK (dowód tutaj).

Kwestia pocenia się to oczywiście sprawa indywidualna. Zależy od osobniczych predyspozycji oraz tego, jak zaciekle pedałujemy. Ja jeżdżę rekreacyjnie, nie wyścigowo, więc jakoś bardzo się przy tym nie męczę. Jeśli się zgrzeję, wystarczy odświeżenie wilgotnymi chusteczkami, a w czasie megaupałów - koszulka na zmianę. Przy czym zaręczam Wam, że latem na rowerze jest nieporównanie przyjemniej niż w dusznym, zatłoczonym autobusie.


Pogoda ostatnio sprzyjająca, więc jako samozwańcza promotorka dwóch kółek, gorąco zachęcam Was do wskoczenia na rower, nawet jeśli wydaje Wam się, że to nie dla Was (jestem najlepszym przykładem na to, że nawet w anemicznym ciele może drzemać rowerowe zwierzę). A jeśli już jeździcie, przybijcie w komentarzach rowerową pionę i pomóżcie mi przekonać nieprzekonanych, że warto. Szerokości!

My cruiser bike
My cruiser bike
My cruiser bike
rower - Chillovelo
okulary - Moschino / TK Maxx
koszulka w karpie - Pan tu nie stał
dżinsy - Lee (prezent od marki)
buty - Tommy Hilfiger / paradopary.pl

21 marca 2015

Najbardziej wyczilowane velo w mieście

Jeśli śledzicie mojego Facebooka, to wiecie, że niedawno nastąpił koniec pewnej epoki. Po 7 pięknych latach rozstałam się z moim wiernym rowerowym przyjacielem, Rumburakiem. Dziś mam przyjemność przedstawić jego następcę: oto Chillovelo - najbardziej wyczilowany rower w mieście!

Jakim cudem trafił w moje ręce? Matką chrzestną całej akcji była Agata, która spiknęła mnie ze swoimi znajomymi: Mikołajem i Asią, prowadzącymi Poznańską Manufakturę Rowerową. Szukali akurat fajnej blogerki do współpracy, a że jestem blogerką, a w dodatku jestem bardzo fajna, szybko znaleźliśmy wspólny język.

Chillovelo to beach cruisery składane ręcznie (co widać na ostatnim zdjęciu) przez PMR. Obecnie w ofercie jest 13 wersji kolorystycznych (damek i uniseksów). Ja miałam możliwość stworzenia kolejnej. 

Jako człowiek permanentnie niezdecydowany, potrafiący w sklepie spędzić 20 minut przed regałem z tabletkami do zmywarki, długo się zastanawiałam, jakie kolory wybrać. Uwielbiam oglądać zdjęcia śliczniutkich, pastelowych rowerków, ale wyobrażacie sobie mnie na takim dziewczyńskim dwukołowcu? No właśnie. Musiałam mieć coś bardziej uniseksowego, najlepiej z małą domieszką retro. Po długim namyśle zdecydowałam się na szarą ramę oraz bordowe błotniki i osłonę na łańcuch. Kolega z pracy na widok efektu końcowego stwierdził, że kojarzy mu się ze starym garbusem, więc cel został chyba osiągnięty.

"Mój" model będzie niedługo dostępny w sklepie. Każdy będzie wyposażony w wiklinowy koszyk, bagażnik (nie wyobrażam sobie roweru bez tych dwóch elementów), skórzane chwyty oraz dzwonek ze spersonalizowanym napisem (ja wybrałam "Never Follow" - hasło, które widnieje na jednym z moich ulubionych krakowskich murali). Na dzisiejszych zdjęciach bagażnika jeszcze nie ma, ale pod koniec marca zostanie domontowany (wtedy na pewno pojawi się tu odpowiednia fotodokumentacja). Aktualizacja 15.04.2015: tak wygląda rower już z bagażnikiem.

Tyle o wyglądzie, ale jak wie każda blogerka, wygląd to nie wszystko. Liczy się jeszcze odpowiedni filtr z Instagrama. A w przypadku roweru - funkcjonalność. Jak się ta piękna machina sprawdza podczas jazdy? Od tygodnia popylam na niej do pracy i różnica w porównaniu z moim starym rowerem jest kolosalna. Przede wszystkim Chillovelo jest lekkie (15 kg). Po drugie, jest szybkie. Ma naprawdę niezły "wygar": jeździ się na nim leciutko, mniej się trzeba napedałować, żeby się rozpędzić, i błyskawicznie zbiera się na światłach. Czuję, że z moim "lovelasem" stworzymy bardzo długi i udany związek.

Wszystkie szczegóły techniczne sprzętu znajdziecie na stronie Chillovelo.

Chillovelo.pl
Stoisko firmowe: Poznań,
Stary Browar, Pasaż – Poziom 0
lista sklepów partnerskich w innych miastach tutaj







Just chillin' with my velo.
Making of, czyli Mikołaj w akcji.

14 lipca 2014

Mucha nie siada!

Dawno mnie tu nie było, bo, jak pewnie wiecie z mojego Facebooka, od kilku tygodni całkowicie pochłania mnie przytulanie się do lodówek, noszenie na głowie krzeseł i pilnowanie, żeby Dzióbek nie kupował obcym kobietom hot-dogów w Ikei. O ciuchach praktycznie w ogóle ostatnio nie myślę. W zasadzie to nie myślę o niczym, co nie dotyczy urządzania mieszkania. To jest jak choroba. Albo stan zakochania. W sumie na jedno wychodzi.

Ogólnie na razie mieszkamy jak w magazynie. I niestety nie mam tu na myśli "Elle Decoration". Po prostu za sprawą wszechobecnych pudeł i worków nasza baza przypomina jakiś skład albo hurtownię. Ale powoli zaczynamy się zadomawiać: stopniowo ogarniamy ten bajzel, poznajemy okolicę (chyba nigdzie nie widziałam takiego zagęszczenia reklam KFC - czuję, że to moja dzielnia!), a w zeszłym tygodniu udało mi się w końcu opracować nowy rowerowy dojazd do roboty (bo pierwsza próba wyprowadziła mnie - całkiem dosłownie - w pole). Dużo jeszcze mamy do zrobienia i załatwienia, ale cieszy mnie to wszystko, a siedząc wczoraj wieczorem na balkonie, pomyślałam, że jestem naprawdę niebezpiecznie blisko sielanki. Dobrze jest!

3
1
2
koszula - MyElphi.com (prezent)
mucha - Marthu.com
dżinsy - Levi's + łaty naszyte przeze mnie
buty - Skechers / answear.com


29 lipca 2013

Z drogi, śledzie, Sztywniara jedzie!

"- Uprawiasz jakiś sport? - Po co? Przecież jestem chuda". Tak mniej więcej wyglądają rozmowy na sportowe tematy z moim udziałem. Moja nieruchawość jest wśród znajomych wręcz legendarna i stanowi źródło nieustającej szydery. Naprawdę niewiele jest czynności mających coś wspólnego z aktywnością fizyczną, które sprawiają mi przyjemność. W zasadzie mogę tu wymienić kręgle (no co? potem zawsze przez parę dni mam zakwasy, więc dla mnie to sport), "chodziarstwo" turystyczne (mam tu oczywiście na myśli zwiedzanie miast, a nie wycieczki po górach), no i rower.

Do tej pory roweru używałam głównie weekendowo, a przez ostatni rok wcale, ponieważ znalezienie czarodzieja, który mógłby mi zespawać pękniętą ramę, okazało się prawdziwą Mission Impossible (swoją drogą, trzeba być mną, żeby jeździć przez kilka miesięcy z pękniętą ramą i o tym nie wiedzieć). Kiedy w końcu udało mi się naprawić Rumburaka (tu wielkie brawa dla mojego kolegi - Rafała Złotej Rączki), z radości w mojej głowie powstała szalona myśl: a jakby tak na rowerze dojeżdżać do pracy? Przedstawiłam ten pomysł Dzióbkowi (który sam przez 3/4 roku roweruje do roboty), na co on uśmiechnął się tylko z politowaniem: "No co ty, przecież nie dasz rady!" To przesądziło sprawę. Cooo?! Ja nie dam rady?! Że niby 10-kilometrowy dystans i zerowa kondycja to jakaś przeszkoda? Pfff!

Wsiadłam, pojechałam i... tak mi mija już drugi tydzień. Jestem z siebie strasznie dumna, co mogą potwierdzić wszyscy znajomi i obserwatorzy na Facebooku, których niemal codziennie katuję opowieściami o moich rowerowych wyczynach (oczekując, rzecz jasna, okrzyków podziwu). I co najważniejsze: naprawdę mam z tego frajdę! Dojazd jest wręcz wymarzony, bo praktycznie od samego domu do pracy mam ścieżkę rowerową (a więc prawdopodobieństwo, że coś mnie zabije, jest dość niskie). Nie muszę się martwić, że nie zdążę na tramwaj (jeśli zdarzy mi się trochę później wyjechać z domu, to po prostu szybciej pedałuję). Nie muszę się kisić w dusznych autobusach. Nie muszę znosić całego bogactwa zapachów MPK. Wiatr we włosach, muzyczka w uszach, żelki w koszyku i JADĘ!  

koszulka - Cheap Monday / answear.com
dżinsy - Levi's (+ moje łaty)
sandały - White Mountain
okulary - Moschino / TK Maxx
rower (zwany Rumburakiem) - Villiger / Hala Targowa
koszyk - BikeBelle (prezent od właścicielki)

4 maja 2009

Uwaga, szafiarki na drodze!

Dziś na blogach w roli głównej nie ciuchy, a rowery. Sezon rowerowy w pełni, postanowiłam więc namówić znajome szafiarki do zaprezentowania swoich dwukołowców.

Czyżby świat stanął na głowie i patentowany leń oraz wielbiciel czipsów i hot-dogów chciał propagować modę na sport i zdrowy tryb życia? Nie, po prostu w zeszłym roku - po jakiejś piętnastoletniej przerwie - przypomniałam sobie, jaką niesamowitą frajdą jest jazda na rowerze. Na pewno duża w tym zasługa jednego z moich ulubionych blogów: Copenhagen Cycle Chic. Naoglądawszy się fantastycznych zdjęć kopenhaskich rowerzystów (a zwłaszcza rowerzystek), poczułam, że jeśli nie kupię sobie roweru, to będzie źle. Niedługo później pedałowałam już (powoli, coby się przypadkiem nie zmęczyć) na moim nowym-starym Rumburaku. Ponieważ okazało się że w roweromanii nie jestem osamotniona, pomyślałam, że fajnie byłoby urządzić z innymi szafiarkami wspólną wirtualną majówkę.

Serdecznie dziękuję wszystkim dziewczynom, które wzięły udział w akcji. Poniżej kolaż z naszych zdjęć (można go powiększyć). Niezłe szprychy, co? ;)


Aktualizacja1 (5.05.2009): Dojechałyśmy z naszym kolażem na kultowy Copenhagen Cycle Chic! Thank you, Mikael!

Aktualizacja 2 (14.07.2009): Sierpniowy Twój Styl zamieścił małą wzmiankę o naszej akcji. "Trochę" nagięli fakty, ale liczy się gest ;)


Polish Bloggers Cycle Chic

okulary - Reserved, bluzka - H&M, chusta - ciucholand, spodnie - Ralph Lauren, japonki - White Mountain, rower - Villiger (niektórzy próbują mi wmówić, że "Villiger" znaczy "Wieśniak", ale to źli, zazdrośni ludzie, których postanowiłam ignorować)

28 kwietnia 2008

Tzw. sportowa elegancja

Tę koszulę kupiłam rok temu i pluję sobie w brodę, że nie zaczęłam w niej chodzić od razu. Byłabym, kurde, trendsetterką, a tak jestem co najwyżej ofiarą mody, bo cienkie paski i białe kołnierzyki są teraz w każdej sieciówce. Życie czasem bywa okrutne.

Na tym jednak nie koniec. Od jakiegoś czasu chodziły za mną czerwone okulary przeciwsłoneczne. Stwierdziłam, że nic tak nie będzie pasować do moich biało-granatowych bluzek jak para czerwonych bryli. Oczywiście zanim udało mi się upolować takie, jak chciałam, na "mój" pomysł wpadła już Giovanna z Sartorialisty oraz królowa koszul w prążki - Harel (jeszcze w czasach nieodżałowanego Lookbooka). No i znowu klops.

Ale nie dam tak łatwo za wygraną. Wzięłam się na sposób. Popularny koszulowo-okularowy zestaw urozmaiciłam jakże niebanalnym wiosennym dodatkiem w postaci mojego nowego roweru (zwanego pieszczotliwie Rumburakiem). Czerń, wiadomo - klasyka, zawsze w modzie, a złote błotniki i ochraniacz na łańcuch dodają całości efektu glamour ;)

PS
Wszystkim "skołowanym" polecam niedawno odkryty przeze mnie blog Copenhagen Cycle Chic - totalny odjazd gwarantowany.


okulary - e-bay UK
koszula - ciucholand
pasek - ciucholand (musiałam go kupić w pakiecie z za dużymi spodenkami)
dżinsowe rurki Arizona
skórzane mokasyny - Born (jakie są, takie są - na rower w sam raz)
rower Villiger - bezcenny :)