Ostatnio po blogach i Fejsbukach śmiga tag #MyFirst7Jobs, w którym ludzie wyliczają swoje pierwsze płatne zajęcia. Nie brałam udziału w żadnej łańcuszkowej akcji od 2008 roku, ale czytanie o tym, czym w zamierzchłych czasach zajmowały się mniej lub bardziej znane mi osoby, tak mnie wciągnęło, że i ja sobie nie odpuszczę. Tak więc jeśli ciekawi Was, jak wyglądała moja "ścieżka kariery" (haha), zanim zostałam tłumaczo-copywritero-blogerką, oto moje zestawienie:

1. SPRZEDAWANIE GRUSZEK NA TARGU
Miałam może 8 czy 10 lat, kiedy razem z kuzynką (młodszą ode mnie o 2 lata) wymyśliłyśmy, że będziemy sprzedawać na rynku gruszki przywiezione z sadu babci. Rodzice zawieźli nas na targ, pomogli rozstawić minikramik (złożony z turystycznego stoliczka, dwóch krzesełek wędkarskich i wagi kuchennej), po czym po prostu nas tam zostawili. Dzisiaj nie do pomyślenia (hasztag #złamatka #zływujek), ale to były inne (trochę patologiczne) czasy. My byłyśmy zachwycone, bo to było jak zabawa w sklep, tylko że na prawdziwe pieniądze. Handlowałyśmy przez kilka dni, a na koniec za nasz utarg kupiłyśmy sobie w Pewexie upragnione lalki Barbie (takie ze zginanymi kolanami!).
2. KOREPETYCJE Z ANGIELSKIEGO
Na studiach (studiowałam anglistykę) przez jakiś czas udzielałam korepetycji. Od zawsze wiedziałam, że nie chcę być nauczycielką, a praktyki w szkołach tylko mnie w tym utwierdziły, ale jak się jest studentem, to 20 zł za godzinę piechotą nie chodzi.
3. TŁUMACZKA NA TARGACH
Razem z grupą koleżanek z roku pracowałam też dorywczo jako tłumaczka na międzynarodowych targach w Poznaniu, Gdańsku i Kielcach. Płacili 10 zł za godzinę, czyli za trzydniowe targi zgarniałam 240 zł, co wtedy było dla mnie kupą kasy. Niestety, zawsze były to targi branż typu czarna magia: mechaniczne, narzędziowe, militarne itp. Z tej pracy wyniosłam ważną lekcję, której trzymam się do dziś: że NIGDY nie należy podejmować się tłumaczeń z dziedzin, o których nie ma się zielonego pojęcia.
4. POMOC KUCHENNA I SPRZĄTACZKA NA OBOZIE DLA DZIECI
W 2004 roku po raz pierwszy wyjechałam do wakacyjnej pracy do Stanów. Jako człowiek, który za dziećmi, delikatnie mówiąc, nie przepada, uznałam, że doskonałym pomysłem będzie zatrudnienie się na 2 miesiące na obozie dla 350 dziewczynek w wieku 5-15 lat. Pomysł okazał się lepszy, niż można się było spodziewać (dorobiłam się nawet "córki"). Pracowałam na stołówce, sprzątałam, malowałam domki i całkiem tę pracę lubiłam. Mało stresu, proste, ale pożyteczne czynności, a do tego fajna miejscówka (dookoła lasy, a na terenie obozu korty tenisowe, baseny i stadnina koni).
5. OBSŁUGA ATRAKCJI W PARKU WODNYM
W USA pracowałam również w największym parku wodnym w stanie Nowy Jork: Enchanted Forest Water Safari. Sprawdzałam bilety, pouczałam dzieci na pontonach, żeby nie psikały mnie wodą, robiłam pizze na stoisku Pizza Hut. Ale głównie czytałam książki, bo było trochę nudno.
6. MCDONALD'S
Kolejną moją hamerykańską robotą była praca w McDonald'sie. Mieliśmy super ekipę złożoną w większości z lekko szurniętych Polaków. Taki trochę Legion Samobójców branży gastronomicznej. Co ciekawe, przez cały okres, kiedy tam pracowałam (w sumie przez trzy sezony wakacyjne), nie zjadłam ani jednego hamburgera. Za to frytki, stripsy i lody z Oreo pochłaniałam w ilościach naruszających wszelkie firmowe standardy.
7. EKSPEDIENTKA W SKLEPIE Z PAMIĄTKAMI
W McDonald'sie pracowałam od 17.30 do zamknięcia (czyli mniej więcej do północy), natomiast od 9.00 do 17.00 stałam za ladą sklepu o dźwięcznie brzmiącej nazwie Rainbow Zen. 15 godzin dziennie w pracy - teraz naprawdę nie wiem, jakim cudem to wytrzymałam. Jeśli chodzi o sam sklep, to był to przybytek typu mydło i powidło. W ofercie mieliśmy wszystko, od świeczek i kadzidełek, przez rastafariańskie czapki, koszulki typu tie-dye, popielniczki w kształcie czaszek, aż po... miecze i sztylety (w sumie nie wiem, czy to było do końca legalne). Najbardziej lubiłam w tej robocie to, że mogłam sobie do woli układać towar. Możliwe, że właśnie tam mój organizatorsko-porządnicki bzik nabrał rozpędu.
Taka to ze mnie kobieta pracująca! Aż się łezka w oku kręci. A Wy pamiętacie swoje pierwsze zajęcia?
















