Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zero waste. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zero waste. Pokaż wszystkie posty

6 maja 2019

7 sprawdzonych szamponów w kostce (nie, to nie to samo co mydło do włosów!)

Kiedy dowiedziałam się, że istnieje coś takiego jak szampony w kostce, były to produkty dość trudne w Polsce do zdobycia. Teraz średnio raz w miesiącu słyszę o kolejnej firmie, która je u nas produkuje lub dystrybuuje. Mimo to temat nadal do mainstreamowych nie należy i ciągle wywołuje pytania i wątpliwości. Jak się tego cholerstwa używa? Czy to to samo co mydło do włosów? I czy nie zrobi mi to na głowie bocianiego gniazda?

Myję włosy szamponami w kostce od półtora roku (Dzióbek zresztą też). W tym czasie przetestowałam produkty 7 różnych marek i dzisiaj podzielę się z Wami moimi doświadczeniami.


SZAMPON W KOSTCE - ALE PO CO?

No właśnie. Po co komplikować sobie życie? Co jest złego w zwykłych, płynnych szamponach? No więc przede wszystkim chodzi o opakowanie, a raczej jego brak. Tradycyjne szampony są pakowane w plastikowe butelki, natomiast szampony w kostce sprzedawane są albo całkiem na golasa, albo pakowane w papier. A wiadomo, im mniej plastiku ląduje w śmieciach, tym lepiej dla środowiska.

Oprócz tego, że szampony w kostce są bardziej ekologiczne, mają też inne zalety, które na pewno docenią podróżniczki: są lżejsze, zajmują mniej miejsca i nie liczą się do płynów wnoszonych do samolotu w bagażu podręcznym.

OK, a jakie mają wady? Przede wszystkim są dość drogie. Ceny zaczynają się od 24 zł za kostkę, co w porównaniu z kilkoma złotymi za zwykły szampon z drogerii robi sporą różnicę. Dlatego zdaję sobie sprawę, że to trochę "gadżet" dla uprzywilejowanych. I naprawdę nie uważam, że jeśli ktoś używa płynnego szamponu, to niszczy Ziemię. Jestem bardzo daleka od ekofanatyzmu, o czym szerzej pisałam w tym poście, a tutaj tylko powtórzę: róbmy tyle, ile w danym momencie jesteśmy w stanie.


SZAMPON W KOSTCE TO NIE MYDŁO DO WŁOSÓW!

Jeśli z całego tego wpisu miałybyście zapamiętać tylko jedną rzecz, zapamiętajcie to: SZAMPON W KOSTCE TO NIE MYDŁO DO WŁOSÓW! To są dwa zupełnie różne produkty, mimo że wygląd i sposób ich użycia jest bardzo podobny. Niestety, wiele osób używa tych terminów zamiennie, ba, robią to nawet niektórzy producenci i sklepy internetowe. Bywa, że w opisie tego samego produktu raz mamy "szampon", raz "mydło", a jakby tego było mało, czasem pojawia się jeszcze dziwne, mgliste sformułowanie pt. "kostka myjąca". Tak więc naprawdę jest niezły bajzel i nic dziwnego, że ludzie się w tym wszystkim gubią.

Sama na początku myślałam, że szampon w kostce i mydło do włosów to to samo i jestem bardzo wdzięczna moim obserwatorkom z FB za uświadomienie mi różnicy. W skrócie chodzi o to, że szampony w kostce mają odczyn kwaśny, a mydła do włosów - zasadowy, dlatego po użyciu mydła konieczne jest użycie płukanki zakwaszającej (np. octowej). Bez płukanki wiele osób narzeka, że ma na głowie sztywne, posklejane strąki (polecam test szamponów i mydeł u Agnieszki z bloga Ekologika.edu.pl). To pewnie zależy od rodzaju włosów, bo ponoć są osoby, które obywają się bez płukanek (ba, niektóre myją włosy mydłem do ciała, np. z Aleppo, i też twierdzą, że są zadowolone). Jednak ja po pierwsze, nie miałam ochoty ryzykować, a po drugie, jestem leniwa (nie używam nawet odżywek) i dodawanie sobie do mycia włosów kolejnego etapu w postaci płukanki to dla mnie jakaś abstrakcja. Dlatego od samego początku trzymam się szamponów, które żadnych dodatkowych zabiegów nie potrzebują.

No dobra, ale skąd normalny człowiek, który nie studiował chemii, ma wiedzieć, czy ma do czynienia z szamponem, czy mydłem, skoro nawet producenci czasem używają błędnych określeń? No więc trzeba zerknąć na skład. Jeśli zawiera (zwykle na samym początku) Sodium Lauryl Sulfate (SLS), Sodium Coco Sulfate (SCS) lub Sodium Cocoyl Isethionate (SCI) (te 3 są chyba u nas najczęściej spotykane), ewentualnie Ammonium Lauryl Sulphate (ALS), Disodium Laureth Sulfosuccinate (DLS) czy Sodium Lauryl Sulfoacetate (SLSA), to znak, że mamy do czynienia z szamponem.


JAK SIĘ TEGO UŻYWA?

Za każdym razem, kiedy ktoś wspomina o szamponie w kostce, w komentarzach pojawiają się zaskoczone emotikonki i pytania: ALE JAK SIĘ TEGO UŻYWA? Nie przestaje mnie to dziwić i zastanawiam się, czy osoby, które o to pytają, nigdy nie miały do czynienia z mydłem w kostce? No bo zasada jest ta sama: dajesz kostkę pod kran, pocierasz w dłoniach, aż zacznie się pienić, i potem albo nanosisz tę pianę dłońmi na mokre włosy, albo jeździsz kostką bezpośrednio po głowie. Jest to dość intuicyjne ;)

Jeśli chodzi o wydajność, to mnie jedna kostka starcza na ok. 30-35 myć. Producenci mówią o 40-60 (ponoć kostka 50 g = 500 ml szamponu w płynie), ale wszystko oczywiście zależy od rodzaju i długości włosów, twardości wody itd. (dostaję sygnały, że niektórym osobom kostka starcza nawet na pół roku i już myślałam, że ja jestem wyjątkowo nieoszczędna, ale chyba chodzi o to, że mamy bardzo twardą wodę, więc musimy użyć więcej produktu, żeby wytworzyć pianę). Kiedy prawie cały szampon zużyję i zostaje mi końcówka w postaci cienkiego listka, po prostu przyklejam ją na mokro do nowej szamponowej kostki. Do przewożenia można kupić specjalną puszkę, ale lepiej (i taniej) użyć zwykłej mydelniczki albo puszki po innym kosmetyku, np. balsamie do ciała czy mazidle do włosów lub brody (przydaje się brodacz w domu).

Bar shampoos
1 - Kremoland / Joanna Chyl, 2 - Amphora Aromatics, 3 - Tinktura, 4 - Lush, 5 - Naturologia, 6 - Herbs & Hydro, 7 - Cztery Szpaki


SPRAWDZONE SZAMPONY W KOSTCE

Poniżej lista szamponów w kostce, których do tej pory używałam. U mnie sprawdziły się wszystkie i nie widzę żadnej różnicy między nimi a tymi w płynie, których używałam wcześniej. Zaznaczam jednak, że nie jestem kosmetyczną ekspertką, ani żadną włosomaniaczką. Dla mnie sprawa jest prosta: robią to, co mają robić, czyli myją, nie ma co drążyć tematu. Być może są między ich działaniem jakieś różnice, jednak dla laiczki takiej jak ja są one niedostrzegalne.

Zauważalne za to są różnice w cenie, dostępności i sposobie pakowania. Poniżej znajdziecie wszystkie szczegóły, wraz z przykładowymi składami. Kolejność chronologiczna (to nie jest ranking!).


1. SHAUSHKA (DAWNIEJ KREMOLAND)

Pierwszy szampon w kostce, który wypróbowałam - w czasach, kiedy takich produktów w Polsce praktycznie nie było (zamawiałam go wtedy mejlowo i odbierałam osobiście z mieszkania jego twórczyni Joanny Chyl :) Do tej pory przetestowałam chyba wszystkie dostępne warianty (ok. 10) i wszystkie się u mnie sprawdziły, chociaż ze względów praktycznych polecam raczej te w jasnych kolorach, bo np. ten ciemny z proszkiem Shikakai trochę brudzi kafelki. To szampony typu 2 w 1 (szampon z odżywką). Wyróżnia je intensywny, "indyjski" zapach i gładka konsystencja (szampony innych marek składają się z takich jakby zlepionych ze sobą malutkich wiórków). W ofercie jest też odżywka w kostce.

Skład: Sodium Coco-Sulfate, Butyrospermum Parkii Butter, Kaolin, Aqua, Ricinus Communis Seed Oil, Sesamum Indicum Seed Oil, Theobroma Cacao Seed Butter, Alkanna Tinctoria Root Powder, Lavandula Angustifolia Herb Oil, Linalool
Opakowanie: papierowa bibulka + drewniane pudełko; wysyłka zero waste (folia tylko z drugiego obiegu)
Produkcja: Polska
Waga: 80 g
Cena: 35-39 zł 
Gdzie kupić: Shaushka.pl


2. AMPHORA AROMATICS

Drugi mój strzał. Przerobiłam dwa: ten w żółtym i niebieskim pudełku. Oba spoko, ale minus za opakowanie (patrz niżej).

Skład: Sodium Coco Sulfate, Cocos nucifera (Coconut) Oil, Aqua, Propylene Glycol, Maris Sal, Citrus limon Peel (Lemon) Oil, Citrus aurantium bergamia Fruit Oil, Parfum, Sodium Sulfate, CI 19140, Linalool, Limonene, Geraniol, Citral
Opakowanie: kartonowe pudełko, ale niestety w środku folia; skontaktowałam się z producentem i zapowiedział, że kolejne partie mają być już w 100% pakowane w papier, ale nie wiem, czy to już weszło w życie i czy sprzedawca na Allegro ma już towar z nowej partii; z plusów: polski sprzedawca na prośbę pakuje paczkę w duchu zero waste
Produkcja: Wielka Brytania
Waga: 50 g
Cena: 30 zł
Gdzie kupić: Allegro


3. TINKTURA

Te szampony odkryłam dzięki reklamie na Instagramie (pamiętam, bo rzadko widuję tak dobrze stargetowane reklamy, zwykle, pewnie z racji wieku, wyświetlają mi się oferty fotografów ślubnych i ubranka dla niemowlaków). Chorwacka marka ma w ofercie aż 5 rodzajów szamponów w kostce. Póki co wypróbowałam 3: czerwonego Rudolfa, zielony 2 w1 i fioletową lawendę. Wszystkim daję okejkę. Ciekawostka: mają też odżywki w kostce, ale nie próbowałam.

Skład: Sodium Coco Sulfate, Sodium chloride, Panthenol, Citrus limonum peel oil, Lavandula angustifolia, Citric acid, CI7700
Opakowanie: tekturowe pudełko (tektura z recyklingu, ale chyba powlekana) z metalowym dnem i wieczkiem; mam skrytą nadzieję, że w przyszłości wprowadzą możliwość zakupu szamponów bez opakowania; póki co dzięki prośbom grupy FB Zero Waste Polska (w tym moim), wprowadzili na życzenie wysyłkę ekologiczną bez folii (normalnie wysyłają w kopercie bąbelkowej) 
Produkcja: Chorwacja
Waga: 60 g
Cena: 24-27 zł
Gdzie kupić: Tinktura.pl + lista sklepów


4. LUSH

Słynnego Lusha przetestowałam dzięki Paulinie, która podarowała mi w prezencie kostkę Jason And the Argan Oil (sama średnio była zadowolona ze swojej kostki, ale jako włosomaniaczka ma pewnie dużo wyższe wymagania ode mnie). Wiem, że wiele osób hejtuje ich za SLS, ale ja nie jestem wrażliwa na ten składnik. Marka ma chyba największą na rynku ofertę szamponów i odżywek bez opakowań. Planuję napaść na ich sklep podczas mojego najbliższego wyjazdu do Malmö.

Skład: Sodium Lauryl Sulfate, Aqua, Agar Argan Oil, Glycerine, Perfume, Rose Absolute, Geranium Oil, Rose Oil, Sicilian Lemon Oil, Limonene, Coumarin Citronellol, Geraniol, Colour 17200
Opakowanie: brak (papierowa torebka) 
Produkcja: Wielka Brytania
Waga: 55 g
Cena: £7.50 w Wieliej Brytanii, ok. 65 zł na Allegro
Gdzie kupić: Allegro


5. NATUROLOGIA

Kiedy wchodzisz na krakowski Wege Festiwal i od progu wita cię tablica z napisem: "NOWOŚĆ! SZAMPON W KOSTCE", nie możesz nie skorzystać z okazji. Używałam tego zielonego, ze skrzypem (malinowego wtedy jeszcze nie było). Był chyba najtwardszy ze wszystkich, jakie miałam, ale sprawdził się bez zarzutu. Jedyny minus: pod koniec, kiedy został mi już maleńki kawałek, miałam problem, bo skruszył się na pył i nie dało się go używać - ani przykleić do nowej kostki, ani zgnieść w kulkę, jak to robię z innymi szamponami.

Skład: Sodium Cocoyl Isethionate, Shea Butter, Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Butter, Rassal (Montmorillonite) Clay, Vitis Vinifera Seed Oil, Equisetum Arvense Extract, Spirulina Platensis Powder, Inulin, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Salvia Sclarea Oil, Mentha Piperita Leaf Oli, Lavandula Angustifolia (Lavender) Oil, Linalool, Limonene, Geraniol
Opakowanie: papierowa torebka; nie wiem, jak wysyłają, bo kupiłam na targach 
Produkcja: Polska
Waga: 80 g
Cena: 29-35 zł
Gdzie kupić: Naturlogia.pl


6. HERBS & HYDRO

Nowość, która pojawiła się zaledwie miesiąc temu i którą mogłam przetestować dzięki uprzejmości marki. Najbardziej wyluzowane szampony na rynku, bo z konopi ;) Malina i mango pachną obłędnie, ale póki co kończę zielony (same konopie) i sprawdza się bardzo fajnie. W ofercie mają 5 szamponów plus specjalny do brody (Dzióbek ma, ale jeszcze nie używał).

Skład: Sodium Cocoyl Isethionate (SCI), White Clay, BTMS50 – Behentrimonium Methosulfate (and) Cetyl Alcohol (and) Butylene Glycol, Cetyl Alcohol, Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Butter, Red Clay, Karagen, Cannabis (Hemp) Seed Oil, Rubus Idaeus Seed Oil, Citrus Aurantium Amara Flower Water, Panthenol, Tocopherol, Parfum
Opakowanie: do wyboru: metalowa puszka lub papierek; przesyłka bez folii
Produkcja: Polska
Waga: 55 g
Cena: 43-53 zł (w puszce + 7 zł)
Gdzie kupić: TradycyjneMydło.pl


7. CZTERY SZPAKI

Świeżutka nowość, która załapała się do zestawienia rzutem na taśmę. Użyłam tego szamponu dopiero 3 razy, ale już widzę, że jest naprawdę fajny. Uwaga: to nie jest mydło do włosów, które Szpaki miały w ofercie już wcześniej (wiem, że nie u wszystkich się sprawdziło, plus trzeba po nim używać  płukanki). To jest szampon szampon.

Skład: Sodium Cocoyl Isethionate, Sodium Coco Sulfate, Cetyl Alcohol, Inulin, Butyrospermum, Parkii (Shea) Butter, Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Butter, Ricinus Communis (Castor) Oil, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Oil, Montmorillonite (Red Clay), Panthenol, Oleum Citrus Limonum, Pelargoneum Graveolens Oil, Geraniol, Citronellol, Linalool
Opakowanie: tekturowe pudełko; wysyłka bez folii
Produkcja: Polska
Waga: 75 g
Cena: 32 zł
Gdzie kupić: 4szpaki.pl + lista sklepów (są też np. w krakowskim Pigmencie)

***

I to by było na tyle. Dajcie znać, czy używałyście którychś z tych szamponów i jak Wasze wrażenia. Może  macie jakieś inne sprawdzone marki? Chętnie wypróbuję. A jeśli dopiero przymierzacie się do zakupu szamponu w kostce, to pamiętajcie, że żaden kosmetyk nie sprawdza się tak samo u wszystkich i to, co działa na moich prostych włosach z tendencją do przetłuszczania się, niekoniecznie sprawdzi się u Was. To zawsze indywidualna sprawa.

1 maja 2019

100% lumpeks

NIESPODZIANKA! Tęskniłyście? :D Takiej długiej przerwy w blogowaniu to jeszcze nie miałam! Obwiniam o wszystko Instagram Stories, które tak mnie wciągnęły, że teraz to praktycznie mój drugi dom. Więc jeśli tutaj i na FB nic się nie dzieje, to najprawdopodobniej siedzę właśnie tam i chwalę się nowym liściem fikusa lirolistnego, polecam jakiś serial albo robię darmowy PR papierowi toaletowemu z makulatury. Bardzo przypasowała mi ta krótka, dynamiczna i ulotna forma, jednak dzisiaj wracam do korzeni. I to nie tylko jeśli chodzi o medium, ale i o ciuchy.

Jakiś czas temu postanowiłam ograniczać zakupy  w sieciówkach. Jestem realistką, więc nie łudzę się, że zrezygnuję z nich całkowicie, bo jednak czasem po prostu nigdzie indziej nie ma tego, co mi jest potrzebne, w dokładnie takiej formie, jaka mi się umyślała (tak było np. z kostiumem kąpielowym), a czasem (rzadko) coś tak bardzo mi się spodoba, że nie potrafię oprzeć się pokusie. No nie jestem święta. Staram się jednak przestawić bardziej na ciucholandy i polskie marki i... idzie mi nie najgorzej. W 2018 roku połowa nowości w mojej szafie pochodziła z tych dwóch źródeł. Mam nadzieję, że w 2019 ten wynik będzie jeszcze lepszy.

Dzisiejszy zestaw w 100% pochodzi z drugiej ręki (łącznie z koszulką w marynarskie paski, którą mam pod spodem). Teczkę już kilka razy pokazywałam, podobnie jak botki (hejterzy tych "topornych buciorów", jesteście tu jeszcze?). Nowością, a przy okazji sporym zaskoczeniem są spodnie, bo to część garderoby którą najtrudniej mi upolować w lumpeksach. Ale mniejsza o nie, bo gwiazda tego zestawu jest jedna i jest nią oczywiście kurtka.

Znalazłam ją w lumpeksie chwilę po tym, jak sprzedawczyni próbowała mnie przegonić spod wieszaka, przy którym grzebałam, "bo to jest dział męski, proszę panią!" Wskazówka dla początkujących szperaczek: na działach męskich ciuchy są zwykle o wiele fajniejsze i lepszej jakości (zwłaszcza koszulki i swetry). Kiedy zobaczyłam tę kurtkę, nie mogłam uwierzyć, że nikt wcześniej tego cacka nie kupił. Mój ulubiony robotniczy styl, dziwaczne kształty kieszeni, najlepszy kolor, czyli granat, świetny skład (54% wełna, 20% bawełna, 8% jedwab, 13% nylon i 5% poliester), a do tego nówka sztuka, jeszcze z metką! W domu z ciekawości wyguglałam markę, bo nazwa Garbstore absolutnie nic mi nie mówiła, i okazało się, że oni specjalizują się w ubraniach inspirowanych brytyjską, francuską i japońską modą tworzoną po II wojnie światowej, a takie kurtki chodzą u nich mniej więcej po 265 funtów, czyli jakieś 1200 zł! Nie żebym miała jakieś specjalne jaranko na drogie marki, ale jak pomyślę, że dałam za nią 44 zł, to  cieplej mi się robi na moim cebulowym serduszku.

Uprzedzając pytania o fajne lumpeksy w Krakowie: nie mam ulubionych i szczerze mówiąc, nie bardzo wierzę w "fajne lumpeksy". Od zawsze buszuję w takich, które mam w miarę blisko albo które akurat mijam po drodze, najczęściej sieci Biga Styl, Dawo czy Artus. Dawno, dawno temu napisałam posta ze wskazówkami dotyczącymi lumepksowych polowań, w którym podałam kilka adresów (dalej działają, mimo że już  w nich nie bywam, bo teraz mieszkam w innej części miasta).

Secondhand total look
Secondhand total look
Secondhand total look
Secondhand total look
Secondhand total look
Secondhand total look
Secondhand total look

kurtka - Garbstore / ciucholand
koszulka - ciucholand
spodnie - New Look / ciucholand
teczka -  vintage / SklepVintage.pl
buty - Russell & Bromley / targ staroci


31 stycznia 2018

Zero waste bez fanatyzmu - moje podejście i wprowadzone zmiany

Odkąd dzięki książce Kasi Wągrowskiej wpadłam jak śliwka w kompost w zero waste (czy raczej, w moim przypadku po prostu less waste), za każdym razem, kiedy opowiadam o moich bezśmieciowych sukcesach i porażkach, dostaję mnóstwo komentarzy i wiadomości. Wiadomości te dzielą się na dwie grupy: jedni się cieszą, że o tym mówię i piszę, przybijają piątkę i donoszą, że dzięki mnie sami zaczęli stosować niektóre zerowaste'owe myki (co mnie zawsze zaskakuje i sprawia, że robi mi się cieplej na sercu), drudzy natomiast strofują, wytykają niekonsekwencję ("Pff! Taka niby ekolożka, a buty ze skóry nosi!") albo z troską (nie wiem, czy prawdziwą, czy udawaną) zwracają uwagę: "Ojej, Sztywniaro, ale przecież żelki / zakupy przez internet / cheeseburgery w Maku nie są zero waste!" Każdorazowe tłumaczenie wytykaczom i pouczaczom, że nie jestem bezśmieciową ekstremistką i że naprawdę nie oczekuję medalu za zasługi dla środowiska, trochę mnie już męczy, dlatego postanowiłam napisać post, do którego będę mogła ich wszystkich odsyłać. Tak więc dzisiaj będzie o moim podejściu do tematu zero waste oraz o bezśmieciowych rozwiązaniach, które udało mi się do tej pory wprowadzić. Zapnijcie pasy z organicznej bawełny, czuję, że to będzie długi wpis!

Zero waste essentials


MAŁYMI KROCZKAMI W DOBRĄ STRONĘ

Nie wiem jak u Was, ale u mnie wszelkie próby narzucenia sobie jakichś sztywnych zasad i ograniczeń zawsze kończyły się frustracją i zniechęceniem (bo nigdy nie udało mi się ich przestrzegać w 100%). Dlatego po prostu przestałam sobie cokolwiek narzucać. Również jeśli chodzi o zero waste. Robię tyle, ile mogę i ile chcę. Nie ścigam się z Beą Johnson, która produkuje słoik śmieci rocznie. Ścigam się sama ze sobą. Zamiast oglądać się na innych, staram się po prostu robić więcej, niż robiłam kiedyś. Do niektórych rzeczy nie jestem w stanie się przekonać (kubeczek menstruacyjny), z innych nie potrafię zrezygnować (słodycze w foliowych opakowaniach - sorry, ale suszone owoce to nie jest żadna alternatywa!). Wychodzę z założenia, że dbanie o środowisko nie może być dla mnie karą, poświęceniem i rezygnacją z wszelkich przyjemności. Nie chodzi o to, żeby od razu robić wszystko. Chodzi o to, żeby robić COŚ. I stopniowo robić CORAZ WIĘCEJ. Każdy z nas żyje inaczej, ma inne priorytety, przyzwyczajenia i w innym tempie dojrzewa do pewnych rzeczy. Po prostu daję sobie czas i...


NIE PRZEJMUJĘ SIĘ PORAŻKAMI

Nie biczuję się z powodu każdej przyniesionej do domu foliówki czy serka, który zapleśniał w lodówce. Nie kupuję wyłącznie produktów ekologicznych, wegańskich, bio, fair trade, bez GMO, bez polepszaczy, bez konserwantów, produkowanych lokalnie i niepakowanych w plastik, bo musiałabym spędzać godziny na analizowaniu etykiet, jeździć po całym Krakowie w poszukiwaniu produktów spełniających wszystkie eko-wyśrubowane wymagania, a i tak pewnie z większości zakupów wracałabym z pustym koszykiem. Wyrobienie nowych nawyków zajmuje trochę czasu. Cały czas się uczę. Ale "wtopy" i tak zawsze będą mi się przytrafiać i nie będę nikogo przepraszać, że zjadłam frytki w KFC albo że nie podcieram się liściem. Nie startuję w żadnym konkursie.


NIE MUSZĘ WSZYSTKIEGO ROBIĆ WŁASNORĘCZNIE

Jeśli zapytać typowego zerowastera, gdzie kupić jakiś produkt, najpewniej odpowie, że po co kupować, skoro można zrobić samemu. Pewnie, że można, ale absolutnie nie trzeba. Podziwiam osoby, które kręcą kremy, szyją torby z podkoszulków i robią własne środki czystości. Ja jestem leniwa i zazwyczaj wolę zapłacić komuś za produkt, nawet jeśli własnoręcznie mogłabym go wyprodukować taniej. Oszczędzam swój czas, a często przy okazji wspieram czyjś mały, rodzinny biznes. Kto bogatemu (i leniwemu) zabroni?


ZDROWIE ZAWSZE PRZED ZERO WASTE

Nie powinnam musieć tego pisać, ale na wszelki wypadek: zdrowie (również psychiczne) jest najważniejsze. Jeśli jest upał, a ja zapomniałam wielorazowej butelki z wodą, kupuję napój w plastiku. Jeśli marznę na dworze, a nie mam ze sobą termosu, kupuję herbatę w papierowym kubku. Bez dyskusji i bez wyrzutów sumienia.



CO UDAŁO MI SIĘ WPROWADZIĆ?

Wiele z poniższych rozwiązań stosowałam jeszcze zanim w ogóle dowiedziałam się o istnieniu "zero waste". Założę się, że Wy też. Nasi rodzice czy dziadkowie w PRL-u żyli bardzo w duchu zero waste, chociaż nie robili tego z powodów ekologicznych, tylko z musu (bo w sklepach prawie nic nie było, a jak było, to zdecydowanie nie w kolorowych folijkach). Niektórzy przestawili się na "nowe", a niektórzy, jak moi rodzice, cały czas żyją oszczędnie, przerabiają, naprawiają i nie wyrzucają.


1. NA ZAKUPY CHODZĘ Z WŁASNĄ TORBĄ
Oczywista oczywistość.


2. PAKUJĘ PRODUKTY DO WŁASNYCH WORKÓW I PUDEŁEK
Żeby unikać foliówek, w torbie na zakupy zawsze mam zestaw materiałowych woreczków (bawełniane z Naturofaktury i szyte ze starych firanek od Maruny), do których pakuję warzywa i owoce. Na pieczywo - ze względów higienicznych - mam woreczki specjalnie oznaczone, do których nie pakuję niczego innego. Wiele produktów, np. 2 cytryny czy pojedynczą paprykę ważę "na golasa", bez żadnego opakowania. Jak do tej pory przy kasie jeszcze nikt nigdy krzywo się na mnie nie patrzył, nie komentował i nie robił problemów. Oczywiście zamiast hipsterskich woreczków można równie dobrze używać woreczków strunowych albo zachomikowanych foliówek, które są chyba w każdej polskiej kuchni.

Oprócz woreczków staram się używać również innych własnych opakowań. Mąkę kupuję do puszki, mrożone warzywa na wagę - do torebki strunowej, a kapustę kiszoną, ser czy humus - do plastikowego pojemnika. W niektórych sklepach i knajpach za własne opakowanie można dostać rabat, np. 1 zł w Hummus Amamamusi. Trzeba sobie tylko wyrobić nawyk planowania zakupów, żeby nie zapomnieć o zabraniu odpowiednich pudełek, wychodząc z domu.

Bulk shopping


3. NOSZĘ W PLECAKU ZAKUPOWY ZESTAW AWARYJNY
Na wypadek niespodziewanych zakupów, zawsze noszę w plecaku awaryjną torbę na zakupy oraz kilka woreczków. Jeśli jesteście zmotoryzowani, taki zestaw warto wozić w samochodzie. Nie dajmy się zaskoczyć foliówkom!


4. UNIKAM PRODUKTÓW PAKOWANYCH W PLASTIK
O ile to możliwe, staram się wybierać produkty na wagę (do własnych woreczków i opakowań) bądź pakowane w szkło, papier lub metal.


5. PIJĘ WODĘ Z KRANU
Niektórym nadal trudno przyjąć to do wiadomości, ale w większości dużych i średnich miast Polski woda z kranu nadaje się do picia. Więcej fachowych informacji na ten temat znajdziecie tutaj. My od jakichś 6 lat nie kupujemy wody butelkowanej. Używamy dzbanka filtrującego, bo dzięki temu kamień w czajniku wolniej się osadza, no i Dzióbek twierdzi, że przefiltrowana woda bardziej mu smakuje (ja tam nie czuję różnicy i piję prosto z kranu). Latem zawsze nosimy ze sobą bidony.


6. ZIMĄ CHODZĘ Z KUBKIEM TERMICZNYM
Dzięki temu nie muszę kupować herbaty w jednorazowych kubkach. W niektórych kawiarniach (np. w Starbucksie) chętnie sprzedają napoje do własnych kubków i jeszcze dają 1 zł rabatu.


7. NIE UŻYWAM JEDNORAZOWYCH SŁOMEK
Ponieważ jednak wygodniej mi się pije przez słomkę (szczególnie jeśli górną połowę szklanki wypełniają kostki lodu), kupiłam na Allegro słomki stalowe (polecam te proste, nie wygięte, dla mnie są wygodniejsze). Jedną na wszelki wypadek noszę ze sobą w plecaku.

Zero waste bottles and tumblers


8. OGRANICZAM MIĘSO
Nie zostałam co prawda weganką, ale w 2017 roku zjadłam chyba najmniej mięsa w życiu. Okazało się, że kuchnia weg(etari)ańska potrafi być naprawdę smaczna, a do tego tania. Szykuję osobny wpis, w którym opowiem więcej na ten temat.


9. STARAM SIĘ NIE MARNOWAĆ JEDZENIA
Zawsze robię listę zakupów, żeby nie dublować produktów. Kontroluję zawartość lodówki i staram się zużywać wszystko na bieżąco, żeby nic się nie zepsuło. Z brązowych bananów, których już nikt nie zje, robię dziecinnie prosty chleb bananowy (polecam dodać kilka pokruszonych kostek czekolady deserowej - pychota!). Obierki warzyw (dokładnie wcześniej umytych), łupiny czosnku i cebuli, omdlałe marchewki czy zmaltretowane pomidory mrożę, a kiedy uzbiera mi się pełny worek, robię z nich bulion (tutaj przepis). Jeśli wiem, że czegoś nie zjem, zanoszę to do jadłodzielni.

Wegan cookbook


10. WALCZĘ Z ULOTKAMI W SKRZYNCE POCZTOWEJ
Na naszej skrzynce pocztowej umieściłam karteczkę: Prosimy nie wrzucać ulotek. Staramy się żyć ekologicznie. Dziękujemy :) Uznałam, że grzeczna prośba ma większe szanse do kogoś przemówić niż "UWAGA! ZAKAZ!!! NIE WRZUCAĆ!", ale i tak nie miałam wielkich nadziei. Zabieg okazał się jednak zadziwiająco skuteczny. Od czasu do czasu trafi się jakaś ulotka, ale jest ich zdecydowanie mniej niż wcześniej.


11. NIE DRUKUJĘ BILETÓW ITP.
Gdzie się da, wybieram bilety elektroniczne (kino, PKP, warsztaty itd.), a przy zakupach zawsze odmawiam drukowania potwierdzenia.


12. ZBIERAM OPAKOWANIA PREZENTOWE, WSTĄŻKI, KOPERTY ITP.
Opakowania, torebki po prezentach i niezapisane koperty po kartkach z życzeniami odkładam do ponownego wykorzystania. Mam taki zapas, że w ostatnie święta nie musiałam kupić nawet kawałka papieru do pakowania :)


13. ZBIERAM FOLIOWE WORKI, TOREBKI PAPIEROWE ITD.
Jeśli przyplącze mi się jakaś foliówka, nie drę włosów z głowy. Odkładam ją i potem wykorzystuję do mrożenia pieczywa czy jako worek na śmieci. Zbieram też papierowe torebki (np. po ciastkach na wagę), worki kurierskie, worki po ubraniach czy sprzętach AGD. Nie zajmują wiele miejsca, a zawsze do czegoś się przydają.


14. UŻYWAM JEDNOSTRONNYCH WYDRUKÓW DO ROBIENIA NOTATEK
Kiedy ma się w domu grafika, drukowania nie da się całkiem uniknąć, ale wszystkie próbne jednostronne wydruki odkładam i potem zadrukowuję je na drugiej stronie albo tnę na mniejsze karteczki i wykorzystuję do bazgrania. Podobnie robię ze wszystkimi innymi niepotrzebnymi papierami (np. listami przewozowymi). Oficjalne dokumenty typu umowy zawsze drukuję dwustronnie.


15. PRZERZUCIŁAM SIĘ NA MYDŁO I SZAMPON W KOSTCE
Naturalne i bez plastikowych opakowań. Mydła w kostce (do ciała) były kiedyś na porządku dziennym, ale do niedawna nie miałam pojęcia, że istnieje coś takiego jak szampon w kostce. Przy okazji dowiedziałam się, że są też mydła w kostce do włosów, ale to zupełnie co innego niż szampony w kostce i po umyciu włosów takim mydłem trzeba ponoć stosować jakieś płukanki zakwaszające (dla mnie nawet odżywka to za dużo roboty, więc zupełnie sobie tego nie wyobrażam). Moich kostkowych szamponów z Kremolandu jeszcze nie używałam (na zdjęciu to te okrągłe), bo chcę najpierw wykończyć płynny, który mam, ale czytałam o nich tyle pozytywnych opinii, że jestem dobrej myśli. Aktualizacja (14.03.2018): Myję włosy szamponem w kostce od miesiąca - jest super! Nie widzę żadnej różnicy między nim, a takim w płynie. Żegnajcie, szampony w plastikowych butelkach!

Zero waste bathroom


16. NIE UŻYWAM PŁATKÓW KOSMETYCZNYCH DO TONIKU
Ten myk podpatrzyłam na Fejsie Kiehl's Polska. Konsultantka polecała psikanie toniku prosto na dłonie i delikatne wklepywanie w twarz. Nie marnujemy produktu (bo nie wsiąka w płatek), nie marnujemy płatków (ja oszczędzam w ten sposób 60 płatków miesięcznie) - same korzyści.


17. WYBIERAM BEZŚMIECIOWE ŚRODKI CZYSTOŚCI
W krakowskiej drogerii Jeju znalazłam Simple as that - naturalne środki czystości pakowane w słoiki, które można po wykorzystaniu odnosić do sklepu w zamian za rabat 10%. Może kiedyś pokuszę się o zrobienie własnych, ale na razie nie spinam się w tej kwestii.

Zero waste cleanng


18. KUPUJĘ PAPIER TOALETOWY Z MAKULATURY
Wybieram papier toaletowy z recyklingu, sprzedawany na sztuki, bez folii (co prawda w sklepie on i tak stoi w wielkich foliowych workach, ale lepsze takie 20- czy 40-sztukowe wory niż foliowe opakowania po 4 czy 8 sztuk). Polecam te z Biedronki i Lidla - są mięciutkie. Ten z Carrefoura jest gruby i sztywny, przez co mniej wygodny w obsłudze (niektóre arystokratyczne tyłki w naszym gospodarstwie były niepocieszone).


19. ODKOPAŁAM MATERIAŁOWE CHUSTKI DO NOSA
Zanim powiecie "bleeee", dajcie mi szansę :) Też z początku wydawało mi się to niehigieniczne, ale przemyślałam sprawę i doszłam do wniosku, że: Po pierwsze, bez przesady, dawniej przecież takie chustki były czymś normalnym. Po drugie, teraz też noszę w kieszeniach płaszcza czy spodni chusteczki higieniczne, których nie wyrzucam po każdym wytarciu nosa, więc co za różnica, jeśli będą materiałowe? Po trzecie, OK, jeśli zachoruję i będę tonąć w smarkach, to nie będę używać chustek materiałowych, bo nie nadążyłabym z praniem i suszeniem, ale do takiego codziennego użycia, kiedy trzeba otrzeć łzy w kinie albo wytrzeć wilgotny nos po wejściu z mrozu do ciepłego pomieszczenia, nadają się idealnie.


20. ROBIĘ PRZEMYŚLANE ZAKUPY, CZĘSTO Z DRUGIEJ RĘKI
Zanim sprowadzę jakąś nową rzecz do mieszkania, 10 razy się zastanawiam. Pisałam o tym w tym poście. Staram się kupować używane meble i dodatki do domu, chociaż przyznaję, że robię to nie z powodów ekologicznych, tylko po prostu dlatego, że moim zdaniem są o wiele fajniejsze niż takie "sterylne" nowe :) Jeśli chodzi o ubrania, to ostatnio niestety nie mam szczęścia do lumpeksów, ale nie poddaję się!


21. ZNAJDUJĘ NIEPOTRZEBNYM RZECZOM NOWY DOM
Biorę udział w charytatywnych zbiórkach ubrań i innych przedmiotów, oddaję niepotrzebne rzeczy znajomym albo wystawiam na OLX czy fejsbukowych grupach. Robię, co mogę, żeby tylko nie wyrzucać ich na śmietnik. Szerzej pisałam o tym tutaj (punkt 4).



GDZIE ROBIĆ ZAKUPY ZERO WASTE?

W większych miastach zaczynają się pojawiać sklepy bez opakowań albo z produktami eko, w których jest możliwość kupienia wielu produktów na wagę. Najbardziej znane to Kooperatywa Dobrze w Warszawie, BIOrę w Poznaniu (mają też sklep internetowy) i Bez pudła we Wrocławiu. W Krakowie na razie nie ma typowego sklepu zero waste, ale spory wybór bezśmieciowych produktów ma sklep Dubai Food na Rynku Kleparskim 4 (mnóstwo przypraw, herbat i bakalii) oraz delikatesy azjatyckie AsiaDeli (m.in. tofu, makarony chińskie, a nawet płatki drożdżowe).

Oczywiście bezśmieciowe zakupy spożywcze zrobicie też na lokalnych targach, w osiedlowych sklepach i zwykłych supermarketach (Piotr i Paweł na swojej stronie zachęcał niedawno do używania własnych pojemników). Najłatwiej pójdzie na stoiskach z owocami i warzywami, mrożonkami, pieczywem, bakaliami czy słodyczami na wagę. Z nabiałem czy wędlinami bywają problemy, ale coraz więcej supermarketów (m.in. Carrefour, Auchan, Kaufland) wprowadza oficjalną możliwość pakowania ich do opakowań klientów (przy okazji polecam wywiad z rzecznikiem prasowym Sanepidu na ten temat).

Jeśli chodzi o sprawy drogeryjne, to sprawdźcie BetterLand.pl - znajdziecie tam półprodukty do przygotowania domowych środków czystości, wielorazowe pieluchy, podpaski, płatki kosmetyczne, bambusowe szczoteczki do zębów itd. Sklep wysyła zamówienia wyłącznie w pudełkach z drugiej ręki (sama dzisiaj wysłałam do nich 6 kg opakowań) i umożliwia wybór opcji opakowania zero waste.


***

Dotrwaliście do końca? No to teraz Wasza kolej! Macie jakieś bezśmieciowe zwyczaje i patenty? Znacie przyjazne zerowasterom marki kosmetyczne albo fajne sklepy w Waszych miastach? Podzielcie się!


19 września 2017

#SztywniaraCzyta: Życie zero waste

Dawno, dawno temu, w szafiarskim paleozoiku, czyli w zamierzchłym 2009 roku, zorganizowałyśmy na blogach oddolną akcję EKOtorba, w ramach której do zdjęć pozowałyśmy z ekologicznymi, materiałowymi torbami na zakupy (mój zestaw możecie zobaczyć tutaj). Cieszyłam się wtedy, że polskie sklepy zaczynają wycofywać foliówki albo każą sobie za nie płacić. Teraz mamy 2017 rok, ale sytuacja niestety nie wygląda jakoś dużo lepiej (o ile w ogóle). Przeciętny Polak nadal zużywa rocznie ok. 400 foliówek (dla porównania: przeciętny Duńczyk - tylko 4), produkuje 300-500 kg śmieci i wyrzuca 1/3 kupionego jedzenia. Czy ze śmieciami w ogóle da się skutecznie walczyć? Tak. Stosując zasadę zero waste.

Cóż to takiego? Dosłownie "zero śmieci" albo "zero marnotrawstwa". To styl życia zapoczątkowany przez Beę Johnson, autorkę bloga ZeroWasteHome.com, która w 2008 roku postanowiła ograniczyć ilość odpadów produkowanych przez jej rodzinę do zera. Dacie wiarę, że dzięki stosowaniu zasady 5R, czyli refuse, reduce, reuse, recycle, rot (odmawiaj, ograniczaj, użyj ponownie, przetwarzaj, kompostuj) jej 4-osobowa rodzina produkuje tylko słoik odpadów ROCZNIE?

W Polsce ruch zero waste też powoli zyskuje na popularności. W niektórych sklepach przy kasach leżą materiałowe „torby bumerangi” (można je wziąć, jeśli się potrzebuje, albo przynieść, jeśli ma się za dużo), w restauracjach coraz częściej można napić się kranówki (za darmo), niektóre kawiarnie dają rabat przy zakupie kawy do własnego kubka, zaczynają pojawiać się sklepy z produktami bez opakowań. A teraz, dzięki Kasi Wągrowskiej (autorce bloga OgraniczamSię.com) i jej książce pt. Życie zero waste bezśmeiciowy lajfstajl ma szansę trafić pod strzechy. 


ŻYCIE ZERO WASTE
Katarzyna Wągrowska
Wydawnictwo Znak Literanova

Życie Zero Waste by Katarzyna Wągrowska
Woreczki bawełniane z Naturofaktura plus mój siateczkowy - niby do prania bielizny, 
ale i tak go  nie używałam (zmiana przeznaczenia zgodnie z zasadą reuse! ;)


Dobra, na początek może rozprawmy się z nazwą, bo wiele osób się jej czepia. Że to przesada, bo przecież nigdy nikomu nie uda się zejść do zera. Przyznam, że początkowo określenie zero waste też wydawało mi się nie do końca trafione. Ale Kasia w swojej książce tłumaczy, że zero należy traktować jako ambitny cel, który ma nas motywować do pracy i zapobiegać osiadaniu na laurach, niczym targety w korpo (które przecież nie zawsze udaje się wyrobić, ale bez nich pracownicy całymi dniami oglądaliby śmieszne koty na YouTube). Mnie to przekonuje. No i sami przyznacie, że Less Waste, Minimum Waste czy As Little Waste As Reasonably Possible są jednak zdecydowanie mniej nośne i seksi.

Kasia pisze o korzyściach, jakie daje wdrożenie zasady zero waste w domu (od rzadszego wyrzucania śmieci przez życie w czystszym środowisku po oszczędności finansowe), szczerze opowiada o sukcesach i porażkach z życia polskiej zerowasterki (wygranych i przegranych bitwach sklepowych czy eksperymentach z domową produkcją pasty do zębów) oraz podsuwa mnóstwo ciekawych rozwiązań (w tym gotowych przepisów na domowe kosmetyki czy środki czystości) i informacji ułatwiających wprowadzenie zero waste u siebie (wiedzieliście na przykład, że w Polsce funkcjonują kooperatywy spożywcze, że można mieć w domu nieśmierdzący kompostownik albo że na Fejsie prężnie działa grupa Zero Waste Polska?).

Mnie daleko eko-freaka, ale staram się nie być totalnie bezrefleksyjną śmieciarą. Od co najmniej 10 lat chodzę z materiałową torbą na zakupy; od 6 nie kupuję butelkowanej wody (piję z kranu albo używam dzbanka i butelek filtrujących); zawsze robię listę sprawunków, żeby nie kupować zbędnego jedzenia, które potem trzeba wyrzucić (o rozsądnych zakupach pisałam tutaj); nie mam samochodu (jeżdżę rowerem lub komunikacją miejską); sporo rzeczy w domu mam z drugiej ręki; śmieci segregowałam jeszcze zanim to było powszechne (w naszej kamienicy nie było wtedy odpowiednich pojemników, więc robiliśmy z Dzióbkiem wycieczki do ogólnodostępnych dzwonów); nie kupuję papierowych magazynów; zamiast wyrzucać niepotrzebne przedmioty na śmietnik, staram się dać im drugie życie (pisałam o tym tutaj); a wśród moich postanowień na 2017 rok znalazły się m.in.: "Mniej kupować" i "Nie marnować jedzenia". Nie jest najgorzej, jednak ta książka otworzyła mi oczy na wiele nowych spraw i dała kopa do wprowadzenia kolejnych zmian.

Jeśli nie przynosisz do domu śmieci, również ich nie wyrzucasz. A gleba, powietrze i woda na tym nie tracą.

No właśnie. W Polsce edukacja ekologiczna ogranicza się zwykle do recyklingu, a on wcale nie załatwia sprawy. To, co robimy z już wytworzonymi śmieciami, jest oczywiście ważne, ale powinniśmy się starać, żeby te śmieci w ogóle nie powstawały.

Mimo że pewnie zużywam mniej foliówek niż statystyczny Polak (bo podczas zakupów zawsze mam ze sobą materiałową torbę, a większość warzyw i owoców w supermarkecie ważę luzem), to i tak trochę ich do domu przynoszę: po pieczywie, brudnych ziemniakach czy drobnych owocach. Nie mówiąc o innych plastikowych opakowaniach, w których sprzedawane są makarony, kasza czy herbata (moja ulubiona jest pakowana w srebrną foliową torebkę, która jest włożona do papierowego kartonika, który dla pewności jest jeszcze owinięty przezroczystą folią!!!). 

Dzięki książce oraz Instagramowi Kasi (polecam zwłaszcza Stories) powoli wkręcam się w bezśmieciowe zakupy (czyli zakupy do własnych opakowań i woreczków). Razem z książką dostałam od Wydawnictwa Znak komplet bawełnianych woreczków, które są idealne na warzywa, owoce, pieczywo oraz inne produkty sprzedawane na wagę. Niestety, słyszałam, że w niektórych sklepach nie chcą nakładać jedzenia (np. wędlin i serów) do pojemników klientów. Jako typowy introwertyk najbardziej na świecie nie lubię robić innym kłopotu, więc na samą myśl o wykłócaniu się z ekspedientką o sposób pakowania cierpnie mi skóra. Mimo wszystko postanowiłam spróbować. Zaczęłam od zabrania moich woreczków na dział warzyw i owoców. Tam człowiek sam wszystko pakuje i waży, plus ja zawsze korzystam z kas samoobsługowych, więc poszło bezproblemowo. Kolejnego dnia w piekarni nieśmiało poprosiłam o zapakowanie chleba do mojego woreczka. Pani chyba lekko się zdziwiła, ale nie dość, że chleb zapakowała, to jeszcze na do widzenia powiedziała, że bardzo jej się ten mój woreczek podoba (ha!). Uskrzydlona tym sukcesem wybrałam się z własnym pojemnikiem na stoisko z "chłopskim jadłem" po kiszoną kapustę. Zero problemu. A dzisiaj w Lidlu furę bułek i drożdżówek zapakowałam od razu do materiałowej torby (którą wcześniej wyprałam i zamierzam jej używać tylko na pieczywo). Kasjer nawet nie mrugnął. W ciągu zaledwie kilku dni zaoszczędziłam kilkanaście jednorazówek! Brawo ja.

Żeby nie było wątpliwości: nie mam ambicji, żeby zostać królową zero waste. Pewnie nigdy nie osiągnę tego poziomu co Bea Johnson, która odmawia poczęstunku w samolocie nawet podczas bardzo długich lotów, zamiast tego przed wylotem je obfity obiad, pakuje kanapki i owoce na drogę (oczywiście do bawełnianego woreczka), a skórkę od banana zakopuje później w doniczce na lotnisku (widziałam na jej Instagram Stories). Raczej nie będę wytapiać własnego mydła, kręcić kremów, nie zrezygnuję całkiem z niektórych produktów w plastikowych opakowaniach i nie skuszę się na wielorazowe podpaski czy kubeczek menstruacyjny (sorry, Planeto, ale tutaj muszę Ci powiedzieć jak Samantha Smithowi: "I love you, but I love me more"). Ale kilka rzeczy (oprócz zabierania na zakupy własnych woreczków i opakowań) mogę zrobić: na przykład zrezygnować z jednorazowych słomek do napojów, zmieszać własny płyn do mycia szyb (przepis w książce wydaje się banalnie prosty), kupować makarony, kasze, płatki czy bakalie na wagę (spory wybór jest w Auchan), a jeśli już muszę kupić coś pakowanego, to zamiast plastikowych opakowań starać się wybierać szklane albo papierowe. Obiema rękami podpisuję się pod tym, co w rozmowie z Kasią powiedziała Agnieszka Sadowska-Konczal (autorka bloga EkoLogika.edu.pl):

Żeby wyjść ze strefy komfortu, trzeba trochę wysiłku, ale nie ma co robić z życia niekończącej się pokuty.

Zero waste, jak każdą filozofię, łatwo doprowadzić do ekstremum. Internet ma to do siebie, że jeśli człowiek publicznie oznajmi, że stara się robić coś pożytecznego, to można być pewnym, że zaraz ktoś mu napisze, że robi to źle. Albo, że OK, może i robi dobrze, ale za to nie robi czegoś innego, więc w  sumie się nie liczy (tutaj świetny filmik na ten temat). W grupie Zero Waste Polska regularnie pojawiają się głosy, że nie można żyć w duchu zero waste, nie będąc weganinem, bo hodowla zwierząt mocno zanieczyszcza środowisko. Z kolei na Instagramie ktoś stwierdził, że hipokryzją jest wydawanie papierowej książki o ograniczaniu śmieci, zwłaszcza że pewnie niektóre księgarnie będą ją wysyłać w kopertach bąbelkowych. Moim zdaniem dla własnego zdrowia psychicznego lepiej pogodzić się z tym, że zero waste to ciągłe kompromisy (związane z dostępem do bezśmieciowych produktów, własną wygodą, zdrowiem czy podejściem innych domowników, którzy przecież nie muszą naszej filozofii podzielać), ustalanie, co w danej sytuacji jest dla nas priorytetem, a często po prostu wybieranie mniejszego zła. Ale chyba wszyscy się zgodzimy, że lepiej robić choćby trochę niż nie robić nic? Trochę może z czasem przerodzić się w więcej (widzę po sobie), a wtedy jako ludzkość będziemy mieć trochę mniej przerąbane.

Jeśli temat Was zainteresował, to książkę Życie zero waste możecie teraz kupić na stronie Znaku z rabatem 30%. E-book też jest, teraz na Woblinku o 40% tańszy (możecie tam również zajrzeć do środka książki).