28 października 2019

Złota polska jesieniara

Nie, oczy Was nie mylą: tak, to nowy wpis na blogu, i tak, mam na sobie sukienkę! Proszę bez paniki. Głęboki wdech, wydech... Już? No to jedziemy.

W tym sezonie w social mediach furorę robi słowo JESIENIARA. Za każdym razem, kiedy je widzę, mam ochotę zapytać z wyższością, niczym Boguś Linda: "Co ty wiesz o jesieniarstwie?" No bo JA, szanowni Państwo, zawijam się w kocyk, chodzę po domu w futrzanych kapciach, piję hektolitry earl greya i śpię w piżamie z długimi nogawkami PRZEZ CAŁY ROK, nawet przy 30 stopniach. Jestem po prostu prawilną, wieczną zmarzliną, a nie żadną sezonową entuzjastką. Co nie zmienia faktu, że na dzisiejszych zdjęciach wyglądam jak stuprocentowa instagramowa jesieniara. Brakuje jeszcze tylko żebym się wytarzała w liściach, ale jest taki jeden mem, który skutecznie wybija to z głowy.

Przepis na Sztywniarę jesieniarę jest bardzo prosty i składa się prawie w całości z lokalnych składników. Trencz dostałam prawie rok temu od polskiej marki Elementy (nawiasem mówiąc, jest to marka, która znokautowała konkurencję, kiedy jakiś czas temu spytałam na stories o polecane przez Was polskie marki - jakby co, te stories są nadal przypięte na moim Instagramie). Koniecznie chciałam model Oslo w tym kolorze, czyli Bronze Gold (już niedostępnym), i kiedy w salonie dowiedziałam się, że został tylko jeden egzemplarz w rozmiarze L, byłam lekko załamana. Po przymierzeniu okazało się jednak, że wcale nie jest za duży. Dla porównania przymierzyłam też mniejsze rozmiary (w innych kolorach) i jak dla mnie różnica była ledwie zauważalna. One ogólnie mają raczej luźny fason, a w dodatku są tak sprytnie skrojone, że przy moich gabarytach w zasadzie każdy rozmiar jest OK. Uwielbiam ten płaszcz za wielkie, naszywane kieszenie, z których nie wypada komórka i w których mieści się nawet bidon z wodą (płytkie kieszenie w okryciach wierzchnich to moja zmora!). No i jest to mój ulubiony typ ubrania, czyli taki, w którym "szefuję" - bo powiewa i jakoś tak dodaje majestatu.

No dobrze, płaszcz płaszczem, ale co mi się stało, że kupiłam sukienkę? Ano sama jestem sobą zaskoczona. Zdarzało mi się już kupować sukienki, w których potem nie chodziłam, bo czułam się w nich za bardzo wystrojona, ale coś mi mówiło, że z modelem Suzanne marki Nalu będzie inaczej. I faktycznie, kiecka jest wyjątkowa, ale jednocześnie taka... codzienna. Nie czuję się w niej dziwnie i sztucznie (mimo że przecież chodzę prawie wyłącznie w spodniach, i to najczęściej dresowych), nie krępuje mi ruchów i ma taką długość, że sobie jej nie przydeptuję, wchodząc po schodach. Plus polska produkcja, wiskoza, halka (też z wiskozy), rabat (bo kupowałam w przedsprzedaży) oraz bonus dla osób, które nie lubią nosić stanika, ale nie lubią też przyciągać uwagi do biustu, kiedy zawieje zimniejszy wiaterek: ten wzór sprawia, że nic nie widać!

PS
Muszę powiedzieć, że ograniczanie zakupów w sieciówkach na rzecz lumpeksów (głównie) i polskich marek (rzadziej) idzie mi w tym roku jeszcze lepiej niż w poprzednim. Na pewno będę się chwalić efektami!

Made in Poland
Made in Poland
Made in Poland
Made in Poland
Made in Poland
Made in Poland
sukienka (model Suzanne, mam rozmiar M) - Nalu Bodywear
trencz (model Oslo, mam rozmiar L) - Elementy (#darylosu)
torba - Czajkaczajka  (pokazywałam ją bliżej  w tym wpisie
sztyblety (model Elaine) - Ecco (mają 4 lata)


8 lipca 2019

Go green!

Dzisiaj wpis zielony do kwadratu. Nie tylko ze względu na bujne krzaczory w krakowskim Parku Lotników, ale też na zestaw, który jest nienaprzykrzającym się zbytnio środowisku miksem rzeczy z drugiej ręki, od polskich marek oraz tego, co mam w szafie od dawna.

Kapelusza nie nosiłam od 2 lat i muszę przyznać, że naprawdę za tym tęskniłam. Krótkie włosy miały wiele plusów (szybkie mycie, szybkie schnięcie, brak kołtunów), ale niestety, w moim przypadku były zupełnie niekompatybilne z nakryciami głowy. Widok mojej facjaty w lustrze, kiedy włosy nie wystają mi spod czapki czy kapelusza... cóż, jak by to powiedziała Marie Kondo: doesn't spark joy. No ale kryzys zażegnany, jesienią wraca do gry moja domyślna wełniana fedora, a tymczasem sprawiłam sobie wersję letnią, która była zakupem tyleż z rozsądku (wszak trzeba łepetynę przed słońcem chronić), co z miłości (bo ach, ta czarna lamówka, i to wiązanie pod szyją - takie oldschoolowe, w dodatku teraz żadne wiatry mi niestraszne).

Drugą nowością (choć starością) są wiskozowe portasy, które owszem, trochę się gniotą, ale są idealne na upały, a do tego oszukują wszystkich, że mam talię niczym Marilyn Monroe. Nie dajcie się nabrać!

A skoro już o talii mowa, to moja nerka od Anacomito już się tu kiedyś pojawiła w wersji przewieszonej przez ciało, ale niedawno poprosiłam dziewczyny o dorobienie krótszego paska, właśnie po to, żebym mogła ją nosić tak ciasno w pasie (podpatrzyłam na ich stronie i bardzo mi się to spodobało). Jestem hejterką kantów i ostrych kątów w dizajnie, dlatego bardzo doceniam jej opływowy kształt i to, że jest taka mięciutka i "przytula się" do ciała niczym miś koala. Swój egzemplarz noszę już prawie 2 lata i nie mogę się nachwalić, jaka to wygodna rzecz. Odczuwam to codziennie (w stylówce zdecydowanie bardziej dresowej i w o wiele mniej fotogenicznym otoczeniu sklepowych półek i straganów z warzywami), bo wreszcie skończyło się wygrzebywanie portfela, kluczy czy telefonu spod sterty zakupów w przepastnej torbie. Teraz wszystkie potrzebne drobiazgi mam pod ręką - taka mała rzecz, a jak ułatwia życie. Dziewczyny szyją swoje nerki w 4 rozmiarach (na zdjęciu mam wersję Midi) i, co się chwali, wykorzystują do tego m.in. materiały i skóry z drugiej ręki (moja jest właśnie z tej linii) oraz skóry resztkowe. Jeśli akurat potrzebujecie nerki, to do 22 lipca możecie ją kupić z rabatem 10% (kod: GREENSZAFA).

Dzisiejszy zestaw dopełnia jedwabna koszula po Mamie (pokazywana tutaj), emeryckie klapki które spędzają ze mną już 5. lato, biżuteria, którą zapomnieliśmy sfotografować (ale pojawiła się w pełnej krasie na moim Instagramie), oraz pokręcone pierwszy raz od niepamiętnych czasów włosy (okupione poparzeniem lokówką - ewidentnie wyszłam z wprawy). No i kurczę, całkowicie obiektywnie muszę powiedzieć, że bardzo jestem zadowolona z tego, jak te puzzelki się dzisiaj ułożyły. Zwłaszcza kluczowy element tej układanki: Pan Fotograf Dzióbek (oklaski!).

Go green!
Go green!
Go green!
Go green!
Go green!
Go green!
Go green!
Go green!
Go green!

kapelusz z trawy morskiej - Roboty Ręczne
jedwabna koszula - vintage, po Mamie
nerka - Anacomito (do 22 lipca 2019 z kodem GREENSZAFA rabat -10%) 
wiskozowe spodnie - vintage / HoplaStore.pl
klapki - Birkenstock
kolczyki - Anna Ławska, naszyjnik - Kopi - do obejrzenia tutaj

2 czerwca 2019

Cóż, że ze Szwecji, czyli Ryfka w Malmö

[Wpis we współpracy z @malmotown]

Czy wpadłabym na to, żeby pojechać do Malmö, gdyby nie zaproszenie od tamtejszego Urzędu Miasta? Pewnie nie. Od dawna chcieliśmy odwiedzić Skandynawię, ale (dość typowo) celowaliśmy raczej w Sztokholm albo Kopenhagę. Malmö nie pojawiało się na naszej podróżniczej top-liście, i zresztą chyba nie tylko na naszej, bo w Polsce nie można nawet kupić przewodników ani map tego miasta. Malmö występuje co najwyżej jako kilkustronicowy dodatek w opasłych przewodnikach po Kopenhadze (te dwa miasta łączy ze sobą Most Öresund, dzięki któremu w pół godziny można pociągiem lub samochodem wpaść w odwiedziny do sąsiadów).

Mimo że o Malmö nie wiedziałam praktycznie nic, to kiedy przeczytałam mejla z propozycją, odstawiłam taniec radości, niczym Hugh Grant w Love Actually. Bo zawsze uważałam, że najfajniejsze, co mogłoby mnie spotkać w temacie współpracy blogowej, to właśnie podróżowanie. Okazało się, że - wbrew wszystkim kołczingowym hasełkom - wystarczy nic nie robić, a marzenia same się spełniają :D

Umowa była prosta: ja spędzam kilka dni w Malmö na koszt miasta, a w zamian dzielę się wrażeniami na Instagramie i blogu. Czyli dokładnie tak, jak to robię w przypadku każdego mojego prywatnego wyjazdu. Żadnej cenzury, żadnego akceptowania treści przed publikacją (co zresztą byłoby dość trudne, bo piszę po polsku ;), po prostu wolna amerykanka. Dla mnie układ idealny.

No dobra, to JAK BYŁO?


PORZĄDEK MUSI BYĆ

Jeśli miałabym opisać Malmö dwoma słowami, to byłyby to ŁAD i ZIELEŃ. Choć miasto nie może pochwalić się spektakularnymi zabytkowymi budowlami czy innymi znanymi na cały świat atrakcjami, to ma sobie coś, co bardzo mi odpowiada: spokój. Zarówno werbalny (pewnie m.in. przez minimalny ruch samochodowy - o tym będę pisać niżej), jak i wizualny. Panuje tam niesamowita architektoniczna harmonia. Jest dużo przestrzeni, budynki są ładne, schludne, nieprzesadzone i dobrze się ze sobą komponują. Nie ma konstrukcyjnych potworków szpecących krajobraz. Nie ma wielkich banerów, oczojebnych szyldów, pstrokatych plandek na ogrodzeniach i całego tego syfu, który tak mnie denerwuje u nas. Naprawdę miałam wrażenie, że moje oczy mogą tam swobodnie "oddychać".

Do tego jest naprawdę dużo zieleni. W którą stronę by nie pójść, zawsze trafi się do jakiegoś parku (w całym mieście jest ich aż 15). I pisząc "park" nie mam na myśli trawnika, drzew i paru ławek, ale duże, zadbane tereny z różnorodną roślinnością, kwiatami, stawami, w których taplają się kaczki, i rzeczkami, po których pływają łódki.


ROWEROWY RAJ

Zatrzymaliśmy się w Ohboy hotell, który jest hotelem... rowerowym. Do każdego pokoju przypisany jest składany rower oraz  kołnierz Hövding - szwedzki wynalazek, który zakłada się na szyję i który przy zderzeniu zamienia się w dmuchany kask / poduszkę powietrzną. Kiedy poszliśmy na recepcję po drugi rower (jest możliwość wypożyczenia dodatkowego egzemplarza, a nawet roweru towarowego), akurat inny gość hotelowy testował jakiegoś miętowego dziwoląga z małymi kółeczkami, krótką kierownicą i trójkątną ramą, który wyglądał jak koślawa hulajnoga. Ostatecznie stwierdził, że to nie dla niego i wybrał tradycyjnego hotelowego czarnego składaka. Jak to zobaczyłam, od razu pomyślałam: "O, nie, żeby tylko teraz nie wcisnęli tego miętusa mnie!" No i co? Oczywiście wcisnęli. Pan zachwalał, że to model marki Strida, taki "oryginalny", łatwoskładalny, z gumowym (!), niebrudzącym łańcuchem (bez smaru), jednak jakoś nie byłam przekonana. No ale nie chciałam sprawiać kłopotu (po skandynawsku), więc wzięłam, co dają. Na początku trudno mi było go wyczuć, ale już po kilku przejażdżkach popylałam na nim, aż miło. Może i ma urok Fiata Multipli, ale okazał się lekki i zadziwiająco szybki. 

Przejeździliśmy na rowerach cały nasz pobyt (3 dni) i była to naprawdę czysta przyjemność. No ale w 5. najbardziej przyjaznym rowerzystom mieście na świecie nie mogło być inaczej. Malmö ma ok. 500 km ścieżek rowerowych (dla porównania, Kraków - tylko 100 km, mimo że jest miastem o prawie 4-krotnie większej powierzchni). Aż 1/4 wszystkich podróży po mieście odbywa się na rowerze. Zachwyciła nas tamtejsza kultura jazdy: nie dość, że samochodów na ulicach jest bardzo mało, to jeżdżą bardzo powoli i ZAWSZE ustępują pieszym i rowerzystom! My z przyzwyczajenia zatrzymywaliśmy się przed każdym przejazdem i byliśmy w szoku, kiedy kierowcy ustępowali nam pierwszeństwa. Serio, pierwszy raz czuliśmy się tak jak pełnoprawni uczestnicy ruchu.

W ogóle niesamowite jest to, jak piesi, rowerzyści i kierowcy pokojowo tam ze sobą koegzystują. Jest wiele łączonych ścieżek pieszo-rowerowych, ale nikt nie jeździ jak wariat, ludzie na siebie uważają, nie ma tłoku, nikt nikomu nie przeszkadza. No i rowerzyści zawsze sygnalizują skręt ręką, co u nas jest raczej wyjątkiem niż regułą. A jeżdżą tam naprawdę WSZYSCY. Ludzie w garniturach dojeżdżający do biur, rodzice na rowerach cargo z drewnianą przyczepką z przodu (hmm, może przedczepką, skoro jest przed rowerem?), w której wożą swoje pociechy (czasem nawet dwójkę plus psa) czy elegancko ubrani dziadkowie (pani w czółenkach i z torebeczką na złotym łańcuszku), być może pedałujący na kolację albo do teatru.

Jeśli wybieracie się do Malmö, niekoniecznie akurat do rowerowego hotelu, polecam obczaić sieć rowerów miejskich Malmö by bike. Za ok. 32 zł macie 24 godziny jeżdżenia (a za ok. 70 zł aż 3 dni). A jeśli wolicie dalsze wyprawy na dwóch kółkach, może nawet kilkudniowe, to w czerwcu otwarta zostanie nowa trasa rowerowa South Coast Trail po regionie Skåne. Aż 260 km!


EKO-MIASTO

Malmö jest światowym prymusem wśród "zielonych miast" (w 2006 roku otrzymało tytuł pierwszego szwedzkiego Miasta Fair Trade) i to widać gołym okiem. Oprócz minimalnego ruchu samochodowego (serio, zastanawiałam się, czy wszyscy gdzieś wyjechali, czy jak?) i wszechobecnych rowerów, o których pisałam wyżej, po ulicach jeżdżą zielone autobusy zasilane biopaliwem z... miejskich odpadków. Do 2020 roku działania wszystkich miejskich instytucji mają być w 100% neutralne dla klimatu, a do 2030 - całe miasto. Dzielnica, w której mieszkaliśmy, Västra Hamnen, już jest w 100% zasilana lokalnie wytwarzaną energią z odnawialnych źródeł. To wszystko efekt wielu lat planowania i wprowadzania systemowych zmian. Miasto nieustannie prowadzi kampanie edukujące mieszkańców (np. w temacie segregowania odpadów), jednak rozumie, że samo uświadamianie nie wystarczy i muszą iść za tym konkretne, ułatwiające życie działania. Dlatego na przykład w Västra Hamnen odległość z dowolnego mieszkania do najbliższego przystanku autobusowego nie przekracza 300 metrów. I to z pewnością przekonuje o wiele bardziej niż same kolorowe plakaty z hasełkami zachęcającymi do rezygnacji z samochodu.


GDZIE WARTO SIĘ WYBRAĆ?

OK, ale co w tym Malmö w ogóle robić oprócz podziwiania ekorozwiązań? W ciągu 3 dni nie poznałam oczywiście miasta na tyle, żeby móc oprowadzać po nim wycieczki, ale kilka miejsc mogę polecić. Przede wszystkim Bibliotekę Miejską Malmö (Stadsbiblioteket). Po pierwsze, sam budynek robi niesamowite wrażenie: wysokie na 17 metrów przeszklone ściany, a za nimi bujna zieloność parku. Po drugie - szok nad szoki - do środka może wejść po prostu KAŻDY. Normalnie, z ulicy, bez żadnej karty! Tak jakby ta biblioteka była rzeczywiście PUBLICZNA, dla wszystkich. Co to za lewackie pomysły, ja się pytam?! Żeby wypożyczyć książkę do domu, trzeba już oczywiście mieć kartę, ale pobuszować między regałami, posiedzieć w fotelu i poczytać (a jest bardzo dużo książek w języku angielskim) czy skorzystać z komputerów można nawet będąc przypadkowym (i wielce zdziwionym) turystą z Polski.

Polecam też spacer po parku rozciągającym się od biblioteki po Zamek Malmöhus. Jeśli chodzi o mieszczące się w zamku Malmö Museer, to jakoś nas nie porwało - być może dlatego, że trafiliśmy akurat na remont i część wystaw była zamknięta. Z kolei Moderna Museet, czyli Muzeum Sztuki Współczesnej (już w innej części miasta), jest niewielkie, ale wstęp do niego jest darmowy (#CebulaAlert), a do września mają wystawę prac Andy'ego Warhola.

Chyba najbardziej zaskoczyło nas Disgusting Food Museum. Nastawialiśmy się na rozrywkę na poziomie sklepików ze "śmiesznymi rzeczami", a tymczasem było naprawdę ciekawie i edukacyjnie. Można tam oglądać najbardziej obrzydliwe dania z różnych stron świata, poczytać, skąd pochodzą, a nawet zobaczyć (na ekranach umieszczonych obok), jak wygląda proces ich przygotowania (który często jest o wiele bardziej obrzydliwy niż samo danie). Smażone pająki i świerszcze, muchy w oleju, bycze jądra, cały "ołtarz" śmierdzących serów, wino ze zwierzęcych penisów albo młodych myszek, jajko z kaczym płodem... Po obejrzeniu kilku eksponatów przestaliśmy się dziwić, że przy wejściu każdy zwiedzający dostaje torebkę na wymioty. Niektóre smakołyki można powąchać (wystarczy odkręcić słoik z próbką), a najodważniejsi mogą również kilku spróbować. My skosztowaliśmy duriana, który - choć śmierdział straszliwie - smakował słodko, jak karmelizowana cebulka, oraz słonej lukrecji, którą szybko wypluliśmy i naprawdę niewiele brakowało, a wyzerowalibyśmy licznik, który obwieszczał, że ostatni zwiedzający wymiotowali w muzeum 9 dni temu.

W sumie fascynujące jest to, jak obrzydzenie jest uwarunkowane kulturowo. To, co w jednym miejscu jest przysmakiem, w innym budzi wstręt. Ponoć wielu obcokrajowców nie jest w stanie znieść zapachu naszego bigosu (w muzeum była butelka z polskim sokiem z kiszonej kapusty), Polaków z kolei otrzepuje na myśl o zupie z nietoperza czy koktajlu z owczym okiem, ale już galaretę ze świńskich nóżek czy ozorek niektórzy z nas wcinają, aż im się uszy trzęsą. Muzeum naprawdę skłania do zastanowienia się nad tym, co ląduje na naszych talerzach, w jaki - czasem bardzo okrutny - sposób  powstaje (np. foie gras) i... czy nie lepiej jednak przerzucić się na rośliny.

Przechodząc płynnie od smrodów do pachnideł (i to wolnych od okrucieństwa), serdecznie polecam wizytę w Lushu - sklepie z kosmetykami, z których większość sprzedawana jest bez opakowań (to oczywiście nie jest szwedzka marka, ale warto skorzystać z okazji, bo choć mają sklepy w wielu europejskich miastach, to w Polsce nadal nic). Mają mydła, kule do kąpieli, szampony i odżywki w kostce, żele pod prysznic w postaci stałej... słowem wszystko, czego potrzebuje łazienka człowieka z zajawką na zero waste (i pełnym portfelem). Dokładnie naprzeciwko, w Science Fiction Bokhandeln czekają wrażenia z zupełnie innej bajki, a właściwie wielu bajek, bo znajdziecie tam książki, gry i gadżety ze świata science-fiction, fantasy, anime czy kreskówek (większość po angielsku). Dzióbek był zachwycony.

Fajnym miejscem jest też Mitt Möllan - pawilon z butikami lokalnych projektantów i rękodzielników, sklepami z oryginalnymi dodatkami do mieszkania (zakochałam się w zwierzątkowych doniczkach z Pill & Punch) czy ubraniami vintage (Beyond Retro). My chyba trafiliśmy akurat na jakieś targi, bo było mnóstwo stoisk z ręcznie robioną biżuterią, ceramiką, ubraniami, plakatami, starociami i innymi cudeńkami, w tym stoisko miejscowego sklepu zero waste Gram (który muszę odwiedzić następnym razem).

Jeśli chodzi o jedzenie, to absolutnymi kulinarnymi hiciorami okazały się dla nas dwa miejsca, oba wegańskie i oba z mnóstwem roślin nie tylko na talerzach, ale i we wnętrzach: Sajvva z kuchnią indyjską, koreańską i wietnamską (do tej pory jestem w szoku, jak udało im się zrobić wegańską śmietanę, która smakowała jak prawdziwa kwaśna śmietana!) oraz Mineral z prostymi, ale przepysznymi daniami, które śnią mi się teraz po nocach, i klimatem trochę w stylu krakowskiego Kazimierza. Fajnym doświadczeniem, nieco bardziej w stylu high life, była też kolacja w Kitchen & Table na 25. piętrze wieżowca z widokiem na całe miasto. A z cyklu "kilka w jednym" polecam jeszcze Saluhall - wiele różnych knajp i sklepów z lokalnymi smakołykami pod jednym dachem (m.in. słynnymi szwedzkimi bułeczkami cynamonowymi z kultowej piekarni St. Jakobs Stenugnsbageri).

***

W ogóle mam wrażenie, że z wiekiem nasze podejście do wyjazdów ewoluowało. Kiedyś podróż to było dla nas (no dobra, bardziej dla mnie) wyzwanie pt. "jak upchnąć 50 zabytków w 5 dni", a teraz zwiedzamy bardziej na czilaucie i zamiast zaliczać naj-starszy/-wyższy/-sławniejszy budynek czy pomnik, wolimy obserwować życie i na przykład rozkminiać, skąd na ulicach Malmö aż tylu facetów z wózkami (odpowiedź: urlop rodzicielski w Szwecji to aż 480 dni do podziału na oboje rodziców, z czego 90 dni jest nieprzechodnie, więc jeśli jedna osoba nie wykorzysta, to przepada). Ogólnie klimat Malmö bardzo nam przypasował. Cisza, spokój, mało ludzi, sporo zieleni i przestrzeni. Powiedziałabym, że to idealne miasto dla introwertyków i osób nielubiących przeładowania bodźców.

Jeśli miałyście okazję odwiedzić Malmö albo inne szwedzkie miasta, dajcie znać, jak Wasze wrażenia. A jeśli dopiero myślicie o podróży do Szwecji, bardzo polecam bloga Anki, która mieszka w Malmö i której wskazówki (np. żeby nie wymieniać kasy, bo wszędzie można płacić kartą) mocno ułatwiły nam życie. Dziękuję też za Wasze polecenia na FB - jak zawsze bardzo mi się przydały!


Malmö: Moderna Museet
Przepis na światowy pokój na budynku Muzeum Sztuki Współczesnej.
Malmö: Turning Torso, Ohboy hotell
Turning Torso - chyba najbardziej charakterystyczny budynek w Mal. I nasz rowerowy hotel.Malmö: Ohboy hotell
Do każdego pokoju rower gratis.
Malmö: Ohboy hotell
Mój miętowy dziwoląg z gumowym łańcuchem i bardziej klasyczny czarny składak Dzióbka.
Malmö: Ohboy hotell
Na wyposażeniu pokoju jest również deskorolka...
Malmö: Skate park
...bo po drugiej stronie ulicy jest wielki skate park, po którym szaleją duzi i mali.
Malmö: Ohboy hotell
Pokój urządzony oczywiście w stylu skandynawskim. Biuściasty wazon to chyba lokalny hit, bo spotykaliśmy takie w wielu miejscach.
Malmö: Ohboy hotell
Przy łóżku biografia Zlatana Ibrahimowicia - chyba najsłynniejszego szwedzkiego piłkarza, który urodził się w Malmö i debiutował w tutejszym klubie.
Malmö:
Wodne pojazdy w kolorach szwedzkiej flagi.
Malmö City Library
Wypasiona (i ogólnodostępna!) Biblioteka Miejska z widokiem na park. WOW.
Malmö
Kiedyś do różańca, teraz do tańca, czyli kościół zamieniony na klub nocny.
Malmö Saluhall
Malmö Saluhall - restauracje i sklepy z lokalnymi produktami pod jednym dachem. Malmö: Lush
Odgrażałam się, że wizyty w Lushu nie odpuszczę!
Malmö: Lush
Tyle kolorowych cudeniek bez plastiku!
Malmö: Lush
Wyszłam z szamponami (no ba!) i stałym żelem pod prysznic (nie mydłem!) w kształcie butelki.
Malmö: Moderna Museet
W Moderna Museet była akurat wystawa prac Louise Bourgeois...Malmö: Moderna Museet
...i Andy'ego Warhola.
Malmö: Moderna Museet
Banana nikt tu nie ocenzurował.
Malmö: Mineral
Mineral - wegańska restauracja z przepysznym jedzeniem i klimatem w stylu krakowskiego Kazimierza.
Malmö: Sajvva
I Sajvva - nasz drugi wegański hit. Niebo w gębie!
Malmö: Lilla Torg
Malowniczy Mały Rynek (Lilla Torg).
Malmö: Mitt möllan
Cyce jak donice. Albo jak wazony. Czyli stoisko Betuttad w Mitt Möllan.Malmö: Mitt möllan
Doniczko-zwierzaki w Pill & Punch.
Malmö: Mitt möllan
Amen, siostry.
Malmö: Mitt möllan
Stoisko sklepu zero waste Gram w Mitt Möllan.
Malmö: Mitt möllan
Takie pamiątki przemawiają do mnie o wiele bardziej niż magnesy i breloczki. Malmö: Mitt möllan
Beyond Retro, czyli wintydżowy raj.
Malmö: Mitt möllan
Niestety, nic nie kupiłam, bo nie potrafię buszować w towarzystwie kogoś, kto najchętniej byłby gdzie indziej (w tej roli Dzióbek).
Malmö
No podobało mi się.
Malmö
Tę latarnię mijaliśmy na rowerach kilka razy dziennie.
Malmö city bus
Miejskie autobusy - "100% green power".
Malmö: Hövding airbag bicycle helmet
Rowerzystka w magicznym kołnierzu z poduszką powietrzną...
Malmö: Hövding airbag bicycle helmet
...która przy wypadku zabezpiecza głowę.
Malmö
 Malmö umie w parki. Malmö
Bardzo się polubiliśmy z miętuskiem.
Malmö: Science-fiction bookstore
Polecam tę księgarnię wszystkim fanom science-fiction i fantasy!
Malmö: Science-fiction bookstore
Mnogo mangi.
Malmö: Science-fiction bookstore
 Jest coś dla każdego fandomu. Malmö: Science-fiction bookstore
"Gry o tron" nie oglądałam, ale taką wycieraczkę mogłabym mieć. Malmö: Science-fiction bookstore
Po prawej polski akcent, a po lewej książka, na którą zachorował Dzióbek.
Malmö bikes
Jeden z wielu parkingów rowerowych na mieście. Niektóre nawet nie przypięte!
Malmö
Nie mogę się zdecydować, czy na moim wyglądałam bardziej hipstersko, czy jakbym właśnie obrabowała bank i uciekała przed policją na rowerku buchniętym jakiemuś biednemu dziecku.
Malmö
Szwedzki klasyk, czyli słynny konik z Dalarny.
Malmö
Na górze tego wieżowca zjedliśmy naszą pożegnalną kolację.
Malmö: Kitchen & Table
Jedzenie bardzo spoko, ale widok na Malmö o zachodzie słońca - 15/10. Malmö: Disgusting Food Museum
Odwiedzający Disgusting Food Museum dostają przy wejściu torebkę na wymioty. Tablica z rzygolicznikiem potwierdza: to nie żarty.
Malmö: Disgusting Food Museum
Słynny szwedzki sfermentowany śledź - ponoć jedna z najbardziej śmierdzących potraw na świcie (PS to prawda, wąchałam).
Malmö: Disgusting Food Museum
Niewinnie wyglądające chińskie wino z... 3 penisów (foki, jelenia i psa). Oraz główny składnik bat-zupy.
Malmö: Disgusting Food Museum
  Był też przysmak made in Poland. A po prawej durian - największy śmierdziuch wśród owoców.
Malmö: Disgusting Food Museum
W muzealnej fotobudce można sobie zrobić obrzydzoną fotę (puszczają smrodek dla bardziej autentycznego efektu).
Malmö: Disgusting Food Museum
Krwawa mongolska Mary - z okiem owcy. Po prawej chińskie wino z młodych myszek.
Malmö: Disgusting Food Museum
Smażona tarantula z Kambodży i gotowane jajo z kaczym płodem z Filipin.
Malmö: Disgusting Food Museum
Kiedy dziwisz się, co robią, żelki w takim muzeum, a potem przypominasz sobie, z czego się robi żelatynę.
Malmö: Swedish food
  A skoro o jedzeniu mowa: po lewej piekarnia ze słynnymi szwedzkimi cynamonowymi bułeczkami, a po prawej smakołyki kupione z Waszego polecenia (po powrocie dowiedziałam się, że czekolady Marabou są dostępne w Ikei).

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...