7 grudnia 2019

Prezentownik 2019

Czekałyście? W końcu przybywam ze świątecznym prezentownikiem! Lubię rzeczy ładne i praktyczne (najlepiej jednocześnie) i takie co roku staram się tu pokazywać. Bo przedmioty ułatwiają i uprzyjemniają życie, o ile oczywiście są kupowane z mózgiem i w rozsądnych ilościach. Jednak ciekawą i przy okazji przyjazną środowisku alternatywą mogą być prezenty niematerialne, takie jak bilety na koncert czy do teatru, udział w warsztatach lub kolacji degustacyjnej, kupon na masaż, cyfrowa prenumerata ulubionego magazynu (np. Pisma czy Tygodnika Powszechnego), abonament na Netflixa, Spotify, Legimi czy do CinemaCity albo kurs językowy (Warszawia(n)kom gorąco polecam Pana od francuskiego). Można też stworzyć osobisty kupon do wykorzystania przez osobę obdarowaną, np. na przygotowanie przez Was jej ulubionego dania. 

Bardzo ekologicznym wyborem są też prezenty vintage. Rzecz jasna, nie jest to opcja dla każdego, ale jeśli znacie dziwaków, którzy ucieszą się ze starej mapy czy wazonu z lat 60., to na końcu tego archiwalnego wpisu znajdziecie listę fajnych sklepów ze starociami. Jestem też wielką entuzjastką... kart podarunkowych. Wiem, że niektórzy uważają kartę za taki gorszy, "leniwy" rodzaj prezentu, ale moim zdaniem lepsza karta niż nietrafiony upominek.

A, i oczywiście zachęcam do pakowania prezentów z użyciem materiałów z odzysku. Ja od lat chomikuję wszelkie wstążki, papiery, bibułki, koperty czy ładne pudełka i nie pamiętam, kiedy ostatnio musiałam kupić jakiekolwiek opakowania prezentowe.

Christmas 2019



CIAO, CIAŁO!

Coś dla ciała i/lub z motywem ciała. Bo wiadomo, w zadowolonym ciele szczęśliwa dusza. A więc, jak to mawia pewien trener personalny z Instagrama: ukochoj się!

Love your body

1. jedwabna poszewka na poduszkę So Fluffy - ponoć spanie na jedwabiu bardo dobrze robi na twarz; ja celowałabym raczej w ciemny kolor, bo na jasnej zaraz miałabym plamy od kremu
2. jedwabna gumka do włosów Monika Kamińska - planowałam taką uszyć w ramach cebula DIY, ale po bezskutecznym polowaniu na jedwab w lumpeksach w końcu kupiłam u Moniki - też dobry deal, bo wiele polskich marek sprzedaje je 2 razy drożej ;)
3. worek na bieliznę Pantalones - to nowa polska marka szyjąca majtki z bawełny organicznej GOTS
4. jedwabna apaszka KOPI - z nadrukiem zaprojektowanym przez Weronikę Siwiec (pokazywałam ją tutaj)
5. herbaty teapigs / Coffeedesk.pl - wiadomo, earl grey rządzi, ale mają też np. o smaku popcornu czy czekolady z miętą (rabat 20% na wszystkie herbaty teapigs do 31.01.2020 na hasło SZTYWNYKOD)
6. kubek z zaparzaczem Loveramics / Coffeedesk.pl - to jest HIT! zachwycałam się nim już na moim Instagramie - mega praktyczna rzecz, bo pokrywka jest jednocześnie podstawką na zaparzacz (rabat 10 zł przy dowolnych zakupach za min. 100 zł do 31.01.2020 na hasło SZAFASZTYWNIARY )
7. porcelanowy spodek Magic Mug - na przykład na biżuterię
8. kimono Miss Liberté - z kolażem Aleksandry Morawiak (swoją drogą, o mało nie stworzyłam osobnej kategorii tylko na prezenty z jej kolażami)
9. sekretnik KOPI - i w ogóle cała seria Féminin z tym motywem, i w ogóle wszystko
10. majtki Cztery Litery - z haftem projektu Joanny Mudrowskiej; jako członkini #TeamBawełnianeMajtki jestem zachwycona tym pomysłem
11. bon na spersonalizowane perfumy Mo61 (jest też w wersji elektronicznej) - do zrealizowania w salonie marki w Krakowie, Warszawie lub Gdyni; mam taki zapach i uwielbiam go! w Mo61 tworzą perfumy, a nie wody toaletowe/perfumowane (tzn. stężenie olejków eterycznych jest powyżej 20%) i potrafią pomóc nawet perfumowym analfabetom
12. plecak Ars Amandi / Risk made in Warsaw - z aktami projektu Egona Schielego



PANI OD BIOLOGII

Pełen odlot i rozkwit! Rośliny, zwierzęta, owady i... organy.

Biology teacher

1. ceramiczny wazon serce Seletti - można postawić albo powiesić na ścianie; wzdycham od dawna i zamierzam zamówić sobie na urodziny
2. filiżanka albo talerz z owadem Gift Workshop - mają też inne przyrodnicze motywy
3. kalendarz Papiery Wartościowe z kolażem Aleksandry Morawiak - mój kalendarz na przyszły rok, najpiękniejszy, jaki miałam; są też wersje z gładką okładką i kolażem na w środku, a oprócz tego również notatniki i papier do pakowania z  tym wzorem
4. przypinka Żuk gnojowy od Marceliny Jarnuszkiewicz - do wyboru też inne stworzonka
5. talerze dekoracyjne z rybą Wallware - jestem zakochana w tych talerzach ze zwierzętami, roślinami i motywami anatomicznym; rybę dostałam w zeszłym roku na urodziny (na stronie producenta jest największy wybór motywów i rozmiarów, ale można je też kupić w polskich sklepach internetowych)
6. plecak Bez Nadzieja / Japier Papier - polecam ten sklep, sporo towaru dla malkontentów
7. pościel Foonka z kolażem Aleksandry Morawiak - a w opcji "nie mam kasy": jasiek albo poszewka na poduszkę
8. Birds in a Book - mała książeczka (w języku angielskim) z ptaszkami na gałązkach, które można wysuwać
9. Mini Planer Pełen Czasu - czyli notatnik (nie kalendarz) z ponoć najlepszym papierem w Polsce (macałam, wierzę); miłośniczkom zieleniny polecam obczaić całą kolekcję Dżunglove



CZYTELNICZKI POLECAJĄ

Na moich Insta stories zapytałam Was o prezenty, o których marzycie w tym roku, lub które w przeszłości najbardziej Was ucieszyły. Poniżej najczęściej powtarzające się propozycje. Chociaż nic nie przebije "głowy byłego".

My followers' choice

1. mata do jogi Miamiko - nie znam się, ale widzę, że cały Instagram na nich ćwiczy
2. składany kubek Stojo - ja mam jakąś taniochę z Allegro, ale te wyglądają zdecydowanie ładniej i porządniej
3. wełniana czapka Elementy - część z Was pisała, że marka w sumie nieważna, byle czapka była z wełny, ale najczęściej jednak wymieniałyście czapki Elementy i Moniki Kamińskiej - patronki akcji #zimabezakrylu
4. książka WEGE Jamiego Olivera - a dzięki za ten pomysł, kupię sobie :)
5. Instax Mini - potwierdzam, to jeden z najfajniejszych prezentów, jakie dostałam (mam model Instax Mini 70), koniecznie z wkładami, bo bez tego to jakby dawać zabawkę bez baterii
6. czytnik Kindle - mam, chociaż rzadko korzystam, ale najwyższy czas to zmienić, bo półki zaczynają się wyginać pod ciężarem książek
7. soniczna szczoteczka do oczyszczania twarzy Foreo - nigdy nie używałam (mam szczoteczkę Philipsa, o której pisałam tutaj) i zdziwiłam się, że w niektórych sklepach kosztuje 199 zł, a w innych ponad 600 zł, ale okazało się, że są różne modele i wielkości (choć kształt niemal identyczny) - zwróćcie na to uwagę!
8. Pan Kalendarz 2020 - gdybym nie miała już kalendarza, poważnie bym się nad nim zastanawiała, bo wygląda bosko (choć wolę układ: tydzień po lewej - notatki po prawej)
9. kosmetyczka z wieszakiem - bardzo wygodny gadżet, bo w hotelowych łazienkach jest zawsze za mało miejsca na postawienie kosmetyków; ja mam jakiejś nieznanej marki z Allegro za 3 dyszki i też jest super
10. kubek termiczny Vacuum / Duka - hicior nad hiciory, używam go od jakichś 4 lat i nadal trzyma ciepło do 7 godzin i nie przecieka; on-line aktualnie niedostępny, ale stacjonarnie powinien być spory wybór kolorów i pojemności (przed świętami często ze zniżką)
11. plecak Fjällräven Kånken - noszę niemal codziennie od 3 lat i uwielbiam (pisałam o nim tutaj); dostępny również w wersji Re-Kånken z poliestru z recyklingu



GANG SŁODZIAKÓW

Coś dla dzieci i/lub zdziecinniałych prawie 40-latków (my robimy tak, że kupujemy książki, czytamy, a potem obdarowujemy jakiegoś malucha).

Cuteness overload

1. Trzymaj mnie mocno - wiecie, że wydry w czasie snu trzymają się za łapki? albo że kiedy jest wzburzone morze, to łączą się w wyderkową tratwę? książka ma tylko 30 stron, ale obrazki są przerozkoszne!
2. Krasnoludki. Fakty, mity, głupoty - przepięknie ilustrowana książka przedstawiająca sekretne życie krasnali domowych, np. jak organizują wyprawy wspinaczkowe na tort w lodówce, przestawiają literki w druku albo wyłażą z odkurzacza, do którego zostały wciągnięte przy sprzątaniu, przy okazji roznosząc po całym domu paprochy
3. kubek z misiami Lamabo - najrozkoszniejsza rzecz, jaką widziałam
4. i 5. drewniane zabawki Jajeczko - mają całe zoo, klocki i inne zabawki, wszystko ręcznie robione
6. Boberek / Lisek z lasu - kupiłam dla bąbla w rodzinie (żeby zamówić, trzeba napisać do Wioletty wiadomość prywatną na IG; jakby co, Boberek ma ok. 40 cm i kosztuje 55 zł)
7. Simple Happy Kitchen - przewodnik po roślinnym stylu życia; mimo dzieciakowych ilustracji to raczej książka dla dorosłych, bo w środku są przepisy, informacje o wartościach odżywczych czy porównanie zużycia wody w produkcji warzyw i mięsa
8. ceramiczne broszki Piesek i Kupa - najgorszy dzień będzie dzięki nim mniej gówniany
9. wisząca doniczka Leniwiec - moje zwierzę totemiczne



DZIÓBEK POLECA

Zachęcona zeszłorocznym sukcesem, w tym roku również poprosiłam Dzióbka o kilka polecajek. Posiada z tego zbioru wszystko poza myszką, ale jak go znam, to się pewnie zmieni.

My Boyfriend's choice

1. kubek For.rest - są różne zwierzaki (Dzióbek ma misia, a ja żabę ze śląskiej kolekcji dla Gryfnie) i pojemności od 300 ml do 1 litra, chociaż dla nas 500 ml to optymalny herbaciany gabaryt
2. bezprzewodowe słuchawki BeatsX - dostał w zeszłym roku ode mnie na urodziny (zawsze mówimy sobie wprost, co chcemy dostać, i dlatego nasze prezenty są zawsze trafione); do tej pory się podnieca, jakie wygodne i jaki dźwięk super
3. pojemnik na zupę Joseph Joseph - bardzo praktyczna rzecz, bo do większego pojemnika (0,6 l) idzie zupa, a do mniejszego (0,3 l) np. makaron (albo np. danie + sałatka), a po zjedzeniu można złożyć; uwaga: zwróćcie uwagę na pojemność, bo mają też niemal identyczne, ale mniejsze pojemniki na sałatkę/jogurt
4. Zapiski z Królestwa - must-have każdego fana angielskiego futbolu
5. poduszka do akupresury Pranamat - poduszka (lub mata) z kolcami, która pomaga na bolące plecy, kark czy łydki po graniu w gałę; Dzióbek na studiach chodził na rehabilitację i tam właśnie na podobnej macie musiał leżeć; wskazówka: przed zakupem warto zajrzeć profil Pranamat Polska na IG i przejrzeć zdjęcia z oznaczeniem marki, bo influencerki często dzielą się rabatami 20-30% (sama w ten sposób kupiłam naszą poduchę)
6. koszulka Dama z prosiaczkiem Chrum.com (jest też wersja damska) - w ogóle polecam koszulki z Chruma - mega jakość  
7. kubek termoaktywny Super Mario - idealny dla fana gier; zmienia kolor pod wpływem gorąca!
8. gra Wiedźmin - w sam raz, żeby sobie przypomnieć przed premierą serialu na Netflixie (gra oczywiście nie jest nowa, ale dopiero niedawno wyszła w wersji na Nintendo Switch)
9. mydło Bat Szop / Soap Szop - zostań superbohaterem swojej łazienki!
10. mysz Logitech Master 3 - ponoć turbo kozak (choć bardzo czuły), z dodatkowym kółkiem obsługiwanym kciukiem (!) do przewijania w poziomie
11. koc NUDA / Pan Tu Nie Stał -  jedyna słuszna kreacja na Sylwestra (69% wełny)



CHARYTATYWNIE

Co roku wspieram świąteczne akcje charytatywne i namawiam Was do tego samego oraz/lub do udostępniania linków na Waszych Fejsbukach czy Insta stories. Niech dowie się o nich jak najwięcej osób!

Give back

1. Too Good To Go (aplikacja pomagająca ratować jedzenie z restauracji) - Stoliczku, nakryj się! Głód to nie bajka - Kup wirtualną paczkę i wesprzyj Banki Żywności
3. Fleurir - Kup dowolną ozdobę do włosów i wspomóż Stowarzyszenie mali bracia Ubogich (wejdź na Fleurir.pl, kup produkt, a pieniądze za niego przelej na konto Stowarzyszenia - szczegóły akcji tutaj; uwaga: bez względu na ceny w sklepie, wszystkie opaski są po 100 zł, a spinki i gumki po 50 zł)
5. Stowarzyszenie mali bracia Ubogich - Ufunduj wigilię dla starszej samotnej osoby
6. Bank Żywności SOS w Warszawie - Kup paczkę z jedzeniem na święta dla potrzebujących

***

Możecie też zerknąć do moich prezentowników z poprzednich lat: 2018, 2017, 2016. Sprawdziłam i wiele propozycji jest nadal aktualnych.


28 października 2019

Złota polska jesieniara

Nie, oczy Was nie mylą: tak, to nowy wpis na blogu, i tak, mam na sobie sukienkę! Proszę bez paniki. Głęboki wdech, wydech... Już? No to jedziemy.

W tym sezonie w social mediach furorę robi słowo JESIENIARA. Za każdym razem, kiedy je widzę, mam ochotę zapytać z wyższością, niczym Boguś Linda: "Co ty wiesz o jesieniarstwie?" No bo JA, szanowni Państwo, zawijam się w kocyk, chodzę po domu w futrzanych kapciach, piję hektolitry earl greya i śpię w piżamie z długimi nogawkami PRZEZ CAŁY ROK, nawet przy 30 stopniach. Jestem po prostu prawilną, wieczną zmarzliną, a nie żadną sezonową entuzjastką. Co nie zmienia faktu, że na dzisiejszych zdjęciach wyglądam jak stuprocentowa instagramowa jesieniara. Brakuje jeszcze tylko żebym się wytarzała w liściach, ale jest taki jeden mem, który skutecznie wybija to z głowy.

Przepis na Sztywniarę jesieniarę jest bardzo prosty i składa się prawie w całości z lokalnych składników. Trencz dostałam prawie rok temu od polskiej marki Elementy (nawiasem mówiąc, jest to marka, która znokautowała konkurencję, kiedy jakiś czas temu spytałam na stories o polecane przez Was polskie marki - jakby co, te stories są nadal przypięte na moim Instagramie). Koniecznie chciałam model Oslo w tym kolorze, czyli Bronze Gold (już niedostępnym), i kiedy w salonie dowiedziałam się, że został tylko jeden egzemplarz w rozmiarze L, byłam lekko załamana. Po przymierzeniu okazało się jednak, że wcale nie jest za duży. Dla porównania przymierzyłam też mniejsze rozmiary (w innych kolorach) i jak dla mnie różnica była ledwie zauważalna. One ogólnie mają raczej luźny fason, a w dodatku są tak sprytnie skrojone, że przy moich gabarytach w zasadzie każdy rozmiar jest OK. Uwielbiam ten płaszcz za wielkie, naszywane kieszenie, z których nie wypada komórka i w których mieści się nawet bidon z wodą (płytkie kieszenie w okryciach wierzchnich to moja zmora!). No i jest to mój ulubiony typ ubrania, czyli taki, w którym "szefuję" - bo powiewa i jakoś tak dodaje majestatu.

No dobrze, płaszcz płaszczem, ale co mi się stało, że kupiłam sukienkę? Ano sama jestem sobą zaskoczona. Zdarzało mi się już kupować sukienki, w których potem nie chodziłam, bo czułam się w nich za bardzo wystrojona, ale coś mi mówiło, że z modelem Suzanne marki Nalu będzie inaczej. I faktycznie, kiecka jest wyjątkowa, ale jednocześnie taka... codzienna. Nie czuję się w niej dziwnie i sztucznie (mimo że przecież chodzę prawie wyłącznie w spodniach, i to najczęściej dresowych), nie krępuje mi ruchów i ma taką długość, że sobie jej nie przydeptuję, wchodząc po schodach. Plus polska produkcja, wiskoza, halka (też z wiskozy), rabat (bo kupowałam w przedsprzedaży) oraz bonus dla osób, które nie lubią nosić stanika, ale nie lubią też przyciągać uwagi do biustu, kiedy zawieje zimniejszy wiaterek: ten wzór sprawia, że nic nie widać!

PS
Muszę powiedzieć, że ograniczanie zakupów w sieciówkach na rzecz lumpeksów (głównie) i polskich marek (rzadziej) idzie mi w tym roku jeszcze lepiej niż w poprzednim. Na pewno będę się chwalić efektami!

Made in Poland
Made in Poland
Made in Poland
Made in Poland
Made in Poland
Made in Poland
sukienka (model Suzanne, mam rozmiar M) - Nalu Bodywear
trencz (model Oslo, mam rozmiar L) - Elementy (#darylosu)
torba - Czajkaczajka  (pokazywałam ją bliżej  w tym wpisie
sztyblety (model Elaine) - Ecco (mają 4 lata)


8 lipca 2019

Go green!

Dzisiaj wpis zielony do kwadratu. Nie tylko ze względu na bujne krzaczory w krakowskim Parku Lotników, ale też na zestaw, który jest nienaprzykrzającym się zbytnio środowisku miksem rzeczy z drugiej ręki, od polskich marek oraz tego, co mam w szafie od dawna.

Kapelusza nie nosiłam od 2 lat i muszę przyznać, że naprawdę za tym tęskniłam. Krótkie włosy miały wiele plusów (szybkie mycie, szybkie schnięcie, brak kołtunów), ale niestety, w moim przypadku były zupełnie niekompatybilne z nakryciami głowy. Widok mojej facjaty w lustrze, kiedy włosy nie wystają mi spod czapki czy kapelusza... cóż, jak by to powiedziała Marie Kondo: doesn't spark joy. No ale kryzys zażegnany, jesienią wraca do gry moja domyślna wełniana fedora, a tymczasem sprawiłam sobie wersję letnią, która była zakupem tyleż z rozsądku (wszak trzeba łepetynę przed słońcem chronić), co z miłości (bo ach, ta czarna lamówka, i to wiązanie pod szyją - takie oldschoolowe, w dodatku teraz żadne wiatry mi niestraszne).

Drugą nowością (choć starością) są wiskozowe portasy, które owszem, trochę się gniotą, ale są idealne na upały, a do tego oszukują wszystkich, że mam talię niczym Marilyn Monroe. Nie dajcie się nabrać!

A skoro już o talii mowa, to moja nerka od Anacomito już się tu kiedyś pojawiła w wersji przewieszonej przez ciało, ale niedawno poprosiłam dziewczyny o dorobienie krótszego paska, właśnie po to, żebym mogła ją nosić tak ciasno w pasie (podpatrzyłam na ich stronie i bardzo mi się to spodobało). Jestem hejterką kantów i ostrych kątów w dizajnie, dlatego bardzo doceniam jej opływowy kształt i to, że jest taka mięciutka i "przytula się" do ciała niczym miś koala. Swój egzemplarz noszę już prawie 2 lata i nie mogę się nachwalić, jaka to wygodna rzecz. Odczuwam to codziennie (w stylówce zdecydowanie bardziej dresowej i w o wiele mniej fotogenicznym otoczeniu sklepowych półek i straganów z warzywami), bo wreszcie skończyło się wygrzebywanie portfela, kluczy czy telefonu spod sterty zakupów w przepastnej torbie. Teraz wszystkie potrzebne drobiazgi mam pod ręką - taka mała rzecz, a jak ułatwia życie. Dziewczyny szyją swoje nerki w 4 rozmiarach (na zdjęciu mam wersję Midi) i, co się chwali, wykorzystują do tego m.in. materiały i skóry z drugiej ręki (moja jest właśnie z tej linii) oraz skóry resztkowe. Jeśli akurat potrzebujecie nerki, to do 22 lipca możecie ją kupić z rabatem 10% (kod: GREENSZAFA).

Dzisiejszy zestaw dopełnia jedwabna koszula po Mamie (pokazywana tutaj), emeryckie klapki które spędzają ze mną już 5. lato, biżuteria, którą zapomnieliśmy sfotografować (ale pojawiła się w pełnej krasie na moim Instagramie), oraz pokręcone pierwszy raz od niepamiętnych czasów włosy (okupione poparzeniem lokówką - ewidentnie wyszłam z wprawy). No i kurczę, całkowicie obiektywnie muszę powiedzieć, że bardzo jestem zadowolona z tego, jak te puzzelki się dzisiaj ułożyły. Zwłaszcza kluczowy element tej układanki: Pan Fotograf Dzióbek (oklaski!).

Go green!
Go green!
Go green!
Go green!
Go green!
Go green!
Go green!
Go green!
Go green!

kapelusz z trawy morskiej - Roboty Ręczne
jedwabna koszula - vintage, po Mamie
nerka - Anacomito (do 22 lipca 2019 z kodem GREENSZAFA rabat -10%) 
wiskozowe spodnie - vintage / HoplaStore.pl
klapki - Birkenstock
kolczyki - Anna Ławska, naszyjnik - Kopi - do obejrzenia tutaj

2 czerwca 2019

Cóż, że ze Szwecji, czyli Ryfka w Malmö

[Wpis we współpracy z @malmotown]

Czy wpadłabym na to, żeby pojechać do Malmö, gdyby nie zaproszenie od tamtejszego Urzędu Miasta? Pewnie nie. Od dawna chcieliśmy odwiedzić Skandynawię, ale (dość typowo) celowaliśmy raczej w Sztokholm albo Kopenhagę. Malmö nie pojawiało się na naszej podróżniczej top-liście, i zresztą chyba nie tylko na naszej, bo w Polsce nie można nawet kupić przewodników ani map tego miasta. Malmö występuje co najwyżej jako kilkustronicowy dodatek w opasłych przewodnikach po Kopenhadze (te dwa miasta łączy ze sobą Most Öresund, dzięki któremu w pół godziny można pociągiem lub samochodem wpaść w odwiedziny do sąsiadów).

Mimo że o Malmö nie wiedziałam praktycznie nic, to kiedy przeczytałam mejla z propozycją, odstawiłam taniec radości, niczym Hugh Grant w Love Actually. Bo zawsze uważałam, że najfajniejsze, co mogłoby mnie spotkać w temacie współpracy blogowej, to właśnie podróżowanie. Okazało się, że - wbrew wszystkim kołczingowym hasełkom - wystarczy nic nie robić, a marzenia same się spełniają :D

Umowa była prosta: ja spędzam kilka dni w Malmö na koszt miasta, a w zamian dzielę się wrażeniami na Instagramie i blogu. Czyli dokładnie tak, jak to robię w przypadku każdego mojego prywatnego wyjazdu. Żadnej cenzury, żadnego akceptowania treści przed publikacją (co zresztą byłoby dość trudne, bo piszę po polsku ;), po prostu wolna amerykanka. Dla mnie układ idealny.

No dobra, to JAK BYŁO?


PORZĄDEK MUSI BYĆ

Jeśli miałabym opisać Malmö dwoma słowami, to byłyby to ŁAD i ZIELEŃ. Choć miasto nie może pochwalić się spektakularnymi zabytkowymi budowlami czy innymi znanymi na cały świat atrakcjami, to ma sobie coś, co bardzo mi odpowiada: spokój. Zarówno werbalny (przez minimalny ruch samochodowy - o tym będę pisać niżej), jak i wizualny. Panuje tam niesamowita architektoniczna harmonia. Jest dużo przestrzeni, budynki są ładne, schludne, nieprzesadzone i dobrze się ze sobą komponują. Nie ma konstrukcyjnych potworków szpecących krajobraz. Nie ma wielkich banerów, oczojebnych szyldów, pstrokatych plandek na ogrodzeniach i całego tego syfu, który tak mnie denerwuje u nas. Naprawdę miałam wrażenie, że moje oczy mogą tam swobodnie "oddychać".

Do tego jest naprawdę dużo zieleni. W którą stronę by nie pójść, zawsze trafi się do jakiegoś parku (w całym mieście jest ich aż 15). I pisząc "park" nie mam na myśli trawnika, drzew i paru ławek, ale duże, zadbane tereny z różnorodną roślinnością, kwiatami, stawami, w których taplają się kaczki, i rzeczkami, po których pływają łódki.


ROWEROWY RAJ

Zatrzymaliśmy się w Ohboy hotell, który jest hotelem... rowerowym. Do każdego pokoju przypisany jest składany rower oraz  kołnierz Hövding - szwedzki wynalazek, który zakłada się na szyję i który przy zderzeniu zamienia się w dmuchany kask / poduszkę powietrzną. Kiedy poszliśmy na recepcję po drugi rower (jest możliwość wypożyczenia dodatkowego egzemplarza, a nawet roweru towarowego), akurat inny gość hotelowy testował jakiegoś miętowego dziwoląga z małymi kółeczkami, krótką kierownicą i trójkątną ramą, który wyglądał jak koślawa hulajnoga. Ostatecznie stwierdził, że to nie dla niego i wybrał tradycyjnego hotelowego czarnego składaka. Jak to zobaczyłam, od razu pomyślałam: "O, nie, żeby tylko teraz nie wcisnęli tego miętusa mnie!" No i co? Oczywiście wcisnęli. Pan zachwalał, że to model marki Strida, taki "oryginalny", łatwoskładalny, z gumowym (!), niebrudzącym łańcuchem (bez smaru), jednak jakoś nie byłam przekonana. No ale nie chciałam sprawiać kłopotu (po skandynawsku), więc wzięłam, co dają. Na początku trudno mi było go wyczuć, ale już po kilku przejażdżkach popylałam na nim, aż miło. Może i ma urok Fiata Multipli, ale okazał się lekki i zadziwiająco szybki. 

Przejeździliśmy na rowerach cały nasz pobyt (3 dni) i była to naprawdę czysta przyjemność. No ale w 5. najbardziej przyjaznym rowerzystom mieście na świecie nie mogło być inaczej. Malmö ma ok. 500 km ścieżek rowerowych (dla porównania, Kraków - tylko 100 km, mimo że jest miastem o prawie 4-krotnie większej powierzchni). Aż 1/4 wszystkich podróży po mieście odbywa się na rowerze. Zachwyciła nas tamtejsza kultura jazdy: nie dość, że samochodów na ulicach jest bardzo mało, to jeżdżą bardzo powoli i ZAWSZE ustępują pieszym i rowerzystom! My z przyzwyczajenia zatrzymywaliśmy się przed każdym przejazdem i byliśmy w szoku, kiedy kierowcy ustępowali nam pierwszeństwa. Serio, pierwszy raz czuliśmy się jak pełnoprawni uczestnicy ruchu.

W ogóle niesamowite jest to, jak piesi, rowerzyści i kierowcy pokojowo tam ze sobą koegzystują. Jest wiele łączonych ścieżek pieszo-rowerowych, ale nikt nie jeździ jak wariat, ludzie na siebie uważają, nie ma tłoku, nikt nikomu nie przeszkadza. No i rowerzyści zawsze sygnalizują skręt ręką, co u nas jest raczej wyjątkiem niż regułą. A jeżdżą tam naprawdę WSZYSCY. Ludzie w garniturach dojeżdżający do biur, rodzice na rowerach cargo z drewnianą przyczepką z przodu, w której wożą swoje pociechy (czasem nawet dwójkę plus psa) czy elegancko ubrani dziadkowie (pani w czółenkach i z torebeczką na złotym łańcuszku), być może pedałujący na kolację albo do teatru.

Jeśli wybieracie się do Malmö, niekoniecznie akurat do rowerowego hotelu, polecam obczaić sieć rowerów miejskich Malmö by bike. Za ok. 32 zł macie 24 godziny jeżdżenia (a za ok. 70 zł aż 3 dni). A jeśli wolicie dalsze wyprawy na dwóch kółkach, może nawet kilkudniowe, to w czerwcu otwarta zostanie nowa trasa rowerowa South Coast Trail po regionie Skåne. Aż 260 km!


EKO-MIASTO

Malmö jest światowym prymusem wśród "zielonych miast" (w 2006 roku otrzymało tytuł pierwszego szwedzkiego Miasta Fair Trade) i to widać gołym okiem. Oprócz minimalnego ruchu samochodowego (serio, zastanawiałam się, czy wszyscy gdzieś wyjechali, czy jak?) i wszechobecnych rowerów, o których pisałam wyżej, po ulicach jeżdżą zielone autobusy zasilane biopaliwem z... miejskich odpadków. Do 2020 roku działania wszystkich miejskich instytucji mają być w 100% neutralne dla klimatu, a do 2030 - całe miasto. Dzielnica, w której mieszkaliśmy, Västra Hamnen, już jest w 100% zasilana lokalnie wytwarzaną energią z odnawialnych źródeł. To wszystko efekt wielu lat planowania i wprowadzania systemowych zmian. Miasto nieustannie prowadzi kampanie edukujące mieszkańców (np. w temacie segregowania odpadów), jednak rozumie, że samo uświadamianie nie wystarczy i muszą iść za tym konkretne, ułatwiające życie działania. Dlatego na przykład w Västra Hamnen odległość z dowolnego mieszkania do najbliższego przystanku autobusowego nie przekracza 300 metrów. I to z pewnością przekonuje o wiele bardziej niż same kolorowe plakaty z hasełkami zachęcającymi do rezygnacji z samochodu.


GDZIE WARTO SIĘ WYBRAĆ?

OK, ale co w tym Malmö w ogóle robić oprócz podziwiania ekorozwiązań? W ciągu 3 dni nie poznałam oczywiście miasta na tyle, żeby móc oprowadzać po nim wycieczki, ale kilka miejsc mogę polecić. Przede wszystkim Bibliotekę Miejską Malmö (Stadsbiblioteket). Po pierwsze, sam budynek robi niesamowite wrażenie: wysokie na 17 metrów przeszklone ściany, a za nimi bujna zieloność parku. Po drugie - szok nad szoki - do środka może wejść po prostu KAŻDY. Normalnie, z ulicy, bez żadnej karty! Tak jakby ta biblioteka była rzeczywiście PUBLICZNA, dla wszystkich. Co to za lewackie pomysły, ja się pytam?! Żeby wypożyczyć książkę do domu, trzeba już oczywiście mieć kartę, ale pobuszować między regałami, posiedzieć w fotelu i poczytać (a jest bardzo dużo książek w języku angielskim) czy skorzystać z komputerów można nawet będąc przypadkowym (i wielce zdziwionym) turystą z Polski.

Polecam też spacer po parku rozciągającym się od biblioteki po Zamek Malmöhus. Jeśli chodzi o mieszczące się w zamku Malmö Museer, to jakoś nas nie porwało - być może dlatego, że trafiliśmy akurat na remont i część wystaw była zamknięta. Z kolei Moderna Museet, czyli Muzeum Sztuki Współczesnej (już w innej części miasta), jest niewielkie, ale wstęp do niego jest darmowy (#CebulaAlert), a do września mają wystawę prac Andy'ego Warhola.

Chyba najbardziej zaskoczyło nas Disgusting Food Museum. Nastawialiśmy się na rozrywkę na poziomie sklepików ze "śmiesznymi rzeczami", a tymczasem było naprawdę ciekawie i edukacyjnie. Można tam oglądać najbardziej obrzydliwe dania z różnych stron świata, poczytać, skąd pochodzą, a nawet zobaczyć (na ekranach umieszczonych obok), jak wygląda proces ich przygotowania (który często jest o wiele bardziej obrzydliwy niż samo danie). Smażone pająki i świerszcze, muchy w oleju, bycze jądra, cały "ołtarz" śmierdzących serów, wino ze zwierzęcych penisów albo młodych myszek, jajko z kaczym płodem... Po obejrzeniu kilku eksponatów przestaliśmy się dziwić, że przy wejściu każdy zwiedzający dostaje torebkę na wymioty. Niektóre smakołyki można powąchać (wystarczy odkręcić słoik z próbką), a najodważniejsi mogą również kilku spróbować. My skosztowaliśmy duriana, który - choć śmierdział straszliwie - smakował słodko, jak karmelizowana cebulka, oraz słonej lukrecji, którą szybko wypluliśmy i naprawdę niewiele brakowało, a wyzerowalibyśmy licznik, który obwieszczał, że ostatni zwiedzający wymiotowali w muzeum 9 dni temu.

W sumie fascynujące jest to, jak obrzydzenie jest uwarunkowane kulturowo. To, co w jednym miejscu jest przysmakiem, w innym budzi wstręt. Ponoć wielu obcokrajowców nie jest w stanie znieść zapachu naszego bigosu (w muzeum była butelka z polskim sokiem z kiszonej kapusty), Polaków z kolei otrzepuje na myśl o zupie z nietoperza czy koktajlu z owczym okiem, ale już galaretę ze świńskich nóżek czy ozorek niektórzy z nas wcinają, aż im się uszy trzęsą. Muzeum naprawdę skłania do zastanowienia się nad tym, co ląduje na naszych talerzach, w jaki - czasem bardzo okrutny - sposób  powstaje (np. foie gras) i... czy nie lepiej jednak przerzucić się na rośliny.

Przechodząc płynnie od smrodów do pachnideł (i to wolnych od okrucieństwa), serdecznie polecam wizytę w Lushu - sklepie z kosmetykami, z których większość sprzedawana jest bez opakowań (to oczywiście nie jest szwedzka marka, ale warto skorzystać z okazji, bo choć mają sklepy w wielu europejskich miastach, to w Polsce nadal nic). Mają mydła, kule do kąpieli, szampony i odżywki w kostce, żele pod prysznic w postaci stałej... słowem wszystko, czego potrzebuje łazienka człowieka z zajawką na zero waste (i pełnym portfelem). Dokładnie naprzeciwko, w Science Fiction Bokhandeln czekają wrażenia z zupełnie innej bajki, a właściwie wielu bajek, bo znajdziecie tam książki, gry i gadżety ze świata science-fiction, fantasy, anime czy kreskówek (większość po angielsku). Dzióbek był zachwycony.

Fajnym miejscem jest też Mitt Möllan - pawilon z butikami lokalnych projektantów i rękodzielników, sklepami z oryginalnymi dodatkami do mieszkania (zakochałam się w zwierzątkowych doniczkach z Pill & Punch) czy ubraniami vintage (Beyond Retro). My chyba trafiliśmy akurat na jakieś targi, bo było mnóstwo stoisk z ręcznie robioną biżuterią, ceramiką, ubraniami, plakatami, starociami i innymi cudeńkami, w tym stoisko miejscowego sklepu zero waste Gram (który muszę odwiedzić następnym razem).

Jeśli chodzi o jedzenie, to absolutnymi kulinarnymi hiciorami okazały się dla nas dwa miejsca, oba wegańskie i oba z mnóstwem roślin nie tylko na talerzach, ale i we wnętrzach: Sajvva z kuchnią indyjską, koreańską i wietnamską (do tej pory jestem w szoku, jak udało im się zrobić wegańską śmietanę, która smakowała jak prawdziwa kwaśna śmietana!) oraz Mineral z prostymi, ale przepysznymi daniami, które śnią mi się teraz po nocach, i klimatem trochę w stylu krakowskiego Kazimierza. Fajnym doświadczeniem, nieco bardziej w stylu high life, była też kolacja w Kitchen & Table na 25. piętrze wieżowca z widokiem na całe miasto. A z cyklu "kilka w jednym" polecam jeszcze Saluhall - wiele różnych knajp i sklepów z lokalnymi smakołykami pod jednym dachem (m.in. słynnymi szwedzkimi bułeczkami cynamonowymi z kultowej piekarni St. Jakobs Stenugnsbageri).

***

W ogóle mam wrażenie, że z wiekiem nasze podejście do wyjazdów ewoluowało. Kiedyś podróż to było dla nas (no dobra, bardziej dla mnie) wyzwanie pt. "jak upchnąć 50 zabytków w 5 dni", a teraz zwiedzamy bardziej na czilaucie i zamiast zaliczać naj-starszy/-wyższy/-sławniejszy budynek czy pomnik, wolimy obserwować życie i na przykład rozkminiać, skąd na ulicach Malmö aż tylu facetów z wózkami (odpowiedź: urlop rodzicielski w Szwecji to aż 480 dni do podziału na oboje rodziców, z czego 90 dni jest nieprzechodnie, więc jeśli jedna osoba nie wykorzysta, to przepada). Ogólnie klimat Malmö bardzo nam przypasował. Cisza, spokój, mało ludzi, sporo zieleni i przestrzeni. Powiedziałabym, że to idealne miasto dla introwertyków i osób nielubiących przeładowania bodźców.

Jeśli miałyście okazję odwiedzić Malmö albo inne szwedzkie miasta, dajcie znać, jak Wasze wrażenia. A jeśli dopiero myślicie o podróży do Szwecji, bardzo polecam bloga Anki, która mieszka w Malmö i której wskazówki (np. żeby nie wymieniać kasy, bo wszędzie można płacić kartą) bardzo ułatwiły nam życie. Dziękuję też za Wasze polecenia na FB - jak zawsze mi się przydały!


Malmö: Moderna Museet
Przepis na światowy pokój na budynku Muzeum Sztuki Współczesnej.
Malmö: Turning Torso, Ohboy hotell
Turning Torso - chyba najbardziej charakterystyczny budynek w Mal. I nasz rowerowy hotel.Malmö: Ohboy hotell
Do każdego pokoju rower gratis.
Malmö: Ohboy hotell
Mój miętowy dziwoląg z gumowym łańcuchem i bardziej klasyczny czarny składak Dzióbka.
Malmö: Ohboy hotell
Na wyposażeniu pokoju jest również deskorolka...
Malmö: Skate park
...bo po drugiej stronie ulicy jest wielki skate park, po którym szaleją duzi i mali.
Malmö: Ohboy hotell
Pokój urządzony oczywiście w stylu skandynawskim. Biuściasty wazon to chyba lokalny hit, bo spotykaliśmy takie w wielu miejscach.
Malmö: Ohboy hotell
Przy łóżku biografia Zlatana Ibrahimowicia - chyba najsłynniejszego szwedzkiego piłkarza, który urodził się w Malmö i debiutował w tutejszym klubie.
Malmö:
Wodne pojazdy w kolorach szwedzkiej flagi.
Malmö City Library
Wypasiona (i ogólnodostępna!) Biblioteka Miejska z widokiem na park. WOW.
Malmö
Kiedyś do różańca, teraz do tańca, czyli kościół zamieniony na klub nocny.
Malmö Saluhall
Malmö Saluhall - restauracje i sklepy z lokalnymi produktami pod jednym dachem. Malmö: Lush
Odgrażałam się, że wizyty w Lushu nie odpuszczę!
Malmö: Lush
Tyle kolorowych cudeniek bez plastiku!
Malmö: Lush
Wyszłam z szamponami (no ba!) i stałym żelem pod prysznic (nie mydłem!) w kształcie butelki.
Malmö: Moderna Museet
W Moderna Museet była akurat wystawa prac Louise Bourgeois...Malmö: Moderna Museet
...i Andy'ego Warhola.
Malmö: Moderna Museet
Banana nikt tu nie ocenzurował.
Malmö: Mineral
Mineral - wegańska restauracja z przepysznym jedzeniem i klimatem w stylu krakowskiego Kazimierza.
Malmö: Sajvva
I Sajvva - nasz drugi wegański hit. Niebo w gębie!
Malmö: Lilla Torg
Malowniczy Mały Rynek (Lilla Torg).
Malmö: Mitt möllan
Cyce jak donice. Albo jak wazony. Czyli stoisko Betuttad w Mitt Möllan.Malmö: Mitt möllan
Doniczko-zwierzaki w Pill & Punch.
Malmö: Mitt möllan
Amen, siostry.
Malmö: Mitt möllan
Stoisko sklepu zero waste Gram w Mitt Möllan.
Malmö: Mitt möllan
Takie pamiątki przemawiają do mnie o wiele bardziej niż magnesy i breloczki. Malmö: Mitt möllan
Beyond Retro, czyli wintydżowy raj.
Malmö: Mitt möllan
Niestety, nic nie kupiłam, bo nie potrafię buszować w towarzystwie kogoś, kto najchętniej byłby gdzie indziej (w tej roli Dzióbek).
Malmö
No podobało mi się.
Malmö
Tę latarnię mijaliśmy na rowerach kilka razy dziennie.
Malmö city bus
Miejskie autobusy - "100% green power".
Malmö: Hövding airbag bicycle helmet
Rowerzystka w magicznym kołnierzu z poduszką powietrzną...
Malmö: Hövding airbag bicycle helmet
...która przy wypadku zabezpiecza głowę.
Malmö
 Malmö umie w parki. Malmö
Bardzo się polubiliśmy z miętuskiem.
Malmö: Science-fiction bookstore
Polecam tę księgarnię wszystkim fanom science-fiction i fantasy!
Malmö: Science-fiction bookstore
Mnogo mangi.
Malmö: Science-fiction bookstore
 Jest coś dla każdego fandomu. Malmö: Science-fiction bookstore
"Gry o tron" nie oglądałam, ale taką wycieraczkę mogłabym mieć. Malmö: Science-fiction bookstore
Po prawej polski akcent, a po lewej książka, na którą zachorował Dzióbek.
Malmö bikes
Jeden z wielu parkingów rowerowych na mieście. Niektóre nawet nie przypięte!
Malmö
Nie mogę się zdecydować, czy na moim wyglądałam bardziej hipstersko, czy jakbym właśnie obrabowała bank i uciekała przed policją na rowerku buchniętym jakiemuś biednemu dziecku.
Malmö
Szwedzki klasyk, czyli słynny konik z Dalarny.
Malmö
Na górze tego wieżowca zjedliśmy naszą pożegnalną kolację.
Malmö: Kitchen & Table
Jedzenie bardzo spoko, ale widok na Malmö o zachodzie słońca - 15/10. Malmö: Disgusting Food Museum
Odwiedzający Disgusting Food Museum dostają przy wejściu torebkę na wymioty. Tablica z rzygolicznikiem potwierdza: to nie żarty.
Malmö: Disgusting Food Museum
Słynny szwedzki sfermentowany śledź - ponoć jedna z najbardziej śmierdzących potraw na świcie (PS to prawda, wąchałam).
Malmö: Disgusting Food Museum
Niewinnie wyglądające chińskie wino z... 3 penisów (foki, jelenia i psa). Oraz główny składnik bat-zupy.
Malmö: Disgusting Food Museum
  Był też przysmak made in Poland. A po prawej durian - największy śmierdziuch wśród owoców.
Malmö: Disgusting Food Museum
W muzealnej fotobudce można sobie zrobić obrzydzoną fotę (puszczają smrodek dla bardziej autentycznego efektu).
Malmö: Disgusting Food Museum
Krwawa mongolska Mary - z okiem owcy. Po prawej chińskie wino z młodych myszek.
Malmö: Disgusting Food Museum
Smażona tarantula z Kambodży i gotowane jajo z kaczym płodem z Filipin.
Malmö: Disgusting Food Museum
Kiedy dziwisz się, co robią żelki w takim muzeum, a potem przypominasz sobie, z czego się robi żelatynę.
Malmö: Swedish food
  A skoro o jedzeniu mowa: po lewej piekarnia ze słynnymi szwedzkimi cynamonowymi bułeczkami, a po prawej smakołyki kupione z Waszego polecenia (po powrocie dowiedziałam się, że czekolady Marabou są dostępne w Ikei).

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...