2 października 2015

Ukryta opcja niemiecka

Za każdym razem, kiedy pojawiam się w pracy w tym kombinezonie, przez cały dzień odpowiadam na pytania o to, gdzie zaparkowałam F-16, czy wymienię komuś olej w samochodzie albo czy przeniosłam się ze swojego działu do magazynu. Dziwne, że nikt nie pyta, czy bardzo się potłukłam, kiedy spadałam z nieba, chociaż byłoby to jak najbardziej na miejscu, bo to w końcu kombinezon lotniczy.

Strój należał wcześniej do jakiegoś niemieckiego żołnierza, po czym trafił do mojego kolegi - fana militarnych gadżetów, biegania po lasach z karabinem na kulki i różnych takich surwiwalowych klimatów. Kolega jest bardzo wysoki, więc musiał odpowiednio wydłużyć rękawy i nogawki - tylko po to, żeby kolejny właściciel, czyli ja, musiał je teraz z powrotem podwijać. Myślałam o ich skróceniu, ale kolega dokonał przeróbek tak profesjonalnie, że żal niszczyć tę kunsztowną robotę. Pomijając długość, kombinezon leży na mnie idealnie (plusy chłopięcej sylwetki). Spodziewałam się, że będzie sztywny, a tymczasem jest bardzo mięciutki i wygodny. W sumie ma aż trzynaście kieszeni (do tego dochodzą różne sprzączki i uchwyty), więc teoretycznie można by przy nim całkiem zrezygnować z torby. Testy jednak wykazały, że nie jest to wcale taki dobry pomysł, ponieważ wrzucony do którejkolwiek kieszeni telefon staje się natychmiast zaginiony w akcji, a próby zlokalizowania go poprzez poklepywanie się po kolejnych partiach ciała wyglądają dla postronnego obserwatora trochę jak układ taneczny z "Makareny", a trochę jak poszukiwanie zaginionych "kobiecych kształtów".






kombinezon niemieckich sił powietrznych - odkupiony od kolegi
okulary przeciwsłoneczne - Moschino / TK Maxx
buty - Tommy Hilfiger / paradopary.pl

14 września 2015

Denim do kwadratu

Chociaż uwielbiam jeździć na rowerze (o czym pisałam już tutaj), to muszę przyznać, że moja stylówka wyraźnie ucierpiała, odkąd zaczęłam regularnie pedałować do pracy. Niby jeździć można we wszystkim, ale, jako zagorzały pragmatyk, zdecydowanie wolę w wygodnym. Efekt jest taki, że prawie codziennie mam na sobie jakąś bluzę, dżinsy i sportowe buty. Czyżby to ten słynny normcore? Cóż, ja bym powiedziała, że po prostu nuda.

Dlatego cieszę się, kiedy w weekend mogę się trochę bardziej wypindrzyć. "Wypindrzyć", czyli w moim świecie: założyć sukienkę typu worek na ziemniaki i męskie buty. Mrrrau...

"Worek" to projekt polskiej marki A2, o istnieniu której dowiedziałam się z bloga Soie (oba adresy gorąco polecam) i w której (a szczególnie w kolekcji denimowej) zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Ciekawe modele, ubrania szyte w Polsce, a do tego ceny, które nie wywołują zawału (za moją sukienkę dałam, ze zniżką -15% za zapisanie się do newslettera, 169 zł). Jakby to powiedział Joey: What's not to like?

Na półbuty z dzisiejszego zestawu czaiłam się od jakiegoś roku. Skoro przez ten czas mi nie przeszło, to nie było wyjścia: musiałam je w końcu mieć. Był to kolejny ponadprzeciętnie udany zakup, bo nie dość, że idealnie wpisują się w moją kolekcję nieseksownego obuwia, to w dodatku pasują do większości tego, co mam w szafie. Dziś mogę powiedzieć, że czuję się całkowicie spełniona jako szafiarka.

Little blue dress
Little blue dress
Little blue dress
Little blue dress
Little blue dress
kapelusz - Bytom
sukienka - A2
rajstopy - Calzedonia
półbuty - Vagabond (model Amina)