21 lipca 2014

Menorca, extasy and motion (oh, oh, oh)!

Pamiętacie moją wakacyjną relację z Barcelony sprzed 4 lat? Pisałam w niej m.in. o dziwnych sandałach, które nosił tam co drugi mijany przez mnie tubylec, a które skojarzyły mi się z filcowymi kapciami zakładanymi dawniej przez zwiedzających w polskich muzeach. Okazało się, że te "muzealne kapcie" nazywają się avarcas (lub, jak kto woli, abarcas) i są tradycyjnym obuwiem hiszpańskim pochodzącym z Minorki (stąd ich alternatywna nazwa: menorquinas). Pierwsze avarcasy tworzyli tamtejsi rolnicy z kawałków skór i... zużytych opon samochodowych (tu odjazdowa ciekawostka: współczesne avarcasy mają podeszwy ze żłobieniami przypominającymi właśnie bieżnik opon). Dziś natomiast jest to flagowy produkt regionalny, noszony nawet przez członków hiszpańskiej rodziny królewskiej.

Dzięki sklepowi El Pomelo od kilku tygodni oryginalne sandałki made in Menorca noszę i ja. Może nie są to buty, w których można się zakochać od pierwszego wejrzenia, ale od pierwszego założenia - na pewno. Pisałam kiedyś, że w ubraniach (i akcesoriach oczywiście też) oprócz ich wyglądu i przyjemności noszenia duże znaczenie ma dla mnie to, jakie skojarzenia u mnie wywołują. A avarcasy są nie tylko wyjątkowo wygodne, ale na domiar dobrego zawsze wprawiają mnie w taki hiszpański, leniwy, wakacyjny nastrój.

Czy te dziwne buty mają szansę się u nas przyjąć? Niedawno w wersji złotej i srebrnej znalazły się w ofercie naszej polskiej Justyny Chrabelskiej, mignęły mi też na kilku blogach i portalach modowych, tak więc kto wie? Nie miałabym nic przeciwko, chociaż, jak przezornie napisałam 4 lata temu, "pamiętajcie, jak by co, to ja wyczaiłam ten trend pierwsza!"

2a
4b
Abarcas / avarcas / menorquinas
Menorca, extasy and motion (oh, oh, oh)!

koszulka - Jack & Jones
spódnica - H&M
torba - Bags by MAY (ostatnio ulubiona)
okulary - Moschhino / TK Maxx
sandały - RIA / El Pomelo (prezent) 

14 lipca 2014

Mucha nie siada!

Dawno mnie tu nie było, bo, jak pewnie wiecie z mojego Facebooka, od kilku tygodni całkowicie pochłania mnie przytulanie się do lodówek, noszenie na głowie krzeseł i pilnowanie, żeby Dzióbek nie kupował obcym kobietom hot-dogów w Ikei. O ciuchach praktycznie w ogóle ostatnio nie myślę. W zasadzie to nie myślę o niczym, co nie dotyczy urządzania mieszkania. To jest jak choroba. Albo stan zakochania. W sumie na jedno wychodzi.

Ogólnie na razie mieszkamy jak w magazynie. I niestety nie mam tu na myśli "Elle Decoration". Po prostu za sprawą wszechobecnych pudeł i worków nasza baza przypomina jakiś skład albo hurtownię. Ale powoli zaczynamy się zadomawiać: stopniowo ogarniamy ten bajzel, poznajemy okolicę (chyba nigdzie nie widziałam takiego zagęszczenia reklam KFC - czuję, że to moja dzielnia!), a w zeszłym tygodniu udało mi się w końcu opracować nowy rowerowy dojazd do roboty (bo pierwsza próba wyprowadziła mnie - całkiem dosłownie - w pole). Dużo jeszcze mamy do zrobienia i załatwienia, ale cieszy mnie to wszystko, a siedząc wczoraj wieczorem na balkonie, pomyślałam, że jestem naprawdę niebezpiecznie blisko sielanki. Dobrze jest!

3
1
2
koszula - MyElphi.com (prezent)
mucha - Marthu.com
dżinsy - Levi's + łaty naszyte przeze mnie
buty - Skechers / answear.com