Nie lubię mieć świadków podczas "sesji" na bloga (pewnie dlatego, że wiem, jak idiotycznie musi to wyglądać) i zawsze szukam miejsc, gdzie jest jak najmniej ludzi. Wyjątkiem jest Rynek. Na Rynku wszyscy robią zdjęcia, więc mogę udawać, że przyjechałam do Krakowa na wycieczkę, i nikt się nie domyśli, że tak naprawdę jestem egocentrycznym pustostanem, który cyka sobie fotki na blogaska o ciuszkach. Tak przynajmniej mi się wydawało. Dzisiaj jednak zostałam bezbłędnie rozszyfrowana przez dwie (prawdziwe, sądząc po plecakach) turystki, które przechodząc obok mnie mruknęły coś w stylu "Ale się wystylizowała!"
Ano rzeczywiście się wystylizowałam, chociaż ja bym raczej powiedziała, że się "wypindrzyłam". Ze szczęścia się wypindrzyłam, bo naprawdę nie mogłam się już doczekać, kiedy temperatura podskoczy tak, że będę mogła w końcu założyć spódnicę i ubrać się ładnie, a nie ciepło. Po tej zimie (krótkiej, co prawda, bo na moim blogu trwała tylko dwa posty ;) nie mogę już patrzeć na spodnie i w środę utopię je chyba wszystkie w Wiśle zamiast marzanny. Wiosna!
Ano rzeczywiście się wystylizowałam, chociaż ja bym raczej powiedziała, że się "wypindrzyłam". Ze szczęścia się wypindrzyłam, bo naprawdę nie mogłam się już doczekać, kiedy temperatura podskoczy tak, że będę mogła w końcu założyć spódnicę i ubrać się ładnie, a nie ciepło. Po tej zimie (krótkiej, co prawda, bo na moim blogu trwała tylko dwa posty ;) nie mogę już patrzeć na spodnie i w środę utopię je chyba wszystkie w Wiśle zamiast marzanny. Wiosna!
chusta - Vintage-Square.pl
pasek - ciucholand
spódnica - Zara
rajstopy - Calzedonia
torba - Nowińska (Sagana.pl)
buty - Clarks (Echooo.pl)
fryzura - "na skarpetę" - z tym że zamiast prawdziwej skarpety zaopatrzyłam się w profesjonalny "druciak" do mycia garów, czyli tzw. wypełniacz do koka (okropna nazwa)


