sobota, 22 lipca 2017

W dziesiątkę! Czyli wszystkie moje buty

Kiedy jakiś czas temu oznajmiłam na Fejsie, że udało nam się z Dzióbkiem uszczuplić nasze obuwnicze kolekcje do 10 par butów na łebka (wliczając w to kapcie i buty do piłki nożnej), niektórzy byli zszokowani ("Rany! Jak tego dokonałaś? Ja mam 40 par i ciągle mi mało!"), na innych nie zrobiło to wrażenia ("Phi! Też mi wyczyn. Ja mam 4!"), a jeszcze inni domagali się naocznego dowodu ("Pics or it didn't happen!"). No to dzisiaj, z właściwym sobie poślizgiem, spełniam życzenie tej ostatniej grupy.

I kolejny raz podkreślam, że wcale nie uważam, że każdy powinien na gwałt zacząć pozbywać się swoich rzeczy (szerzej pisałam o tym tutaj). Ja się pozbywam tego, czego nie używam, z czystego pragmatyzmu: mniej rzeczy to mniej sprzątania, mniej szukania i więcej miejsca (które w małym mieszkaniu, takim jak nasze, jest na wagę złota). Obuwniczy nadmiar wkurzał mnie szczególnie, bo buty zajmują tego miejsca naprawdę sporo. W naszym poprzednim mieszkaniu w przedpokoju stało kilkanaście par, w moim pokoju piętrzyły się Dwie Wieże Pudeł, a kilka kolejnych poupychanych było w szafie wnękowej. Stopniowo (bardzo stopniowo, bo trwało to w sumie kilka lat) ograniczyłam swój zbiór do 10 par, z czego na dobrą sprawę wystarczyłoby mi 6, ale jeszcze nie dojrzałam, żeby pozbyć się tych pozostałych. 

Zostawiłam ulubione, często noszone, wygodne, pasujące do wszystkiego i... duże. W sensie, nie za duże, tylko konkretne, czy, jak pewnie powiedzieliby niektórzy: toporne. Nie cierpię delikatnych, "seksi" bucików. Czuję się w nich jak kolos na glinianych nóżkach, mam wrażenie, że mojej sylwetce brakuje osadzenia w podłożu i że moja postać jest jakaś nieproporcjonalna. Moje buty muszą być konkretne i na grubej podeszwie. Kolorystycznie raczej u mnie nudno (szalone, kolorowe egzemplarze wyleciały z szafy, bo i tak ich nie nosiłam), no ale na szczęście nie startuję w konkursie na najciekawszą garderobę. Dobra, to to po kolei. Oto, z czego składa się moja kolekcja:



 1. SPORTOWE Tommy Hilfiger, model Jagger

Buty typu wiosna (i trochę lato oraz jesień). Są wygodne, leciutkie, a do tego nie wyglądają jakoś przesadnie sportowo (czego nie lubię). Szybko się je zakłada (tak sobie ustawiłam sznurówki, że nie muszę ich wiązać) i są idealne do jazdy na rowerze. Uwielbiam je do tego stopnia, że chciałam kupić drugą parę na zapas, ale niestety, nigdzie ich nie ma :(
[niedostępne]


2. KLAPKI Birkenstock, model Arizona

Buty typu lato. Przed nimi miałam bardzo podobne klapki, niedostępnej chyba w Polsce marki White Mountain, które służyły mi aż 9 lat. Birkenstocki nie są aż tak wygodne jak tamte (tamte miały bardziej elastyczną, kauczukową podeszwę), ale noszą się naprawdę spoko, dobrze siedzą na stopie i są odpowiednio toporne.


3. SZTYBLETY Ecco, model Elaine

Buty typu jesień (oraz wczesna wiosna i nie-taka-znowu-sroga zima). Przez moją szafę przewinęło się wiele par botków, ale te są zdecydowanie moimi ulubionymi. Obok sportowych Hilfigera (numer 1) to najczęściej noszone buty w mojej kolekcji. Są niesamowicie miękkie, lekkie, wygodne i świetnie izolują od podłoża. Przydały mi się nawet tego lata, podczas wyjątkowo zimnego i deszczowego Open'era.


4. ŚNIEGOWCE Emu, model Paterson

Buty typu zima. Ciepłe, wygodne, nieprzemakalne, a przy tym nieco zgrabniejsze niż klasyczne modele Emu (o ile w przypadku tego typu butów w ogóle można mówić o zgrabności). Niestraszny im śnieg, deszcz ani błotociapa. Nie wyobrażam sobie bez nich zimy.
[do kupienia tutaj - rozmiary mogą być przebrane, ale ten model powraca co zimę]


5. PÓŁBUTY Vagabond, model Amina

Buty typu "na eleganckie wyjście". Jak widać, nie mam obecnie ani jednej pary szpilek ani czółenek na obcasie. Po prostu ich nie lubię i choćby były najstabilniejsze i najdopasowańsze, to w końcu i tak bolą mnie w nich nogi. W tych półbutach obskoczyłam już kilka wesel i innych mniej lub bardziej eleganckich imprez. Za każdym razem gratulowałam sobie tego wyboru.


6. KAPCIE Ugg, model Scuffette II

Buty typu "po domu". Jeden z najlepiej trafionych gwiazdkowych prezentów, jakie dostałam. Noszę je przez cały rok (tak, nawet teraz, kiedy na dworze jest 30 stopni). Wcześniej miałam podobne kapcie Emu, z których też byłam bardzo zadowolona i wszystkim je polecałam, ale jak teraz porównuję obie te pary, to jednak muszę uznać wyższość uggów, które są lżejsze i mają dłuższą i węższą tę górną część, dzięki czemu nie kłapią i nie spadają. No i nie brudzą się tak jak emu, które pod koniec życia były na czubkach prawie czarne, chociaż to akurat mogła być wina koloru (były miodowe).
[do kupienia tutaj - rozmiary mogą być przebrane, ale ten model powraca co zimę]


7. BALERINY Loft37, model Keep It Real

Buty typu "damskie". To chyba najbardziej fikuśny model w mojej kolekcji i jednocześnie jedyny, co do którego można z 99-procentową pewnością stwierdzić, że należy do kobiety. Jest wygodny (giętka podeszwa!), ale noszę go bardzo rzadko i w sumie mogłabym bez niego żyć, więc możliwe, że wyląduje na kolejnej wyprzedaży szafy.
[niedostępne]

8. ŚNIEGOWCE Relaks

Buty typu "na siarczyste mrozy". Są megaciepłe, ale miałam je na sobie tylko kilka razy. Po prostu rzadko bywa aż tak zimno, żeby moje emu (numer 4) nie dawały rady.

9. BOTKI Vagabond, model Grace

Buty typu "nogi do nieba". Swojego czasu chodziłam w nich non stop, ale potem z obiegu wytrąciły je sztyblety Ecco (numer 3), które dzięki płaskiej podeszwie są jeszcze wygodniejsze. Teraz zakładam je rzadko, raczej tylko na imprezy (czyli naprawdę rzadko). W świecie Ryfki ten model można w zasadzie uznać za "seksi".
[do kupienia tutaj i tutaj - rozmiary mogą być przebrane, ale ten model powraca co sezon]


10. KOWBOJKI Russell & Bromley, model Ringo

Buty typu "dawno temu na Dzikim Zachodzie". Są cięższe od pozostałych, swoje przeżyły i praktycznie już ich nie noszę, ale nie umiem się z nimi rozstać, bo to najbardziej znienawidzony model w historii mojego bloga. Nie zliczę, ile razy czytałam w komentarzach: "Wyrzuć te buty!", sami więc rozumiecie - nie mogę dać ich przeciwnikom tej satysfakcji (tym bardziej, że właśnie odkryłam, że na stronie producenta kosztują ponad 200 funtów, a ja je kupiłam na targu staroci za 5 czy 6 dyszek) ;)
[w normalniejszej cenie do kupienia tutaj]


***
Dajcie znać, jak to wygląda u Was. Minimalizm czy kolekcjonerstwo? Macie jakieś ulubione modele, w których chodzicie non stop? Za jakiś czas pewnie będę musiała się zacząć rozglądać za zastępstwem dla moich butów sportowych, więc wszelkie rekomendacje mile widziane!