16 lutego 2014

Oda do ziemniaka, czyli Frytki belgijskie w Krakowie

Po długiej przerwie w końcu wracam do pomysłu na wpisy o moich ulubionych miejscach w Krakowie. Dziś w roli głównej ziemniak (cud natury!).

Zawsze powtarzam, że gdybym do końca życia mogła jeść tylko jedną rzecz, zdecydowanie byłyby to ziemniaki. Uwielbiam je w każdej postaci: pieczone (zwłaszcza w ognisku), gotowane (zwłaszcza podawane z koperkiem i zsiadłym mlekiem), jako placki ziemniaczane, czipsy, no i oczywiście frytki. Pod koniec grudnia, szwendając się po Kazimierzu, napatoczyłam się na małą budkę przytuloną do muru na rogu Wąskiej i Wawrzyńca. Szyld głosił: Frytki belgijskie. Jako że nigdy wcześniej nie jadłam belgijskich frytek, postanowiłam sprawdzić, czymże różnią się one od tych zwykłych. Spróbowałam i przepadłam.

Zaprawdę, powiadam Wam: to jest raj dla każdego ziemniakożercy! Zdecydowanie najlepsze frytki, jakie zdarzyło mi się jeść. Chrupiące z zewnątrz, mięciutkie w środku, no miód, malina! Frytki są grubo krojone z belgijskich ziemniaków i smażone, jak każe tradycja, w tłuszczu wołowym. Proces smażenia jest dwuetapowy: najpierw smaży się je przez dłuższy czas w niższej temperaturze, a potem krótko w wyższej. To właśnie dzięki temu środek jest miękki, a skórka chrupiąca. 

Do tego mamy do wyboru jakieś 87 (no dobra, koło 10) sosów domowej roboty. Można eksperymentować do woli, zwłaszcza że co jakiś czas pojawiają się nowe rodzaje (w okolicy świąt mieli na przykład piernikowy). Mój faworyt to sos duński (majonezowy, z koperkiem i ogórkiem) - pycha! Aktualizacja z 7.06.2014: Zmiana na pozycji lidera: nowy sos bakłażanowy z rozmarynem zdecydowanie rządzi!

Niedawno w zimowej ofercie pojawiła się też belgijska czekolada na gorąco. I podkreślam, że jest to rzeczywiście czekolada - prawdziwa i gęsta (70% kakao), a nie, jak w większości kawiarni, wodnisty napój kakaowy. Słowem, Frytki chyba koniecznie chcą, żebym rozbiła pod ich budką swój namiot.

Mało zachwytów? No to jeszcze słówko o przemiłej obsłudze. Panowie z okienka wygrywają wszystko. Potrafią wytworzyć taką atmosferę, że przychodząc tam, mam wrażenie, jakbym wpadła do sąsiada na grilla. Po prostu widać, że otworzyli ten biznes z autentycznej pasji, że mają z tego frajdę i że zależy im na tym, żeby każdy (każdy!) klient był zadowolony. Dlatego przyznaję Frytkom medal z ziemniaka i trzymam kciuki za prężny rozwój interesu. Dzisiaj Kazimierz, jutro cały Kraków!


FRYTKI BELGIJSKIE W KRAKOWIE
ul. Wawrzyńca 16, Kraków
Ceny: mała porcja 7 zł, duża porcja 9 zł
(na dole ich strony znajdziecie kupon rabatowy -20%)
Sosy (w cenie): keczup, majonez, duński, BBQ, BBQ piri-piri, andaluzyjski, czosnkowy, papryka z rukolą, suszone pomidory z bazylią, miętowy, bakłażanowy z rozmarynem


Zapisz

10 lutego 2014

I wool always love you

Tyle się dzisiaj nałaziliśmy w poszukiwaniu miejsca do zdjęć, że - jak stwierdził Dzióbek - policja powinna nas aresztować za włóczęgostwo. Pod koniec byliśmy już oboje tak zmęczeni i poirytowani, że całe wyjście niechybnie zakończyłoby się rozwodem, gdyby nie nasza bezgraniczna miłość, wspólny kredyt oraz Kościół. Mariacki. Szczęśliwie zauważyliśmy bowiem na tyłach budynku geometryczny wzór, który aż się prosił o wspólną fotę z moim nowym swetrem (sztuka kamuflażu - poziom: Master).

To piękne swetrzysko dostałam niedawno w prezencie od Bereniki Czarnoty. Berenika jest projektantką, którą zaliczam do mojej osobistej kategorii pt. "Dzień dobry, poproszę wszystko", dlatego kiedy napisała, że ma sweter, który jej zdaniem idealnie do mnie pasuje, wiedziałam, że ma rację, jeszcze zanim kliknęłam załącznik. Zgodnie z przewidywaniami, sweter okazał się ryfkowy do kwadratu: ma etniczny wzór, jest zrobiony z mięsistej, sprężystej i cudownie cieplutkiej dzianiny z alpaki, a jego ogromniasty komin z powodzeniem może zastąpić szalik lub służyć jako kapturo-czapa. No jak ja miałam się w nim nie zakochać?

Druga rzecz, którą się dzisiaj chwalę, to nowa para emu. Do tej pory byłam zadowoloną użytkowniczką Emu Wool (pisałam o tym szerzej w moim zimowym niezbędniku), ale wiedziałam, że kiedyś na pewno chciałabym wypróbować wersję full wypas, czyli Emu Australia. Dzięki sklepowi paradopary.pl nastąpiło to o wiele szybciej, niż się spodziewałam. Wybrałam nowy model Paterson, który ma smuklejszy kształt niż klasyczne emu (różnicę możecie zobaczyć na tym zdjęciu), a do tego jest... uwaga, uwaga... nieprzemakalny. Niektóre modele, np. Stinger, mają zwiększoną odporność na wchłanianie wody, natomiast w patersonach można normalnie brodzić w strumieniu, ponieważ między zewnętrzną warstwą skóry a wewnętrznym kożuchem mają specjalną membranę, która nie przepuszcza wody. Co prawda jeszcze nie miałam okazji tego przetestować, ale ilekroć przychodzę w nich do pracy, koledzy odgrażają się, że wstawią mnie do miski z wodą, tak więc może niedługo będzie okazja. Tak czy inaczej, ponieważ mam lekkiego hopla na punkcie emu i ponieważ wiele osób mnie o nie wypytuje, za jakiś czas na pewno pojawi się tu dokładniejsze porównanie obu moich modeli. A póki co polecam ten filmik

 
sweter - Berenika Czarnota (prezent)
płaszcz - Zara
dwustronne dżinsy - GAS / answear.com (tak wyglądają z drugiej strony)
torba - Bags by MAY
buty - Emu Australia (model nieprzemakalny Paterson) / paradopary.pl (prezent)