środa, 21 grudnia 2016

Moja pielęgnacja twarzy

Często pytacie: "Ryfko, co robisz, że masz taką nieskazitelną i promienną cerę?" Dobra, żartuję, nikt nigdy o to nie zapytał, bo moja cera jest daleka od ideału. Jest jednak kilka kosmetyków, które sprawiają, że wygląda lepiej niż gorzej, i właśnie dzisiaj moimi pielęgnacyjnymi ulubieńcami chciałam się z Wami podzielić.

Oczywiście wiadomo, jak to z kosmetykami i innymi gadżetami urodowymi bywa - co dla jednego jest hitem, dla drugiego będzie bublem. Każdy ma inną cerę i inne preferencje, dlatego najpierw kilka słów o tym, jak sytuacja wygląda u mnie.

W angielskim jest takie brzydkie określenie na osobę z problemami skórnymi: pizza face. No więc jeśli moja twarz byłaby pizzą, to byłaby tą ostatnią w menu, ze wszystkimi możliwymi składnikami. Bo czasami jest na niej naprawdę WSZYSTKO. Pryszcze, zaskórniki, przebarwienia, widoczne pory, miejsca tłuste, świecące się jak kula dyskotekowa, oraz przesuszone, łuszczące się (które, co ciekawe, czasem pokrywają się z tymi tłustymi), a do tego wszystkiego jeszcze piegi, które same w sobie są oczywiście spoko, ale w połączeniu z całą resztą zwiększają wrażenie zamieszania na twarzy. W skrócie: mam cerę problemową, według różnych diagnoz mieszaną albo odwodnioną. Na domiar złego bardzo lubię majstrować przy twarzy. Walczę z tym, bo zdaję sobie sprawę, że 90% moich problemów wynika właśnie z drapania, skubania i wyciskania. Kiedy na jakiś czas zostawiam skórę w spokoju, wygląda nieporównanie lepiej. 

Co do moich kosmetycznych preferencji, to lubię, kiedy kosmetyki są bezzapachowe, bezproblemowe i kiedy jest ich jak najmniej. Zdecydowanie nie jestem typem, który czerpie przyjemność z przesiadywania w  łazience i wklepywania kremików. Nie używam odżywek do włosów, a balsam do ciała stosuję w ostateczności, kiedy moja skóra jest jednym wielkim wysuszonym wiórkiem. Ale i tak wieczorem spędzam w łazience sporo czasu i z zazdrością patrzę na Dzióbka, który nie stosuje żadnych mazideł (nawet latem, żeby nałożyć mu filtr przeciwsłoneczny, muszę go najpierw schwytać i obezwładnić), a mimo to jego facjata wygląda 10 razy lepiej od mojej.

Dobra, a teraz do rzeczy. Oto, jak przebiega moja codzienna pielęgnacja twarzy.

My skincare routine


 1. PŁYN MICELARNY ZIAJA ULGA

Jeśli chodzi o demakijaż oczu, to od paru lat jestem wierna płynowi micelarnemu Ziaja Ulga do skóry wrażliwej (wymiennie z Sopot Spa, który też lubię). Jest łagodny, nietłusty (nie cierpię wszelakich mleczek albo tych dwufazowych tłuściochów), bezzapachowy, a przy tym tani. No i robi, co ma robić (chociaż tu trzeba powiedzieć, że do roboty nie ma za wiele, bo mój makijaż oczu składa się tylko z odrobiny brązowego cienia oraz tuszu do rzęs). Przy okazji: płatki kosmetyczne uznaję wyłącznie marki Bella, bo to jedyne, które się nie rozdwajają (w drogeriach ciężko je dostać, ale są dostępne w Carrefourze).


2. EMULSJA MICELARNA CETAPHIL EM

Cetaphil to rekordzista w tym zestawieniu, bo używam go chyba już z 5 albo 6 lat. Najbardziej lubię go za to, jaki jest delikatny. Nie podrażnia i nie szczypie, nawet jeśli na twarzy mam akurat jakieś ranki czy zadrapania. Dokładnie oczyszcza, ma gładką konsystencję, nie pieni się i łatwo się spłukuje. Opakowanie 250 ml potrafi kosztować od ok. 30 do 50 zł, więc przed zakupem warto porównać ceny w różnych aptekach, sklepach internetowych albo na Allegro. Ja ostatnio na promocji w Superpharmie kupiłam butlę 591 ml za ok. 60 zł.


3. SZCZOTECZKA DO MYCIA TWARZY PHILIPS VIASUPRE ADVANCED

Przez ostatnie 4-5 lat codziennie używałam do mycia szmatki muślinowej. Skóra była domyta znacznie lepiej niż przy użyciu samych dłoni, ale od dawna marzyło mi się przejście na wyższy poziom i wypróbowanie elektrycznej szczoteczki do mycia twarzy. No i chyba byłam bardzo grzeczna, bo na mikołajki Philips przysłał mi do przetestowania urządzenie VisaPure Advanced.

Co to za wynalazek? To sprzęt 3 w 1 służący do oczyszczania, masażu twarzy oraz odświeżania skóry pod oczami. W komplecie są 3 wymienne końcówki (oprócz nich można dokupić osobno jeszcze kilka innych: do skóry wrażliwej, trądzikowej itd.). Do oczyszczania mamy szczoteczkę, która wibruje i obraca się z prędkością 250 obrotów na minutę, dzięki czemu jest 10 razy dokładniejsza niż mycie dłońmi (ale równie delikatna). Teraz cały proces zmywania makijażu jest u mnie szybki (trwa tylko 60 sekund), dokładny i o wiele wygodniejszy niż zwykłe mycie, bo nie muszę już nachylać się nad zlewem i nic mi nie cieknie po rękach. Słowem, pełna optymalizacja - tak, jak lubię.

Początkowo sceptycznie podchodziłam do końcówki do masażu twarzy. Podejrzewałam, że to może być jeden z tych fajerwerków, które są właściwie zbędne. Myślałam tak do pierwszego użycia. Ludzie, jaki to jest odlot! Obracająca się końcówka z silikonowymi kuleczkami imituje japoński masaż twarzy opuszkami palców, tyle że tutaj mamy aż 750 muśnięć opuszków ma minutę. Pobudza to głębsze partie skóry, poprawia cyrkulację, odpręża i działa ujędrniająco (ponoć w moim wieku to ważne). Wszystko trwa zaledwie 3 minuty, ale jest tak niesamowicie przyjemne, że człowiek zamyka oczy i na chwilę odpływa (warto wcześniej posmarować twarz kremem i ułożyć się wygodnie na kanapie).

Trzecia końcówka służy do odświeżania okolic oczu. Zdarzyło mi się używać kremów i żeli w kulce pod oczy, które dla lepszego efektu należało przechowywać w lodówce. Aplikacja takiego schłodzonego specyfiku jest faktycznie dużo przyjemniejsza, ale zdecydowanie nie jestem fanką biegania z łazienki do lodówki. Natomiast ta ceramiczna końcówka jest zawsze zimna (mimo że przecież łazienka to zwykle najcieplejsze pomieszczenie w domu) i wystarczy 30 sekund, żeby rano dobudzić oczy (można ją stosować solo lub po nałożeniu kremu).

Póki co jestem z tego magicznego urządzenia bardzo zadowolona. Może z żaby nie zamieniłam się od razu w księżniczkę, ale skóra rzeczywiście wydaje się jakby gładsza i bardziej miękka. Sprzęt nie jest tani i trudno go nazwać produktem pierwszej potrzeby, ale tak jak w przypadku elektrycznej szczoteczki do zębów - jak człowiek raz spróbuje, to już nigdy nie wróci do czyszczenia manualnego. VisaPure Advanced jest do kupienia w Douglasie (po zarejestrowaniu swojego produktu na stronie Philips dostaniecie dodatkową szczoteczkę gratis). Jeśli jesteście ciekawi, jak pielęgnacja z użyciem tego cudeńka wygląda w praktyce, tutaj możecie zobaczyć filmik.


4. KREM CETAPHIL PS

Cetaphil PS to mój krem na dzień, pod makijaż, który stosuję od jakichś 4 lat. Lubię go, bo - podobnie jak emulsja do mycia - jest bardzo delikatny. Poza tym szybko się wchłania, skóra jest po nim miękka, a podkład dobrze się rozprowadza. Szkoda tylko, że nie ma filtra przeciwsłonecznego. Latem stosowałam Cetaphil Suntivity +50, ale niestety nie był już taki fajny (ślizgał się powierzchni, wolno się wchłaniał i był tłusty - jak dla mnie za tłusty na dzień).


5. KREM POD OCZY Z AWOKADO KIEHL'S

Testowałam różne kremy pod oczy, ale z żadnego nie byłam naprawdę zadowolona. Wszystkie były jakieś mało treściwe, wodniste i miałam wrażenie, że nie wnikają głębiej w skórę. Aż pewnego dnia dotarła do mnie paczka niespodzianka od Kiehl's, a w niej jeden z ich hitów, czyli krem pod oczy z awokado. To była miłość od pierwszego wklepania. Jest gęsty, ale szybko się wchłania i po raz pierwszy mam wrażenie, że krem pod oczy naprawdę coś robi. W sensie: nawilża i to na długo. Nie należy do najtańszych, ale jest bardzo wydajny: na jedno użycie wystarczy rozetrzeć w palcach dosłownie kropelkę (pierwszy słoiczek 14 ml starczył mi na jakieś pół roku przy stosowaniu raz dziennie).


6. OLEJ MALINOWY MINISTERSTWO DOBREGO MYDŁA

Długo nie mogłam znaleźć kremu na noc, który by naprawdę nawilżał i odżywiał moją skłonną do przesuszeń skórę. I nie znalazłam. Znalazłam za to coś lepszego: naturalne olejki. W moim przypadku sprawdzają się o wiele lepiej niż kremy. Od dłuższego czasu używam olejku malinowego z Ministerstwa Dobrego Mydła, ale testowałam różne i w zasadzie ze wszystkich byłam zadowolona. Dobrze sprawdził się u mnie na przykład olej arganowy Nacomiolejek tamanu z Biochemii Urody (chociaż Dzióbek twierdzi, że pachnie rosołem), a w wersji de luxe Midnight Recovery Concentrate od Kiehl's.


7. MAŚĆ OCHRONNA DLA DZIECI BEPANTHEN

Kojarzycie ojca głównej bohaterki z filmu "Moje wielkie greckie wesele", który wszystkie problemy skórne załatwiał, spryskując je płynem do mycia szyb? No to Bepanthen to taki właśnie mój Windex. Od kiedy kilka lat temu użyczyła mi go koleżanka, która smarowała nim świeżo zrobiony tatuaż, stosuję go na wszystko: ranki, podrażnienia, pryszcze w każdej fazie rozwoju, ślady po pryszczach, przesuszone miejsca i tak dalej. I on naprawdę na wszystko mi pomaga. Skóra goi się szybciej, a niedoskonałości znikają w ekspresowym tempie. Znajdziecie go w aptekach. Zaznaczam, że używam maści, bo jest też krem Bepanthen (w niemal identycznym opakowaniu), ale jego nie próbowałam.


***

Chętnie poczytam o Waszych ulubionych kosmetykach i gadżetach do pielęgnacji (szczególnie jeśli możecie polecić jakiś dobry krem na dzień z filtrem). Tak więc jeśli jakiś specyfik szczególnie dobrze się u Was sprawdza, dajcie znać w komentarzach. Tylko koniecznie napiszcie, jaką macie cerę - to bardzo ułatwi sprawę innym osobom szukającym kosmetyków dostosowanych do konkretnych potrzeb.


Philips VisaPure Advanced
Philips VisaPure Advanced
Philips VisaPure Advanced

środa, 14 grudnia 2016

#RyfkaCzyta: G'rls ROOM

Stała się rzecz niesłychana. Znalazłam magazyn dla siebie! Młodsza Ryfka byłaby w szoku, bo nie dość, że jest kobiecy, to w dodatku feministyczny. Dlaczego byłaby w szoku? Ano dlatego, że kiedy byłam młodsza, nie myślałam o sobie jako o kobiecie, ani tym bardziej feministce. Zaraz, zaraz, że co? No po prostu w moim mózgu zawsze byłam po prostu mną, a nie żadną "kobietą". To znaczy oczywiście wiedziałam, że jestem kobietą, ale wydawało mi się, że jestem "inna niż inne", bo zupełnie nie identyfikowałam się z tym, co typowo kobiece (czyli - jak mi się wydawało - szminki, brokat i rozczulanie się zdjęciami niemowlaków). Kompletnie nie rozumiałam też, o co chodzi tym całym feministkom. Jaka dyskryminacja? Przecież kobiety już dawno wszystko wywalczyły. Czego one jeszcze chcą? Uważałam je za bandę agresywnych bab, które nienawidzą mężczyzn i szukają dziury w całym.

Trochę czasu musiało upłynąć, zanim zrozumiałam, że to nie ja jestem "inna", tylko po prostu kobiety bywają bardzo różne. Jak to ludzie (szok, co nie?). I że chociaż dla mojej tożsamości płeć może nie być jakąś kluczową kwestią, to ma ona zasadnicze znaczenie na przykład dla osób tworzących prawo, które bezpośrednio wpływa na moje życie. Natomiast fakt, że nikt nigdy nie powiedział mi wprost: "Jesteś głupia / mniej ważna, bo jesteś kobietą", wcale nie znaczy, że mizoginia i dyskryminacja to jakieś wymysły babochłopów w bojówkach. Seksizm czasem bywa bardzo subtelny albo tak głęboko zakorzeniony w naszej kulturze i "tradycji", że wiele kobiet nawet nie zdaje sobie z niego sprawy. Kiedy jednak raz zacznie się dostrzegać jego codzienne przejawy, to potem nie da się już tego odwidzieć i udawać, że wszystko jest OK.

Uuu, poważnie się zrobiło, a miało być pozytywnie, bo jestem megaszczęśliwa, że w końcu udało mi się znaleźć magazyn, który pasuje mi w 100%. Panie (i panowie?), przedstawiam G'rls ROOM!


G'rls ROOM
magazyn: girlsROOM.pl/grls
portal: entertheROOM.pl
(do kupienia m.in. w Empiku, krakowskim MOCAK-u, gdańskiej Sztuce Wyboru oraz oficjalnym sklepie internetowym)

G'rls ROOM

O tym, że coś takiego w ogóle pojawiło się na rynku, dowiedziałam się zupełnie przypadkiem. Na Instagramie mignęło mi zdjęcie z jakiejś imprezy, na której sprzedawany był pierwszy numer. Kilka kliknięć, szybki rekonesans. Opis brzmiał obiecująco:

G’rls ROOM to magazyn tworzony przez dziewczyny, ale nie tylko dla dziewczyn.

Wciąż za mało mówi się o prawach kobiet, ich seksualności oraz o pozytywnym podejściu do ciała. Jesteśmy za solidarnością kobiet, razem możemy zrobić dużo dobrego. Oddajemy głos kobietom oraz wszystkim tym, którym równe prawa i tolerancja nie są obce.

Wyróżnia nas: książkowy format, autorska szata graficzna i przyjazny dla środowiska, przyjemny w dotyku papier, którego kremowa tonacja zapewnia komfort podczas czytania. Działamy na wszystkie zmysły, dbając o najwyższą jakość lektury.

Następnego dnia już byłam w empiku, trzymając kciuki, żeby to było to. I z przyjemnością (oraz ulgą) mogę obwieścić, że jest! Nie pamiętam, kiedy ostatnio przeczytałam jakiś magazyn od deski do deski. A artykuły w G'rls ROOM czytałam po kolei, jak leci (nawet opowiadanie, które zwykle omijam) i naprawdę KAŻDY był ciekawy.

Co zainteresowało mnie szczególnie? Największe wrażenie zrobiła na mnie rozmowa z dziewczynami z inicjatywy #MamyGłos. To licealistki i studentki, które stworzyły grupę działającą na rzecz nastolatek w Polsce. Walczą ze stereotypami i seksizmem w szkole, uświadamiają dziewczynom ich prawa, pomagają budować poczucie własnej wartości i pewność siebie. Jak? A na przykład tak:


    Jak ja żałuję, że za moich czasów nie było takich inicjatyw! Albo były, tylko ja o nich nie wiedziałam. Bo YouTuba też nie było. W ogóle internetu nie było. Co zainspirowało dziewczyny do założenia grupy? Tak na to pytanie odpowiada Ola Jarocka:

    Nasz aktywizm wziął się z tego, że zauważyłyśmy, że coś jest nie tak. Szczególnie widać to w szkole, w zachowaniu wielu nauczycieli. W tym, na jakie komentarze pozwalają sobie pod adresem dziewczyn, jak i w tym, czego się uczymy czy raczej czego się nie uczymy - na przykład na historii bardzo mało mówi się o kobietach. Jestem w trzeciej klasie liceum, mam rozszerzoną historię, ale na lekcjach praktycznie nie wspomina się o historii kobiet, począwszy od takich podstawowych spraw, jak ich pozycja w społeczeństwie od czasów starożytnych.

    Jako żywo stanęła mi przed oczami sytuacja z podstawówki, kiedy na lekcji historii razem z koleżanką z ławki (Agata, jeśli czytasz, to pozdrawiam) spierałyśmy się z nauczycielem, że oprócz Horacego i spółki w Starożytności musiały być też jakieś kobiety poetki. Nauczyciel założył się z nami (pewnie o plusa w dzienniku), że na bank żadnej nie znajdziemy. Poleciałyśmy do biblioteki i z pomocą pani bibliotekarki znalazłyśmy dowód, że mamy rację. Całe dumne na kolejnej lekcji rzucamy, że ha-HA! SAFONA, gościu! IN YOUR FACE!, a nauczyciel na to: oj tam, oj tam, no to jedna, to tylko potwierdza, że wpływ kobiet na literaturę był praktycznie żaden. Szach i mat. Dlatego zarówno ja teraźniejsza, jak i ja z przeszłości bardzo się cieszymy, że dziewczyny w tak młodym wieku są już tak świadome, że działają, że walczą, że im się chce. I że być może dzięki nim inne młode kobiety zrozumieją, po co im ten cały feminizm, dużo wcześniej, niż pojęłam to ja.

    Co jeszcze ciekawego w tym numerze? A m.in. świetny artykuł Pauliny Klepacz "Wagina: Instrukcja obsługi" - o naszym podejściu do tej części ciała, niewiedzy i wstydzie. Jest też rozmowa z Moniką Mularczyk - twórczynią marki momu, czyli ręcznie szytych koszulek z komputerowymi haftami (wśród wzorów m.in. Frida Kahlo, Matka Boska, joginki, kot i kaktus), którymi zachwycam się od kilku miesięcy. No i wywiad z Marią Sadowską, reżyserką filmu o Michalinie Wisłockiej - polskiej seksuolożce, autorce słynnej "Sztuki kochania" (czyi rodzice nie mają w domu egzemplarza, ten trąba!). Film wchodzi do kin 27 stycznia. Zwiastun zwiastuje naprawdę dobre rzeczy:



    Z informacji bardziej technicznych: G'rls ROOM jest kwartalnikiem, ma format B5 (ważna informacja, jeśli będziecie go szukać na półkach z prasą, bo przez niewielkie rozmiary łatwo go przeoczyć) i kosztuje 9 zł. Szatą graficzną przypomina trochę zin, a trochę oldskulową gazetkę szkolną. Na 70 stron jest tylko 7 reklam (książka, film, Fundacja Feminoteka, salon fryzjerski, polska marka odzieżowa oraz artykuł, w którym dziewczyny z redakcji testują niszowe kosmetyki; jak na moje standardy, zarówno dobór, jak i liczba reklam naprawdę spoko).

    Pierwszy numer ustawił poprzeczkę bardzo wysoko, więc z nadzieją (i niecierpliwością) będę wyczekiwać kolejnych. Droga Redakcjo, dziękuję, że jesteście, i mocno trzymam kciuki!

    czwartek, 1 grudnia 2016

    Prezenty #RyfkaApproved

    Ho, ho, ho! Nastała wiekopomna chwila i dzisiaj prezentuję pierwszy w historii bloga ryfkowy prezentownik. Co roku z ciekawością sprawdzam pomysły na świąteczne prezenty u innych blogerów, ale sama do tej pory jakoś nigdy się do tego nie zebrałam. W sumie to dość dziwne jak na osobę, która do końca liceum (na własną wyraźną prośbę!) dostawała od rodziców mikołajkowe prezenty pod poduszkę. Pamiętam, jak na I roku studiów było mi smutno, że pierwszy raz nie przyjdzie do mnie "mikołaj", i jak się wzruszyłam, kiedy niespodziewanie późnym wieczorem 5 grudnia w drzwiach mojego pokoju w akademiku stanął Tata z reklamówką słodyczy [odgłos pociągania nosem].

    Ale wracając do teraźniejszości: Przez kilka ostatnich tygodni notowałam pomysły, zapisywałam ciekawe linki, potem przez dwa dni lepiłam kolaże i myślę, że powstał z tego całkiem fajny prezentozbiór. Znalazły się w nim rzeczy, które sama mam i z których jestem bardzo zadowolona, oraz takie, które chętnie bym przytuliła. Chciałam, żeby w tym wpisie oprócz samych propozycji był jeszcze jakiś mikołajkowo-świąteczny bonus dla Was, dlatego postarałam się o kilka zniżek na zakupy oraz fajny gadżet do zgarnięcia :) No to jedziemy!

    Christmas gift ideas



    COŚ ELEKTRONICZNEGOChristmas gift ideas
    1. słuchawki bezprzewodowe Sudio - koniec z plączącymi się kablami (plus futerał w komplecie) 
    2. czytnik Kindle - najlepszy spodziewany prezent, jaki dostałam 
    3. powerbank Kreafunk - najbardziej stylowy powerbank, jaki widziałam 
    4. przenośny głośnik Bluetooth Groovi Ripple TP-Link (do kupienia tutaj) - KONKURS! jeśli chcecie dostać ten zgrabny (wielkości jabłka!) głośniczek w prezencie, napiszcie pod tym postem na Facebooku, czego słucha Mikołaj, kiedy rozwozi saniami prezenty (czekam do 6.12.2016); nagroda będzie jak znalazł na sylwestrową domówkę :)
    5. aparat Instax Mini (+ nie zapomnijcie o wkładach!) - najlepszy niespodziewany prezent, jaki dostałam



    COŚ KOSMETYCZNEGO

    Christmas gift ideas
    Wszystko polskie, naturalne i w ładnych opakowankach :)
    1. kosmetyki do pielęgnacji brody Pan Drwal - pojedynczo lub w zestawie (pudełko można potem ukraść dla siebie ;)
    2. kosmetyki Phenome 
    3. kosmetyki Mokosh 
    4. kosmetyki Resibo - ostatnio tak wszyscy wychwalają, że sama chyba muszę spróbować 
    5. zestaw brodacza Zew for Men 
    6. Domowy Kosmetyk 
    7. zestaw kosmetyków Naturativ



    COŚ PAPIERNICZEGO

    Christmas gift ideas
    Na 1, 2, 3, 4 i 6 oraz inne produkty z Escribo.pl macie do 24.12.2016 RABAT -10% (kod: SZAFASZTYWNIARY)
    1. pamiętnik Midori Night On the Town
    2. drewniany długopis Ohto - mój ulubiony 
    3. drewniana kaczka z taśmą klejącą SUCK UK 
    4. spinacze Midori w kształcie piesków, kotków, rowerków itd.
    5. Sezonownik 2017 - kalendarz warzywno-owocowy z pięknymi ilustracjami
    6. Traveler's Notebook - kalendarz i/lub notatnik na całe życie (z wymiennymi wkładami), w którym jestem absolutnie zakochana (w tym nieprofesjonalnym filmiku pokazuję, jak wygląda w środku)
    7. Creativity Planner Powidoki 2017 - coś dla osób, które w nowym roku chcą popracować nad swoją produktywnością (rozczuliła mnie codzienna rubryka "To był dobry dzień, ponieważ...")



    COŚ CIUCHOWEGO
    Christmas gift ideas
    1. koszulka Pokety - zwierzaczki, które wyglądają słodko, a tymczasem w kieszonce pokazują faka 
    2. skarpetki Nanushki (fajne są też Happy Socks, a największe zwariowańce znajdziecie tutaj) 
    3. piżama Lunaby - po znajomości mam dla Was RABAT -15%, ważny do 26.12.2016, kod: RYFKA 
    4. zestaw Czas Zamotać do samodzielnego wydziergania czapki, swetra lub innej rzeczy (w komplecie włóczka + druty + instrukcja) 
    5. plecak Fjallraven Kanken - zachorowałam na tego liska! do 31.12.2016 z kodem SZAFAPANAPABLO dostaniecie RABAT -15% na wszystkie plecaki Kanken w PanPablo.pl oraz w sklepie stacjonarnym we Wrocławiu
    6. kapcie Emu (dostępne też tutaj) - najcieplejsze, jakie miałam, w sam raz dla wiecznych zmarźluchów



    COŚ DO DOMU

    Christmas gift ideas
    1. kwietnik stojący Hexal design 
    2. kwietnik wiszący Bujnie 
    3. deska jesionowa "Marokanka"  Czary z drewna 
    4. rogata deseczka Plajster 
    5. dwustronna stabilizująca podstawka Mughug (pisałam o niej tutaj) - są też czarne i białe plus można zamówić egzemplarz z własnym napisem; a do 6.12.2016 z kodem 4ryfka RABAT -10% 
    6. betonowa doniczka GrowRaw (mam i ja)



    COŚ CERAMICZNEGO
    Christmas gift ideas



    COŚ NA ŚCIANĘ

    Christmas gift ideas
    1. plakat Orchidee Jagody Stączek
    2. plakaty z serii Polska Ryszarda Kai - do wyboru ponad 100 polskich miast, dzielnic i regionów (u nas wisi Zadupie i Nowa Huta)
    3. jak wyżej :) 
    4. plakat Sign Language
    5. plakat Mapzorki z planem Kopenhagi, Paryża lub Berlina - na tekturze, gotowy do postawienia 
    6. plakat Maptu z planem dowolnego miasta polskiego lub zagranicznego (my mamy Kraków)



    COŚ VINTAGE

    Christmas gift ideas
    1. kubek ze wzorkiem 
    2. ceramiczna głowa na słuchawki 
    3. stary telefon - idealny dla introwertyka, bo nikt nie zadzwoni ;)
    4. zegar vintage 
    5. otwieracz do butelek w kształcie foki lub delfina
    6. walizka - do podróży albo przechowywania 
    7. butelka apteczna - jako wazon albo do przechowywania brzydkich rzeczy

    poniedziałek, 21 listopada 2016

    Niech się stanie półmrok!

    Ledwo człowiek wstanie, ledwo się przeoblecze z piżamki w śpiochy, a tu bach, dwie godziny i już ciemno. No ale co zrobisz, jak nic nie zrobisz. Możesz co najwyżej odpalić kilka dodatkowych lampek, które w sumie i tak za wiele nie dają, ale przynajmniej uruchamiają fajny klimat. I ja właśnie o oświetleniu dzisiaj chciałam.

    Po pierwsze, nie mogłam się doczekać, żeby Wam pokazać moją nową-starą lampkę misia, która wylądowała niedawno na mojej szafce nocnej. Misie można spotkać na allegrach, olx-ach i w innych miejscach, których listę podawałam w poprzednim poście. Pochodzą ponoć z Niemiec, zostały wyprodukowane w latach 70. i występują w różnych kolorach, kształtach i wymiarach. Ja wybrałam takiego, który najbardziej przypominał żelka Haribo (proste).

    Po drugie, dzięki Waszej pomocy udało mi się kupić minilampki na druciku (vel kropelki światła), które, jak się okazało, są teraz praktycznie w każdym sklepie. Bardzo polecam modele z timerem. Moje świecą przez 6 godzin, potem wyłączają się na 18, po czym automatycznie zapalają się znowu. Nie muszę pamiętać o ich wyłączaniu ani dwa razy dziennie gmerać za szafką, gdzie schowana jest bateria z włącznikiem. Jestem zachwycona tym rozwiązaniem.

    Po trzecie, lampa Sherlocka. Tak jest, mój ulubiony high-functioning sociopath ma lampę z Ikei. A jak on ją ma, to ja oczywiście też. Czy zwróciłabym na nią uwagę gdyby nie serial? Wątpię. Jednak fakt, że lampa stoi w 221B, w oczach high-functioning fangirl zmienia wszystko. Mam ją od ponad 3 lat i w sumie z biegiem czasu coraz bardziej pasuje mi do wystroju.

    Po czwarte, sznur żarówek, który kupiłam w zeszłym roku. Nie przepadam za typowymi świątecznymi ozdobami, więc zamiast choinki ubrałam... regał z książkami. I tak mi ta dekoracja przypasowała, że została na stałe. Gdybyście szukali lampek w tym stylu, ale niekosztujących 4-5 stówek, to donoszę, że pojawiły się niedawno w Ikei (są na czarnym i na białym kablu). Mój balkon ciągle czeka na wersję na baterię i z timerem.

    Gummy bear lamp
    Gummy bear lamp
    Wire lights in a jar
    IKEA Sherlock lamp
    String lights
    lampka miś Haribo - vintage / OLX.pl
    minilampki LED na druciku - Aldi
    lampa Sherlocka (model SAMTID)- IKEA
    sznur żarówek - Leroy Merlin

    Gummy bear lamp
    Wire lights in a jar
    IKEA Sherlock lamp
    String lights
    String lights

    niedziela, 13 listopada 2016

    #RyfkaCzyta: Zacznij kochać dizajn + lista sklepów z wyposażeniem vintage

    Za każdym razem, kiedy przyjeżdżam w odwiedziny do Rodziców, dostarczam Mamie nowych powodów do wesołości (i pewnie satysfakcji), ponieważ meble, naczynia i inne domowe sprzęty, które 10 czy 20 lat temu uważałam za paskudne skamienieliny, teraz wywołują mój zachwyt w komplecie z żebro-spojrzeniem Kota ze Sherka i przymilnym: "A mogę to sobie wziąć?" 

    Kiedyś zupełnie nie rozumiałam, czym Mama się tak ekscytuje, opowiadając o tym, jak w PRL-u cudem upolowała komplet kuchennych krzeseł z giętego drewna z plecionym siedziskiem (krzesła jak krzesła, w dodatku trochę babciowe). Albo czemu tak podnieca się "ergonomicznością" (czym?) dwóch starych foteli z dużego pokoju (przecież na bank w pierwszym lepszym meblowcu znajdą się równie wygodne, za to 100 razy ładniejsze!). A już chyba najbardziej wkurzały mnie te talerze w ludowe kwiaty wiszące na ścianach w kuchni (co za obciach! co my, w skansenie mieszkamy?).

    Kto by pomyślał, że przyjdzie czas, kiedy docenię te wszystkie przedmioty, będę nimi urządzać własne mieszkanie i jeszcze czytać o nich książki.


     ZACZNIJ KOCHAĆ DIZAJN. JAK KOLEKCJONOWAĆ POLSKĄ SZTUKĘ UŻYTKOWĄ
    Beata Bochińska
    Marginesy

    Zacznij kochać Dizajn, Beata Bochińska

    O książce Zacznij kochać dizajn Beaty Bochińskiej dowiedziałam się dzięki sklepowi z meblami i wyposażeniem retro Patyna.pl, który jest partnerem jej wydania (nie, nie zapłacili mi za reklamę, co więcej, to ja im zapłaciłam za tę książkę i jeszcze kilka innych drobiazgów). Autorka jest kolekcjonerką dizajnu, historyczką sztuki, byłą szefową Instytutu Wzornictwa Przemysłowego, kuratorką wystaw, jurorką konkursów, no, po prostu Design Superwoman. Jednak mimo swojej rozległej wiedzy opowiada o dizajnie nie tonem poważnej pani profesor, ale w sposób zabawny, przystępny i pełen pasji (bardzo polecam Wam ten krótki wywiad). W książce (która, swoją drogą, jest świetnie zaprojektowana) oprócz ciekawostek z historii wzornictwa i przepięknych fotografii znajdziecie na przykład instagramowe zdjęcie kruchej przesyłki zabezpieczonej... wytłaczankami po jajkach oraz wiele anegdot z życia autorki. Tak pisze o tym, jak złapała dizajnerskiego bakcyla:

    Wyglądało to niewinnie. Nie obraz, rzeźba czy rysunek, ale rama. W zasadzie ramka. Dostałam ją w prezencie od mojej starszej siostry Grażyny. I się zaczęło - a właściwie skończyło gruntownym remontem pokoju. Ten remont, nowa aranżacja mojego najbliższego otoczenia, była prezentem urodzinowym od rodziców. Dopasowałam wystrój wnętrza do... ramy. Wtedy zobaczyłam po raz pierwszy piękno przedmiotu użytkowego i na własnej skórze poznałam siłę jego oddziaływania. W miejskiej bibliotece przejrzałam wszystkie dostępne albumy i opracowania. O ramach. Popłynęłam. Wsiąkłam. Miałam siedemnaście lat.

    Wiele osób, słysząc hasło "dizajn", ma przed oczami szalone i często całkiem oderwane od rzeczywistości projekty - wiecie, złoty sedes, łóżko z mchu i te sprawy. Autorka stara się odczarować ten obraz, skupiając się przede wszystkim na prostym, funkcjonalnym dizajnie dla zwykłych ludzi. Owszem, dziwolągi przyciągają uwagę, ale to "produkty najmniej rzucające się w oczy najtrudniej zaprojektować".

    Masowa produkcja to bardzo ciekawy temat. Może dlatego, że dobrze zaprojektowany przedmiot produkowany seryjnie jest tak samo rzadki jak dzieło sztuki wśród milionów obrazów czy rzeźb. Kto wie, może nawet rzadszy.

    Chyba największym zaskoczeniem i jednocześnie fascynującą lekcją było dla mnie to, że Polska ma tak długą i tak bogatą dizajnerską tradycję. Wiedziałam, że mieliśmy kilku zdolnych projektantów, ale nie miałam pojęcia, że ten nasz biedny, szary kraik na przekór niesprzyjającym warunkom polityczno-ekonomicznym był prawdziwym wzorniczym zagłębiem!

    W 1950 roku jako jeden z pierwszych w Europie powstaje w Warszawie Instytut Wzornictwa Przemysłowego. I działa bardzo prężnie. Przy setkach fabryk rodzą się komórki wzorcujące. Polska staje się jedną wielką modelarnią.
    Ten ogólnonarodowy projekt jest zakrojony na znacznie szerszą skalę: największym jego osiągnięciem [...] było powołanie ośrodka, który badał potrzeby użytkowników i opracowywał wytyczne dla projektantów. Wyobrażacie sobie? Początek lat pięćdziesiątych! To właśnie te wytyczne (dziś powiedzielibyśmy: briefy) pozwalały projektantom wyprzedzać eksperymentami to, co działo się za żelazną kurtyną, a nie zawsze było oczywiste dla producentów.
    Jeśli chodzi o wielkość produkcji powstającej na podstawie ich projektów, polscy projektanci biją na głowę kolegów z innych krajów. To setki tysięcy krzeseł, zestawów porcelany i szkieł użytkowych. Dziesiątki tysięcy metrów tkanin i kompletów mebli, które epod obcymi markami z powodzeniem są eksportowane do całej Europy.

    Jeśli jesteście ciekawi, jak wygląda proces projektowania i produkcji przedmiotów użytkowych, dlaczego w latach 50. amerykańskie społeczeństwo odrzuciło "pradziadka iPhone'a", czyli szwedzki telefon Ericofon składający się z samej słuchawki, skąd obecna moda na mid-century modern, dlaczego meble w kawiarniach coraz bardziej przypominają te domowe i w którą stronę będą ewoluować trendy w dizajnie, to zdecydowanie książka dla Was. Na Patynie można jeszcze zamówić egzemplarze z dedykacją i autografem.


    ***

    A skoro już jesteśmy przy wintydż dizajnie, to pomyślałam, że podzielę się z Wami listą moich ulubionych sklepów internetowych i grup, które wertuję w poszukiwaniu rzeczy do mieszkania. Ciągle mi mało, więc jeśli znacie inne godne polecenia adresy, dajcie znać w komentarzach.

    wtorek, 25 października 2016

    Hummus Amamamusi. Ty też musisz!

    W moim życiu były dwie przełomowe daty: jedna - kiedy znajomi przedstawili mi Dzióbka i druga - kiedy znajomi przedstawili mi humus. Jestem kulinarnym inżynierem Mamoniem i dość niechętnie próbuję nowych rzeczy. Ale jak już ktoś mnie zmusi, to czasem okazuje się, że zmarnowałam 20 czy 30 lat, nie jedząc jakiejś pyszoty. Tak właśnie było z humusem. Spróbowałam go bez przekonania, a potem o mało nie wylizałam talerza. Kto by przypuszczał, że papka z ciecierzycy może być taka dobra?!

    W ciągu ostatnich kilku lat z niejednego blendera humus jadłam, kręciłam też swój własny, ale nigdzie nie smakował mi tak jak w krakowskim Hummus Amamamusi. To ponoć jedyne miejsce w Polsce, które serwuje wyłącznie humus. Humusowa knajpka (hummusija) jest maluteńka i wchodząc do środka człowiek ma wrażenie, że po prostu wpakował się komuś do kuchni (dodajmy, że niezwykle przytulnej i klimatycznej). Za to ogromny wybór smaków gwarantuje więcej zmysłowych doznań niż zlokalizowany po sąsiedzku sex-shop Coco (choć być może Agata by się ze mną nie zgodziła). Oprócz humusu w wersji klasycznej możemy wybierać spośród kilkunastu różnych smaków - z dynią, chrzanem, suszonymi pomidorami, papryką, śliwką czy kiszoną kapustą (hit!). No po prostu #hummusporn. Można albo zjeść przy barze, który jest jednocześnie kuchennym blatem, albo zabrać ze sobą i spałaszować w domu z kawałkami marchewki albo podgrzaną pitą.

    A, i dobra wiadomość dla wszystkich fanów zdrowego jedzenia: humus jest przygotowywany wyłącznie z naturalnych składników, bez konserwantów, barwników czy ulepszaczy i jest w 100% wegański. A jeśli moja rekomendacja Wam nie wystarcza, to dodam jeszcze tylko, że według Naczelnej Weganizatorki RP Marty Dymek z Jadłonomii jest to "najlepszy humus w Polsce". Badum-tss!


    HUMMUS AMAMAMUSI
     ul. Meiselsa 4, Kraków
    Przykładowe ceny: 16-20 zł za 250 g humusu na wynos, 5 zł za kanapkę z humusem
    Smaki: klasyczny, cytrynowy, czosnkowy, kuminowy, chilli, chrzanowy, suszone pomidory, jalapeno, dyniowy, kolendrowy, czosnek niedźwiedzi, buraczkowy, czosnek pieczony, marchewkowy, karmelizowana cebulka, karmelizowane jabłko, śliwka wędzona, kiszona kapusta, siemię konopne, kaparowy

    Hummus Amamamusi, Cracow

    PS
    Więcej postów, w których polecam moje ulubione krakowskie miejscówki, znajdziecie tutaj.

    niedziela, 25 września 2016

    Houston, mamy jesień!

    Sezon grzewczy uroczyście rozpoczęty, botki wyjęte z pudła, śpiochy powoli szykują się do ataku - no jesień, panie, jak w mordę strzelił. Co prawda jeśli popatrzeć na zdjęcia moich "ałtfitów" z ostatnich kilku miesięcy, to po tych długich gaciach trudno się w ogóle domyślić, że kiedykolwiek było lato, no ale tak to już ze mną jest i za to mnie przecież kochacie.

    Dzisiaj przybywam z dwiema ciuchowymi nowościami. Po pierwsze primo, koszulka z logo NASA. To chyba oczywiste, że taki fan "Marsjanina" i "Teorii Wielkiego Podrywu" jak ja nie mógł przejść obok niej obojętnie. Tak szybko leciałam z nią do kasy, że nawet nie sprawdziłam składu (oto, jaka bywam czasem szalona i nieodpowiedzialna!) i dopiero w domu okazało się, że Houston, mamy problem, bo materiał to aż 70% poliestru i tylko 30% bawełny. Przez chwilę zastanawiałam się, czy jej nie oddać, ale za bardzo mi się podobała. Nie jest to może najlepszy wybór na upały, ale przy nieco niższej temperaturze jest OK i system się nie przegrzewa.

    Po drugie primo, wielkie szare swetrzycho. To dar losu od nowej polskiej marki Tova i tutaj również przeżyłam lekki szok związany z czytaniem metki, tym razem jednak pozytywny. No bo, proszę państwa: 10% kaszmiru, 20% wełny merynosowej, 20% wełny dziewiczej, 30% wiskozy i tylko 20% poliamidu to nie jest coś, co zdarza się w sklepach często, a jak się zdarza, to raczej nie idzie w parze ze znośną ceną (279 zł). Sweter jest ciepły niczym kocyk i doskonale nadaje się do opatulenia "na burrito". Co prawda niespecjalnie się lubi z ciemnymi koszulkami, bo ma dość długie włosie i trochę obłazi, ale z jasnymi jest w pełni kompatybilny. No i powiewa, a ja uwielbiam powiewające ciuchy, bo dodają mi takiej mocy, że wydaje mi się, jakbym kroczyła Aleją Gwiazd, nawet kiedy tylko drepczę do supermarketu po (marsjańskie) ziemniaki.

    NASA
    NASA
    NASA
    NASA
    NASA
    koszulka NASA - Cropp (tutaj taka sama z Medicine, 100% bawełny!)
    sweter - Tova (#darylosu)
    dżinsy - Lee
    sztyblety - Ecco
    torba - Bags by MAY

    piątek, 16 września 2016

    Scena balkonowa (Akt II)

    Rok temu pokazywałam Wam, jak wygląda nasz balkon. Od tamtego czasu sporo się na nim pozmieniało. Przede wszystkim przybyło zielska. Ogrodniczka ze mnie raczej średnia: nie mam pojęcia, jak nazywa się większość moich roślin, a na swoim koncie mam więcej ofiar niż Sinobrody, ale obecny skład trzyma się póki co nieźle i mam nadzieję, że za rok jeszcze się powiększy (myślę m.in. o jakiejś kratce z pnączem).

    Pamiętacie, jak pisałam o stoliku ze starej maszyny do szycia, który podprowadziłam rodzicom? Strasznie mi się podobał, niestety na stół do jadalni się nie nadawał (za mało miejsca na nogi), a nie bardzo wiedziałam, jak inaczej go wykorzystać. Po długim namyśle postanowiłam przekwalifikować go na balkonowy kwietnik. Tata dorobił mniejszy blat i voila! Nieważne, że przy okazji zabezpieczył go 150 warstwami błyszczącego lakieru, które ja musiałam potem zdzierać papierem ściernym przez dwa dni. Było warto.

    Po drugiej stronie balkonu stanął niedawno stary drewniany regał (a właściwie etażerka, jak zostałam pouczona w komentarzach), który przytargałam z targu staroci. Żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia zaraz po zakupie, bo jego stan był naprawdę opłakany i mogłabym teraz zbierać propsy za to, jak pięknie go odpicowałam. A tak, musicie mi wierzyć na słowo, że był zakurzony, wypłowiały, w kolorze wyschniętej ziemi, do tego upstrzony plamami roztopionego wosku, poobklejany starymi gazetami, wykrzywiony i z popękanym wybrzuszeniem na górnej półce. Na tę dziurę (na szczęście nie na wylot) nic nie poradziłam (ale stoi na niej kwiatek, więc luz), za to regał umyłam, obskrobałam z wosku, wyszlifowałam, pomalowałam lakierobejcą i własnymi rękami urżnęłam spróchniałe końcówki nóg, żeby go wypoziomować. Jestem z siebie naprawdę dumna. Całość prezentuje się chyba nie najgorzej?


    PS
    W pierwszym odruchu chciałam schować suszarkę na czas robienia zdjęć, ale stwierdziłam, że nie ma co zakrzywiać rzeczywistości. Aż tak. Ona tam po prostu jest. Stale. I wy, i ja musimy z tym handlować.

    My balcony
    kamionkowy garnek - vintage, od rodziców
    My balcony
    kuleczkowy pięknioch - Starzec Rowleya albo string of pearls / Lila kocha róż (prezent)
    My balcony
    stolik / kwietnik z maszyny do szycia Singer - od Rodziców
    suszarka do ubrań - IKEA
    My balcony
    My balcony
    skrzynka po winie - Lidl
    kamionkowa miska - vintage, od Rodziców
    My balcony
    butelka - IKEA
    My balcony
    stolik i krzesła ogrodowe - IKEA
    My balcony
    regał / etażerka - vintage, z targu staroci
    My balcony
    torba z papieru, który można prać - Uashmama / Lila kocha róż (prezent) 
    kubek - prezent od koleżanki
    betonowa doniczka - GrowRaw
    My balcony
    konewka - IKEA
    lampa naftowa - targ staroci
    bańka na mleko - targ staroci (trzymam w niej nawóz do kwiatków)
    My balcony
    wiklinowy koszyk - targ staroci
    My balcony

    poniedziałek, 5 września 2016

    Mug Hug, misiek i inne michałki

    Dzisiaj trochę mieszkaniowych michałków. Każda nowa pierdółka strasznie mnie cieszy, bo czuję, że w naszym siedlisku coraz bardziej wszystko zaczyna ze sobą grać i to nawet na mikropoziomach. Takich jak na przykład wnętrze szuflady z gadżetami kuchennymi. Albo pudełko z przyborami do czyszczenia butów. Czy może być piękniejsze uczucie? Pytanie retoryczne, wiadomo, że nie może.

    No dobra, to co tam u mnie nowego? A ostatnio kupiłam dwa kubki ze zwierzakami, wygodny pojemnik na miód, kilka drewnianych szpatułek, ładny otwieracz do butelek (wreszcie!) oraz nożyczki w kształcie żurawia, na które chorowałam, od kiedy zobaczyłam ja na czyimś Instagramie. 

    Jednak największą gwiazdą dzisiejszego posta jest zdecydowanie Mug Hug, czyli dębowa podstawko-tacka. Jak się dowiedziałam od "rodziców" Mug Huga - Martyny i Andrzeja, pomysł powstał, kiedy Andrzej (studiujący projektowanie wnętrz) szukał natchnienia do nowego projektu na zajęcia. Zadanie polegało na stworzeniu nowej wersji przedmiotu codziennego użytku. Z pomocą przyszła Martyna, która, pracując w łóżku... zalała swojego laptopa kawą. Tak zrodził się pomysł stabilizującej podstawki, która zapobiegnie takim katastrofom w przyszłości. Mug Hug jest z jednej strony wypukły, dzięki czemu idealnie daje się zagnieździć w miękkiej pościeli, a z drugiej płaski - w sam raz na twardsze powierzchnie, na przykład kanapę. Spędziliśmy razem w łóżku trochę czasu (tzn. z Mug Hugiem, nie z Andrzejem i Martyną!) i mogę potwierdzić, że faktycznie sprawdza się doskonale. Oraz jest taki milutki i okrąglutki, że cały czas mam ochotę go głaskać. I obczajcie to: każdy egzemplarz ma numer, który można wpisać na stronie i sprawdzić, gdzie rosło drzewo, z którego został wyprodukowany. Po wpisaniu mojego numeru o mało nie spadłam z krzesła: moja podstawka pochodzi z MOJEJ RODZINNEJ MIEJSCOWOŚCI! To musiało być przeznaczenie.

    Mug Hug wooden coaster
    drewniana podstawka pod kubek - Mug Hug (prezent) 
    kubek z misiem - FOR.REST
    kubek z zającem - We Love Home / Bonami.pl

    cukierniczka - Bolesławiec / HouseShop.pl
    puszka na herbatę "T" - Nicolas Vahe / House Doctor
    pojemnik na miód z łyżką - Blomus / Bonami.pl

    drewniana tablica z numerem - Czary z Drewna / DaWanda.pl
    łyżki, szpatułki i inne gadżety - zbierane latami
    szpatułka i pędzelek z silikonową końcówką - Mason Cash / Bonami.pl
    podkładki pod kubki - H&M Home
    nożyczki - Ib Larsen / AhojHome.pl
    otwieracz do butelek - Duka
    szczotka do warzyw (miała być do twarzy, ale okazała się za szorstka) - Iris Hantverk / Bonami.pl 

    nożyczki żuraw - Tiger (10 zł!)