2 października 2015

Ukryta opcja niemiecka

Za każdym razem, kiedy pojawiam się w pracy w tym kombinezonie, przez cały dzień odpowiadam na pytania o to, gdzie zaparkowałam F-16, czy wymienię komuś olej w samochodzie albo czy przeniosłam się ze swojego działu do magazynu. Dziwne, że nikt nie pyta, czy bardzo się potłukłam, kiedy spadałam z nieba, chociaż byłoby to jak najbardziej na miejscu, bo to w końcu kombinezon lotniczy.

Strój należał wcześniej do jakiegoś niemieckiego żołnierza, po czym trafił do mojego kolegi - fana militarnych gadżetów, biegania po lasach z karabinem na kulki i różnych takich surwiwalowych klimatów. Kolega jest bardzo wysoki, więc musiał odpowiednio wydłużyć rękawy i nogawki - tylko po to, żeby kolejny właściciel, czyli ja, musiał je teraz z powrotem podwijać. Myślałam o ich skróceniu, ale kolega dokonał przeróbek tak profesjonalnie, że żal niszczyć tę kunsztowną robotę. Pomijając długość, kombinezon leży na mnie idealnie (plusy chłopięcej sylwetki). Spodziewałam się, że będzie sztywny, a tymczasem jest bardzo mięciutki i wygodny. W sumie ma aż trzynaście kieszeni (do tego dochodzą różne sprzączki i uchwyty), więc teoretycznie można by przy nim całkiem zrezygnować z torby. Ćwiczenia jednak wykazały, że nie jest to wcale taki dobry pomysł, ponieważ wrzucony do którejkolwiek kieszeni telefon staje się natychmiast zaginiony w akcji, a próby zlokalizowania go poprzez poklepywanie się po kolejnych partiach ciała wyglądają dla postronnego obserwatora trochę jak układ taneczny z "Makareny", a trochę jak poszukiwanie zaginionych kobiecych kształtów.






kombinezon niemieckich sił powietrznych - odkupiony od kolegi
okulary przeciwsłoneczne - Moschino / TK Maxx
buty - Tommy Hilfiger / paradopary.pl