piątek, 27 listopada 2015

Migawki z Lizbony

Nie mogliśmy się z Dzióbkiem doczekać wyjazdu do Portugalii, bo był to nasz pierwszy porządny urlop od 2 lat. W zeszłym roku najbliżej wakacyjnego klimatu byliśmy, kiedy Pan Kuchnia zamontował nam wyspę. Nie narzekam, bo urządzanie mieszkania to super zabawa, ale jednak raz na jakiś czas przydaje się człowiekowi reset z dala od wszystkiego.

Tradycyjnie dziękuję Wam za przedwyjazdowe porady w komentarzach oraz nadsyłane różnymi innymi kanałami. Wszystkim, którzy dopiero wybierają się do Lizbony, gorąco polecam blogi Duże Podróże oraz InfoLizbona. Znajdziecie tam masę przydatnych informacji - od cen biletów komunikacji miejskiej po adresy, gdzie zjeść. Naprawdę nie wiem, co bym bez nich zrobiła. Mam nadzieję, że ten i kolejne zaplanowane przeze mnie posty też choć trochę pomogą komuś w planowaniu wyjazdu.



PORTUGALIA - PIERWSZE  WRAŻENIA I ZASKOCZENIA

1. Ciepełko!
Mieliśmy wątpliwości, czy listopad to dobry termin na wakacje (w Portugalii to ponoć jeden z najbardziej deszczowych miesięcy), ale na szczęście przez cały wyjazd (prawie dwa tygodnie) pogoda była idealna: 20-25 stopni i tylko dwa razy przez chwilę popadało. Cudownie było się przenieść z zimnego, mokrego i zasmogowanego Krakowa w klimat, w którym od słońca znowu wychodzą człowiekowi piegi. Co prawda obserwowanie pojawiających się na ulicach dekoracji świątecznych czy plakatów zimowej kolekcji Mango przedstawiających opatuloną panią na śniegu w towarzystwie wilków, kiedy wkoło ludzie paradują w koszulkach  i okularach przeciwsłonecznych, było lekko surrealistycznym przeżyciem, ale myślę, że mogłabym się do tego przyzwyczaić.

2. Strome ulice
Niby czytałam przed wyjazdem, że ulice w Lizbonie i Porto są bardzo strome, ale nie spodziewałam się, że aż tak! Dzióbek stwierdził, że przypominają mu scenę z Incepcji, kiedy miasto składa się na pół. Idealne porównanie. Bez wygodnych butów naprawdę nie macie tam po co jechać. Ciągłe wchodzenie pod górkę i schodzenie w dół dało mi ostro popalić. Zakwasy miałam jeszcze przez kilka dni po powrocie.

3. Azulejos
Czyli płytki, najczęściej białe w niebieskie wzory, które zdobią ściany kamienic, wnętrza kościołów czy stacje metra. Coś cudownego! Uwielbiam wszystkie: zabytkowe, nowoczesne, geometryczne, i "fabularne". Poniżej możecie zobaczyć kilka moich ulubionych przykładów.

4. Pranie na ulicy
Pranie rozwieszone za oknem widywałam już w paru innych miejscach, ale w Portugalii zaskoczyło mnie to, że ludzie wywieszają je na zewnątrz, nawet kiedy mieszkają na parterze (nie takim wyższym, tylko równym z ulicą) i przechodnie muszą się między nim przeciskać. Może jestem staroświecka, ale ja jednak wolę kogoś bliżej poznać, zanim wyląduję w jego pościeli.

5. Czerwone światło jest dla frajerów
Chyba ani razu nie widziałam, żeby jakiś pieszy czekał tam na zielone światło. Nawet policjanci przechodzili na czerwonym. To dość zaskakujące, ale nie tak jak kolejne moje odkrycie (uwaga, uwaga):

6. Kierowcy są mili!
U nas na przejściu bez sygnalizacji świetlnej muszę cierpliwie poczekać, aż przejadą wszystkie samochody w zasięgu wzroku. Tam - od razu ktoś się zatrzymuje. Było to dla mnie tak szokujące, że ciągle zdarzało mi się z przyzwyczajenia dalej stać na chodniku. Mało tego, kierowcy zupełnie nie wściekają się na pieszych włażących na pasy na czerwonym świetle. Nie trąbią, nie krzyczą, tylko zwalniają i cierpliwie czekają. Dziki kraj.

7. Turysto, nie jesteś najważniejszy
Miałam wrażenie, że Lizbona i Porto nie chcą się narzucać turystom ze swoimi atrakcjami. Na zasadzie: jak ci zależy, to se znajdziesz. Czasem musieliśmy się nieźle naszukać, żeby gdzieś trafić, bo nie było na każdym kroku punktów informacyjnych czy strzałek kierujących do zabytków. Z drugiej strony, brak nachalnej reklamy czy napastliwych sprzedawców pamiątek sprawiał, że nie czuliśmy się tak przemieleni przez tę całą turystyczną maszynkę.

8. Brak szpecących reklam
Na ulicach nie uświadczy się krzykliwych szyldów czy innych reklamowych brzydactw. Widać, że ktoś nad tym wszystkim czuwa. Tylko pozazdrościć.
 
9. Haszysz tanio sprzedam
Kilka razy w biały dzień w centrum miasta lokalni zielarze próbowali ubić z nami interes. I nawet nie jakoś specjalnie dyskretnie - normalnie wychodzimy z dworca, a tu uderza do nas gość z woreczkiem jakiegoś majeranku. To ponoć na porządku dziennym, bo polityka narkotykowa Portugalii jest dość liberalna.

10. Szafa Sztywniary International
To chyba najmilsza wyjazdowa niespodzianka. Okazało się, że w Lizbonie czasem można spotkać czytelniczkę Szafy Sztywniary. A konkretnie Polkę mieszkającą w Londynie, która wraz z chłopakiem Nowozelandczykiem zwiedza akurat Lizbonę. Czy może być jeszcze bardziej międzynarodowo? Nie sądzę.

***

Przed wyjazdem założyliśmy sobie, że nie będziemy się forsować, tylko czilować, i muszę powiedzieć, że to nam się udało. To był jak do tej pory zdecydowanie nasz najbardziej wyluzowany wyjazd (mimo że nie skusiliśmy się na żadną dilerską propozycję). Co spodobało mi się szczególnie? Oto moja lista osobista:



LIZBONA - GDZIE SIĘ WYBRAĆ KONIECZNIE

Time Out Mercado da Ribeira
Avenida 24 de Julho 49 (przy stacji metra Cais do Sodre), Lizbona
Jeśli nie wiecie, gdzie zjeść w Lizbonie, to teraz już wiecie. Ten adres warto zapamiętać. To wielka hala targowo-gastronomiczna, w której swoje stoiska mają najlepsze restauracje w mieście. Ryby, owoce morza, makarony, burgery, ciasta, drinki - to miejsce zaspokoi chyba każdy gust. Obstawiam, że spokojnie można by tam chodzić codziennie przez rok i za każdym razem próbować innego dania.

A Vida Portuguesa
Largo Do Intendente Pina Manique 23, Lizbona 
(sklep ma też swoje stoisko w opisanym wyżej Mercado da Ribeira)
Wyjątkowy sklep z pamiątkami w stylu kolonialnym. Można tam kupić słodycze, wina, oliwy, mydełka, drobiazgi do domu, książki, ubrania, no po prostu co tylko chcecie. Oprócz tego, że wszystkie produkty są wyprodukowane w Portugalii i pięknie opakowane, to samo wnętrze sklepu jest niezwykle klimatyczne. Zajrzyjcie koniecznie, nawet jeśli nie zamierzacie nic kupować.

LX Factory
Rua Rodrigues Faria, 103, Lizbona
Chyba moje ulubione miejsce w całej Lizbonie. To skupisko restauracji, kawiarni, sklepów, galerii i straganów z rękodziełem urządzone na terenie dawnych fabryk. Jest dizajnersko, industrialnie, słowem: fajo-bajo, jak mawia mój kolega. W dodatku prawie wszystkie ściany budynków są pokryte fantastycznymi muralami. Pamiętajcie tylko, żeby wybierać się tam dopiero po 12.30. My za pierwszym razem poszliśmy rano i wszystko było pozamykane.
Trzy punkty w LX Factory, które polecam szczególnie:
- A Praça - prawdziwa uczta dla oczu i podniebienia; świetna restauracja z pysznym jedzeniem i pięknym wnętrzem (kopalnia inspiracji do mieszkania).
- Landeau Chocolate - chyba najlepsze ciasto czekoladowe, jakie jadłam.
- Ler Devagar - ogromna, piętrowa kawiarnio-antykwariato-księgarnia w budynku starej drukarni; ruszająca się kartonowa postać na skrzydlatym rowerze zamontowana pod sufitem, tajne przejścia między regałami oraz inne dziwne dekoracje sprawiają, że człowiek czuje się jak w bajkowej pracowni jakiegoś szalonego profesora.
 
Klasztor Hieronimitów / Mosterio dos Jerónimos
Praca do Imperio, Lizbona
Klasztor wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Największe wrażenie zrobiła na mnie zewnętrzna, bogato zdobiona fasada i krużganki w lekko orientalnym stylu. Coś niesamowitego. W środku znajduje się m.in. grób Vasco Da Gamy.

Igreja do Carmo
Largo do Carmo, Lizbona
Kościół bez dachu. Dach zapadł się podczas wielkiego trzęsienia ziemi w 1755 roku i nie został już odbudowany. I chyba dobrze, bo mielibyśmy kościół jakich wiele, a tak mamy coś całkiem niezwykłego.
 
Cascais 
Cascais to mała miejscowość nad Oceanem, oddalona od Lizbony o jakieś 40 minut jazdy pociągiem (dojedziecie tam na bilecie miejskim z opcją doładowania, czyli tzw. zappingiem, który obowiązuje na metro czy tramwaje).
Wybraliśmy się tam, bo z wielu źródeł słyszeliśmy, że z Cascais jest super trasa rowerowa wzdłuż Oceanu. I że zaraz przy dworcu można za darmo (zostawiając dowód osobisty) wypożyczyć rowery. Prawda, że super? No nie do końca, bo w wypożyczalni Bicais (która składała się z pana niemówiącego po angielsku oraz stojaka rowerowego) akurat nie było żadnych dostępnych dwukołowców. Ale nic to, po długim błądzeniu udało nam się znaleźć wypożyczalnię płatną (w pawilonie przy marinie) i chwilę później na piszczących i niezbyt wygodnych rowerach (musiałam wyglądać co najmniej dziwnie, uparcie próbując się wyprostować na góralu) mknęliśmy po ścieżce, mając po jednej stronie Ocean, a po drugiej rozległy zielony krajobraz. Co za widoki! Niestety, nie starczyło nam czasu, żeby dojechać do Cabo da Roca - najbardziej wysuniętego na zachód punktu Europy, ale za to zrobiliśmy sobie bardzo przyjemny postój na plaży (Praia do Guincho). Gorąco polecam!



LIZBONA - GDZIE SIĘ WYBRAĆ NIEKONIECZNIE
 
Zamek św. Jerzego / Castelo de Sao Jorge
Rua de Santa Cruz do Castelo, Lizbona
Z tarasu rozciąga się naprawdę piękny widok na miasto, ale jak dla mnie na tym zalety Zamku się kończą. Moim zdaniem spokojnie możecie ten punkt programu odpuścić, zwłaszcza że w Lizbonie jest sporo innych tarasów widokowych.

Oceanarium / Oceanario do Lisboa
Esplanada D. Carlos I - Doca dos Olivais, Lizbona
Największe oceanarium w Europie. No fajne, ale bez spazmów. Głównie chyba dla dzieciaków. Jeśli planujecie się wybrać, kupcie bilety przez internet - jest taniej i nie trzeba stać w kolejce (która nawet w listopadzie była gigantyczna).

Muzeum Azulejos / Museu Nacional do Azulejo
Rua da Madre de Deus 4, Lizbona
Jeden z najbardziej wyczekiwanych przez mnie punktów programu, a ostatecznie trochę zawód (chociaż było całkiem zabawnie, kiedy z roztargnienia przy wejściu podałam panu z obsługi paragon z publicznej toalety zamiast biletu). Wiele dużo ciekawszych płytkowych paneli widywałam na ulicach, szczególnie w Porto. 

Pastéis de Belém
84 rua de Belém, Lizbona
W tej cukiernio-kawiarni (działającej od 1837 roku!) powstają najsłynniejsze ciastka w Lizbonie, czyli babeczki z ciasta francuskiego wypełnione kremem budyniowym. Sęk w tym, że ja nie cierpię ciastek z budyniem. Ale warto tam wpaść choćby po to, żeby obejrzeć zabytkowe wnętrze (z pięknymi azulejos na ścianach). No i oprócz pastéis de Belém sprzedają tam też inne ciacha - nie próbowałam, ale może warto?

Tramwaj linii 28
Kultowy drewniany, jednowagonikowy tramwaj, który przejeżdża przez zabytkowe dzielnice miasta. Planowaliśmy się nim przejechać, ale zawsze był tak zatłoczony, że szybko przechodziła nam ochota. Za to jechaliśmy takim samym tramwajem (tyle że linii 15) do Belém. Spoko, ale wracać woleliśmy już nowoczesnym.

Wieża Belém / Torre de Belém
Avenida Brasilia - Belém, Lizbona
Piękna budowla do podziwiania i fotografowania z zewnątrz (pocztówkowe kadry gwarantowane). Wchodzenie na górę spokojnie można sobie odpuścić.

A Brasileira 
Rua Garret 120, Lizbona
Najsłynniejsza kawiarnia w mieście (a początkowo sklep z kawą z Brazylii). Trochę wąska i kelnerzy dość zabiegani (spory ruch), ale wnętrze w stylu art nouveau zachwyca.

***

Ech, a planowałam, że ten wpis będzie krótki. Trochę nie wyszło, ale po takiej suszy na blogu może jakoś przeżyjecie. W następnym odcinku Porto!

Tu byłam.
Widok z Zamku św. Jerzego. W tle most 25 Kwietnia.
Wszędzie tyle odcieni niebieskiego!
Pranie za oknem - lizbońska codzienność.
Na zmianę z góry i pod górę. Nogi mnie bolą na samo wspomnienie.
Na szczęście są elevadores (czyli windy).
Reset systemu.
Ależ mi się tęskni za tymi widokami!

Igreja do Carmo - kościół bez dachu.
Płytki na ulicy...
... i płytki w muzeum (Museu Nacional do Azulejo).
  Stylówka (o roboczym tytule "Jestem taka płytka") z dedykacją dla wszystkich, którzy uważają, że powinnam ubierać się bardziej kobieco. Mówicie - macie!
Moje kuchenne płytki w muzeum! Ma się ten gust.
Restauracja w Muzeum Płytek.
Łuk Triumfalny przy Praça do Comércio (zdjęcie zrobione chwilę po tym, jak jakiś gość próbował nam opylić haszysz).
Zabytkowa A Brasileira, czyli najsłynniejsza kawiarnia w mieście. Zamówiłam tu coś, co, jak sądziłam, było sernikiem, a okazało się... kawałem sera (na szczęście całkiem dobrego).
Moja ulubiona ryba w całym Oceanarium.

Chociaż pozostałe też były ciekawe.

Podobnie jak inne pływające stworzenia.

Obowiązkowy przystanek dla każdego łakomczucha: Mercado da Ribeira.
Tutaj swoje stoiska mają najlepsze knajpy i restauracje w Lizbonie.
  Serwują tam prawdziwe pyszności. Oraz ostrygi.
Zaraz, zaraz, to w którą stronę?
Słynny tramwaj linii 28.
I jego składany model w fantastycznym sklep z pamiątkami - A Vida Portuguesa.
Kupicie tam cudowne pamiątki w stylu kolonialnym: słodycze, wina, mydełka, drobiazgi do domu...
... no i oczywiście kultowe sardynki.
Pierwsza na świecie żyrafa - szafiarka.

Zostań gangsterem miłości!

Płytki z komiksowymi motywami na stacji metra Oriente.
Dobra nazwa to podstawa. Niestety, lokal był zamknięty (fuck!). / LX Factory
Ler Devagar - jedna z dwóch najpiękniejszych księgarni, w jakich byłam. / LX Factory
Nigdy nie przepadałam za tą książką, ale "Principerinho" brzmi uroczo.
Restauracja A Praça w LX Factory.
Dobre jedzenie i fantastyczny wystrój, czyli moja definicja raju.
LX Factory to prawdziwe safari dla łowców street artu.
"If nothing else works, try chocolate cake!" radzą w Landeau Chocolate. / LX Factory
I powiem Wam, że po ich cieście czekoladowym życie rzeczywiście staje się lepsze.
Kolejny z licznych naściennych malunków w LX Factory.
Kiermasz płyt winylowych. / LX Factory
Dzióbek znalazł coś w sam raz dla siebie.
Klasztor Hieronimitów. Z zewnątrz wygląda pięknie...
... ale krużganki w środku zwalają z nóg.

No spójrzcie tylko.
Pomnik Odkrywców w Belém.
Torre de Belém - lubię takie korpulentne, niechybotliwe budowle.
Widok z okna Wieży.
Cascais - miejscowość wypoczynkowa oddalona o 40 min. jazdy pociągiem od Lizbony.
Wypożyczony rower nie dorastał do pięt mojemu Lowelasowi, ale widoki rekompensowały wszelkie niedogodności.
Niektórzy na plaży naprawdę nie potrafią się zachować.
#RyfkaWPortugalii - pod tym hasztagiem zamieszczałam na Instagramie migawki z podróży.
Woda + kijek = pełnia szczęścia.
"Na pewno się spóźnię!" Królik na stacji metra Cais do Sodre.

Spacer wzdłuż rzeki przy gasnącym słońcu - jeden z lepszych pomysłów na czilaut.
Wieczorne muzykowanie w pobliżu naszego hostelu.
Zachód słońca nad Tagiem.

49 komentarzy:

  1. Co do prania, to po prostu od oceanu ciągnie taką wilgocią, że trzeba je długo suszyć, dlatego cały czas wisi - mija 5 dni, poprzednie wyschnie i już musisz zrobić następne :) Mnie to strasznie wkurza, ale niestety taki mamy klimat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przekonałam się o tym na własnej skórze. Mimo że było naprawdę ciepło, w Porto pranie tak długo na schło, że musieliśmy je wysuszyć w pralni samoobsługowej, bo inaczej nie mielibyśmy w czym chodzić :)

      Usuń
    2. A jak oni wieszają to pranie? Sznurek daleko od okna jest.

      Usuń
    3. Anonim: Mówisz o czwartym zdjęciu? Sznurek się przeciąga. On tworzy taką zamkniętą pętlę, a po obu stronach są zamontowane takie kółeczka. Wyższa technologia ;)

      Usuń
  2. Pięknie tam, muszę się kiedyś wybrać :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Fantastyczne zdjęcia! :) Uwielbiam mentalność ludzi z tamtej szerokości geograficznej. Oni naprawdę niczym się nie przejmują: Włosi, Hiszpanie, Grecy... Zazdraszczam im tego luzu. Zawsze powtarzam, że bocian, który mnie przyniósł zagapił się i za późno mnie wrzucił rodzicom do łóżeczka, dopiero w dalekiej, zimnej i nieprzyjaznej Polsce... Najwspanialej czuję się, gdy zobaczę pierwszą palmę, a temperatura po przekroczeniu kolejnego masywu górskiego nagle podskakuje o 10 stopni...Chciałabym tam żyć na emeryturze...:)))
    Najlepsiejsze zdjęcie- to z niebieskimi drzwiami i rzędem lazurowych donic: mistrzostwo świata!:)
    Pozdrawiam, fiolka

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak zwykle,świetnie się czyta i ogląda.wszystkie zdjęcia =like, ale to twoje z mapą jest wyjątkowe:))

    OdpowiedzUsuń
  5. ale super foty! nie mogę się doczekać kiedy odwiedzę Lizbonę! za miesiąc przeprowadzamy się na rok lub dwa do Barcelony i już nie mogę się doczekać mieszkania nad morzem!! hurra, zamienić krakowski smog na plażę w Barceloneta to niezły wyczyn :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Umieram z zazdrości. W Barcelonie bardzo mi się podobało i sama bym się tam chętnie przeprowadziła :)

      Usuń
    2. Dziś wróciłam z Barcy - i najchętniej już bym tam wróciła...A towarzyszyły mi wskazówki Ryfki :)

      Usuń
    3. Anonim: Ale miło! Fajnie, że się przydałam :)

      Usuń
  6. W Lizbonie byłam raz kilka lat temu, ale mam ogromny sentyment do tego miejsca. Twoje zdjęcia uświadomiły mi, że chyba czas wybrać się tam raz jeszcze, na spokojnie. Genialne migawki!

    OdpowiedzUsuń
  7. Piękne zdjęcia! I strasznie ich dużo! Może trzeba było podzielić na kilka wpisów i dokładniej nam poopowiadać o wyprawie, trochę mi mało Twoich opowieści! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To i tak jest pierwszy wyjazd, który postanowiłam podzielić na 3 części: Lizbona, Porto i... jeszcze coś :) Sama kiedy przed wyjazdem szukam informacji o jakimś mieście, to zdecydowanie wolę mieć wszystko zebrane w jednym miejscu, a nie skakać po 10 postach. Dlatego moje relacje wyglądają tak, a nie inaczej :)

      Usuń
  8. Zazdroszczę! Cudne zdjęcia :) Ryfko a jak podróżowaliście z Lizbony do Porto?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pociągiem. To tylko 3 godziny, w dodatku mają wi-fi ;)

      Usuń
  9. Byłam w Lizbonie parę lat temu. Jak cudownie było sobie przypomnieć to miejsce :) w większości z nich byłam. Mi znajomi tam mieszkają więc oprowadzili mnie wszędzie, gdzie powinnam być i jeszcze coś ekstra :) ..

    świetne zdjęcia! Czekam na kolejny post! :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Korpulentne, niechybotliwe budowle <3 to o mnie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, pomyślałam o sobie, kiedy czytałam ten fragment :)

      Usuń
  11. Sama nie wiem dlaczego jeszcze sie tam nie wybralam. Latwo sie dostac z Londyny i tutejsze biura podrozy co rusz kusza dlugimi weekendami w przystepnej cenie. Patrzac na Twoje zdjecia mysle, ze juz czas :) Owoce morza, ciastka z budyniem i ich rodzime wino- no i co jeszcze czlowiekowi do szczescia potrzebne :)
    Ana

    OdpowiedzUsuń
  12. Portugalia marzy mi się już od dłuższego czasu, ale ostatnio ciągle pojawiają się inne ciekawe oferty i odpuszcza. Być może tego lata w końcu uda mi się nacieszyć oczy ulicami Lizbony. Wpis bardzo przydatny, jeśli zdecyduję się na wyjazd, na pewno do niego wrócę :)
    Ps. Ach zazdroszczę tego ciepełka wśród listopadowej aury ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Ja tam widzę Whitney... Ryfka nie kupiła swojej czytelniczce, a do tego jeszcze mówi, że nie przepada za Le Petit Prince! Ryfka na pewno widzi kapelusz, a nie węża który połknął słonia :( Ta zniewaga unsuba wymaga!


    Nie mogłam sobie odpuścić małego trollingu z rana (no... prawie rana). Baardzo zazdroszczę Portugalii, bardzo bardzo. Powrót do naszych, krakowskich smrodków pewnie nie był łatwy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiadomo, że Ryfka widzi kapelusz! Moją brązową fedorę :D

      Usuń
  14. Fajna relacja i zdjęcia! A co do "haszyszu" to to są cyganie wciskający zwykłe zmielone i palone zioła, którzy próbują naciągać naiwnych turystów. Naprawdę nie ma co tak tego przeżywać ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja bym na bank wypaliła majeranek i nie tylko bym się nie zorientowała, ale jeszcze mówiła, że mocny stuff ;)

      Usuń
    2. Pewnie padło pytanie - jaki masz aparat i obiektyw?
      Zdjęcia cuuuuuuuuuuuudne
      Martwiłam się ,ze Cię nie ma - zapomniałam o wycieczce.

      olesia

      Usuń
    3. olesia: Aparat od lat ten sam: Nikon D3000. Na wyjazdach zawsze podstawowym ("kitowym") obiektywem :)

      Usuń
  15. Jak widać, wyjazd do Portugalii w listopadzie może być pomysłem mniej ryzykownym pogodowo niż wyjazd nad polskie morze w lipcu :) To tzw. verão de São Martinho, czyli lato świętego Marcina, bo tak się w Portugalii określa taki jesienny nawrót pięknej pogody. Choć trzeba przyznać, że mieszkam w Lizbonie od kilku lat i jeszcze nigdy nie widziałam żeby to jesienne lato tak bardzo przypominało prawdziwe jak w tym roku - więc mieliście szczęście :)

    A co do portugalskich kierowców, to oni są mili wyłącznie dla pieszych. Portugalski kierowca portugalskiemu kierowcy jest śmiertelnym wrogiem. Zajeżdżanie sobie drogi jest na porządku dziennym, ustąpienie komuś pierwszeństwa jest ujmą na honorze, a ponieważ znak "droga z pierwszeństwem przejazdu" nie istnieje a przepisy mało kto zna, to pierwszeństwo zwykle zależy od tego, kto ma większy samochód (albo jest ustalane telepatycznie)...

    To tak żeby nie wyszło, że tylko w Polsce gburowatość czyni prawdziwego kierowcę :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Podróż - marzenie: na każdym rogu można spotkać "zielarza", wpada się nieznajomym w pościel, ćwiczy się kondycję zwiedzając zabytkowe uliczki, a do tego tyle niebieskiego! Ach, och, ech, ... ;)

    OdpowiedzUsuń
  17. Ale fajnie!
    Przypomniał mi się nasz cudowny beztroski (jeszcze bezdzieciowy) wypad do Portugalii, z namiotem. Największym zaskoczeniem było to, że w ogóle nie udało nam się łapać stopa. Ale pociągi tam niedrogie, więc było ok.

    Sporo Wam się udało zobaczyć w Lizbonie, my chyba najwięcej czasu spędzieliśmy błąkając się po Alfamie, popijając ginjinhę;)

    Super zdjęcia, czekam na więcej.

    OdpowiedzUsuń
  18. a do lx udało się Wam wejść do środka - środka? w sensie gdzies na korytarze i na kolejne piętra? pytam, bo jak my byliśmy to miałam wrażenie ze tam sa jeszcze całe światy, ale nie wiedziałam jak się do nich dobrać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, poszwendaliśmy się trochę w środku też. Nawet sex shop tam mają :)

      Usuń
    2. jak żyć i gdzie jest wejście, pytam.

      Usuń
  19. piekne zdjecia i gratuluje tok w ogole:)

    OdpowiedzUsuń
  20. jak pięknie, klimatycznie, kolorowo, artystycznie... <3 muszę tam pojechać!!!

    OdpowiedzUsuń
  21. tak poza tematem: przezroczyste "lampki" w formie żarówek, na baterie - jeden sznur w cenie ok.30 zł, kupiłam w JULI; dokładnie takie jak szukałaś. Jak na mój gust sznur mógłby być dłuższy, żarówek więcej, zamierzam dokupić jeszcze ze 2 sznury, aby efekt był zadowalający. Niestety nie mogę znaleźć na stronie sklepu, tam są niemal identyczne , ale z porażającą ceną 199 zł- TO NIE TE :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Najbardziej z Twoich wyjazdowych relacji lubię zdjęcia. Zawsze są kolorowe, dużo przedstawiają, nie są przypadkowe, jak typowy turysta, który wykonuje masę nieprzemyślanych kliknięć :) A do tego tyle przydatnych informacji, bo w internetach można przeważnie znaleźć ''Portugalia to kraj, bla, bla''.
    I chyba zaszczepiłaś mnie tą podróżą, bo już dopisałam ten kraj do listy miejsc do odwiedzenia :)

    OdpowiedzUsuń
  23. Ryfko, kiedy post Portowy? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Portowy po Nowym Roku. A póki co pojawił się portowo-lizbońsko-streetartowy :)

      Usuń
    2. Ryfko, czekam na Porto, bardzo, bardzo :)

      Usuń
    3. O, jak miło, że ktoś czeka! :) Po raz kolejny zagubiłam się w czasie, ale o poście pamiętam i na pewno niedługo się pojawi! W ogóle od drugiej połowy lutego posty powinny już pojawiać się regularnie, bo wracam na tzw. freelance :)

      Usuń
  24. Może mogłabyś polecić hostel, w którym warto się zatrzymać? Albo ktoś z czytelników zna jakiś dobry adres? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, do hoteli nie bardzo mieliśmy szczęście i ani tego z Lizbony, ani tego z Porto zdecydowanie bym nie polecała :(

      Usuń
  25. genialne zdjęcia!! jestem pod wrazeniem :) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  26. Skąd jest ta piękna chusta, którą masz na zdjęciach?:)

    OdpowiedzUsuń
  27. Zara, kupiona jakiś rok temu. Dokładniej widać ją tutaj.

    OdpowiedzUsuń
  28. Czytam kolejny raz Twoje relacje z Portugalii, jestem przed pierwszym wyjazdem na kraniec Europy:)mam pytanie gdzie dokładnie była wypożyczalnia rowerów w Cascais i jaka była cena? Pozdrawiam serdecznie, jestem czytelniczką bloga od bardzo dawna:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wypożyczalnia była w dole, w tzw. marinie, w takim pawilonie usługowo-handlowym. Dokładniej Ci tego nie wytłumaczę, będziecie musieli kogoś zapytać. Co do ceny, to zależy od tego, na ile chcecie wypożyczyć rowery. My wypożyczyliśmy na 3 godziny i wyszło nas chyba po 10 euro na osobę.

      Usuń
  29. Piękne zdjęcia.Polak przyzwyczajony do wszechobecnych szpecących reklam dopiero po jakimś czasie , jak się dobrze porozgląda w Lizbonie, że ich brak może być takim atutem.Ja tak miałam.Podobnie jest w Skandynawii.

    OdpowiedzUsuń

Dzięki za komentarz :)
* Uwaga: Na blogu działa SPAMOWSTRZYMYWACZ. Spam = linki do sklepów, Allegro, zaproszenia do odwiedzenia bloga itp. (jeśli podpiszecie się "Krysia" i podlinkujecie swój nick do sklepu z dachówkami / kosmetykami / karmą dla kota, to nadal jest to spam).