sobota, 6 czerwca 2015

Jak ryba na rowerze

Pamiętacie, jak 2 lata temu Dzióbek zdissował mój pomysł dojeżdżania rowerem do pracy? Kto by wtedy pomyślał, że kiedyś stanę się większym rowerowym zapaleńcem od niego. A tymczasem jeżdżę częściej i dłużej, chociaż mam do pracy dwa razy dalej. Ha! I kto się teraz śmieje?

Jeżdżę praktycznie przez cały rok. W ciągu ostatnich 16 miesięcy nie było miesiąca, w którym nie jeździłabym na rowerze (choć od grudnia do lutego z mniejszą częstotliwością). Jak to się stało? Jakim cudem ktoś tak leniwy i asportowy jak ja pokonuje codziennie 20 km? Jak wiadomo, jazda na rowerze ma wiele zalet: jest ekologiczna, tania, a w dodatku zdrowa. Co oczywiście nie miało dla mnie żadnego znaczenia. Moja główna motywacja była czysto hedonistyczna: po prostu okazało się, że sprawia mi to nieprzeciętną radość.


ZA CO KOCHAM ROWER?
Droga do pracy i z pracy to dla mnie najprzyjemniejsza część dnia. 80 minut całkowitej wolności. To czas, który mam tylko dla siebie. Kiedy nic mnie nie rozprasza. Do tramwaju zwykle zabierałam książkę, ale w większości przypadków i tak kończyło się na bezmyślnym przeglądaniu Fejsbuka. Jadąc na rowerze, wyciszam się, resetuję, podziwiam widoki (a jest co podziwiać), rozmyślam o rzeczach ważnych i o pierdołach, planuję podbój świata, układam posty na bloga oraz doznaję olśnień na ważne życiowe tematy (np. że w przypadku bliższego spotkania z ciężarówką ślub chyba jednak ułatwiłby wiele spraw szpitalno-pogrzebowych).

Dzięki rowerowi nie jestem uzależniona od komunikacji miejskiej - to kolejny plus. Olewam wiecznie spóźniające się autobusy, (125, wiesz, że do Ciebie piję), awarie, korki oraz tłoczące się i nieraz drażniące (głównie uszy i nozdrza) towarzystwo.

Mimo że jeżdżąc na rowerze, nie czuję, jakbym uprawiała sport (w końcu tylko siedzę i trochę macham nogami), to jednak jakąś tam dawkę ruchu przyjmuję. Nic mnie nie przekona do biegania czy siłowni, ale taki ruch "przy okazji", którego za bardzo nie odczuwam, a który jednak coś tam daje (nie wiem, czy chcecie to wiedzieć, ale dzięki rowerowi mój tyłek nie jest już płaski jak naleśnik), to jak dla mnie opcja w sam raz.


CZEGO SIĘ BOJĄ NIEDOSZLI ROWERZYŚCI?
Jeśli mieliście pomysł, żeby zakolegować się z rowerem, ale coś Was powstrzymało, to obstawiam, że był to jeden z trzech powodów: nie chcecie zginąć; nie chcecie zmoknąć; nie chcecie się spocić. 

Jeśli chodzi o bezpieczeństwo, to mam to szczęście, że w Krakowie jest naprawdę nieźle rozbudowana infrastruktura rowerowa i zaledwie niewielki fragment swojej codziennej trasy pokonuję ulicą (w dodatku niezbyt ruchliwą). Jeśli w Waszym mieście ze ścieżkami rowerowymi jest krucho, to cóż, namawiać Was nie będę, bo sama raczej też bym odpuściła, jeśli miałabym całą drogę lawirować między pędzącymi samochodami.

Co do niesprzyjającej lub nieprzewidywalnej pogody, to tutaj już nie dam tak łatwo za wygraną. Oczywiście jeśli leje jak z cebra, rezygnuję z roweru i z ciężkim sercem drepczę na przystanek. Ale jeśli tylko delikatnie siąpi - jadę! Jeśli nie pada, ale zapowiadają deszcz - też jadę! Jak wynika bowiem z mojego doświadczenia, prawdopodobieństwo, że porządnie się rozpada akurat wtedy, kiedy będę w trasie, wynosi jakiś 1%. Zwykle burza zaczyna się i kończy, kiedy jestem w pracy, albo już po tym, jak dotrę do domu. Codziennie rano sprawdzam prognozę pogody, ale jeśli jest niesprzyjająca, po prostu ją ignoruję (w sumie jest to zasada, którą stosuję we wszystkich dziedzinach życia). I wychodzę na tym całkiem nieźle, bo w ciągu ostatnich 16 miesięcy porządnie zmokłam na rowerze może ze 3 razy.

Nie namawiam nikogo do jazdy w gęsto padającym śniegu czy po oblodzonych ścieżkach (aż takim hardkorem nie jestem), ale warto przetestować, jaki zakres temperatur jest dla Was komfortowy. Nie ma co się z góry uprzedzać, że skoro grudzień, to rower automatycznie musi iść w odstawkę. Ja przekonałam się, że (przy odpowiednim stroju) w zasadzie każda temperatura od mniej więcej -3 stopni w górę jest dla mnie OK (dowód tutaj).

Kwestia pocenia się to oczywiście sprawa indywidualna. Zależy od osobniczych predyspozycji oraz tego, jak zaciekle pedałujemy. Ja jeżdżę rekreacyjnie, nie wyścigowo, więc jakoś bardzo się przy tym nie męczę. Jeśli się zgrzeję, wystarczy odświeżenie wilgotnymi chusteczkami, a w czasie megaupałów - koszulka na zmianę. Przy czym zaręczam Wam, że latem na rowerze jest nieporównanie przyjemniej niż w dusznym, zatłoczonym autobusie.


Pogoda ostatnio sprzyjająca, więc jako samozwańcza promotorka dwóch kółek, gorąco zachęcam Was do wskoczenia na rower, nawet jeśli wydaje Wam się, że to nie dla Was (jestem najlepszym przykładem na to, że nawet w anemicznym ciele może drzemać rowerowe zwierzę). A jeśli już jeździcie, przybijcie w komentarzach rowerową pionę i pomóżcie mi przekonać nieprzekonanych, że warto. Szerokości!

My cruiser bike
My cruiser bike
My cruiser bike
rower - Chillovelo
okulary - Moschino / TK Maxx
koszulka w karpie - Pan tu nie stał
dżinsy - Lee (prezent od marki)
buty - Tommy Hilfiger / paradopary.pl

75 komentarzy:

  1. ja kocham rower, bo oprocz samolotu do polski, jest to moj jedyny srodek transportu. mieszkam w kopenhadze. jak jedziesz autem czy idziesz pierszo, wygladasz prawie jak turysta haha

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogę się podpisać pod tym, co napisałaś. Pozdrawiam z Amager :)

      Usuń
  2. Co do pogody, pocenia się itp. mam dokładnie tak samo. Ja tak strasznie zmokłam tylko raz, na szczęście wracając z pracy. Ale wtedy była taka ulewa, że do majtek przemokłabym, idąc na przystanek :D Natomiast ulicą jeszcze dużo, tam gdzie nie ma ścieżek rowerowych zawsze wybieram ulicę. Nie czuję, że lawiruję między autami, bo... zwyczajnie tego nie robię. W porównaniu do niektórych rowerzystów pewnie jestem frajerką. Bo nie jeżdżę slalomem między autami, nie przejeżdżam na czerwonym świetle "bo przecież jest pusto na skrzyżowaniu", a każdy manewr sygnalizuję ręką, a zauważam, że część rowerzystów niestety już z tego zrezygnowała. Innymi słowy, czuję się na ulicy bezpiecznie, bo dbam o swoje bezpieczeństwo. Ale np. gdybym nie miała prawa jazdy i nie jeździłabym równie często autem, to już bym taka odważna nie była. We Wrocławiu kiedyś można było zapisać się na bezpłatny kurs jeżdżenia rowerem po ulicach, myślę, że z takich inicjatyw mogą korzystać osoby, które nie czują się pewnie. Ale nie namawiam do jeżdżenia po ulicach, trzeba czuć się pewnie na ulicy, żeby to robić :) Spacer po parku to nie jest na pewno...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też, jak jeżdżę ulicą, to jeżdżę bardzo grzecznie (po ścieżkach zresztą tak samo), ale samochody przejeżdżające dosłownie kilka centymetrów ode mnie trochę mnie jednak stresują. Większość kierowców w nosie ma coś takiego jak "bezpieczna odległość" i gdyby, nie daj Boże, rower odskoczył mi w lewo na jakiejś dziurze, to byłoby kiepsko.

      Usuń
  3. A w ogóle to Ci zazdroszczę. Pisałam w czasie teraźniejszym, a przecież 5 miesięcy temu musiałam odstawić rower przez ciążę i bardzo mi go brakuje. Zwłaszcza przy takiej pogodzie...

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam dwa rowery. Nowiutki, górski z dobrym osprzętem służy na dłuższych trasach w czasie tzw. wolnym. Jeśli decyduję się na dojazd rowerem do pracy, biorę mój pełnoletni już, wysłużony rower "górski". Może nie jest stylowy, a wiklinowy koszyk, który wieszam na kierownicy raczej tworzy pewien dysonans, niż dodaje mu uroku, ale rower w takiej jeździe radzi sobie dobrze.

    Miasteczko, w którym mieszkam ma całkiem sporo ścieżek rowerowych i przybywa ich wraz z każdym remontem dróg. Jest jeden problem: te ścieżki często się ze sobą nie łączą w przemyślany sposób i prędzej czy później trzeba sprawnie wtoczyć się na drogę albo lawirować na chodniku między przechodniami, by się ze "ścieżki" wydostać :)

    Zgadzam się z argumentami, które przytaczasz w kontekście lęków o pogodę. Ale dużo zależy od osobistej motywacji i pewnego "wdrożenia się". Zdarzało mi się jeździć do pierwszych przymrozków, aż koła za bardzo nie ślizgały się po nawierzchni. Ale też zdarza mi się odpuszczać w zupełnie niezłych warunkach (czego oczywiście żałuję, głównie stojąc w drodze powrotnej w nagrzanym aucie w korku...).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja na początku mojej rowerowej "kariery" bardzo poważnie podchodziłam do sprawdzania pogody i rezygnowałam z roweru, kiedy tylko miało padać. A potem żałowałam, bo okazywało się, że jednak nie pada, albo pada wtedy, kiedy i tak siedzę w pracy. W końcu się wkurzyłam i przestałam się tym przejmować. Takie życie na krawędzi w wykonaniu sztywniary ;)

      Usuń
  5. ja też jeżdżę - mam 14,5 km do pracy w jedną stronę (niesety z trzema sporymi górkami...), jak pojadę 3x tygodniu jest suuper, plus do tego jeździmy z moim w weekendy. on do pracy ma 2,5km, więc jest zawodnikiem lekkiej wagi ;) rower to wolność!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oooo, to ładny dystans. Szacuneczek. Moja trasa jest płaska, więc łatwo mi zgrywać cwaniaka ;)

      Usuń
    2. Nie ma lekko, ale po którymś razie już nie płaczę jak myślę o tych górkach hehe. po wjechaniu na górki jest kryzys i "boże, co ja tu robię, może wsiądę z tym żelastwem do autobusu?!" tak w okolicy 5 km, jak słyszę w słuchawkach, że jest 7 to się cieszę, że połowa za mną i spokojnie leci do 14 ;)

      Ogólnie pracuję na drugim końcu Warszawy więc jadę powiedzmy godzinę w miarę niepotliwym tempem (kluczowa sprawa;-)), a komunikacją wychodzi mi średnio 1:15, więc super. rano na ścieżkach rowerowych jest taki tłok, że się korkują! zawsze mnie bawi to, jak wszyscy profesjonalni rowerzyści w okularach, rowerowych spodenkach i koszulkach i na góralach patrzą się z pogardą na moją holenderkę z koszykiem, spódnicę i stylóweczkę ogólnie, ostentacyjnie wyprzedzając, ale co tam :)

      Usuń
    3. Też to znam - w dodatku jeżdżę na obcasach :)

      Usuń
  6. W Norwegii nauczylam sie: Nie ma zlej pogody, sa tylko zle ubrania!
    W Holandii, wiadomo rower i deszcz to norma, wiec prawie kazdy przeciwdeszcze wdzianka ma, w najgorszym wypadku parasol.
    Aktualnie w 6 miesiacu ciazy, wciaz do pracy pedaluje. Jest to jedna (a w zasadzie dwie) z najlepszych chwil w ciagu dnia- odpoczywam ja, moje plecy a dziecie usypia. :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Łał, nieźle! Stawiam kilo orzechów, że pierwszym słowem malucha będzie "rower" ;)

      Usuń
  7. Kiedy jeszcze studiowałam i pracowałam w biurze, jeździłam rowerem codziennie. Teraz siłą rzeczy rzadziej, ale nadal cenię sobie ten środek lokomocji.

    A z autobusem nr 125 mam podobne doświadczenia. Kiedyś, a była to zima, najpierw czekałam na niego na przystanku nieprzyzwoicie długo, a gdy wreszcie przyjechał, był tak zapełniony, że nie dałam rady się do niego wepchać.

    OdpowiedzUsuń
  8. ja się trochę jednak boję -- teraz moje miasto przechodzi remonty i potem teoretycznie mają być już ścieżki, ale zanim zasypią wszystkie rowy zapewne zdążę już skończyć szkołę i wyjechać na studia :/

    te rowery chillovelo są takie ładne, że mogłabym jeden posiadać czysto ze względów estetycznych (i trzymać go w pokoju tak jak ci wszyscy nowojorczycy na filmach)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na studiach przecież tez będziesz mogła jeździć! :)

      A rowery w takich hipsterskich wnętrzach wyglądają super, chociaż przy naszym metrażu byłoby to totalnie niepraktyczne i nie wyobrażam sobie, żebyśmy codziennie wprowadzali i wyprowadzali 2 rowery z mieszkania, a potem jeszcze wozili je windą. A już totalną abstrakcją są dla mnie zdjęcia rowerów zawieszonych na bielutkich ścianach, np. nad kanapą. To chyba opcja dla tych, którzy traktują rower jak ozdobę, albo używają go najwyżej raz na kilka miesięcy. Bo inaczej już widzę te dizajnerskie ślady błota...

      Usuń
  9. Czy to ta koszulka, która wzmaga podryw? Nie dziwię się! Sama bym się na te rybki rzuciła! ;)
    A jeśli chodzi o jazdę na rowerze, rozważałam wszystkie za i przeciw wzdłuż i wszerz i jednak postawiłam na autobusy, jazda w szpilkach i spódnicy (zwłaszcza ołówkowej!) na rowerze do najlepszych pomysłów nie należy. Muszę chyba zmienić pracę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to ta koszulka i w ogóle cała seksi stylówka, która tak powaliła mojego kebabowego amanta.

      W Kopenhadze ludzie jeżdżą w szpilkach i garniakach więc Twój argument by ich nie przekonał, ale ja Cię rozumiem, bo parę razy przejechałam się w obcasach i zdecydowanie nie polecam. Buty na obcasie nie dają takiego komfortu jak płaskie. Pozycja stopy jest nienaturalna, mniejsza powierzchnia opiera się na pedale, więc stopa łatwiej może się z niego ześlizgnąć, nie mówiąc już o tym, że zdarzyło mi się zahaczyć obcasem o podłoże. Ale... buty w pracy zawsze można zmienić :) Spódnicę też. Zresztą czy koniecznie musi być ołówkowa? ;)

      Usuń
    2. A ja sie nie zgadzam. W obcasach sie lepiej jezdzi niz w balerinach. A na spodnice sa tez rozne patenty (zmiana, lub poprostu przypieta..) w olowkowej, dlugiej sie da.
      Jak to sie mowi: zlej baletnicy przeszkadza rabek u spodnicy...

      Usuń
    3. KasiaK: Balerin też nie popieram. Zwykle mają cienką podeszwę, przez którą pedały gniotą stopy (odczuwalne zwłaszcza przy jeździe pod górę). Dla mnie najlepsze są buty sportowe, albo choćby sandały, byle na grubszej podeszwie.
      Ale widziałam kiedyś laskę, która pedałowała w butach na platformie i ok. 15 centymetrowej szpili, więc kto co lubi :)

      Usuń
  10. Tak, tak, tak !!!
    Wszystko prawda, łącznie ze zbawiennym wpływem na tyłek. Efekt uboczny - zapomniałam co to grypki i katarki, za mną 3 zima bez jakiejkolwiek choroby. Dla średnio zmotywowanych porada - kupcie sobie licznik kilometrów. Świadomość, że przejechałam już 100, 500, 1000 ... jest super! A 100 km zobaczycie zaskakująco szybko.
    Magda

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja parę dni temu za namową koleżanek zainstalowałam w telefonie Endomondo, ale coś mi nawala (nie zlicza kilometrów). Dam mu jeszcze jedną szansę, a jak nie, to przejadę się do jakiegoś Decathlona po normalny licznik.

      Usuń
    2. Nie wiem jak hula Endomondo, ale jeśli trzeba je za każdym razem uruchamiać (np. po dłuższym postoju), to permanentnie bym o tym zapominała. Na liczniku mam dodatkowo godzinę i inne mniej istotne bajery, poza tym jakoś mnie tak kręci, jak widzę te wszystkie pomiary.

      Usuń
    3. Tak, za każdym razem trzeba je uruchamiać i też mi się to nie uśmiecha. A Twój licznik działa przez cały czas? Gdzie go kupiłaś? Kurde, chyba się jednak skuszę :)

      Usuń
    4. Używam Endomondo i licznika rowerowego równolegle :)
      Endomondo lubię za to, że rysuje mapę trasy, notuje nie tylko kilometry ale i wysokości, zgrabnie liczy i rozpisuje każdy km dołączając do końcowej rozpiski sugestywne obrazki żółwia i zająca w odpowiednich miejscach. Plus ma możliwość rejestracji wszystkich moich aktywności i z każdego miesiąca dostaję na maila motywujące podsumowania :D Nie lubię za bateriożerność; odpada na dłuższe wyprawy. No i każdorazowo trzeba uruchomić aplikację i pamiętać by ją zastopować, gdy robimy przerwę..
      Licznik rowerowy ma tę przewagę, że jest włączony na stałe, liczy realny czas przejazdów (czyli tylko kiedy rower się toczy) i np. na bieżąco przelicza średnią prędkość. Bardziej zaawansowane modele pokazuję temperaturę powietrza i pewnie wiele innych rzeczy.
      Gdy mogę sobie pozwolić na rozładowywanie baterii w telefonie, odpalam Endomondo. Jeśli wybieram się w dłuższą trasę, nie odpalam, ale wklepuję później ręcznie podstawowe dane (nie mam mapki, ale do miesięcznego podsumowania się liczy).

      Usuń
    5. Ja mam taki bezmarkowy, z allegro, żeby szkoda nie było jak ukradną. Ale widuje je nawet w supermarketach, zaczynają się od ok 20 zł. Mierzy prędkość, czas przejazdu, aktualny dystans, sumę wszystkich km, średnią prędkość, podaje godzine, temperaturę i ma jeszcze jakieś inne cudactwa, z których nie korzystam. Jest umocowany do takiego specjalnego uchwytu na kierownicy, z którego można go łatwo wypiąć (na kliknięcie). Działa cały czas, po zdjęciu lub dłuższym postoju usypia, wpięcie lub ruszenie rowerem go budzi. Totalnie bezobsługowy. Choć w zapominaniu i gubieniu dawno zdobyłam czarny pas, to akurat o liczniku pamiętam. Jakoś chyba sobie zakodowałam, że jak zapinam rower to i licznik zdejmuje. Założenie trudno pominąć, bo widać pusty uchwyt i rower wydaje się niekompletny. Sugeruję raczej tani, bo nie wierzę żeby taki za 100 umiał coś więcej. Magda

      Usuń
    6. Dobra, przekonałyście mnie. Chrzanić Endomondo. Kupuję licznik :)

      Usuń
  11. Zdecydowanie popieram! Rower to super sprawa!
    Co prawda do pracy rowerem nie jeżdżę (bo nie pracuję, hahaha), ale bardzo często wyruszamy na rowerowe wycieczki krajoznawcze. Mąż ciągnie przyczepkę z dzieciakami, sakwy na bagażniku i ostatnio wybraliśmy się na dwudniową wycieczkę z namiotem wzdłuż Rodanu! Wspaniała sprawa

    OdpowiedzUsuń
  12. Świetny, wyczerpujący wpis! Ja też jeżdżę do pracy na rowerze przez cały rok, w zimie zdarza mi się iść pieszo, ale bardzo rzadko. Na deszcz mam sposób, kurtka przeciwdeszczowa i takież spodnie. I błagam, pamiętajcie o kasku rowerowym! W Niemczech, gdzie mieszkam, to normalka. W Polsce wciąż albo obciach, albo egzotyka.

    OdpowiedzUsuń
  13. Czy Ty nas mimochodem uprzedzasz , że planujesz ślub? Olala, to by dopiero było wydarzenie! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żadne wydarzenie. Dla mnie to czysta formalność i rozważam to tylko i wyłącznie ze względów prawno-organizacyjnych. Moje marzenie to zawarcie małżeństwa/związku partnerskiego przez internet: gdzieś kliknąć i załatwić sprawę szybko i bez ceregieli. Gdyby była taka możliwość, brałabym choćby dziś ;)

      Usuń
    2. Ryfka,
      Czytam Cię od ładnych, paru lat i nie mogę do końca zrozumieć skąd u Ciebie taka 'kwaśna mina' jeżeli chodzi o wypowiadanie się na temat ślubu.... Tutaj już nie chodzi o żadne sprawy religijne ani prawne, ale o sam fakt zawarcia związku małżeńskiego. To aż tak straszne wydarzenie, że chciałabyś je załatwić za pomocą kliknięcia myszki? Bo wydaje mi się, że to dość ważne wydarzenie no i całkiem fajne w życiu człowieka, zarówno dla młodych jak i dla rodziny :)

      Usuń
    3. Wiem, że dla wielu osób jest to bardzo ważne wydarzenie. Ale dla mnie (i Dzióbka) nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Jakoś nie potrzebuję tej formy, rytuału ani obrzędu. Wystarcza mi to, że my między sobą wiemy, o co chodzi :) Co zrobisz, ludzie są różni ;)

      Usuń
    4. haha, czyli raczej nie mamy się co spodziewać fali postów z kwiatkami i welonami pt. "Moje ślubne inspiracje?" :D

      Usuń
  14. Podpisuję się ręcami i nogami!

    Ja też codziennie dojeżdżam rowerem na uczelnię (20 km w jedną stronę) i muszę przyznać, że czuję się świetnie. W prawdzie początkowo żal mi było, że mniej czytam (bo zawsze czytałam w autobusie), ale rozwiązałam ten problem audiobookami w słuchawkach :))
    Polecam wszystkim, bo mam poczucie, że robię jednocześnie coś dobrego dla ciała i umysłu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 40 km dziennie?! Łaaaał. Niski pokłon :)

      Usuń
  15. Tegoroczne urodziny mogę śmiało zaliczyć do najlepszych. Wcale nie dlatego, że podoba mi się stawanie się coraz bardziej dorosłą (mentalnie nadal jestem w gimnazjum, no ewentualnie w liceum), ale dlatego, że dostałam najcudowniejszy prezent urodzinowy. Tak, tak, ROWUR! Rodzice w końcu uwierzyli, że ktoś tak nieogarnięty poradzi sobie z tym turboskomplikowanym pojazdem.
    Od kwietnia dojeżdżam na rowerze na uczelnię, na siłownię, do kościoła (nie żeby był jakieś 500m od bloku, czy coś), no wszędzie.
    Miałam oczywiście pewne obawy, bo wielokrotnie widziałam, jak kierowcy traktują rowerzystów (w sumie, piesi nie są lepsi), ale postanowiłam zaryzykować. Opłaciło się. To już kolejny miesiąc, a ja wciąż żyję. Z komunikacji miejskiej i tak nigdy nie korzystałam, ale jakoś nie żal mi było zrezygnować z 35minutowych spacerków na uczelnię.
    Jazda na rowerze to czysta przyjemność, jak się okazuje, w każdych warunkach atmosferycznych. Jestem ciepłolubna, więc unikałam jazdy w deszczu. Po głębszym zastanowieniu uznałam, że to trochę słabe jest, więc zaszalałam i pojechałam na siłownię, choć wiedziałam, że zastanie mnie ulewa. I rzeczywiście stało się. Deszcz taki, że żałowałam, że amerykańscy naukowcy nie wymyślili jeszcze wycieraczek do okularów, ale ta podróż, to był sztos. Wiele osób mówi, że lubi deszcz, a jak już się pojawia, to pierwsze, co robią, to rozłożenie parasola. Trzeba jechać w deszczu, żeby zrozumieć na czym tak naprawdę polega jego urok i piękno.

    Serdecznie polecam jazdę na rowerze, Kasia Cichopek.

    #rowerforlife #rowerowelowe #allineedismybike #rideabike

    OdpowiedzUsuń
  16. Ja polubiłam rower jakieś dwa lata temu, ale zwykle pedałuję sobie po prostu dla zdrowia i dla poodychania świeżym powietrzem w mojej wsi. Czasami podjadę nim do pobliskiego spożywczaka, na pocztę. Ale jeszcze nigdy nie pojechałam rowerem do szkoły, która jest położona w pobliskim Toruniu (z mojego domu jakieś 12 kilometrów). Chyba najbardziej odstrasza mnie to, że faktycznie mogłabym się trochę zgrzać, a poza tym zajęłoby mi to więcej czasu niż jazda pksem. Ale teraz koniec roku, to może jakoś się przekonam, bo rowerem jeździć lubię! :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Największą przeszkodą w dojazdach do pracy było zawsze wydostanie roweru na świat. Wytaszczenie 17-18 kg z zagraconego garażu albo brudnej piwnicy jest bardziej męczące niż sama jazda. I nie wiem co robią w tych osiedlowych piwnicach, ale jak się tam człowiek ubrudzi, to schodzi dopiero po trzech praniach.
    Za to po przeprowadzce do miejsca, gdzie można trzymać sprzęt na parterze, nagle wszystkie argumenty siadły i jeżdżę do pracy codziennie. Przez cały rok, nawet w śniegu. Mało co tak poprawia zimą humor jak pełne podziwu "ty nadal do pracy rowerem? Raanyy, jesteś hardkorem!"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też lubię te komentarze :) Ostatnio jak zbierałam się z roboty, to akurat padało i chyba od 5 osób usłyszałam: "Ale chyba nie zamierzasz jechać na rowerze w taką pogodę!" Nie zamierzałam (planowałam zostawić rower w pracy), ale po tylu komentarzach ta opcja wydała mi się wyjątkowo kusząca. I oczywiście że pojechałam :D

      Usuń
  18. Kocham rower i kocham rowerowy Kraków! <3

    OdpowiedzUsuń
  19. Uwielbiam rowerowanie! Jeżdżę cały rok, mimo tego, że w grudniu zdarzyło mi się ciągnąć rower w śnieżycę, jak sanie, bo od padającego śniegu zablokowały mi się hamulce, a tym samym koła. :D Nie wyobrażam sobie życia bez jazdy...i wcale nie mówię o jakiejś wyczynowej. Czysta rekreacja na miejskim rowerze. :) Pozdrawiam z Mazur!

    OdpowiedzUsuń
  20. Ładny masz rower. A co do tekstu, to się w pełni zgadzam. Sportu nie lubię, rower - tak. Jeżdżę do pracy, nawet teraz, w ciąży i zawsze mnie to pozytywnie nastraja, w przeciwieństwie do tramwaju, gdzie łapię depresyjny nastrój.

    OdpowiedzUsuń
  21. Ja jako że nie mam własnych dwóch kółek, korzystam z sieci wypożyczalni miejskich i na ogół robię to w drodze z pracy do domu. Rano sobie odpuszczam, bo na ogół działa prawo Murphy'ego i w żadnej z trzech pobliskich wypożyczalni nie ma już rowerów, więc i tak koniec końców zmuszonam iść do metra. Plus jest taki, że mam do pokonania jedyne 6 km (czasem sobie specjalnie wydłużam), a pierwsze 30 min jest za darmoszkę ;) Ale jako że Hamburg jest bardzo przyjemny jeśli chodzi o infrastrukturę rowerową, powoli się przymierzam do zakupu własnego roweru (z amortyzatorem, żeby mi się tak mózg nie trząsł na bruku!) i będę śmigać wszędzie! I przy okazji dorzucać coś innego do biegania, które ja akurat uwielbiam :D PS. Jejku, pierwszy raz słyszę, że ktoś może mieć podobne przemyślenia z cyklu spotkanie z ciężarówką i tego konsekwencje ;) moi znajomi na ogół pukają się w czoło jak już im mówię coś takiego :P Pozdrowienia, Ania

    OdpowiedzUsuń
  22. Zważywszy na to, że mieszkam na wsi, a do szkoły dojeżdżam 40 km w jedną stronę też pewnie skusiłabym się na ten środek transportu :) Niestety, lekcje zaczynają się o 7.40, musiałabym chyba o 4 już wyruszyć, a na domiar złego pchać się przez całeeee miasto, przez centrum itd :( Nikt nie pomyślał o żadnej fajnej trasie, chyba, że tej przez las, obok opuszczonych torów kolejowych, naprawdę strach się bać samemu tam przejeżdżać. Mam nadzieję, że w przyszłym roku uda mi się zawitać do Krakowa na studia (tzn. od września będę w klasie maturalnej) i skrycie marzy mi się jakaś przyjazna damka wyposażona w koszyk i już wyobrażam sobie jak wepchnę tam żywe, różnobarwne kwiatuszki, torbę z zakupami, teczkę z nutami i co tylko jeszcze uda mi się tam zmieścić! Pozdrawiam, Klaus :)

    OdpowiedzUsuń
  23. Na rowerze jeżdżę od tej wiosny - bo Ryfka wciąż o tym pisała, nudziła, nie wiedziałam, o co jej chodzi, ale jak przemyślałam sprawę, to doszłam do wniosku, że mpk tak bardzo nienawidzę, a rower jest dodatkowo darmowy (mocny argument!), no i... jeżdżę teraz na nim zawsze i wszędzie, w słońcu i w deszczu, w sukienkach i szpilkach (zabawny widok, ale krakowiacy są wyrozumiali). Więc: dziękuję! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. YESSSS!!!!! Nie masz pojęcia, ile radości sprawił mi Twój komentarz! Hasztag: #WpływowaBlogerka :D Cieszę się bardzo! Do zobaczenia na trasie!

      Usuń
  24. Codziennie pokonuję ok 24 km dojeżdżając do pracy. W zasadzie 80% trasy pokonuję ścieżkami rowerowymi, pozostałe 20% uliczkami Podgórza. Wybieram te mniej ruchliwe i czuję się na nich bezpiecznie. (Swoją drogą ciekawa jestem czy czasem mijamy się na drodze (część mojej trasy pokrywa się ze 125 ;)). Macham ręką kiedy trzeba, a kierowcy są dla mnie mili i często pomagają mi sprawnie przebrnąć przez trudniejsze odcinki trasy. Zastanawiam się czy z litości na widok pulpeta na bicyklu czy może właśnie dlatego, że jeżdżę przepisowo i staram się swoje manewry prawidłowo sygnalizować.

    A co mi daje rower? Przede wszystkim poczucie wolności i taką dziecięcą, nieskrępowaną radość. Nie wiem czy też tak macie, ale jak popitalam pod górkę "na stojaka" to czuję się jakbym znowu miała 7 lat :) Fantastyczne uczucie!

    Pamiętam jak zaczynałam w tamtym roku przygodę z rowerem. Dla bardzo otyłego leniwca to było mega wyzwanie. Po sezonie z rowerem -> -20 kg. To też jest mocny argument za podróżowaniem jednośladem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coooo? Schudłaś z rowerem aż 20 kg? O kurde! Gratulacje! Niech się schowa Ewa Chodakowska i jej ćwiczenia ;)

      A co do radości z rowerowania, to mam tak samo. Czasem kierowcy dziwnie się na mnie patrzą, bo szczerzę się jak głupi do sera. A ja się po prostu cieszę, że pęd, wiatr i wolność. Zawsze kiedy jadę rowerem, wydaje mi się, jakbym leciała :)

      Usuń
    2. Wiadomo, że nie tylko z rowerowaniem, ale od maja do września 2014 spadłam 20 kg.

      Jeżdżenie rowerze jest z pewnością ciekawsze niż wyginanie się z Chodakowską ;) Mam jakiś cel, jadę z punktu A do punktu B... No dobra, zbaczając w między czasie do punktów c, d, e, f.... No ale za to też kocham rower - mogę zmienić trasę w dowolnym momencie :)

      Usuń
  25. Nigdy nie byłam fanką roweru, zawsze stresowało mnie to, że za chwilę alejka się skończy i będę zmuszona jechać ulicą. Dziwne bo też jestem z Krakowa. A może to jednak brak fajnego sprzętu był tego powodem. Nie wiem..

    OdpowiedzUsuń
  26. Ja właśnie po 4 latach przerwy wróciłam na rower. Tęskniłam mega. Zawsze jeździłam na rowerze, to był mój podstawowy środek komunikacji. Mój mąż też rowerowy. Kiedy mój rower-staruszek dożył swych dni, akurat przeprowadzaliśmy się do mieszkania, gdzie ledwo mieścił się jeden rower. Do pracy miałam 10 minut spacerem, więc odpuściłam. Ale brakowało mi weekendowych wycieczek i z zazdrością spoglądałam na inne rowery. Przy kolejnej przeprowadzce uwzględniliśmy metraż na drugi rower, Ale do pracy 200 metrów, więc jakoś rower zszedł na drugi plan. Teraz mam do pracy 5 km, z cudnym widokiem i idealną drogą rowerową. A przede wszystkim po 2 miesiącach spóźniających się autobusów i innych atrakcji związanych z komunikacją miejską, powiedziałam basta. Mam rower i jestem niezależna!!!

    OdpowiedzUsuń
  27. przybijam rowerową piątkę! 5! :D
    niestety korzystam tylko w Veturilo (warszawski rower miejski) i z lekką nutą zazdrości patrzę na wszystkich pedałujących na swoich prywatnych dwóch kółkach... ale mimo wszystko nieskromnie uważam, że jestem na nieco lepszej pozycji niż piesi :D

    OdpowiedzUsuń
  28. Przybijam rowerową piątkę! Też jeżdżę codziennie na rowerze do pracy! I też w Krakowie :) Potwierdzam, że rzadko pada w drodze powrotnej. A jak już pada, to można się poczuć jak w reklamie Nivea- od razu lepiej!

    OdpowiedzUsuń
  29. Dzięki za wszystkie megainspirujące rowerowe historie! Jeśli zajrzy tu ktoś, kto się waha, czy zacząć jeździć, to po przeczytaniu tych komentarzy jest już nasz ;)

    OdpowiedzUsuń
  30. ja bym chętnie jeździła, ale nie mam roweru :( a z kupnem mam problem bo żaden mi się nie podoba, a jak już się spodoba to okazuje się że kosztuje z pięć moich pensji :( a no i u mnie ścieżek rowerowych jest w sumie z 5 kilometrów i to nie w jednym odcinku tylko w krótszych kawałkach :)

    OdpowiedzUsuń
  31. Thanks from another lazy rider. I just replaced the chain, two of the three front rings and the rear gears (we have lots of hills here, short but steep) on Saturday. Now I am riding again, and working off the spring fat.

    OdpowiedzUsuń
  32. Musiałam zrezygnować z dojeżdżania rowerem do pracy, kiedy trasa wydłużyła mi się do 11 km w jedną stronę, z czego większość po niezbyt przyjemnej okolicy (tory kolejowe, wertepy, duże skrzyżowania i ruchliwe ulice). I bardzo, bardzo, BARDZO żałuję :-( Zwłaszcza kiedy czytam takie wpisy jak Twój.

    Ale przyznam, że po 3 latach regularnego jeżdżenia nie widziałam absolutnie żadnych zmian w kształcie tyłka. Ani nóg. Więc to chyba nie na każdego działa ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja przez pierwszy rok też nie widziałam żadnej różnicy, A w tym roku przypadkiem odkryłam, że i owszem - zmiana nie jakaś kolosalna, ale zdecydowanie na plus. Za to nogi nie zmieniły mi się nic a nic. Ale to akurat dobrze :)

      Usuń
  33. U mnie rower bardzo łaczy się z pisaniem, o czym piszę tu: http://autentycznycopywriting.pl/co-pomaga-mi-w-pisaniu-czyli-garsc-inspiracji/
    To, jak bardzo pokochałam jazdę na rowerze mnie samą totalnie zaskoczyło – bo na początku bałam się wszystkiego (nawet krawężników – nie mówiąc o samochodach).

    OdpowiedzUsuń
  34. A ja kupiłam piękny rower, postanowiłam sobie, że zacznę jeździć nim do pracy i... Nie mam go gdzie zostawić. O 9, a tak zaczynam pracę, wszystkie stojaki są już zajęte, obok piętrzy się kupa kolorowych rowerów a ja jakoś boję się zostawić mój taki nieprzypięty obok... I rower kurzy się w piwnicy nadal:–(

    OdpowiedzUsuń
  35. Kupiłam sobie rower za stówkę na lokalnym targu, przemalowałam go sprayem w kolorze fuksja i od paru lat od wczesnych miesięcy wiosennych do późnej jesieni pedałuje do pracy. Uwielbiam to i w pełni zgadzam się z tobą w kwestii transportu publicznego latem - już wolę jechać wolniej lub mieć zapasowe ubranie w razie spocenia niż dusić się w tramwaju. Ostatnio byłam zmuszona jechać do centrum transportem publicznym. Najpierw po prawej stanął śmierdzący człowiek, później po lewej stanął kolejny, a po pięciu minutach takiej "aromaterapii" sama zaczęłam się zastanawiać, czy to może ja się średnio tego dnia umyłam ;P Jak wysiedli, to na ich miejscu pojawił się gość ciamkający frytki z sosem czosnkowym...

    OdpowiedzUsuń
  36. brakuje tylko kasku... wiem, wiem, psuje stylówkę, ale serio, nawet jeżdżąc po ścieżkach, zaliczając upadek głową o krawężnik, można szybko przenieść się na tamten świat. od wypadku koleżanki na Starowiślnej (zrzucił ją z roweru gość otwierający drzwi od auta), który skończył się krwiakiem w głowie i otarciem się o śmierć (uratowało ją tylko to, że karetka była natychmiast i trafiła szybko na stół) nie ruszam się bez kasku. polecam uwadze

    OdpowiedzUsuń
  37. A ja najbardziej boje się...dystansu :) Na uczelnie mam w jedną stronę 9,5km i boje się, że nie dam rady objechać w obie strony w 30st., a z Ruczaju komunikacyjnie będzie mi mega ciężko wrócić z rowerem jakimkolwiek środkiem transportu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jeżdżę około 8 km do pracy (w jedną stronę ) nie jakoś bardzo szybko i zajmuje mi to 30 min. Szybciej niż autobusem i tramwajem + dojście na przystanek :)

      Usuń
    2. Theunlike: To może najpierw spróbuj przy jakiejś mniej ekstremalnej pogodzie, np. przy 20 kilku stopniach, i zobacz, jak Ci idzie, czy trasa spoko, czy są ścieżki, czy trzeba pedałować pod górę itd. Ja jeździłam nawet przy 35 stopniach i było OK. Na rowerze jest duużo chłodniej i przyjemniej :) Tylko pamiętaj o butelce wody!

      Usuń
  38. Jeżdżę na rowerze wszędzie (do pracy, na działkę, na zakupy), kiedyś na Gazeli, od jakichś 10 lat na Kronanie (Kronan z dwoma bagażnikami jest idealny na bazarkowe zakupy, mocny jak czołg). Woziłam dziecko w siodełku do przedszkola, a potem do szkoły. Teraz do pracy jeżdżę przez okrągły rok, chyba że są zaspy (mam idealną kurtkę puchową, więc niestraszny mi mróz i wiatr). Jeśli jest ślisko, łatwiej jechać na rowerze niż iść, na deszcz kalosze i peleryna. Pozdrawiam z Mazowsza :-) Mirka

    OdpowiedzUsuń
  39. Z moją siostrą mamy rowery, które nazwałyśmy na cześć diabłów z serialu Arabela - mój to Blekota a Aśki Mlekota:) Ochrzciłyśmy je uroczyście w jeziorze, przy okazji letniej wycieczki. Dodam na koniec, że mam 34 lata a moja siostra 41.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha! Mój poprzedni nazywał się Rumburak :D Piona!
      PS To był super serial.

      Usuń
  40. Droga Ryfko, planuję kupić rower miejski do, na którym mogłabym jeździć rekreacyjnie radosna i wyprostowana (bo od pozycji na górskim szlag trafia mój kręgosłup i wszystkie chęci do ruszenia tyłka). Czy byłabyś w stanie polecić jakąś konkretną firmę/model/cokolwiek? Albo napisać, na co zwrócić szczególną uwagę? Dodam tylko, że nie chcę wydawać jakichś kosmicznych pieniędzy. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, nie jestem ekspertką i nie potrafię Ci fachowo doradzić. Mój poprzedni rower był jakiejś zupełnie nieznanej mi marki Villiger, teraz mam Chillovelo i na tym moja znajomość rowerów się kończy :) Tak jak Ty, nie cierpię rowerów, które wymagają pozycji pochylonej / półleżącej i taki model w ogóle nie wchodził u mnie w grę (mimo że np. Dzióbek ma rower trekkingowy i bardzo sobie chwali jego wygodę). Rower miejski do jeżdżenia, jak to pięknie ujęła Agata, "tempem hrabiny" to jest to :)

      W salonie rowerowym powinni Ci doradzić i pomóc dobrać ramę i wielkość kół odpowiedni do Twojego wzrostu. Zwróć też uwagę na wagę, zwłaszcza jeśli np. wiesz, że będziesz go musiała regularnie wnosić do mieszkania (mój poprzedni rower był megaciężki, ten waży 15 kg i jest OK). Polecam Ci też blog Łukasza Rowerowe Porady. Znajdziesz tam dużo fachowych wskazówek. Możesz spróbować zagadnąć autora w mejlu czy na FB - być może będzie w stanie Ci pomóc.

      Trzymam kciuki, żeby udało Ci się znaleźć rower idealny! :)

      Usuń
    2. Tempem hrabiny. <3 Pięknie powiedziane! Dziękuję bardzo za odpowiedź i za kciuki. :)

      Usuń
  41. no fajny wpis, i fajnie ze tak duzo ludzi doroslych jezdzi czesciej albo czesto na rowerze.
    A dzieci??? kiedys na Komunie dostawalo sie rower, sama dostalam i moje dziecko w tym roku tez dostalo rower na Komunie. Mieszkam w takiej troche wiekszej wsi w Niedersachsen (10 tys mieszkancow). komunikacji miejskiej nie ma, albo auto albo rower.
    W 3 klasie dzieci robia egzamin rowerowy w szkole i sie zaczyna dojazd do szkoly na rowerze.
    Grundszule, Realschule czy Gymnasium, kto nie dojezdza autobusem szkolnym tez jedzie rowerem. Pora roku i pogoda bez znaczenia. Rozwiazaniem jest dobra kurtka przeciwdeszczowa.
    A jaka frajda dla dzieciakow!!! W naszym przypakdu to dwie szkoly do jednej 2 do grugiej 3 kilometry. No i pamietajmy o kasku na glowe!!
    A teraz palec do gory kto dal dziecku rowwr na Komunkie albo czyje jedzie dziennie do szkoly na rowerze???

    OdpowiedzUsuń
  42. moje największe nieszczęście to brak roweru w krakowie, na szczęście plan okazał się być łaskawy i i tak większość czasu siedziałam tej wiosny w domu, a to wielkie szczęście, bo mieszkam obok miliona stawów PAN, co oznacza asfaltowe ścieżki i jakiś jeden samochód na 2 km! Ale i tak ubolewam, bo tę wiosnę i tak mam kiepską.
    Z bólem przyznaję jednak, że zimą się jeszcze nie odważyłam jechać (w sumie nie wiem czemu, szczególnie gdy lodu na trasie brak). I jestem w tym jakimś ewenementem, bo mieszkam w takiej wiosce, która przez znajomą została określona Chinami - możesz nie spotkać auta ale milion rowerów na pewno (i nie mówię tu o tych ścieżkach przy stawach).
    Aha! I nawet granicę rowerem przyjemniej się przekracza :D (w sumie co na rowerze nie jest przyjemniejsze?)

    PIONA!

    OdpowiedzUsuń

Dzięki za komentarz :)
* Uwaga: Na blogu działa SPAMOWSTRZYMYWACZ. Spam = linki do sklepów, Allegro, zaproszenia do odwiedzenia bloga itp. (jeśli podpiszecie się "Krysia" i podlinkujecie swój nick do sklepu z dachówkami / kosmetykami / karmą dla kota, to nadal jest to spam).