30 czerwca 2013

Pan Zenek z gazowni jedzie na festiwal

Nie jestem jedną z tych osób, które z niecierpliwością czekają na letnie festiwale. Prawdę mówiąc, ten temat co roku spływała po mnie niczym informacje o targach ślubnych albo wystawach jamników. To jest jakiś inny świat, który zupełnie mnie nie pociąga. A wręcz kiedy oglądam relacje z pola namiotowego takiego Przystanku Woodstock, to zawsze mam jedną refleksję: że tak właśnie musi wyglądać piekło. 

Co innego festiwalowa stylówka. Zmaltretowany dżins, indiańskie wzorki, kowbojskie buty, frędzle i kapelusze to zdecydowanie moja bajka, którą uskuteczniam z mniejszym lub większym nasileniem przez cały rok. Dlatego kiedy zgłosił się do mnie Topshop z pytaniem, czy nie chciałabym sobie czegoś wybrać z ich nowej festiwalowej kolekcji, moja odpowiedź nie była trudna do przewidzenia: chciałabym, chciała! 

Ogrodniczki chodziły za mną już od jakiegoś czasu, więc ten wybór był oczywisty. Napaliłam się jeszcze na botki z "dziurami", bo idealnie eksponowałyby kolorowe skarpetki, na które ostatnio złapałam straszną fazę (kupiłam 6 par!), ale niestety, były już niedostępne w Polsce. Dlatego po szybkiej analizie zawartości szafy i prognozy pogody zdecydowałam się na parkę w wiadome wzory (już z regularnej kolekcji). I tak w końcu osiągnęłam mój upragniony look a la Pan Zenek z gazowni, tudzież "Minionki rozrabiają". Drugie zdjęcie chyba najlepiej oddaje poziom mojego (samo)zadowolenia.
 
 
  I mały bonus (znajdź 3 różnice):
 
ogrodniczki - Topshop (prezent od marki)
kurtka - Topshop (prezent od marki)
bluzka - Oysho
torba - Nowińska / Sagana.pl
skarpetki - KappAhl
buty - Russell & Bromley / targ na Placu Nowym

23 czerwca 2013

Good Things Come To Those Who Wait

"Pisać o muzyce, to jak tańczyć o architekturze" - coś w tym chyba jest, bo od paru dni próbuję opisać to, co przeżyłam w środę, i za cholerę nie wiem, jak się do tego zabrać. Ale coś napisać muszę, bo tego dnia - trudno, popadnę w wiochopatos - spełniło się jedno z moich marzeń. 19 czerwca w Gdańsku byłam na pierwszym w Polsce koncercie Bon Jovi!

Miewałam w życiu różne muzyczne fazy, ale nigdy żadna nie utrzymała się tyle, co faza na Jona i spółkę. Słucham ich od podstawówki (kiedyś już zresztą o tym pisałam), i mniej więcej od tego czasu marzyłam o tym, żeby zagrali u nas. Już prawie straciłam nadzieję. Mimo że panowie zapewniają, że stają się not old, just older, wszystko wskazywało na to, że prędzej trafią na tamten świat niż do Polski.

Kiedy w listopadzie dowiedziałam się o planowanym koncercie w Gdańsku, nie mogłam w to uwierzyć. Cieszyłam się jak głupia i jednocześnie cały czas drżałam, że sprawa może ostatecznie nie dojść do skutku, no bo niby skąd znajdzie się u nas 30 000 fanów Bon Jovi do wypełnienia stadionu, kiedy ja osobiście nie znam ani jednego?

W środę stałam w tłumie ludzi przed sceną, patrzyłam na telebim z informacją, że "koncert rozpocznie się za 15 minut" i nadal nie wierzyłam. Dopiero kiedy zobaczyłam całą bandę na scenie (no dobra, prawie całą, bo brakowało Richiego), dotarło do mnie, że to się dzieje naprawdę. I momentalnie zrozumiałam te wszystkie rozhisteryzowane fanki, które przewijają się w relacjach z różnych koncertów, i na widok których uśmiechałam się zawsze z politowaniem. Nie, ja nie zaczęłam piszczeć (nazwa bloga zobowiązuje), ale musiałam wyglądać co najmniej tak, jakbym właśnie się dowiedziała, że zostałam Miss: totalne osłupienie, bezdech, wytrzeszcz oczu, dłoń na ustach i naprawdę niewiele brakowało, a zaczęłabym coś mamrotać o pokoju na świecie. "Tylko się nie posikaj" - powiedział chłopak do dziewczyny, która przebierała nogami obok mnie, a ja pomyślałam, jak to dobrze, że jednak przyjechałam na koncert sama.

To było po prostu niesamowite, po tylu latach w końcu usłyszeć wszystkie moje ukochane piosenki na żywo i zobaczyć Jona szarżującego po scenie, Tico spuszczającego łomot bębnom i Davida zawieszonego pomiędzy dwoma keyboardami w takim napięciu. Tej energii nie da się opisać. Sama scena w kształcie maski cadillaca robiła piorunujące wrażenie, a kiedy doszły światła i wizualizacje na telebimach (np. zmieniający się krajobraz w "przedniej szybie", dzięki któremu wydawało się, że samochód sunie po autostradzie), przed wrzuceniem stanika na scenę powstrzymało mnie tylko to, że pewnie i tak by nie doleciał.

Tego, że zespół pozamiata, to się mniej więcej spodziewałam, ale tak entuzjastyczna i wygłodniała publiczność nawet mi się nie śniła. Pełny stadion szalejących ludzi, wyśpiewujących z pamięci całe teksty piosenek rozbroił mnie totalnie (skąd oni się wszyscy wzięli?). Jon z ekipą chyba też byli zaskoczeni takim przyjęciem. Chwilami wyglądali, jakby wprost nie mogli uwierzyć w to, co widzą. Wielkie brawa i pokłony należą się polskiemu fanklubowi Bon Jovi, który zadbał o niezapomnianą oprawę koncertu. Zaskoczenie zespołu na widok ogromnej flagi na trybunach z cytatem z (mojej ulubionej zresztą) piosenki Sante Fe: GOOD THINGS COME TO THOSE WHO WAIT - bezcenne. A kiedy Jon wyszedł na bis w biało-czerwonej koszulce (którą dostał w prezencie od fanklubu) i przeprosił za to, że kazali na siebie czekać aż 30 lat, naprawdę się wzruszyłam. I powiem Wam, że choć z natury jestem całkowicie a(nty)małżeńska, to gdyby Dzióbek wpadł na pomysł, jak chłopak stojący pod sceną, żeby oświadczyć się przy Never Say Goodbye, zgodziłabym się bez mrugnięcia okiem. Zresztą nie musiałby to być nawet Dzióbek. Byłam tak podjarana, że równie dobrze mógłby to być jakiś pierwszy z brzegu, zupełnie przypadkowy gość. Rock'n'roll, babe!

Od przyjazdu z Gdańska cały czas jestem na pokoncertowym haju. Czytam relacje fanów, oglądam zdjęcia i filmiki, a przedwczoraj w tramwaju miałam ochotę zamordować dziewczynę, która siedziała za mną i gadała przez telefon tak głośno, że zagłuszała mi Bon Jovi mjuzik na słuchawkach. Już nie mogę się doczekać następnego razu, bo po po tym, co się działo na stadionie, jestem pewna, że następny raz będzie. Mam tylko nadzieję, że już w pełnym składzie.


4.08.3013
Ekipa z fanklubu się postarała i z nagrań fanów zmontowała film z koncertu. Możecie go obejrzeć tutaj.

Foty moje (z telefonu) + zdjęcie Jona w koszulce Polski by David Bergman (więcej zdjęć z koncertu tutaj).

 
"I'm sorry that it took us 30 years to finally come and perform in Poland. 
I don't know what the hell took me so long".

14 czerwca 2013

Iron Maiden

To będzie wpis z cyklu "wielki krok dla Ryfki, wielkie nic dla ludzkości". Oto dziś nastąpiła historyczna chwila i zostałam żelazną... dziewicą? damą? Hmm, no dobra, metafory na bok: od dziś noszę aparat ortodontyczny!

I teraz przyjmuję zakłady: skoro zebranie się do napisania posta zajmuje mi czasem miesiąc, to ile czasu nosiłam się z zamiarem założenia aparatu? Jakieś pomysły? Otóż dobre kilkanaście lat. Namyślałam się i rozmyślałam. Decydowałam się, a potem wszystko odkładałam, bo wyskakiwały jakieś pilniejsze wydatki albo ważniejsze sprawy, które przyćmiewały moje zębodylematy. Bliscy też raczej mi nie pomagali. Mama na moje marudzenia odpowiadała: "Eee, dziecko, po co ci to? Przynajmniej widać, że masz własne zęby". Dzióbek stał na podobnym stanowisku, twierdząc że "zęby od linijki są tandetne" oraz że "krzywy ząbek dodaje mi charakteru". Mówię Wam, taka bezkrytyczna miłość bywa naprawdę wkurzająca.

Sama w sumie też nie mogłam się zdecydować, czy ta wada bardzo mi przeszkadza, czy może jednak nie ma co histeryzować. W lepsze dni wydawało mi się, że wyglądam niemal tak uroczo jak Keira Knightley albo Kirsten Dunst, w gorsze patrzyłam w lustro i mruczałam: "Noż kurde, Steve Buscemi!". 

W końcu doszłam do wniosku, że skoro tyle o tym myślę, skoro nieustannie analizuję zęby innych, zastanawiając się, na ile moje są krzywsze / prostsze, i nawet kiedy z kimś rozmawiam, automatycznie ustawiam się do niego lewym profilem, bo z tej strony moja szczęka prezentuje się nieco lepiej (witamy w wariatkowie), to wyjścia są dwa: albo psychiatra, albo ortodonta.

Podjęłam decyzję: w tym roku choćby nie wiem co, zakładam aparat. Pozostawało "tylko" znaleźć dobrego ortodontę. To mnie trochę stresowało, bo niby skąd wiedzieć, który jest dobry? Szczęśliwie się złożyło, że temat wypłynął kiedyś w rozmowie z koleżanką, która wspomniała, że parę lat temu też chodziła z "grillem" w buzi. Ponieważ koleżanka ma iście hollywoodzki uśmiech, który z powodzeniem mógłby występować w reklamie pasty do zębów, nie potrzebowałam lepszej rekomendacji. Od razu wzięłam od niej namiary i jeszcze tego samego dnia umówiłam się na konsultację.

Dzisiaj odbył się montaż i voila - oto mój must-have na kolejne 2 lata. Strasznie się cieszę, że w końcu to zrobiłam i od wyjścia z gabinetu nie mogę przestać się szczerzyć. W ramach przygotowania psychicznego naoglądałam się wcześniej tematycznych filmików na YT, naczytałam się specjalistycznych artykułów oraz wyznań innych aparatek i pogodziłam się z myślą o ucisku, bolących zębach, jedzeniu przez rurkę i całym tym pakiecie (wczoraj ze łzami w oczach pożegnałam się z M&M'sami). Póki co jest OK. Przez cały dzień aparat zupełnie nie dawał o sobie znać i dopiero teraz, po 12 godzinach, czuję, że zęby są bardziej wrażliwe. Zobaczymy, co będzie dalej, jednak te wszystkie niewygody zupełnie mnie nie przerażają. Co 5 minut przeglądam się w lusterku i wprost nie mogę się doczekać pierwszych efektów. Co tam buty, co tam torebki, TO zdecydowanie mój zakup wszech czasów!

Brace yourself!
okulary przeciwsłoneczne - Moschino / TK Maxx
koszula - Medicine