sobota, 24 marca 2012

Ryfka + The Machine

Szycie na maszynie zawsze wydawało mi się megaskomplikowaną sprawą. Pewnie dlatego, że zawsze gdy Tata zasiadał do maszyny (umiał szyć, bo "terminował" w zakładzie u dziadków), częstotliwość "Noż kurrr...!" na minutę zamiast tradycji krawieckich sugerowała raczej skrajną patologię. Działo się tak, ponieważ: a) Tata jest choleryk oraz b) trafił nam się jakiś felerny model, który czasem szył, a czasem nie, i żaden mechanik nie potrafił go uzdrowić. Mama wolała do niego (modelu, nie Taty) nawet nie podchodzić i wszystko szyła w rękach.

Ja mimo tych traumatycznych wspomnień z dzieciństwa jakiś czas temu pomyślałam, że fajnie byłoby mieć swoją maszynę i umieć ją obsługiwać (choćby po to, żeby nie latać z każdą pierdołą typu skrócenie spódnicy do krawca). No i tak się woziłam z tą myślą, aż w końcu przekonała mnie Marchewkowa. Kiedy zobaczyłam, jakie cuda szyje na swoim silvercreście, od razu popędziłam do Lidla. No dobra, nie tak od razu. Po dwóch latach. Czyli jak na mnie całkiem błyskawicznie.

Oczywiście pierwsze, co zrobiłam, jak tylko przytaszczyłam maszynę do domu, to pochwaliłam się nowym zakupem na Facebooku. Wpis przeczytała Asia z Meli-Melo, a ponieważ wszystkie Aśki to fajne dziewczyny, zaproponowała mi udział w pierwszej, eksperymentalnej edycji kursu szycia na maszynie "dla zupełnie zielonych". Rzecz jasna, zgodziłam się od razu, bo nieczęsto dostaję tak idealnie skrojone propozycje współpracy.

I jak było? Fajnie było! Niby teraz w necie jest wszystko i można znaleźć dużo informacji o szyciu (ba, nawet filmiki instruktażowe), ale moim zdaniem nic nie jest w stanie zastąpić tradycyjnej relacji uczeń-mistrz. A mistrza, a dokładnie mistrzynię, miałyśmy na kursie superową. Pani Lucyna, niesamowicie pozytywna i energiczna krawcowa z ponad 20-letnim stażem, wszystko nam cierpliwie tłumaczyła, pokazywała i odpowiadała na wszystkie nasze pytania. Żadnej nudnej teorii (byłam kiedyś na kursie fotograficznym, na którym nie zrobiliśmy ani jednego zdjęcia, za to prowadzący przez 3/4 czasu rozprawiał o historii i budowie aparatu). Samo "mięcho". 100% praktyki.

Uczyłyśmy się fastrygować, obrębiać brzegi, wszywać zamek, kroić spódnicę (dla mnie zdecydowanie najtrudniejsza część). Przy okazji poznałyśmy sporo przydatnych krawieckich trików, a ja podczas brania miary dowiedziałam się, że mam niesymetryczne biodra (pani Lucyna mówi, że w całej swojej karierze spotkała tylko dwie kobiety z idealnie symetrycznymi biodrami, co mnie nieznacznie podniosło na duchu).

Na pierwszych zajęciach każda z nas dostała "zestaw startowy" - szpilki, nożyczki, centymetr, mydełko krawieckie i inne gadżety niezbędne do szycia. W czasie kursu używałyśmy własnych maszyn, bo - jak całkiem słusznie uznały organizatorki - każda maszyna jest trochę inna i bez sensu uczyć się na jednej, a potem w domu przestawiać się na drugą. Kurs trwał 10 godzin (zajęcia raz w tygodniu po 2 godziny) i mimo że chodziłam na niego prosto po pracy, zwykle totalnie wypompowana, to na miejscu jakoś dziwnie ożywałam i te 2 godziny mijały nie wiadomo kiedy.

Czy polecam? Jasne, że tak! Kursy odbywają się teraz regularnie (właśnie trwa trzecia edycja), więc jeśli chcecie poskromić swoją maszynę, polecam zaglądać na stronę Meli-Melo oraz ich Facebooka.

Na koniec (tak, już kończę!) prośba do szyjących: polećcie jakieś fajne strony, blogi, książki i magazyny o szyciu. Mile widziane też wszelkie porady dotyczące krawieckich gadżetów oraz krakowskie adresy sklepów z tkaninami i akcesoriami do szycia (ponoć Matex na Wadowickiej dobry?). Będę bardzo wdzięczna za pomoc! :)


Moja machina :) SilverCrest - Lidl.

Powoli gromadzę różne krawieckie gadżety.

Pomoce naukowe z kursu.

Czy z tej mąki będzie chleb? Pan Ptak jest sceptyczny.

Kursantki Meli-Melo w akcji.

niedziela, 18 marca 2012

"Się wystylizowała!"

Nie lubię mieć świadków podczas "sesji" na bloga (pewnie dlatego, że wiem, jak idiotycznie musi to wyglądać) i zawsze szukam miejsc, gdzie jest jak najmniej ludzi. Wyjątkiem jest Rynek. Na Rynku wszyscy robią zdjęcia, więc mogę udawać, że przyjechałam do Krakowa na wycieczkę, i nikt się nie domyśli, że tak naprawdę jestem egocentrycznym pustostanem, który cyka sobie fotki na blogaska o ciuszkach. Tak przynajmniej mi się wydawało. Dzisiaj jednak zostałam bezbłędnie rozszyfrowana przez dwie (prawdziwe, sądząc po plecakach) turystki, które przechodząc obok mnie mruknęły coś w stylu "Ale się wystylizowała!"

Ano rzeczywiście się wystylizowałam, chociaż ja bym raczej powiedziała, że się "wypindrzyłam". Ze szczęścia się wypindrzyłam, bo naprawdę nie mogłam się już doczekać, kiedy temperatura podskoczy tak, że będę mogła w końcu założyć spódnicę i ubrać się ładnie, a nie ciepło. Po tej zimie (krótkiej, co prawda, bo na moim blogu trwała tylko dwa posty ;) nie mogę już patrzeć na spodnie i w środę utopię je chyba wszystkie w Wiśle zamiast marzanny. Wiosna!



sweter - Ralston Design (chyba vintage) odkupiony od Styledigger
chusta - Vintage-Square.pl
pasek - ciucholand
spódnica - Zara
rajstopy - Calzedonia
torba - Nowińska (Sagana.pl)
buty - Clarks (Echooo.pl)
fryzura - "na skarpetę" - z tym że zamiast prawdziwej skarpety zaopatrzyłam się w profesjonalny "druciak" do mycia garów, czyli tzw. wypełniacz do koka (okropna nazwa)