poniedziałek, 28 czerwca 2010

Szaro na maksa

Dzisiaj dwie nowe zdobycze, które z miejsca stały się absolutnymi hitami mojej szafy: filcowy naszyjnik i szara sukienka. Z sukienką było tak, że najpierw kupiłam czarną spódnicę do ziemi, potem ją oddałam i kupiłam czarną sukienkę, a w końcu ją też oddałam i kupiłam szarą, która kosztowała tyle, co tamte dwie razem wzięte, ale za to powodowała 10 razy większy wyszczerz do lustra. Musiałam tylko skrócić ramiączka, bo nie dość, że widać mi było praktycznie cały stanik, to po schyleniu chyba również i majtki, co oczywiście może się czasem zdarzać, ale, kurde, nie przez dekolt!

Jeśli chodzi natomiast o ten boski naszyjnik, to wpadł mi w oko już rok temu, ale że był piekielnie drogi, mogła to być wyłącznie miłość platoniczna. Po raz kolejny jednak okazało się, że wstrzemięźliwość popłaca. Kiedy niedawno zgłosił się do mnie sklep Pakamera.pl z propozycją wymiany barterowej: baner w zamian za zakupy, od razu wiedziałam, co wybiorę :) Żebym jednak nie miała za dobrze, naszyjnik przeszedł mały wypadek spowodowany moją głupotą. Wracając z Warszawy, schowałam go do torebki, której następnie użyłam w pociągu jako poduszki. Tym sposobem elegancko go sprasowałam, rano na jego widok o mało nie dostałam zawału i praktycznie cały dzień spędziłam na jego naprawianiu. Efekt lekkiego zmiętolenia niestety pozostał, ale próbuję sobie tłumaczyć, że "distressed look" jest nadal "w trendzie".

PS
Eksperymentuję z nowym układem zdjęć, ale jeszcze nie wiem, czy tak zostanie.
Aktualizacja: No dobra, tak zostanie :)


sukienka - Oysho
naszyjnik -
Pakamera.pl (FlowerFelt Design)
okulary - Reserved
torba - Ochnik

japonki - White Mountain

poniedziałek, 21 czerwca 2010

(D)Zień w Warszawie

W piątek byłam na pierwszym w moim życiu prawdziwym, wypasionym pokazie mody: prezentacji jesienno-zimowej kolekcji Macieja Zienia. Jakim cudem się tam znalazłam? Ano rzeczywiście cudem. Hasło-klucz to: "Maciek czytał artykuł" ;) Czyli jednak warto było dać sobie założyć na głowę kota i wronę (nawiasem mówiąc, wrona była właśnie od "Maćka").

Oczywiście Zień to pod każdym względem (zwłaszcza cenowym) nie moja liga. Projektuje przede wszystkim suknie na wielkie gale, a ja mam okazję przechadzać się po czerwonym dywanie tylko kiedy pójdę do sklepu z wykładzinami. Nie mówiąc już o tym, że z jego projektów i tak stać by mnie było co najwyżej na kilka płytek Tubądzin (skoro już jesteśmy przy tematyce wnętrzarskiej ;) Ale to, że nigdy nie kupię sobie obrazu znanego malarza, nie oznacza przecież, że nie mogę się wybrać do galerii, nie?

No to się wybrałam i... pokaz zrobił na mnie ogromne wrażenie. Całość oglądało się bardziej jak spektakl (świetnie dobrana scenografia i muzyka) niż zwykłą prezentację kolekcji. Modelki wyłaniające się z mgły i spacerujące po lesie wśród mokradeł przypominały nimfy, zjawy albo czarownice. Wszystkie ubrania niesamowicie wyglądały w ruchu - niektóre wydawały się wręcz płynąć w powietrzu. Z inspiracji do wykorzystania w prawdziwym życiu (tzn. na okazje inne niż odbiór Oscara) zapadł mi w pamięć ten zestaw, natomiast na widok tej sukienki w duchu pogratulowałam sobie kupionej 3 godziny wcześniej spódnicy do ziemi. Ach, no i absolutnie rozbroiła mnie runda honorowa, którą projektant wykonał truchtem po zakończeniu pokazu. Dla tego widoku warto było spędzić 9 godzin w pociągu :)

Wszystkie zaprezentowane kreacje można zobaczyć tu albo tu. A tutaj do obejrzenia krótki film.

PS
Nie wiem, o co chodzi, ale zawsze, kiedy przyjeżdżam do stolicy, pada deszcz. Już myślałam, że tym razem mi się upiecze, bo cały dzień było słonecznie, ale nic z tego - wracając na dworzec, tradycyjnie zmokłam. Warszawa najwyraźniej coś do mnie ma. A ja nawet nie pochodzę z Krakowa!


fot. materiały prasowe (zien.pl)

sobota, 12 czerwca 2010

Jedno oko na Maroko, drugie na... Barcelonę!

Dzisiejszy odcinek międzynarodowy jak nigdy. Występuje Maroko w postaci torebki od Czułej Haliny vel mamy Harel (prawdziwy antyk! ma ponoć 40 lat i niezwykle ciekawą przeszłość) oraz Barcelona w postaci... moich wakacyjnych planów :) Cieszę się jak dziecko, bo to nasz pierwszy "poważny" wyjazd od ładnych kilku lat, i aż mi się wierzyć nie chce, że naprawdę przez 10 dni będziemy grzać tyłki w Hiszpanii!

Jedziemy dopiero w lipcu, ale ponieważ oboje jesteśmy totalnie zieloni (ja to nawet dosłownie, bo "blada" to za mało powiedziane), już teraz zbieramy wszelkie rady i wskazówki. Jeśli możecie nam coś doradzić - gdzie warto się wybrać, co zwiedzić (na razie wiem tylko, że koniecznie stadion ;), czego spróbować, a czego unikać - będziemy wielce zobowiązani. Nastawiamy się przede wszystkim na zwiedzanie, a nie na zakupy, chociaż jeśli opowieści o outletach Zary na każdym rogu okażą się prawdziwe, to za siebie nie ręczę ;)



kapelusz - H&M dział męski
kombinezon - Bershka (nie wierzę, że chciałam się go pozbyć - to mój najlepszy ciuch na te upały!)
marokańska torebka - vintage, prezent
japonki - White Mountain